Strona 1 z 2
When you smile I melt inside
: ndz mar 08, 2026 1:41 am
autor: Lian Mei
Sobota kompletnie go zaskoczyła i to zanim jeszcze formalnie nastąpiła po piątku, bo pierwszy raz od naprawdę wielu długich tygodni Lian przespał ponad dwanaście godzin. Spał snem bez snów, bez wybudzeń, zupełnie jakby ktoś odciął mu zasilanie zaraz po tym jak na chwilę położył się na boku na kanapie w salonie i zamknął oczy.
To się zwykle nie zdarzało - nie w ten sposób. Na ogół Mei po prostu padał rzeczywiście na wzór omdlenia w połowie drogi do łóżka, zwykle czując, że zbliża się punkt krytyczny, ale rzadko kiedy będąc dość blisko, aby faktycznie doczołgać się do materaca. Częściej dawał radę dowlec się do fotela, zdarzało się, że aby nie ryzykować wstrząśnieniem mózgu po prostu opierał się plecami o cokolwiek co gwarantowało stabilność, osuwał się do siadu i w tej samej pozycji budził się parę godzin później z zesztywniałym karkiem, obolałym tyłkiem i uporczywym mrowieniem w czaszce.
Tym razem nie przywitał go ścierpnięty, wygięty pod nieanatomicznym kątem bark a ćwierkanie wróbli, które ostatnio rozpanoszyły mu się w ogrodzie pod kaliną. W salonie panował półmrok, bo słońce nie przewędrowało jeszcze nad płot, ale rozłożony na plecach, z dłońmi złożonymi jak do modlitwy na podołku Lian obserwował niemrawo poruszające się na wietrze trawy pampasowe. Potrzebował chwili by zrozumieć, że przespał noc, jeszcze paru minut by dojść do wniosku, że nie ma pojęcia dlaczego, ale zaledwie kilku sekund by zerwać się na widok godziny.
Dochodziła dziewiąta, co oznaczało, że Moore miał niedługo podejść, a on był wymięty, wczorajszy i zupełnie niekwalifikujący się na... na cokolwiek.
Kiedy furtka przepuściła Daniela niecałą godzinę później, Lian miał jeszcze wilgotne końcówki włosów i właśnie kończył sprawdzać czy stojący od dwóch miesięcy w garażu samochód w ogóle odpali.
一 Hej 一 przywitał go dokładnie tak samo, jak robił to kiedy widywali się pod płotem przy okazji odrzucenia Alonso jakiejś zabawki albo przekazaniu tej partii ciastek, których ponoć wyszło za dużo. 一 Myślałem, że pojedziemy taksówką, ale - wyobraź sobie - wreszcie się wyspałem i mogę prowadzić. Muszę tylko... czekaj, nieważne.
Silnik zamruczał całkiem przekonująco, wbrew obawom i pesymistycznym prognozom, a Lian odetchnął z ulgą i oparł nadgarstek o kierownicę, dając sobie moment na docenienie tego uśmiechu losu. Dopiero po tym jak upewnił się, że w samochodzie nie znajdowało się już ani jedno opakowanie po winogronowych landrynkach (błąd, jedno zamieszkało pod fotelem pasażera) wychylił się by rzucić okiem na Daniela sterczącego w bramie garażowej.
Słońce oślepiło go na moment, musiał zmrużyć powieki bo poza ogólnym kształtem i ciemnym konturem nie rozróżniał zbyt wiele, mimo to coś szarpnęło go delikatnie w żołądku; zmarszczył więc brwi i postanowił zignorować to dziwne odczucie licząc, że zaraz o nim zapomni.
一 Możesz podejść, przecież cię nie pogryzę.
Ponieważ Lian wyznawał najwidoczniej tylko jeden kolor, maserati rozgrzewające się do drogi również nosiło czerń, tak na zewnątrz jak i w środku, gdzie tapicerka pachniała nowością i może tylko trochę winogronowymi landrynkami.
Daniel Moore
When you smile I melt inside
: ndz mar 08, 2026 3:25 am
autor: Daniel Moore
Dni poprzedzające umówioną datę spotkania jednocześnie dłużyły się niemiłosiernie, z każdym jednym rozwlekającym się zdaje się na trzy doby, jak i kolektywnie minęły zdecydowanie zbyt szybko, stawiając go przed koniecznością zebrania w sobie wszystkich skrawków odwagi i wyjścia z domu. Zgodnie z wytycznymi, jednak wciąż starając się wyglądać akceptowalnie, wpakował się w miękki sweter w kolorze kości słoniowej z kołnierzykiem niedopiętej, jasnożółtej koszuli wystającym pod szyją, parując ten zestaw z czarnymi spodniami, beżowym płaszczem i pożyczonym szalikiem, który w ciągu dwóch miesięcy stał się nieodzownym elementem jego codzienności. O ile dał radę w miarę opanować żyjące własnym życiem loki, ciemniejsze cienie pod oczami, skrywane odrobinę przez oprawki okularów, opowiadały o długich godzinach spędzonych na kręceniu się pod kołdrą zamiast snu. Od paru dni słabo sypiał, na wpół podekscytowany i zestresowany do tego stopnia, by nie być w stanie dostatecznie się wyciszyć, co przy okazji także poważnie utrudniało mu skupianie się na wzorach na tablicy i rozwleczonych interpretacjach wierszy podczas zajęć w szkole w ciągu dnia. Poza kilkoma pytaniami o jego samopoczucie od znajomych, dał radę przebrnąć do końca tygodnia, tylko by ostatniej nocy wyszarpać szalone dwie godziny snu, wstać o szóstej i czekać na umówiony czas przez trzy godziny od momentu dopięcia ostatniego guzika. Podczas krótkiej drogi na równoległą ulicę, cały czas próbował pozbyć się wszelkich wątpliwości i pytań kotłujących się w jego głowie od momentu, w którym otrzymał niespodziewane zaproszenie na wyjście.
Na randkę.
Pierwszą w jego życiu randkę z osobą, która jego skromnym zdaniem nigdy nie powinna była zwrócić na niego najmniejszej uwagi, a do której garażu właśnie zmierzał jakby jego obecność na posesji Liana była najbardziej naturalnym zjawiskiem. I trochę tak było, przynajmniej w ostatnim czasie, podobnie jak z samym rozmawianiem z nim o wszystkim i o niczym, bo po pierwszych niezręcznych wymianach wiadomości rozkręcił się dostatecznie by zaczepiać go z najmniej istotnymi tematami i jakimś cudem dalej otrzymywał odpowiedzi.
