I liked you better when you weren't on my mind
: pn mar 09, 2026 8:09 pm
25
Może to przez tę pogodę? Od paru dni było po prostu... przyjemniej. To nadal była – jej zdaniem – okrutna, kanadyjska zima, ale coraz śmielej i częściej obiecywała wszystkim wiosnę. A April kochał wiosnę, nie tylko z tak prozaicznych powodów jak duchowe połączenie z kwietniem. Na wiosnę wszystkim się wszystko chciało, bez słońca nie dało się przecież funkcjonować. Wbrew tym filozofiom spędzała dzisiaj całe dnie w budynkach. Biegała od biurowca do biurowca, wściekając się, że nie ustawiła tych wszystkich spotkań na Zoomie. Po jaką cholerę upierała się na kontakt z żywym człowiekiem? Cóż, tak było łatwiej wszystko załatwić. A uwielbiała, gdy jej wychodziło. Była głodna nowego pasma sukcesów, ale sama musi sobie ten czerwony dywan rozłożyć. A najlepiej wcześniej uszyć.
Galeria miała być ostatnim przystankiem. Rozmowa z kustoszami przebiegła doskonale. Już wkrótce miała zorganizować tu wydarzenie dla jednego z klientów podpisanych w ich agencji. Połączenie było dziwaczne, ale kogo to właściwie obchodziło? Klient miał wizję i pieniądze. To drugie wystarczyło, by przekonać właścicieli, że warto w to wejść. Wystarczyło dodać tylko trochę uroku osobistego i uśmiechu, nieco kombinatoryki i wszystko właściwie było już ustalone. Dzisiaj mieli podpisać ostatnie dokumenty i nieco pozwiedzać, zanim zaczną wszystko rozrysowywać na papierze albo zwozić tu pudła z klienckimi bibelotami.
Wyszła z gabinetu wyjątkowo zadowolona. Rozmowa się przeciągnęła. Szybko zeszła z tematów biznesowych na sztukę. Może Finch nie była specjalistka od malarstwa czy rzeźby, ale uwielbiała i potrafiła docenić każdy rodzaj sztuki. Potrafiła też słuchać, a jeszcze lepiej gadać. Nie będzie się przecież dziwić, że ją tak pokochali, sama siebie też uwielbiała. Wręczono jej naręcze albumów, które miała przeglądać w wolnej chwili, chłonąć nową wiedzę. Podobno część z nich nie pojawiła się jeszcze w oficjalnej dystrybucji i powinna dziękować niebiosom za szansę obcowania z akurat tym rodzajem sztuki. Cóż, to akurat sprawdzi w domu.
Trochę nie przemyślała logistyki wydostania się z budynku. Najpierw kompletnie pomyliła korytarze, przez co kręciła się po budynku jak kretynka. Potem jej telefon zaczął uporczywie wibrować. Chciała go zignorować, ale komunikaty na smartwachu jasno dawały jej do zrozumienia, że nie powinna tego robić. Taszczyła za sobą jeszcze teczkę z umowami i pusty kubek po kawie, którego z jakiegoś powodu nie wyrzuciła do żadnego kosza po drodze. Chuj jasny ją od tego wszystkiego strzelał. Chciała sięgnąć po telefon, ale stos albumów, który z każdą chwilą robił się coraz cięższy, skutecznie jej to utrudniał. Zatrzymała się wreszcie na środku wszystkiego, rozglądając się w panice. Tuż obok zauważyła sylwetkę, sprawiającą wrażenie niezwykle przyjacielskiej. Przynajmniej na pierwszy rzut oka.
— Pomożesz mi nieco? Bardzo proszę i dziękuję — rzuciła do kobiety, wciskając jej na siłę w ręce kilka książek, nie dając nawet szansy się odsunąć. Wyjęła wreszcie telefon, upuściła przy okazji kubek i kilka kolejnych książek. Wymamrotała pod nosem przekleństwo, wklepała coś szybko w urządzenie, pozbierała na szybko graty z podłogi i wyprostowała się. Uśmiechnęła się szeroko, pełna wdzięczności.
— Dziękuję, życie mi ratu... Och — zawiesiła głos, wpatrując się w Nilsinger stojącą na przeciwko. Kompletnie jej w pierwszej chwili nie poznała i teraz czuła się wyjątkowo kretyńsko. Wzruszyła ramionami i wyciągnęła w jej stronę ręce z książkami, chcąc najwyraźniej, by ułożyła na szczycie wciśnięte jej wcześniej albumy.
— Cześć, Inari. Kopę lat. Doskonale wyglądasz, nie poznałam cię — rzuciła szybciej niż pomyślała. Szybko zdała sobie jednak sprawę, że nie zabrzmiało to tak miło, jak powinno. Westchnęła zirytowana samą sobą.
— Oj dobra. Wiesz przecież, co miałam na myśli — dodała, wzruszając ramionami. Przecież nie będzie się teraz przed nią bezsensownie tłumaczyć. Jeszcze tego by brakowało.
Inari Nilsinger