Strona 1 z 1

In my life, why do I smile at people who I'd much rather kick in the eye?

: pt mar 06, 2026 4:33 pm
autor: Cassandra Layton
I was looking for a job, and then I found a job
And heaven knows I'm miserable now


Żałosny widok. Setki ludzi przykutych niewidzialnym łańcuchem do kolorowych, grających skrzynek. Dłonie mieli przyklejone do przycisku, oczy nieobecne, gdy patrzyli, jak owoce układają się w linii. Przechodząc przez kasyno, nie zwracała już uwagi na zadawane pytania. Niczym automatyczna sekretarka odpowiadała: wynik gry jest losowy, nie mogę panu powiedzieć, na której maszynie padła wysoka wygrana, proszę o zachowanie spokoju, inaczej będę zmuszona wezwać ochronę. Odpowiadała w sposób chłodny, jasno zaznaczając dystans. Nie uśmiechała się często. Zauważyła, że ludzie traktują to jak zaproszenie do dalszej dyskusji, której nie miała ochoty podejmować. Na jej oczach ludzie tracili cały swój dorobek. Była świadkiem kłótni, bijatyk. Słuchała przesądów. Dmuchała na banknoty, pukała w maszynę, robiła cokolwiek, by tylko się odpierdolili i pozwolili jej spokojnie pracować. Ciężko o spokój w tym miejscu. Uzależnieni ludzie to ciężkie przypadki, a hazard był wyjątkowo podstępny. Gdy ktoś był już gotowy wyjść i nigdy nie wrócić, los okazywał się przechylny, a człowiek cieszył się z pięciu tysięcy, nie pamiętając, że stracił dziesięć. Nie lubiła elegancików w krawatach. Największe skurwysyny, z którymi nie można było wchodzić w dyskusję. Ci ludzie przychodzili do kasyna na kłótnię. Wydawali duże pieniądze, oczekując, że wpłynie to na wynik losowej gry. Tacy mądrzy, tak pięknie się wypowiadali, a nie potrafili uzmysłowić sobie, że są takimi samymi frajerami jak zwykły ćpunek, który przyszedł zagrać za ostatnie pieniądze. Wydawało się, że w kieszeni mieli gotowe, wydrukowane i podpisane formularze ze skargami. Czekali tylko na jej grymas, by móc złożyć dokumenty do kierownika. Musiała ostrożnie dobierać słowa, by klient jednocześnie poczuł się obrażony, ale nie mógł tego zgłosić.

Pani, ja tu już zostawiłem tyle pieniędzy, że miałbym wakacje w Hiszpanii.
Hiszpania jest taka tania? Nie wiedziałam.