Zawahał się w wejściu, zatrzymując się wpół kroku i dając sobie moment na przyjrzenie się pojazdowi, oraz na przetrzepanie kieszeni w poszukiwaniu czegoś, co miał wyjąć jeszcze po drodze. A także na próbę schwytania z powrotem w garść tych skrawków pewności siebie, które zaczęły wyślizgiwać mu się spod kontroli. Rozmawianie na żywo nagle znowu wydało się wyzwaniem, zwłaszcza przez pewną zmianę w zabarwieniu ich znajomości.
- Hej! To... Okay, to akurat świetne wieści, czujesz się lepiej? - podpytał, łapiąc się informacji o poprawie w kwestii snu. Nie znali się długo, ale częściej niż nie widywał go niewyspanego i takie same potwierdzenie zyskiwał werbalnie, co zaczynało go martwić, stąd nagła poprawa była bardzo mile widziana. Za to zachęta do ruszenia się z miejsca wpłynęła łagodnym rumieńcem na gryzione przez zimowe powietrze policzki i, chowając nos w materiał szalika i zawijając palce jednej ręki w wydłubany spod płaszcza rękaw swetra, Daniel przemaszerował trochę sztywno w stronę samochodu po stronie zajmowanej przez Liana.
- No wiem, chciałem tylko... - uciął, spoglądając w dół i wyciągając z kieszeni mały woreczek z czarnej satyny z zaciśniętym ściągaczem. Przesunął kciukiem po materiale, jakby wciąż debatował czy chciał kontynuować, po czym wziął oddech i wyciągnął podarunek na otwartej dłoni w stronę mężczyzny. - To... uh... pomyślałem o tobie jak to zobaczyłem i... no... - wytłumaczył się pokracznie, czekając aż ten zajrzy do środka. Wewnątrz znajdowała się mała, srebrna zawieszka w kształcie odwróconego nietoperza z rozłożonymi skrzydłami, przyczepiona do plecionego, bawełnianego sznurka. Oczywiście czarnego. - T-to niby bransoletka, a-ale nie wiem czy nosisz, więc można go zdjąć i za-zaczepić na coś innego, jako breloczek czy... czy coś - podrzucił, potykając się o wątpliwości względem trafności wybranego prezentu. Rzucił mu się w oczy, kiedy znajomi wyciągnęli go po szkole na miasto w ramach próby poprawienia jego podejrzanie chwiejnego humoru, i chociaż nie zastanawiał się dwa razy przed samym zakupem, potrzebował wielu nieprzespanych godzin by zebrać się w sobie, ułożyć potencjalne scenariusze i przygotować się na faktyczne przekazanie mu go na żywo.
Lian Mei
When you smile I melt inside
: ndz mar 08, 2026 5:16 pm
autor: Lian Mei
Przeniesienie zwyczaju pisania do Daniela z byle głupotą do codziennych aktywności odbyło się poza obszarem spostrzeżeń, tak, jakby Moore przeciekał do jego życia powoli, niepostrzeżenie, ale konsekwentnie, a Mei odkrył to dopiero gdy stał już po kostki w jego słonecznej obecności. Przeczuwał, w ten sam sposób, w jaki przewidywało się katar po spędzeniu paru godzin na jesiennym deszczu, że na samym zorientowaniu się w sytuacji się nie skończy, że doczeka się to jakiegoś rozwinięcia i oto proszę; wystarczył jeden przedłużający się opóźnieniami lot, rozwleczone w nieskończoność oczekiwanie na bagaż, korki w zalanym deszczem Toronto i coś strzeliło mu do głowy, żeby wbrew podjętym wcześniej racjonalnym wnioskom zaprosić go na randkę.
Szczęśliwie dla niego, wyglądało na to, że Moore w życiu nie wyszedł z kimś dalej niż po bułki albo na wspólny wieczór gier planszówkowych, więc jego kompletny brak zdolności ujęcia tego zgrabniej i wedle sztuki został pominięty.
一 Znacznie 一 przytaknął wciąż walcząc z oślepiającym słońcem. 一 Ponad dziesięć godzin, nie pamiętam kiedy ostatnio wpadło mi na raz więcej niż pięć.
Przebłysk tego zastanawiającego miłosierdzia ze strony losu wciąż był trudny do wytłumaczenia, a Lian podejrzliwie podliczał godziny co najmniej kilka razy, próbując wygrzebać z pamięci jakieś urywki mogące świadczyć, że zamiast pełnego cyklu znów dostał mu się sen na raty, nie udało mu się jednak dowieść niczego. Wyglądało na to, że coś przeskoczyło w ostatnich dniach - albo po prostu jet lag dopierdolił mu na tyle, że jego organizm z przypadku i w akcie paniki zafundował mu spontanicznie jakiś przedsmak normalności - a skoro dzięki temu czuł się dla odmiany mniej przeorany i zdolny do podejmowania czynności bardziej zaawansowanych od oddychania, nie zamierzał kwestionować. Nauczył się dawno temu, że należało cieszyć się również z małych sukcesów zamiast notorycznie oczekiwać tych największych.
Zbliżający się Daniel obrósł w aureolkę z jasnego słonecznego światła, ale tym razem Lian był już w stanie wyłapać kolory, szczegóły i nawet zaciąć się w przedbiegu do nowego tematu, który jeszcze chwilę temu chciał pociągnąć, ale w wyniku nagłego zaniku pamięci sens kompletnie mu odparował.
Mei zawiesił dłużej wzrok na wystającym pod szyją kołnierzyku, na swetrze, którego kolor stawiał go w ostrej kontrze do głębokich czerni jakie sam nosił nałogowo, a pod koniec, gdy jego spojrzenie napotkało znajomo wyglądający szalik, uśmiechnął się z celowo niemaskowaną satysfakcją, ignorując jednocześnie, że coś w środku zwinęło mu się w podobny supeł.
Obyło się bez dramatycznej, ciężkiej pauzy, bez zatrzymania całego świata i jedynym co wskazywało na to drobne potknięcie z jego strony było uchylenie ust, przemilczenie tego, co chciał powiedzieć i ich ponowne domknięcie.
Lubił go w bieli.
一 Czy to jest mój szalik? 一 zapytał retorycznie zamiast wyrzucić z siebie to, co chodziło mu po głowie. 一 Zanim zaczniesz panikować, w porządku. Na tobie wygląda lepiej.
Odwinął sobie z powrotem rękawy koszuli i wyprostował zagięcia dłońmi, ale zanim dobrał się do dopinania mankietów, Daniel zaskoczył go gdy rozglądał się za spinkami do mankietów. Nie pamiętał gdzie je odłożył zanim wziął się za porządki w aucie, ale na widok tajemniczego woreczka zapomniał o nich jeszcze bardziej.
