Strona 1 z 4

Si voy por ti o vienes corriendo

: wt mar 10, 2026 10:01 pm
autor: Alvaro Salvatierra
druga połowa grudnia 2002r. / Buenos Aires, Argentyna

trigger warning
wykorzystanie seksualne w tle
Alvaro czuł pieczenie na rozciętym policzku i może to dziwne, ale to właśnie to pieczenie w pewnym momencie go obudziło - a w każdym razie tak mu się wydawało. Zanim otworzył oczy przeszło mu przez myśl, że chyba musiał zabalować, bo miejsce, w którym leżał, zdecydowanie nie było miękkim materacem w jego łóżku. Czyżby spał u kogoś innego...? Pamiętał, że wybrał się na imprezę, ale nie miał wtedy planów, żeby spać poza domem; nie tak się zresztą umówił z Santiago.
I tak cudem go facet puścił, bo Salvatierra miał dopiero siedemnaście lat, ale dzięki temu, że przeskoczył rok nauki w szkole - był wyjątkowo zdolnym dzieciakiem, cóż poradzić - to właśnie kończył szkołę średnią. Ostatnie trzy lata spędził na kształceniu się w tym, co naprawdę lubił, czyli na przedmiotach technicznych i naukach ścisłych - niech będzie pochwalony ten, kto wymyślił, by szkoły średnie w Argentynie dzieliły się na 3 lata nauki wszystkiego, a kolejne trzy kształcenia stricte profilowego, w zależności od tego, do czego ciągnęło danego dzieciaka.
Tak czy inaczej - kończył szkołę średnią przedwcześnie i być może właśnie dlatego Santiago w końcu się zgodził, żeby Alvaro wyszedł na imprezę; wakacje można było uznać za rozpoczęte, była w końcu druga połowa grudnia, a Alvaro mający na karku lat siedemnaście i pół wyruszył na podboje gejowskich klubów w Buenos Aires! Miał się dobrze bawić, miało być pięknie, ale... chyba nie było.
Im dłużej leżał, tym bardziej docierało do niego, że leży na czymś zimnym i twardym i że boli go nie tylko policzek. Bolała go też głowa, jakby ktoś go w nią z całej siły uderzył i to w dodatku czymś ciężkim, bolała go skóra na plecach i bokach, bolała go szyja, jakby przez jakiś czas ktoś zaciskał na niej ręce i to wcale nie z czułością i delikatnością, a dodatkowo... no, cóż, bolały go też inne miejsca, a świadomość tego sprawiła, że wreszcie otworzył oczy.
Nie był pewien gdzie się znajdował, ale na pewno był w jakiejś bocznej alejce, z dala od zgiełku centrum miasta. Z trudem podniósł się do pozycji siedzącej - nie było to łatwe tym bardziej, że tamte okolice naprawdę go bolały i myśl o tym dlaczego wcale nie była przyjemna. Alvaro niestety domyślał się dlaczego. Miał swoją przeszłość, wtedy też doświadczył różnych nieprzyjemnych przekroczeń, ale w porę spotkał na swojej drodze anioła stróża, który zabrał go do siebie. Właśnie, jego anioł stróż...
Wyjął z kieszeni telefon komórkowy. Ekran był lekko pęknięty na dole, ale na szczęście telefon nie był sam w sobie uszkodzony. Bateria - 15 procent. Godzina - 03:59. Kilka(naście?) nieodebranych połączeń, kilka wiadomości głosowych, których w tym momencie nie miał siły odsłuchiwać. Otarł coś wilgotnego ze swoich ust (wolał nie patrzeć co to było konkretnie) i wcisnął zieloną słuchawkę. Była czwarta nad ranem, miał wrócić o drugiej - wiedział, że de la Serna będzie na niego zły i było to w tej chwili jedyne, o czym myślał. Być może było to wyparcie, może jeszcze co innego, ale gdy oczekiwał na to, aż Santiago odbierze, wpatrywał się niewidzącym wzrokiem w swoje poranione kostki palców, oświetlane teraz przez lekko mrygające światło latarni.