Wolała zapijaczonych, zaćpanych prostych ludzi. Im mogła patrzeć w oczy, gdy mówiła, co o nich sądzi. Kończyło się to różnie. Czasami dochodziło do przepychanek, ale umówmy się — tego właśnie chciała. Nie zaczynała pierwsza. Tak przynajmniej usprawiedliwiała swoje działania. To oni zaczynali, ona tylko kończyła. Stałych klientów było łatwo rozgryźć, złapać się czegoś, o czym wiedziała, że wyprowadzi ich z równowagi. Wtedy jej reakcje były w obronie własnej, a nikt nie mógł jej z tego rozliczyć. Ci, którzy za głośno szczekali i za dużo pili, nigdy nie dostawali pełnej wypłaty. Ludzie gubili karty, portfele, klucze do aut. Nie każdy odzyskiwał swoją zgubę. To pracownicy często decydowali, czy ktoś „zasłużył”.
Po ludziach było widać, czy to jest ich miejsce, czy nie. Zwracała uwagę na drobne szczegóły, gesty i miny, którymi się zdradzali. Niektórzy byli tu pierwszy raz albo setny i próbowali wmówić wszystkim, że nigdy nie byli w takim miejscu. Czasami zdarzało się, że przychodzili tylko dla towarzystwa, ewentualnie wypili za dużo i nie żałowali pieniędzy na prymitywną rozrywkę. Łatwo było zauważyć kogoś, kto tu nie pasował. Nazywała to intuicją, ale to była wyuczona umiejętność, którą nabyła przez podsłuchiwanie, zadawanie odpowiednich pytań i prowokowanie sytuacji.
Nie lubiła pokera. W pokera grali najwięksi foliarze, którzy w złości byli skłonni oskarżyć ją o oszustwo przy kartach. Strasznie ją denerwowało, gdy padały takie słowa, szczególnie gdy tego nie robiła. Bezczelność ludzi była poza jakąkolwiek skalą. Tasowała karty, przyglądając się jednemu mężczyźnie. „Przyglądała się” to za łagodne słowo — gapiła się, jakby próbowała wzrokiem wypalić w nim dziurę. Dla niej wyglądał jak słoń w składzie porcelany. Nie był tu po wygraną. Nie wyglądał na desperata, nie śmierdział alkoholem i nie pocił się, drapiąc po rękach. Obserwowała go przez całą grę, a kąciki ust drgały ku górze, gdy przyjmowała od niego zakłady. Słuchała rozmów przy stole. Był to jeden z jej obowiązków w pracy, ale robiła to także po to, by zaspokoić własną ciekawość.
Po zakończonej grze uśmiechnęła się szeroko do zwycięzcy, gdy ten wręczał jej napiwek. Mężczyzna, któremu tak się przyglądała, odszedł. Siła wyższa, moc silniejsza od niej, pchnęła ją, by za nim poszła. Skierował się do łazienek. Dała mu wejść pierwszemu, w kieszeni eleganckich spodni odnajdując klucze. Pośpiesznie weszła do pomieszczenia, zamykając je za sobą, a kluczyki ponownie powędrowały do kieszeni. Obcasy stukały o jasne posadzki, głośno dając znać o jej obecności. Zdradził ją też zapach — słodkie perfumy dusiły, ale z takim zamiarem je kupiła.
Przejrzała się w lustrze, jednocześnie patrząc na jedną z kabin, która jako jedyna była zajęta. Rozpuściła włosy, by ponownie związać je w ciasny kok. Wygładziła materiał białej koszuli. Poprawiła makijaż, przejeżdżając po ustach czerwoną pomadką. Usiadła na umywalce, zakładając nogę na nogę. Oparła się o lustro, wyciągając papierosa. Truskawkowy dym dostał się do płuc. Przetrzymała go, czując, że to dobry moment, by zaspokoić swoje uzależnienie.
Nie śpiesz się, płacą mi od godziny — powiedziała do obcego mężczyzny. Wyjęła telefon, by odpisać na kilka wiadomości, długie szpiczaste paznokcie stukały o ekran podczas pisania. Klamka do łazienki została gwałtownie szarpnięta. Usłyszeli, jak ktoś agresywnie zaczyna uderzać w drzwi. Westchnęła, wydając z siebie przeciągły dźwięk wskazujący na irytację. — Awaria! Idź do drugiej!

Wolfgang Welsh

In my life, why do I smile at people who I'd much rather kick in the eye?