Pozwolił aby to Moore wytłumaczył się koślawo podczas rozwiązywania starannego supła, natomiast na widok małego nietoperza zwisającego sobie wesoło głową w dół na bawełnianej plecionki, Lian parsknął niekontrolowanie śmiechem. Uświadomienie, że rozmawiali o tym nie dalej jak parę dni temu wypłynęło zaskoczeniem - Mei lekko zmarszczył brwi gdy uniósł zawieszkę na wysokość oczu, by zaraz zerknąć znacząco na zdjętego nieśmiałością Daniela - po czym przechylił głowę na bok i wdzięczny, że jednak nie zdążył skrępować się tymi spinkami, podciągnął mankiet na lewym nadgarstku i starannie przeplótł końcówkę przez pętelkę, korzystając z dość obszernego zasobu znajomości węzłów.
一 Noszę 一 stwierdził oczywistość, podnosząc rękę tak, by Moore zaznajomił się z solidnym zaciskiem po podwójnym oplocie wokół nadgarstka. 一 Ale to dobrze się składa, bo przywiozłem ci coś z Japonii. Mówiłeś, że lubisz Hauru, więc... sekundę.
Wyglądało na to, że zupełnym przypadkiem obydwaj pomyśleli o czymś podobnym, z tym, że jego mały souvenir opakowany był w zwykłą torebkę kolorowego papieru w miłorzębowe listki, wielkości przeciętnej paczuszki chusteczek higienicznych. Domyślał się, że breloczek nie był niczym wybitnie zjawiskowym, ale kiedy zobaczył go na wystawce poczuł irracjonalną, niemożliwą do stłumienia potrzebę by przywieźć go Danielowi. Zawieszka w kształcie potrójnie uwieszonych pętli łańcuszków z czarnymi Susuwatari gdzieniegdzie przepleciona mniejszymi, kolorowymi konpeitō była niczym więcej jak ładnie opracowanym oksydowanym srebrem i barwionymi szkiełkami, ale ze względu na ich pierwszą rozmowę wydała mu się właściwa.
To, że spędził praktycznie cały kilkunastogodzinny lot na rozmyślaniu w jakich okolicznościach w ogóle mógłby wyskoczyć mu z takim prezentem bez wzbudzania podejrzeń co do intencji z perspektywy czasu wydawało mu się po prostu śmieszne.
Daniel Moore
When you smile I melt inside
: ndz mar 08, 2026 8:45 pm
autor: Daniel Moore
Bujając się na piętach obok czarnego samochodu z siedzącym w środku właścicielem, ubranym, niezaskakująco, pod kolor, usilnie starał się uspokoić rozpędzone bicie zestresowanego serca. Przebywanie w towarzystwie mężczyzny podczas ich krótkich spotkań przy płocie dzielącym ich ogrody, oraz utrzymywanie z nim stałego kontaktu, przychodziło mu dużo łatwiej niż wyciskanie z siebie nawet pojedynczego słowa w listopadową noc i następujący poranek, jednak nawet wtedy nie docierał do panicznego poziomu, w jaki aktualnie próbowało wkopać go jego ciało. Być może była to kwestia alkoholu, późniejszego wycieńczenia uniemożliwiającego mu przejęcie się jego bliskością aż do tego stopnia, albo faktu, że był przekonany o jednostronności swojego zainteresowania i poza drobnymi, wyrywającymi się komplementami czy gestami nie zamierzał nijak tego ujawniać. Aktualnie karty leżały na stole, i to nie z jego inicjatywy, a przez propozycję wspólnego wyjścia, która w pierwszej chwili wkopała go w hiperwentylację na krok od ataku astmy, zmieniła jego kolana w płynną galaretkę i zmusiła do parokrotnego uszczypnięcia się w przedramię by sprawdzić czy na pewno nie był to wyjątkowo realistyczny sen. W podobnym stanie chodził aż do teraz, odcinając się w losowych momentach dnia jakby nic z tego nie działo się naprawdę, a jednak aktualnie walące mu w klatce piersiowej serce i pustka w głowie przypominająca stan w jakim znajdował się podczas przemówień publicznych czy prezentacji, ale trzy razy gorzej, wydawały się wyjątkowo prawdziwe.
- Najlepszy sen to zdecydowanie ten wchodzący w dwucyfrowe liczby - potwierdził, posyłając mu łagodny uśmiech w ramach niemych gratulacji względem tego osiągnięcia. - I chyba... hm, może po-powinniśmy się częściej widywać skoro przed tym le-lepiej śpisz - podrzucił, uciekając spojrzeniem w dół i ryzykownie jak na własne standardy decydując się nie gryźć w język, gdy myśl przetoczyła mu się przez głowę. Skoro już nazywali to oficjalnie randką, a wierzył Milo na słowo, że nie istniała druga, przyjacielska definicja, pozwolił sobie na przyznawanie, nie tylko przed samym sobą, tego, że go lubił. Bardzo. Dużo bardziej od kiedy faktycznie miał okazję go poznać, bo o ile tajemniczy sąsiad zza płotu był przystojny i onieśmielający, Lian dodawał do zestawu przyjemny charakter, opiekuńczość, pasję i lekkość przebywania z nim w jednej przestrzeni, która dawała radę przebijać się przez warstwy niepewności Daniela, nazbierane przez lata bycia obiektem drwin i samotnym, dziwnym dzieciakiem niepamiętającym własnego imienia. Wcześniej zdarzały mu się crushe, odległe obiekty westchnień, jednak zawsze kończyło się to trzymaniem na dystans i zapominaniem w ciągu kilku tygodni, nigdy nie próbował nawet dotrzeć w relacji tak daleko, a tym bardziej nigdy nie otrzymał czegokolwiek w zamian.
- Och, umm... dzięki - wymamrotał, instynktownie podnosząc palce do materiału szalika po pierwszym, szybko ugłaskanym skoku tętna na wytknięcie faktu, że dalej w nim chodził. - Mia-miałem ci go oddać, ale... - uciął, początkowo nie znajdując dobrego dokończenia zdania. Nie chciałem. - Wylatywało mi z głowy i jakoś... się z nim zżyłem - przyznał ostatecznie, jako że od kiedy zapomniał o zabraniu własnego szalika na tę felerną imprezę, nie tknął go już ani razu.