Santiago de la Serna

Si voy por ti o vienes corriendo

: wt mar 10, 2026 10:26 pm
autor: Santiago de la Serna
Umówili się, że Alvaro wróci o drugiej. Być może to był cud, że puścił chłopaka na imprezę, a może nie - Tiago nie rozpatrywał tego w takich kategoriach, bo uważał, że siedemnastolatek to prawie dorosły człowiek, ma prawo się zabawić, ma prawo wyjść z domu z kumplami. Czy podejrzewał, że młody się napije? Oczywiście - był tego wręcz pewien! Mówił mu jedynie, że ma nie wracać porobiony jak messerschmitt, żeby po prostu hamował się trochę i wrócił do domu o własnych siłach. Do drugiej - inaczej by się na to wyjście zapatrywał, gdyby to nie była impreza w niewiadomogdziewie (pomyślał o klubach, bo przecież reszta miała już te osiemnaście lat, ale miał nadzieję, że może nie; mimo wszystko jednak miał być w towarzystwie kolegów z klasy, więc choćby przez to Santiago patrzył na to wyjście jako na w miarę bezpieczne); tylko u kogoś w domu, ale powiedzmy sobie szczerze: kto świętuje ukończenie szkoły na domówce? No, dobrze, zapewne były takie osoby, ale Salvatierry o to nie podejrzewał.
Tak czy inaczej - uznał, że druga to rozsądna godzina. Nie zabierała chłopakowi zbyt wiele wolności, a jednocześnie dawała de la Sernie jako takie poczucie bezpieczeństwa młodego. O tej porze zwykle imprezy jeszcze trwały, a ludzie dopiero zaczynali być pochlani w szpadel - godzinę później już na pewno nie byłoby tak wesoło. Santiago tez nie chciał być dla młodego Ojcem Tyranem - miał świadomość, że tak naprawdę nie ma nad nim absolutnie żadnej władzy, bo nie był jego opiekunem prawnym, nie był jego krewnym; więc tak naprawdę Alvaro mógł mieć jego prośby o powrót serdecznie w dupie i tak czy inaczej przyjść, o której mu się spodoba.
Tiago podejrzewał zresztą, że właśnie tak się stało, kiedy o drugiej chłopaka jeszcze nie było w domu. Odczekał grzecznie i w miarę spokojnie pół godziny, a kiedy nadal go nie było, zadzwonił po raz pierwszy. Miał nadzieję, że młody przynajmniej odbierze i powie, że no, zabalował, że chce jeszcze zostać, bo jest fajnie i że kiedy wróci, to będzie.
Za dziesięć trzecia zadzwonił po raz drugi, już bardziej zaniepokojony, tym bardziej, że nadal nie usłyszał po drugiej stronie głosu Alvaro, mówiącego mu, żeby się w dupę pocałował (nie spodziewał się takich słów, ale już choćby i one byłyby dla niego lepsze, niż to milczenie). Napisał mu smsa z pytaniem, gdzie jest i kiedy zamierza wrócić.
Piętnaście po trzeciej był już bardzo zdenerwowany. Nie zły, tylko wystraszony - bo jednak Salvatierra zwykł przynajmniej informować, dlaczego się spóźnia. Teraz jego telefon milczał.
Od tej pory Tiago wykonał jeszcze kilkanaście telefonów, napisał wiele wiadomości, nagrał się kilka razy na sekretarce, pytając w tych wiadomościach, gdzie Salvatierra jest i prosząc, żeby przynajmniej dał mu znać, że wszystko w porządku i o której zamierza wrócić. Mówił, że wszystko rozumie, że młodość, te sprawy, okej, niech będzie - tylko żeby dał znak życia.
Przez ten czas Santiago próbował oglądać filmy, czytać, planować kolejny napad, ale na żadnej z tych rzeczy nie mógł się skupić. Krążył co chwilę po pokoju, zerkając co chwilę na telefon, czy przypadkiem młody się nie odezwał, czy rzeczywiście sam ma podgłośniony telefon, czy czegoś nie przeoczył... Nie, wszystko z telefonem było w porządku Milczał.
- Mierda...
Miał ochotę coś rozbić, a powstrzymał się przed tym tylko dlatego, że jeśli coś rzeczywiście rozwali, a młody w tym momencie wróci do domu, to się przerazi - Santiago nie chciał być dla niego przerażający; nie chciał też, żeby chłopak zrobił sobie krzywdę, na przykład niechcący depcząc szkło.
- ¿Dónde estás? ¿Cuándo volverás? ¿Por qué no contestaste el teléfono? - wyrzucił z siebie natychmiast po odebraniu telefonu, który w końcu odezwał się do niego o czwartej nad ranem. Santiago zdążył wypalić pół paczki papierosów; jednego z nich trzymał teraz w drżących palcach, modląc się w duchu, żeby usłyszeć, że ma, do diabła, nie panikować, bo chłopak się po prostu zagapił; niech de la Serna nie zachowuje się jak podstarzały tatusiek, bo nim nie jest, niech ogarnie tyłek i idzie spać, bo Alvaro po prostu dobrze się bawi, a tymi telefonami i wiadomościami tylko wkurwia Alvaro.

