no still means no
: pn mar 09, 2026 11:15 am
Nazajutrz, a właściwie dwa dni później wszystko wyglądało dokładnie tak samo, jak zawsze. Jakby tamta noc nie była momentem, który miał przewrócić ich rzeczywistość do góry nogami, tylko kolejnym zdarzeniem, które naturalnie wplotło się w rytm ich życia. Nie było w tym ani teatralnej zmiany, ani niezręcznego dystansu. Nie udawali też, że nic się nie wydarzyło; po prostu funkcjonowali dalej.
Margo pojawiła się na komisariacie punktualnie, jak robiła to każdego dnia. Z kubkiem kawy w dłoni - tej samej, przesłodzonej do granic rozsądku mieszanki, którą wszyscy na wydziale komentowali z niedowierzaniem. W przeciwieństwie do niej Rhys, zgodnie z tradycją, spóźnił się. Na jego biurku czekała już jednak kawa z pokoju socjalnego, przelewowa, gorzka i okropna, którą zawsze zostawiała mu tam, zanim zdążył się pojawić. Teraz była już oczywiście zimna.
Kiedy w końcu wszedł do biura, powitało go tylko jedno spojrzenie. Uniosła wzrok znad dokumentów i spojrzała na niego wymownie, bez słowa przekazując wszystko, co miała do powiedzenia. Czekała na niego od dobrych kilkudziesięciu minut. - Kapitan kazał przekazać, że odprawy odbywają się punktualnie o ósmej - rzuciła w końcu spokojnie, opierając się wygodniej o oparcie krzesła. Upiła łyk swojej kawy, zupełnie niewzruszona. - I że jeśli masz problem z zegarkiem ze wskazówkami, to masz sobie kupić taki, na którym wyświetla się godzina - potem wróciła do papierów, jakby nic więcej nie było do dodania.
Wszystko było po staremu. Ta sama dynamika, te same docinki, ta sama znajoma przestrzeń między nimi, w której każde z nich wiedziało dokładnie gdzie stoi.
Większą część dnia spędzili w biurze, pochylając się nad sprawą, która utknęła gdzieś pomiędzy raportami i przesłuchaniami. Nie była szczególnie ekscytująca, raczej jedna z tych, które wymagały cierpliwości, analizowania dokumentów i łączenia ze sobą pozornie nieistotnych szczegółów. Pracowali obok siebie tak jak zawsze. Czasami wymieniali krótkie uwagi, czasami milczeli przez dłuższe chwile, skupieni na własnych notatkach. Nie było w tym nic wymuszonego. Po prostu robili swoją robotę.
Pod koniec dnia Margo wstała pierwsza. Raporty miała gotowe, a jej biurko było już niemal puste. - Nie wychodzisz? - zapytała mimochodem, zarzucając kurtkę na ramię. Zbył pytanie krótkim, niewiele mówiącym komentarzem, więc tylko wzruszyła ramionami. Nie drążyła; choć byli partnerami, każde z nich miało też swoją część pracy do wykonania. Ona kończyła swoje rzeczy na czas, on zazwyczaj był z nimi spóźniony. Być może właśnie to próbował teraz nadrobić.
Na parkingu powietrze było chłodniejsze niż w budynku komisariatu. Wyciągała już kluczyki z kieszeni, kierując się w stronę samochodu, kiedy nagłe szarpnięcie za ramię zatrzymało ją w pół kroku. Westchnęła cicho, jeszcze zanim się odwróciła. - Daniel - Evans stał za nią z tą samą upartą determinacją w oczach, którą znała aż za dobrze. Przez chwilę przyglądała mu się w milczeniu. - Myślę, że wszystko zostało już powiedziane - odpowiedziała w końcu spokojnie. - Naprawdę nie sądzę, żeby kolejna rozmowa była potrzebna - ten jednak nie zamierzał odpuścić tak łatwo. Zrobił krok bliżej, jakby próbował zagrodzić jej drogę. - Margo, nie możesz po prostu... - przerwała mu od razu, a w jej głosie pojawiła się wyraźna stanowczość. - Mogę i dokładnie to właśnie zrobiłam - jej spojrzenie było spokojne, ale twarde. - Wyszłam z tej restauracji nie bez powodu - na moment zapadła między nimi cisza, napięta i ciężka.
Odetchnęła powoli, wyciągając telefon z kieszeni. Kciukiem szybko wystukała krótką wiadomość zaadresowaną do Maddena. Wysłała ją, zanim jeszcze zdążyła się zastanowić, czy to w ogóle było potrzebne. Potem schowała telefon i znów spojrzała na Evansa.