Śmiech Liana wyciągnął z niego zarówno silniejszy rumieniec, jak i szerszy uśmiech, zwłaszcza kiedy ten od razu zabrał się za umieszczanie bransoletki na nadgarstku. Momentalnie spięcie, niepewność i czarne scenariusze co do jego reakcji wyfrunęły przez otwartą bramę garażową, a Daniel zagryzł dolną wargę w nagłej fali słabo skrywanej radości na widok zawiązanego sznureczka i drobnego nietoperza bujającego się tuż przy skórze mężczyzny. Teraz mógł nosić przy sobie przypomnienie o gacku odratowanym w Singapurze.
- Mi? - mruknął zaskoczony, w żadnym potencjalnym scenariuszu nie spodziewając się otrzymania czegokolwiek w zamian. Spojrzał ciekawsko na paczuszkę z kolorowego papieru i ostrożnie wziął ją w ręce. - Mówiłem, ale przecież n-nie... O mój boże, jakie śliczne - uciął samemu sobie zaraz po odchyleniu opakowania, pomimo prób i tak rozrywając jego brzeg. Wysypał breloczek na dłoń i obejrzał go pod światło, przez chwilę z uradowanym uśmiechem obserwując jak promienie słońca tańczą na kolorowych szkiełkach. - Jak twoje tatuaże - zauważył, chociaż wybrzmienie tego dotarło do niego dopiero po fakcie. Oczywiście, że chodziło o postaci z animacji, nie o to by nosił przy kluczach wzory goszczące na skórze Liana, chociaż wątpił, by był w stanie przestać je z tym kojarzyć. - Znaczy... Dziękuję, jest cudowny - spróbował wrócić na trochę normalniejsze tory, zamykając palce na prezencie i drugą ręką sięgając do kieszeni płaszcza po trzy klucze na kółeczku z jedynym dodatkiem w formie małej plastikowej ramki w kształcie serca, zawierającej jego kilkuletnie zdjęcie z Alonso.
- Too... Dokąd jedziemy? - spróbował wyciągnąć od niego dotychczas skrywane informacje, wkręcając jedno kółeczko w drugie by nowy breloczek zawisł w swoim miejscu, z szerokim uśmiechem i różem sięgającym po czubki uszu.
Lian Mei
When you smile I melt inside
: ndz mar 08, 2026 9:37 pm
autor: Lian Mei
Do informacji, które dotąd zdążył odkryć na własną rękę dołączył kilka z tych, jakie cudem udało mu się wycisnąć od Milo wczorajszego popołudnia, zanim padł jak długi na kanapie i zasnął, by przespać pół
życia doby. Rivera nie chciał powiedzieć mu zbyt wiele, więc Mei wywnioskował, że pomiędzy nim a Danielem zawiązał się jakiś niepisany pakt obligujący go do powściągliwości, mimo to nie umknęła mu sugestia, by potraktował sprawę poważnie. Pomijając, że nie miał ochoty w przyszłości użerać się z wkurwionym Milo, nie miał również złych intencji wobec Moore'a, o czym zapewnił oszczędnie jednym zdaniem, a w zamian otrzymał bardzo sceptycznie udzielne na kredyt zaufanie. Z wciąż aktualną groźbą zrobienia mu syfu w interfejsach, które jak dotąd wychodziły spod ręki Rivery jak z fabrycznej taśmy.
Dowiedział się jednak, piąte przez dziesiąte, że Daniel miał długą i przykrą historię relacji z rówieśnikami, żadnego doświadczenia w sferach uczuciowych i zdaniem Milo, na jego jąkanie nie dało się zaradzić, a Lian w zasadzie nie zamierzał próbować. Może nie do końca czerpał satysfakcję z jego potknięć o najprostsze słowa, ale ten mankament (który jego zdaniem wcale nim nie był) nierozerwalnie kojarzył mu się już tylko z nim. Czasami zdawało mu się nawet, że słyszy jego zająknięcia poprzez wiadomości tekstowe, choć był to wyłącznie efekt jego wygłodniałej wyobraźni tęskniącej za tym, do czego było mu ostatnio blisko.
一 Mówisz tak, jakbym miał jakikolwiek wybór 一 mruknął, a widok Daniela oglądającego szkiełka pod światło z wyrazem tak wielkiego zachwytu, jakby co najmniej dostał kluczyki do nowego samochodu, a nie breloczek, tylko upewnił go w tym przekonaniu.
Na skojarzenie z tym, co fragmentami dało się prześledzić na jego skórze pomiędzy innymi tatuażami Mei jedynie uśmiechnął się tak, jakby doskonale zdawał sobie z tego zbiegu okoliczności sprawę, a ciemne oczy uparcie wpatrywały się przez moment w twarz Daniela z taką intensywnością, jakby chciał mu coś przekazać telepatycznie.
Świadkował mu w nawlekaniu breloczka na klucze, przy okazji wypatrzył kolejny błyszczący element kołyszący się na okółku i po paru sekundach zorientował się, że patrzy na zdjęcie Alonso w miniaturce.
一 Nie myślisz chyba, że powiem ci tak po prostu? 一 Lekko uniósł brew i zaplótł przedramiona na piersi, udając jakoby był rozczarowany tą naiwnością. 一 Poza tym tak długo jak jest wątpliwość mogę utrzymywać cię w niepewności. Może to kino? Może cmentarz? Koncert nad zatoką? Porwanie? Tyle opcji, a tylko jedno popołudnie.
Zmrużył oczy w uśmiechu, bladym i płaskim, ale wychodziło na to, że była to jego cecha charakterystyczna, a nie efekt niedospania czy przejaw złośliwości. Niektórzy, tak jak Moore na przykład, zdawali się wnosić ze sobą słońce i podnosić na duchu jednym uniesieniem kącika warg. Inni, tak jak Lian, mieli raczej tendencję do uzyskiwania odwrotnego efektu, wzbudzania ogólnej niewygody i dyskomfortu, chyba, że ktoś akurat z jakiegoś powodu sympatyzował z tym wrażeniem i wytrzymywał dość by zorientować się, że za tą średnio przyjemną otoczką urzędował umiarkowanie normalny, choć mocno zmęczony człowiek.
Drzwi do samochodu trzasnęły z obu stron i zanim jego dłoń powędrowała do zwolnienia ręcznego, Lian rzucił kątem oka na fotel od strony pasażera.