Alvaro Salvatierra

Si voy por ti o vienes corriendo

: wt mar 10, 2026 10:49 pm
autor: Alvaro Salvatierra
Faktycznie, to nie było w stylu Alvaro, żeby nie dawać znaku życia, zwłaszcza gdy się umawiali na coś konkretnego, jak choćby dzisiaj - na to, że wróci do domu o drugiej. Czasem może zdarzało mu się narzekać, że przecież nie jest dzieckiem, że nie trzeba go tak pilnować, że inni mają więcej wolności - ale z drugiej strony on wcale tej wolności nie potrzebował, bo dobrze mu było u Santiago, cieszył się, że ten się nim interesuje, że troszczy się o niego i że mu zależy, po prostu. Znacznie bardziej wolał to, niż sytuacje, które zdarzały się jego kolegom z klasy: że rodzice w sumie mieli ich gdzieś, bo jedno pracowało od świtu do późnej nocy, drugie zaglądało do kieliszka częściej, niż do pokoju własnego dziecka, a tak w ogóle, to gdyby tak nie wrócili do domu przez cały weekend, to pewnie też niespecjalnie ktoś by zauważył. Alvaro uważał, że ma naprawdę dobry dom, bo mimo że Santiago nie był z nim w żaden sposób spokrewniony i też nie musiał brać za niego odpowiedzialności, bo przecież teoretycznie w ogóle nie był jego odpowiedzialnością, to jednak dbał o niego, troszczył się i ewidentnie zależało mu na dobru chłopaka.
Tym bardziej więc - wiedząc, że Santiago był naprawdę dobrym opiekunem i kimś, na kogo Salvatierra zawsze mógł liczyć - czuł się teraz jak skończony gnojek, widząc, że jest już czwarta, a więc miał być w domu dwie godziny temu. Kompletnie nie myślał o przyczynie tego, że nie wrócił do domu, o stanie, w którym był, o tym, że bolało go ciało - zupełnie, jakby ta kwestia była mało istotna, a na pewno mniej istotna, niż to, że nie wrócił na czas.
- Santiago - odetchnął z ulgą, słysząc go po drugiej stronie telefonu; słyszał po głosie, że de la Serna nie był teraz oazą spokoju, ale liczyło się dla niego to, że w ogóle odebrał, że nadal chciał z nim rozmawiać i że nie krzyczał na niego od początku rozmowy; jeszcze nie do końca był przyzwyczajony do tego, że tak w ogóle można, bo jego ojciec kompletnie nie postępował w ten sposób i tego, że w ogóle można inaczej, niż zaczynać rozmowę awanturą i wyzwiskami, uczył się właśnie dzięki Santiago.
- Lo siento, sé que ya debería estar en casa, pero... no sé realmente qué pasó, me desperté y no estoy seguro de dónde estoy. - z każdym słowem czuł, że oddech więźnie mu w płucach i każde słowo przychodziło mu z coraz większym trudem; głos mu drżał, łamał się w pewnych momentach i czasem nie do końca brzmiał jak głos należący do niego, mimo że starał się zachować spokój i nie panikować. Nie było to jednak łatwe, bo im dłużej był obudzony, tym bardziej docierał do niego ból i to, co się najprawdopodobniej stało, a to nie było miłe uczucie. - Lo siento, lo siento mucho... ¿podrías llevarme a casa? Por favor...