Potrzebuję wsparcia. Evans nie rozumie słowa nie. - Daniel - powiedziała ciszej. - Naprawdę nie chcę tego ciągnąć - ale po wyrazie jego twarzy widziała, że dla niego ta rozmowa dopiero się zaczynała.
Rhys Madden
Margo pojawiła się na komisariacie punktualnie, jak robiła to każdego dnia. Z kubkiem kawy w dłoni - tej samej, przesłodzonej do granic rozsądku mieszanki, którą wszyscy na wydziale komentowali z niedowierzaniem. W przeciwieństwie do niej Rhys, zgodnie z tradycją, spóźnił się. Na jego biurku czekała już jednak kawa z pokoju socjalnego, przelewowa, gorzka i okropna, którą zawsze zostawiała mu tam, zanim zdążył się pojawić. Teraz była już oczywiście zimna.
Kiedy w końcu wszedł do biura, powitało go tylko jedno spojrzenie. Uniosła wzrok znad dokumentów i spojrzała na niego wymownie, bez słowa przekazując wszystko, co miała do powiedzenia. Czekała na niego od dobrych kilkudziesięciu minut. - Kapitan kazał przekazać, że odprawy odbywają się punktualnie o ósmej - rzuciła w końcu spokojnie, opierając się wygodniej o oparcie krzesła. Upiła łyk swojej kawy, zupełnie niewzruszona. - I że jeśli masz problem z zegarkiem ze wskazówkami, to masz sobie kupić taki, na którym wyświetla się godzina - potem wróciła do papierów, jakby nic więcej nie było do dodania.
Wszystko było po staremu. Ta sama dynamika, te same docinki, ta sama znajoma przestrzeń między nimi, w której każde z nich wiedziało dokładnie gdzie stoi.
Większą część dnia spędzili w biurze, pochylając się nad sprawą, która utknęła gdzieś pomiędzy raportami i przesłuchaniami. Nie była szczególnie ekscytująca, raczej jedna z tych, które wymagały cierpliwości, analizowania dokumentów i łączenia ze sobą pozornie nieistotnych szczegółów. Pracowali obok siebie tak jak zawsze. Czasami wymieniali krótkie uwagi, czasami milczeli przez dłuższe chwile, skupieni na własnych notatkach. Nie było w tym nic wymuszonego. Po prostu robili swoją robotę.
Pod koniec dnia Margo wstała pierwsza. Raporty miała gotowe, a jej biurko było już niemal puste. - Nie wychodzisz? - zapytała mimochodem, zarzucając kurtkę na ramię. Zbył pytanie krótkim, niewiele mówiącym komentarzem, więc tylko wzruszyła ramionami. Nie drążyła; choć byli partnerami, każde z nich miało też swoją część pracy do wykonania. Ona kończyła swoje rzeczy na czas, on zazwyczaj był z nimi spóźniony. Być może właśnie to próbował teraz nadrobić.
Na parkingu powietrze było chłodniejsze niż w budynku komisariatu. Wyciągała już kluczyki z kieszeni, kierując się w stronę samochodu, kiedy nagłe szarpnięcie za ramię zatrzymało ją w pół kroku. Westchnęła cicho, jeszcze zanim się odwróciła. - Daniel - Evans stał za nią z tą samą upartą determinacją w oczach, którą znała aż za dobrze. Przez chwilę przyglądała mu się w milczeniu. - Myślę, że wszystko zostało już powiedziane - odpowiedziała w końcu spokojnie. - Naprawdę nie sądzę, żeby kolejna rozmowa była potrzebna - ten jednak nie zamierzał odpuścić tak łatwo. Zrobił krok bliżej, jakby próbował zagrodzić jej drogę. - Margo, nie możesz po prostu... - przerwała mu od razu, a w jej głosie pojawiła się wyraźna stanowczość. - Mogę i dokładnie to właśnie zrobiłam - jej spojrzenie było spokojne, ale twarde. - Wyszłam z tej restauracji nie bez powodu - na moment zapadła między nimi cisza, napięta i ciężka.
Odetchnęła powoli, wyciągając telefon z kieszeni. Kciukiem szybko wystukała krótką wiadomość zaadresowaną do Maddena. Wysłała ją, zanim jeszcze zdążyła się zastanowić, czy to w ogóle było potrzebne. Potem schowała telefon i znów spojrzała na Evansa.
Potrzebuję wsparcia. Evans nie rozumie słowa nie. - Daniel - powiedziała ciszej. - Naprawdę nie chcę tego ciągnąć - ale po wyrazie jego twarzy widziała, że dla niego ta rozmowa dopiero się zaczynała.
Rhys Madden