一 Pasy 一 zarządził krótko, bezdyskusyjnie, nie tyle przez pamięć o wypadku, o jakim Daniel wspomniał mu tamtego poranka na tarasie, ale z czystego odruchu. Skojarzenie dołączyło chwilę później, gdy patrząc jak Moore zapina pas walczył z przemożną chęcią by mu w tym pomóc. Zamiast tego po spodziewanym kliknięciu powoli wyjechał z garażu i zatrzymał się na krótko, by dla odświeżenia odruchów oprzeć ręce na kierownicy najpierw w jednym, klasycznym układzie, a następnie w innym, bardziej swoim, niżej i luźniej. Poprawił lusterko - wydawało mu się, że od ostatniego razu obniżyło się i ucinało mu widok na tył - i wreszcie zerknął w stronę Daniela, grzecznie otaśmowanego pasem. 一 Nie wiem czy nadal stresuje cię jazda samochodem, ale słowo honoru, będę prowadził ostrożnie, okay?
Czekał na cokolwiek; skinięcie głową, potwierdzenie, inne prośby i życzenia, ewentualnie cokolwiek, co sprawiłoby, że uznałby to za zły pomysł.
Daniel Moore
When you smile I melt inside
: pn mar 09, 2026 12:01 am
autor: Daniel Moore
Po części liczył na wzięcie go z zaskoczenia na tyle by się wygadał, po części właściwie wolał by zostało to utrzymane w sekrecie. Lubił niespodzianki, sam był okropny w planowaniu takowych przez nieopanowaną chęć podzielenia się entuzjazmem, jednak szanował osoby potrafiące utrzymać język za zębami dostatecznie długo by nie zdradzić absolutnie nic. Nie powstrzymało to jednak nijak wyrazu zawodu i żałości wpływającego mu na twarz w formie wypchniętej w przód wargi i dogłębnie zasmuconych oczu. Jako jedynak miał to wypracowane do perfekcji. Porzucił strategię, kiedy dotarła do niego lista potencjalnych metod na spędzenie dnia, a na ostatnią łagodnie zmrużył oczy w zastanowieniu, zerkając na samochód jakby rozważał swój następny ruch.
- Jak mnie porwiesz to muszę być z powrotem w poniedziałek - poinformował go tylko, wpychając klucze z powrotem do kieszeni i obchodząc pojazd by wsiąść po stronie pasażera. Szkoła nie czekała na nikogo, a jak dobrze kojarzył przedłużająca się randka nie była akceptowalną wymówką na niepojawienie się na lekcjach.
Wgramolił się do środka, po drodze zderzając się czubkiem głowy z górną obwódką drzwi, co skomentował niezbyt przejętym "ouch", po czym przytrzasnął sobie brzeg płaszcza i musiał powtórzyć proces zamykania drzwi. W końcu sięgnął w stronę pasa w tym samym momencie, w którym otrzymał polecenie od kierowcy.
- Oczywiście, zawsze - zapewnił od razu, bynajmniej nie zamierzając ryzykować w tak prosty do uniknięcia sposób. Co prawda z tego co było mu wiadomo oboje jego rodziców miało zapięte pasy, więc rozumiał tyle, że nie były one gwarancją przetrwania, jednak wiedział też jak kończyły się wypadki bez nich. Po zapięciu wyciągnął materiał szalika spod pasa, by ten nie dociskał mu się do mostka, po czym zabrał się za ustawianie sobie oparcia na czas tej tajemniczej trasy o nieokreślonej długości, jednak zanim skończył, otrzymał pytanie, na które Lian zdawał się oczekiwać odpowiedzi zanim faktycznie wyruszą w miasto. Rzucił okiem przez przednią szybę, po czym z nieznacznie pytającym wyrazem twarzy spojrzał na mężczyznę za kierownicą. Potrzebował paru chwil by załapać dokładnie o czym była mowa.
- Och, w sensie..? A nie, j-ja nic z tego nie pamiętam - przyznał i machnął dłonią by podkreślić jak bardzo ta kwestia nie była dla niego problemem. Nigdy tak właściwie nie była, z początku bał się samochodów tylko dlatego, że wszyscy lekarze, pielęgniarki i opiekunowie podkreślali na każdym kroku co i dlaczego mu się stało. - A-ale dzięki, doceniam. I okay, pewnie, wierzę ci - zapewnił i skinął głową z lekkim uśmiechem, nie mając szczególnych wątpliwości co do jego ostrożności podczas prowadzenia. Widział z jaką uwagą Lian odmierzał herbatę nawet w stanie skrajnego zmęczenia, od tamtego momentu przypisując mu ten poziom staranności jako stały element charakteru. Przez chwilę patrzył jeszcze na profil mężczyzny, na jego dłonie na kierownicy i na widoczny spod rękawa fragment bransoletki, przeplatając sobie palce na podołku bez lepszego zajęcia dla rąk.
- O...od dawna mnie nie stresuje. W sensie, przez pierwsze kilka miesięcy po się bałem, ale nie pamiętałem dlaczego miałbym, więc... Szy-szybko przeszło. Wszystko wiem z opowieści - przyznał, rozciągając trochę zaczęty przez mężczyznę temat i oferując mu nieco więcej informacji na swój temat. Nie chciał zanudzić go tą samą historią, którą opowiadał mu jeszcze wtedy na tarasie, jednocześnie nie chciał też za bardzo podkreślać swojej dawnej krzywdy. Był z nią pogodzony od lat, aktualnie traktował ją tylko jako ciekawostkę ze swojego życia aniżeli najważniejszą rzecz na swój temat.
- To... Ni-nie odpowiedziałeś mi jak było w Japonii. Poza tym, że ciepło. Czy nic się poza tym nie działo? - dopytał, wracając do ich rozmowy jeszcze z drogi powrotnej Liana. - Nigdy nie byłem, a-ale na zdjęciach wygląda pięknie. Byłeś tam wiosną? - upewnił się, zerkając na przemian to na mężczyznę, to na drogę. - A, jak cię rozpraszam to daj znać - dorzucił jeszcze, zdając sobie sprawę, że zasypywanie kierowcy pytaniami mogło nie być najlepszym pomysłem.
Lian Mei
When you smile I melt inside
: pn mar 09, 2026 12:34 am
autor: Lian Mei
Jak mnie porwiesz to muszę być z powrotem w poniedziałek.
Parsknął pod nosem cichym, wyrażającym nic więcej jak najszczersze niedowierzanie śmiechem.
一 Zapomniałeś o rodzicach, czy coś się zmieniło kiedy byłem nieobecny?
O ile dobrze pamiętał - i jeżeli prawidłowo sam wycyrklował dopowiadając sobie resztę - Daniel wciąż w wielu aspektach życia polegał na rodzinie i dostosowywał się do wymagań, co dla samego Liana było jednocześnie w pewnym sensie dobrze znane i zrozumiałe, zważywszy na wiek. Moore był co prawda pełnoletni, mimo to nadal w wieku, w którym człowiek nadal dopiero uczył się autonomii i wytyczania granic, a rodzice zwykle zaczynali się na tę samodzielność godzić. Dodatkowo od dłuższego czasu Mei miał wrażenie, że coming out był jeszcze przed Danielem.
