We could just walk away, save it for another day
: sob mar 07, 2026 4:00 pm
Lazare wystawił go do wiatru – świadomość ta dojrzewała w nim powoli, opornie, jakby z trudem przychodziło mu wyobrażenie sobie, że mógłby to zrobić, mimo że zrobił to już wiele razy wcześniej, nie pojawiał się i nie odbierał telefonu, a później mówił, że zapomniał, choć nigdy o niczym nie zapominał. W końcu musiał zrozumieć – choć przez dwie godziny powtarzał sobie, że jeszcze nie teraz, zaczeka jeszcze chwilę, może jeszcze przyjdzie, pewnie coś wypadło mu po drodze – że był naiwny i potencjalnie bardzo głupi, bo wciąż mu wierzył, a potem zawsze mu wybaczał. Nie zależało mu nawet tego bardzo, nigdy nie zależało mu bardzo, ale tym razem czuł, jak rozczarowanie zaczynało przesuwać się bolesnym napięciem w stronę żuchwy – przypominało lekki ból, taki, który zaciska się w gardle, a potem powoli rośnie, aż oczy stają się wilgotne i ciepłe. Roztarł dłońmi powieki, jakby spodziewał się łez, lecz te nie nadeszły – czuł jedynie rosnący zawód, tym dotkliwiej, bo uświadomił sobie, że nie było go stać na klub w Finantial District, a Lazare mógłby, przy odpowiedniej zachęcie, zapłacić za kilka drinków, tymczasem wyglądało na to, że nie zamierzał stawiać mu ani trzech negroni, które zamówił, kiedy czekał na niego przy barze, ani stawiać siebie w umówionym miejscu. A on specjalnie dla niego założył dziś swoją najlepszą koszulę i ułożył przed lustrem włosy, używając mocnej pomady, która sprawiała, że kosmyki, które zazwyczaj opadały mu niedbale na czoło, wciąż leżały schludnie zaczesane do tyłu i połyskiwały w intensywnym, neonowym świetle klubu.
Nigdy nie był skłonny do cierpliwej bezczynności – powinien był wrócić do domu, kiedy stało się jasne, że nie spotkają się w The Spoke, ale był już trochę pijany, a do tego bardzo samotny, nie chciał wracać do pustej sypialni, gdzie przez cały wieczór przyglądałby się swojej twarzy w lustrze, z bliska, z wyraźną naganą w oczach, dopóki nie zasnąłby na kanapie w przedpokoju lub nie osunął się na podłogę, oparty plecami o ścianę. Przede wszystkim – nie chciał być sam i chyba dlatego, zamiast na chodniku przed blokiem, znalazł się w pokoju na piętrze, jednym z tych, które wyposażono jedynie w łóżko i szerokie, ozdobne lustro, a ściany zostały pomalowane farbą w kolorze czerwonego wina. Nie znał stojącego przed nim mężczyzny, choć widział go wcześniej w klubie, przelotnie – był wysoki i przystojny, wyglądał, jakby nie był stąd, a on pomyślał, że musiał przyjechać z południa, z jakiegoś ciepłego i głośnego miejsca, które kiedyś nazywał domem. Nie zamierzał zgadywać – sam nigdy nie był dalej niż czterdzieści kilometrów na zachód od Toronto. Usiadł na brzegu łóżka, nawet nie rozpiął guzików koszuli. Przez chwilę wyobrażał sobie, że nieznajomy go wyśmieje, nie był typowym klientem – nawet kiedy starał się dobrze wyglądać, ubrania leżały na nim niedbale, a tania woda kolońska, której użył przed wyjściem z domu, dawno odparowała, zastąpiona przez zapach potu i nikotyny. Był nerwowy, drżały mu dłonie, nie potrafił spojrzeć mu prosto w oczy.
– Jak to zazwyczaj wygląda?
Salvador Menendez