: wt mar 10, 2026 9:51 pm
autor: Wolfgang Welsh
Śledzenie było niczym taniec.
Obiekt nadawał tempo, a on dopasowywał się i uważał, aby nie nadepnąć mu na palce. Lubił tę część swojej pracy, zwłaszcza, gdy wymagała aktywnego działania w terenie, a nie bezmyślnego siedzenia w samochodzie w zapominanej przez Boga dzielnicy. Potrafił złapać rytm, który mu nadano. Czasem był tuż obok zupełnie nieświadomego celu jako niewyróżniający się pasażer transportu publicznego. Innym razem obserwował z dystansu, stapiając się z tłumem ludzi na tle pospolitych witryn sklepowych.
Najważniejsze było to, aby druga strona nie zorientowała się, że tańczy.
Czasem, było to całkiem łatwe, bo jego obiekty nie przypuszczały nawet, że mogłyby być śledzone. Niewierni mężowie lub nielojalne żony byli często pozbawieni czujności, zbyt zajęci własnymi sekretami, nabuzowani pożądaniem i potajemnym seksem. Nie przychodziło im do głowy, że mogli zostać ograni, skoro sami byli profesjonalnymi graczami. Większość ich życia była grą pozorów. Udawali przed swoimi drugimi połówkami oddanych partnerów, próbując uśpić czujność za pomocą prezentów i czułych gestów. Przed kochankami w miejscach publicznych byli nad wyraz ostrożni, do tego stopnia, że unikali nawet najbardziej naturalnych gestów, zwracając na siebie uwagę brakiem spontaniczności.
Do czasu, bo przecież nikt nie może udawać w nieskończoność.
W końcu żona orientuje się, że mąż idąc do łazienki zawsze zabiera ze sobą telefon, a wyjazdy na delegację wypadają zbyt często. Mała rysa na idealnym obrazku nie jest jeszcze podstawą do rozwodu, zwłaszcza, gdy wszystko na pozór wydaje się piękne i bezpieczne.
Lecz on potrafił znaleźć więcej rys. Zauważał, jak pojawiają się one u siedzącej obok pary, która wydawała się prowadzić biznesowe spotkanie. Dostrzegał prowadzoną między nimi wymianę spojrzeń, bezwiedne palce masujące okolicę ust, dłonie bez obrączek, lecz z wyraźnym odciskiem po pierścionku.
Był w tym cholernie dobry. Choć wcale tego kurwa nie lubił.
Wolfgang posiadł jednak w sobie tę niezwykłą cechę, która pozwalała wyłączyć emocje i przełączyć się w tryb zadaniowy. W trakcie pracy jego myśli nie błądziły, pozostawał skupiony i czujny przy każdym zadaniu. Nawet wtedy, gdy brakowało mu przynajmniej kilkunastu godzin snu lub gdy jego ciało zamarzało na rogu ulicy, gdy lodowata noc zmieniała się w równy zimny poranek.
Tamtego felernego dnia, w którym poznał Cassandrę, nie mógł jednak powstrzymać się od fali obrzydzenia do samego siebie, gdy wymienił pieniądze na żetony. Ostatnimi czasy jego klienci zalegali mu z płatnościami, a niektórzy wprost odmówili zapłaty ze względu na niezadowalające efekty. Welsh był w stanie udowodnić niejedno gówno, lecz nie mógł urzeczywistniać scenariuszy, które istniały tylko w głowach klientów. Brakowało mu kasy i nie mógł do końca zrozumieć, kiedy jego życie skręciło w miejsce, w którym musiał liczyć drobne niczym student przed końcem miesiąca, zastanawiając się czy klient na pewno odda mu wkład własny, a nie postąpi jak reszta parszywców, z którymi musiał zmagać się w ostatnim czasie.
W kasynie huczało niczym w ulu. Maszyny co chwilę wygrywały irytujące melodyjki oznajmiając kolejną porażkę, kulka grzechotała po obracającej się tarczy ruletki, a w powietrzu unosił się odór tanich perfum i potu. Głosy graczy mieszały się w jeden nieustanny szum, jedni przeklinali, inni śmiali się nerwowo. Ludzie przychodzili tu by zaznaczać szczęścia, lecz udręczone miny klientów, którzy od kilku godzin siedzieli przykuci do stołków jasno wskazywały, że nadzieja na dobrą passę już dawno umarła. Ich oczy jednak pałały jakimś niezdrowym blaskiem, który trzymał ich wciąż przy stołach.
Zagrał kilka razy w pokera wypatrując swojego celu i obserwując pomieszczenie. Zapamiętywał twarze pracowników, to gdzie chodzili, co, ile się zmieniali i kto pilnował poszczególnych stołów. Co jakiś czas podnosił wzrok znad kart, aby znudzonym wzrokiem rozejrzeć się po sali, lecz w rzeczywistości liczył kamery i sprawdzał martwe punkty między kolumnami i automatami.
Nie spieszył się. W takich miejscach pośpiech był najprostszą drogą do zwrócenia na siebie uwagi, a on naprawdę nie miał ochoty dostać pouczenia przy pomocy łomu od Dimitra i Sergieja, którzy najpewniej pilnowali tego przybytku na kamerach ze swojej kanciapy. Od czasu do czasu pozwalał sobie na ryzykowniejsze zagranie i przegrywanie kilku żetonów, lecz nie szarżował. Chciał wyglądać na kogoś nowego, zafascynowanego. Kogoś kto z pewnością wróci po więcej.
Po dwóch godzinach postanowił zakończyć pierwszy rekonesans. Udał się do łazienki, by znaleźć wymówkę do przechadzki i dalszego rozglądania się, a także by móc w końcu ulżyć pęcherzowi, którego ignorował od ostatnich kilku godzin. Zaraz po tym jak tylko ulokował się przy jednym z pisuarów drzwi otworzyły się.
Usłyszał dźwięk przekręcającego zamka w drzwiach, a później stukot szpilek uderzających o tanie płytki. Niska kobieta, która obsługiwała go przy stole usadowiła się na umywalce i wbiła w niego wzrok. Wolfgang był tym wydarzeniem nieco zdziwiony, lecz nie dał tego po sobie poznać.
Nie śpiesz się, płacą mi za nadgodziny.

Welsh wzruszył ramionami, jakby i on miał cały czas na świecie i rozpiął klamrę w spodniach, a następnie rozporek, aby móc załatwić co trzeba. Gdy skończył, podszedł do drugiej umywalki, aby umyć ręce. Przez chwilę przyglądał się własnemu spojrzeniu krytycznym wzrokiem. Przejechał dłonią po blond puklach, aby ogarnąć je z twarzy i w końcu skupił się na nieproszonym towarzystwie.
– Całkiem przytulnie tu macie – zagaił spokojnym tonem. – Aż zaczynam się zastanawiać, czy dbacie tak o wszystkich klientów, czy tylko o świeżaków. Nie wiem przez jak długi czas mogę liczyć na ten status i do jakich dodatkowych benefitów mnie on upoważnia. –

Cassandra Layton