Mały zgrzyt w jego rozumowanie wkradł się z czymś, co nie do końca pasowało mu do dotychczasowej narracji.
Nic z tego nie pamiętam.
Nie pamiętałem dlaczego.
Wszystko wiem z opowieści.
Łagodnie zmarszczył brwi, jednocześnie powoli włączając się do ruchu. Podmiejskie osiedla o tej godzinie w sobotę zazwyczaj dopiero zaczynały ożywać, niektórzy w kapciach i zasłaniając się ciasno szlafrokiem wędrowali do skrzynek, inni chorzy psychicznie w krótkich spodenkach uprawiali poranny jogging, patrząc z wyższością na kulących się gazeciarzy, ale samochodów na spokojnej ulicy było jak na lekarstwo.
一 Co to znaczy, że nic nie pamiętasz? 一 odezwał się wreszcie, na razie odpuszczając sobie historię z własnej podróży. Mogła zaczekać, mieli cały dzień i co najmniej dwadzieścia minut drogi, o ile centrum nie zdominowały korki. 一 To jakaś powypadkowa amnezja? Słyszałem, że podobno przy niektórych urazach uczestnicy takich wydarzeń nie pamiętają jak do nich doszło.
Ani przez chwilę nie przeszło mu przez głowę, że Danielowi nie do końca chodziło o sam w sobie wypadek co całą resztę życia, która go poprzedzała. Był łagodnie zaskoczony, co było słychać w jego głosie, nawet raz czy dwa zerknął w stronę Moore'a bawiącego się z ustawieniami fotela. Nie powiedział mu, ale był ciekaw kiedy dzieciak zauważy, że włączył mu w nim ogrzewanie.
Przy wyjeździe z cichej, podporządkowanej uliczki zatrzymał się przed skrzyżowaniem i korzystając z tego, że nikt im akurat nie dyszał w zderzak, Lian sięgnął do kieszeni od strony kierowcy i po krótkiej grzebaninie w przegródkach wywalczył sobie jedną z tych swoich nieśmiertelnych gumek. Być może miał ukryty talent materializowania ich z powietrza ilekroć potrzebował jakąś znaleźć pod ręką.
一 Możesz mi opowiedzieć, naprawdę chętnie usłyszę o szczegółach, o ile masz ochotę o nich mówić.
Zdawał sobie sprawę z tego, że być może ton jego głosu brzmiał niepasująco lekko czy wręcz niefrasobliwie w zestawieniu z powagą sytuacji o jakiej w tym momencie rozmawiali, mimo to wychodził z założenia, że skoro Moore zagaił ten temat wówczas na tarasie i bez widocznego dyskomfortu wspominał o tym teraz, nie musiał chodzić wkoło niego na palcach. Po prostu zapytał - tak, jak zapytałby o każdą inną rzecz jakiej autentycznie był ciekaw.
Z drugiej strony łatwiej mu było pozostać przy bezpiecznej pozycji słuchacza, wiedząc doskonale, że niekiedy brakowało mu delikatności i zdolności dopasowania się do rozmówcy, a o tyle o ile na ogół nie robiło mu to różnicy czy ktoś poczuje się tym urażony, tak w przypadku Daniela nagle miało to kolosalne znaczenie. Wciąż uczył się na ile mógł sobie pozwolić, ile subtelności wymagało odpowiednie podejście i gdzie leżała granica, dlatego podszedł do problemu taktycznie.
Na drodze dojazdowej otoczyły ich inne samochody, których Lian nie gonił ani nie wymijał w pośpiechu, pozwalając raczej, żeby to reszta ruchu manewrowała wkoło. Znaki wskazywały na to, że kierowali się do centrum, ale na krótko przed ścisłym sercem Toronto Mei skręcił w lewo i dalej poprowadził ich w stronę zachodniej części miasta.
Daniel Moore
When you smile I melt inside
: pn mar 09, 2026 8:08 pm
autor: Daniel Moore
Łagodny, nieśmiały uśmiech błysnął mu na twarzy, kiedy usłyszał śmiech mężczyzny, i utrzymał się także po otrzymaniu następnego pytania. Wzruszył ramionami, niekoniecznie przejęty tym małym szczegółem w idealnym planie na spędzenie weekendu.
- To brzmi raczej jak problem mojego porywacza, nie mój - wytknął, poprawiając się na fotelu by niewygodnie zgięty materiał płaszcza przestał gnieść go w dole pleców. Nawet jeśli jego rodzice byli dość stanowczy co do przestrzegania narzuconych zasad życia pod ich dachem, wątpił by nawet oni robili mu wyrzuty za zostanie ofiarą porwania. Wolał przy tym pominąć fakt, że w tym układzie byłby zdecydowanie chętną ofiarą i sam w pełni świadomie wsiadł do jego samochodu. Zresztą, już pierwszego dnia znajomości przekazał mężczyźnie doskonały sposób na uśpienie czujności państwa Moore, nie wspominając już o jego niewyjaśnionej zdolności odblokowywania telefonu Daniela bez wskazówek. Bez szczególnego wysilania się posiadał wszystkie elementy udanego porwania, oczywiście tylko jeśli odstawiłby go do szkoły w poniedziałek.
- Zna-znczy... Jasne, mogę opowiedzieć, tylko... Okay - mruknął, poprawiając wierzchem dłoni okulary i przekręcając się w miejscu na tyle, na ile pozwalał mu pas, by siedzieć bardziej na ukos w stronę Liana aniżeli całkowicie bokiem. Lepsze to niż próby zerkania na niego co kilka sekund czy siedzenie całą drogę z wykręconą szyją. - To może... Pierwsze co pamiętam to pobudka w szpitalu. Tak... ogólnie pierwsze. W życiu. Nic z wypadku, a-ale też przed..? Całe te osiem lat - puf. Jakby nigdy się nie zdarzyło. Czyli... tak, pourazowa amnezja retrogradna, wsteczna, ja-jak kto woli - zgodził się z jego diagnozą, spoglądając na niego ostrożnie spod kilku loków osypujących mu się na oczy, jakby chciał sprawdzić czy ten dalej chce o tym słuchać. Zwilżył wargi w chwili zastanowienia nad tym, który element puzzli włożyć na miejsce jako następny. - Dowiedziałem się jak się nazywam z legitymacji szkolnej, sam moment kolizji wyciągnęli z rekonstrukcji wydarzeń, bo ja nie... Ja nie byłem pomocny, a moi rodzice, w... w sensie ci biologiczni, no, oni ty-tym bardziej. Um... Wspominałem, że jestem adoptowany? - upewnił się, marszcząc czoło, gdy potknął się kolejny temat związany bezpośrednio z resztą historii, a który raczej nigdy nie wyszedł w rozmowie. W jego oczach był to po prostu początek życia. Nie czuł pustki w miejscu tego, co stracił, w jego odczuciu nigdy niczego tam nie było, a karty swojej historii zapisywał dopiero od chwili wybudzenia się ze śpiączki.