Santiago de la Serna

Si voy por ti o vienes corriendo

: wt mar 10, 2026 11:01 pm
autor: Santiago de la Serna
Kiedy usłyszał drżący, łamiący się głos chłopaka po drugiej stronie słuchawki, nogi się pod nim ugięły i pociemniało mu przed oczami. Być może we własnych uszach Alvaro nie brzmiał tak bardzo źle, ale Santiago słyszał, że coś się wydarzyło, coś bardzo złego. Chłopak brzmiał, jakby był mocno osłabiony, jakby go coś bolało i jakby był w jakimś szoku. Tiago oparł się plecami o ścianę, żeby nie upaść, bo dosłownie zrobiło mu się słabo i miał wrażenie, że może nie utrzymać się na nogach.
- ¿Dónde debería recogerte? - zapytał, siląc się na najspokojniejszy ton, na jaki mógł się teraz zdobyć, ale głos mu drżał i słychać było po nim, że gardło mu się ścisnęło strachem - Entiendo que no sabes dónde estás, pero al menos dime qué ves. ¿Quizás haya algún punto de referencia en algún lugar? ¿Algo que pueda encontrar para llegar hasta ti?
Nie miał pojęcia, co mogło się stać, ale Alvaro nie brzmiał, jakby był po prostu pijany się z kimś pokłócił czy nawet pobił - wtedy prawdopodobnie byłby nabuzowany, być może zapłakany ze złości lub żalu. Ale on brzmiał, jakby nie bardzo wiedział, co się wokół niego dzieje, jakby ktoś mu zrobił jakąś krzywdę.
- Y dime dónde estabas hace un momento, el último lugar que reconociste. ¿Caminaste desde allí? ¿Cuánto tiempo?
Starał się tych wszystkich pytań nie wyrzucać z siebie jak z karabinu maszynowego, jak te pierwsze, jeszcze zanim chłopak się odezwał. Wszystkie kolejne zadawał na tyle powoli, na ile był w stanie, dając chłopakowi czas na przetrawienie ich i przeanalizowanie; w środku jednak chciał już, natychmiast wybiec z domu i wsiadać w samochód. Wiedział jednak, że to byłoby głupie, bo nawet nie wiedział, w którą stronę jechać i pluł sobie w brodę, że nie przepytał go dokładnie przed wyjściem, co będzie robił i gdzie. Nie zrobił tego jednak, bo uznał, że po pierwsze młody ma prawo do prywatności, a po drugie zapewne i tak nie usłyszałby odpowiedzi, bo rozmawiał z nastolatkiem.
- ¿Qué pasó, Álvaro? - głos mu zadrżał mocniej przy tym pytaniu.