- Nie wiem czy oni... no, moi rodzice, nie mieli innej rodziny, czy nikt się po prostu nie zgłosił, ale nie było nikogo kto wiedziałby cokolwiek o tym... o Danielu sprzed wypadku, więc... no, ni-nie wiem nic o tym co działo się przed - przyznał, po rozpędzonym wyrzucaniu z siebie informacji zaczynając potykać się o wyrastające mu na drodze pnącza niepewności. Opowiadanie o wszystkim nie było dla niego personalnie problematyczne, jednak zwykle zyskiwał tym albo nadmierne współczucie, z którym nie wiedział co zrobić, jako że sam nie odczuwał szczególnego żalu względem utraconego życia, albo krzywe spojrzenia i wręcz fizycznie odczuwalny dystans. Postukał środkowym palcem w swoje kolano i rzucił okiem na środkową konsolę samochodu, jakby ta nagle wydała mu się wyjątkowo fascynująca.
- S-sorki, nie chcę p-psuć nastroju - zapewnił i zaśmiał się z nerwowym podszyciem. - Trochę za mocno dostałem w głowę i wi-widać jakie są efekty - dodał, uznając humor za doskonałą metodę na rozluźnienie zarówno samego siebie jak i napięcia, które zawczasu zaczął wkoło siebie rozsiewać. Przez ostatnie dwa miesiące miał okazję poznać Liana na tyle, by wiedzieć, że niczym nie przypominał osób, jakie przetaczały się przez jego życie tylko w celu zrobienia mu przykrości, niemniej rozpoczęcie pierwszej randki historią o zmarłych rodzicach, wypadkach samochodowych i amnezji, być może nie było najlepszym pomysłem na jaki kiedykolwiek wpadł.
Lian Mei
When you smile I melt inside
: wt mar 10, 2026 12:47 am
autor: Lian Mei
Nie prowadził od dawna, a mimo to szybko wszedł w automatyzm, nadzorowany przytomną obserwacją otoczenia, pozwalając, by w tryb pamięci mięśniowej wchodziły wyłącznie jego dłonie manewrujące kierownicą. Pozwalał sobie tylko raz na jakiś czas zerknąć w stronę Daniela, mniej dyskretnie niż by tego chciał, bo sporadycznie wyłapywał z nim nieplanowany kontakt wzrokowy i przeklinając w duchu te sarnie oczy wracał spojrzeniem na drogę.
Głównie słuchał nie wchodząc mu w słowo, nawet wówczas, gdy Moore doprecyzował, że amnezja nie obejmowała wyłącznie etapu na krótko przed i w trakcie wypadku. Jedynie zacisnął mocniej palce na kierownicy zastanawiając się jak ktokolwiek z taką łatwością mógł opowiadać o całkowitym odcięciu tak znacznej części swojego życia z tak nieprawdopodobną łatwością, ale to było tylko pierwsze, impulsywne ważenie.
Tęsknota za czymś, co odeszło na więcej niż jeden sposób nie byłaby czymś nienaturalnym, raczej czymś odzywającym się z rzadka pustawym echem, tym dziwnym rodzajem sentymentu za nieznanym i Lian na tym poziomie był w stanie to zrozumieć, podobnie jak pragnienie, by nie stawać się zakładnikiem nieszczęścia. Tym drugim szczególnie był zaskoczony, bo nigdy nie spotkał kogoś o podobnym podejściu w tak młodym wieku.
一 Nie psujesz. Właściwie to muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem. Takie podejście wymaga siły, ewentualnie naturalnych predyspozycji do pozostawania w ruchu pomimo wszystkiego co ciąży. Większość osób woli uprawiać osobistą martyrologię, to łatwiejsze.
Przystanął na chwilę na czerwonym i wykorzystał moment by tym razem obrócić się w stronę Daniela z przedramieniem wspartym o kierownicę.
一 Zapytałem bo chciałem wiedzieć. Poza tym jeżeli jeszcze nie zauważyłeś to naprawdę ciężko byłoby znaleźć temat, który by mnie przygasił.
Zagapił się odrobinę za długo. Nie spodziewał się, że zielone dogoni ich aż tak szybko, ale zdążył zareagować zanim kierowca z tyłu straciłby cierpliwość, zwłaszcza, że w personalnym repertuarze dźwięków, które Mei darzył wyjątkowo głęboką nienawiścią figurował dźwięk klaksonu.
一 Ale twoi rodzice też mają szczęście. Albo dobre oko? W każdym razie, osiemnastolatek, który stroni od alkoholu i nie wagaruje? Nie słyszałem.
I nie mówił tego w żaden sposób uszczypliwie, przeciwnie, lekkość z jaką wyprowadził to spostrzeżenie sugerowała raczej, że był tym odstępstwem od reguły żywo zainteresowany.
Z jakiegoś powodu większość ludzi wolała zoo, może ze względu na pozornie większe zróżnicowanie i dzięki temu udało im się bez problemu zaparkować całkiem niedaleko oceanarium.
Zanim Daniel w ogóle zdążył pomyśleć o odpięciu pasa, Lian zasłonił klamrę dłonią i na chwilę przychylił się bliżej z cichym skrzypnięciem fotela oraz podmalowanym ciekawością spojrzeniem. Przez moment po prostu patrzył bez słowa i bez najmniejszego skrępowania, jakby nigdy nie słyszał o czymś takim jak nieśmiałość, trochę tak, jakby chciał coś powiedzieć, ale wciąż liczył wszystkie za i przeciw.
Wreszcie na jego wąskich wargach pojawił się uśmiech, odrobinę cierpki, ale chyba tylko dlatego, że nie był przyzwyczajony do mówienia o sobie i musiał ponownie skalibrować swoje podejście.
一 Mam nadzieję, że niczego nie spierdolę, bo to moja pierwsza randka.
Nie poruszył się ani o cal, wciąż obserwował go spod rzęs z tą samą intensywnością i uśmiechał się niezmiennie, może tylko nieco bardziej wyzywająco.
A potem odpiął mu pas z kliknięciem, które pod kloszem tej cichości panującej w samochodzie zabrzmiało donośnie i w jakiś sposób kategorycznie. Tak, jakby chciało dać znać, że za późno na odwrót czy zmianę zdania.
Ostre, zimowe powietrze ugryzło go w policzki i nos zaledwie kilka sekund po tym jak wynurzył się z ciepłego auta. Owinął się ciaśniej płaszczem, wsunął obie ręce do kieszeni i z zaskoczeniem wyczuł coś twardego pod palcami; blaszaną puszkę winogronowych landrynek, dla odmiany nie pustą.
一 Masz ochotę? 一 zapytał gdy Daniel dołączył do niego w śniegu. Zachęcający grzechot cukierków w otwartej i zwróconej ku niemu puszce poprzedził zapach, słodki i charakterystyczny, nie do pomylenia z jakimkolwiek innym chemicznie podcukrzonym owocem. 一 Miałem bardzo krótki epizod uzależnienia od nikotyny 一 przyznał słowem wyjaśnienia. 一 Potem uzależniłem się od tego. Trzymaj, znajdę nasze bilety, okay?
Daniel Moore
When you smile I melt inside
: wt mar 10, 2026 8:49 pm
autor: Daniel Moore
Zapewnienia okazały się wystarczające by ponownie odetchnął głębiej i otrzepał się z warstwy spięcia, powoli obrastającej go od stóp po czubek głowy podczas krótkiej chwili wątpliwości. Od momentu przyjęcia zaproszenia na wyjście czuł się jak wystawiony na powietrze nadtlenek, w każdej chwili o jeden niesprzyjający czynnik od rozpadu na kawałki i niekontrolowanego zapłonu. Na przemian miał wrażenie, że nie mógłby być szczęśliwszy i kwestionował słuszność wiary w jakiekolwiek pozytywne zakończenie tej historii. Nawet nie tyle wyszedł, co wypadł z własnej strefy komfortu i ryzykował bardziej niż kiedykolwiek w życiu, stawiając na szali zarówno coraz sprawniej rozwijającą się znajomość, poczucie własnej wartości oraz swoje serce. To samo, które praktycznie stanęło w miejscu, gdy Lian przechylił się w jego stronę, zamykając Daniela w potrzasku między drzwiami, oparciem i samym sobą, przy czym sama ta świadomość dała radę oddać mu z nawiązką wszystkie kolory, jakie stracił kiedy nagrzane wnętrze auta odjęło z jego policzków ślady po mrozie. Niespokojne spojrzenie rozbiegło się po twarzy mężczyzny, nie zatrzymując się nigdzie na dłużej, aż w końcu bezpiecznie opadło w dół, a przynajmniej do momentu, gdy uniesienie kącików ust ponownie przyciągnęło jego wzrok. Tym razem nadeszła jego kolej na zgrzyt między tym, co miał za pewnik, a tym czego właśnie się dowiadywał. Otworzył usta w wyrazie zaskoczenia, nie do końca przekonany jakie dokładnie słowa chciał z siebie wyrzucić.
- Ale myślałem, że miałeś... - uciął, zostawiając w niedopowiedzeniu to wszystko, czego o nim nie wiedział. Jeszcze przed rozmową z Milo był przekonany o jego doświadczeniu w temacie randkowym, to samo wywnioskował z samego spokoju z jakim podrzucił mu zaproszenie, w środku rozmowy jakby nie było to nic wielkiego, a dodatkowa kwestia byłej dziewczyny, o której zdecydowanie nie chciał teraz myśleć, jedynie to zacementowała. - Chy-chyba jakoś to rozpracujemy - zapewnił zamiast brnąć w aktualnie całkowicie zbędne domysły i założenia, chwilowo łapiąc z nim kontakt wzrokowy i prawie zapominając o tym, jak się oddycha, przez spojrzenie jakie otrzymał w zamian.
Kliknięcie zwalnianego pasa praktycznie przegoniło duszę z jego ciała. Podskoczył w miejscu, przyciągając ręce bliżej siebie i jedynie dzielący go od dachu samochodu dystans uchronił jego głowę przed drugą kolizją w ciągu niecałych trzydziestu minut. Wysiadł z opóźnieniem, po kilku głębszych wdechach, wyplątaniu się z pasa i zdaniu sobie sprawy, że chociaż kojarzył trasę, którą jechali, do momentu postawienia pierwszych kroków na wyklepanym śniegu nie skojarzył do końca celu podróży.
- Idziemy oglądać rybki?! - upewnił się entuzjastycznie, podchodząc do Liana z uśmiechem i pocierając brzegiem dłoni rozpalony policzek, jakby był w stanie w ten sposób zmyć z niego nadmiar koloru. Informacja o tym, że obaj znajdowali się na nie do końca znajomym terenie dała radę coś przestawić i Daniel czuł się mniej jakby istniał gotowy scenariusz, pod który musiał się dopasować. Z drugiej strony naoglądał się tylu kiczowatych komedii romantycznych, że sam posiadał jakieś niewyraźne, posklejane z różnych źródeł oczekiwania co do wydarzeń tego dnia. - Dawno mnie tu nie było. Nie wiem nawet... Och, chętnie, dzięki - zapominając o bożym świecie odebrał od Liana pudełeczko cukierków, nagle dużo bardziej zainteresowany cukrem. Po wciągnięciu do ust jednej landrynki i wepchnięciu jej sobie w policzek, obejrzał puszkę z każdej strony by zaznajomić się z tym, co dało radę uwiązać go do poziomu uzależnienia.
- A teraz? - podłapał, spoglądając na niego ciekaw czy winogronowe cukierki nadal robiły mu za swoistą używkę, czy może przerzucił się na coś innego. - I masz na myśli te konkretne czy... jakby cukierki, ogólnie? - dopytał, zamykając puszeczkę z satysfakcjonującym kliknięciem. - A i gratuluję rzucenia. To... nie wydaje się proste. Sam jakoś nigdy nie rozumiałem tej... hm... popularności papierosów. Dym jakoś tak, nie wiem, nigdy nie wydawał się czymś, co miałbym ochotę... wciągać - wyznał, organizując mu nieproszone tło na czas szukania wejściówek. - Wdychać? Połykać..? Nie znam terminologii, raz Lotka dała mi spróbować i prawie wyplułem płuca, nigdy więcej - poinformował go, krzywiąc się na samo wspomnienie zarówno nieprzyjemnego gryzienia w gardle, jak i późniejszego ataku astmy, który poza okropnym smakiem, zapachem i ogólnym dyskomfortem przekonał go, że to definitywnie nie było dla niego.
Lian Mei