Alvaro Salvatierra

Si voy por ti o vienes corriendo

: wt mar 10, 2026 11:38 pm
autor: Alvaro Salvatierra
To prawda, Alvaro nie wiedział jak źle brzmi, ale też nie wszystko jeszcze do niego docierało - i nic dziwnego, bo to, co odebrał jako uderzenie czymś mocnym w głowę, w rzeczywistości było utratą świadomości przez ukochaną przez typów lubiących wykorzystywać innych tabletkę gwałtu. O tym jednak nie miał pojęcia, więc za wszelką cenę starał się poukładać sobie wszystko w głowie, przypomnieć sobie co robił, z kim i gdzie, ale wszystkie miejsca i twarze z dzisiejszego wieczoru wydawały mu się teraz jedną wielką mokrą plamą, której nie potrafił rozgraniczyć i nazwać.
- Esperar - wymamrotał, podnosząc się na nogi z dość sporym wysiłkiem, trzymając się dłonią ściany i zrobił kilka kroków, wychodząc nieco z tej bocznej, cichej i ciemnej alejki, w której się znajdował. Zmrużył oczy, bo nagle uderzyła go masa świateł, kolorów i dźwięków, do których jego oczy i uszy nie przywykły; Santiago po drugiej stronie też na pewno usłyszał nagłą wrzawę, śmiech i dźwięki rozmów oraz grającej muzyki. Alvaro rozejrzał się, próbując zlokalizować jakieś charakterystyczne miejsce, jakiś lokal albo budynek i po chwili milczenia, przerywanego jedynie gwarem rozmów i śmiechem w tle oraz ciężkim, lekko urywanym oddechem chłopaka, znów się odezwał.
- Creo que veo una iglesia, una con... con algo azul en el techo. - głos nadal mu drżał, teraz chyba bardziej, bo teraz otaczała go masa ludzi, zwłaszcza bawiących się, pijących, tańczących i śmiejących się, w wyjątkowo imprezowych nastrojach. - Supongo que es una iglesia rusa. - dodał jeszcze, wodząc wzrokiem dookoła, po czym, gdy kilka razy po drodze został potrącony przez tłum, wrócił do bocznej alejki i oparł się o ścianę plecami, oddychając ciężko. Jego oddech brzmiał tak, jakby ledwo go łapał i jakby dostawał ataku paniki.
- No recuerdo dónde estaba antes, Santiago. - przyznał niechętnie, ciszej, przyciskając mocno telefon do swojego ucha, z rozpaczliwie zaciśniętymi na nim palcami. - No sé qué carajo pasó. Por favor, sáquenme de aquí. - jęknął, przymykając oczy i osuwając się plecami po ścianie, aż wreszcie znów usiadł na chodniku, skulony, z czołem wtulonym w swoje podciągnięte do klatki piersiowej kolana.

Santiago de la Serna

Si voy por ti o vienes corriendo

: wt mar 10, 2026 11:58 pm
autor: Santiago de la Serna
Słyszał, że chłopak z trudem się porusza - musiał być bardzo obolały albo przynajmniej czymś zamroczony i tym czymś nie był alkohol. Po samym alkoholu nie brzmiałby w ten sposób, nie dyszałby, nie stękał i nie brzmiał, jakby ciężko mu było choćby przesunąć stopę. Tiago starał się nie wybuchnąć, nie wyjść z siebie i nie stanąć obok - nie odzywał się przez cały czas, póki Alvaro nie powiedział mu, co widzi, chociaż miał wielką ochotę popędzać go i krzykiem wydrzeć jakiekolwiek informacje. Przypomniał sobie o papierosie w swoich palcach, więc zaciągnął się nim głęboko, wstrzymując oddech, tak, żeby go na chwilę zamroczyło: potrzebował tego żeby się choć trochę opanować.
- Iglesia de la Santísima Trinidad - wymamrotał, zaciągnął się jeszcze raz, tym razem normalnie, oderwał plecy od ściany i niemal biegiem ruszył do drzwi, po drodze dusząc papierosa w popielniczce na stole - No cuelgues, Álvaro. Quédate en línea, di algo, lo que sea. ¿Cómo te sientes?
I co, do kurwy nędzy, robisz w Palermo?!
Ostatniego pytania jednak nie wypowiedział na głos. Nie miał zamiaru wściekać się na młodego, robić mu jakichkolwiek wyrzutów ani tym bardziej straszyć. Miał ochotę teraz na niego wrzeszczeć, ale nie ze złości, tylko z przerażenia jego stanem - przed oczami miał jego zakrwawioną, rozbitą twarz, podarte ubranie, mętne od narkotyków oczy; a gdzieś w cieniu za chłopakiem czaiły się bliżej nieokreślone zakazane mordy, wykrzywione w szyderczym uśmiechu, zaślinione, obrzydliwe. Mordy tych, którzy coś zrobili jego Alvaro. Co prawda ta dzielnica jest uważana za jedną z bezpieczniejszych w mieście, ale w nocy, wśród klubów, nigdzie nie było bezpiecznie.
Wskoczył do samochodu, zapalił silnik i ruszył z piskiem opon, telefon wczepiwszy w specjalny stojaczek samochodowy.
- ¿Qué más ves, Álvaro? Esta iglesia se ve desde muchos lugares; tienes que contarme más. ¿A qué distancia estás de ella? ¿Puedes distinguir si la ves de frente o de atrás?

Alvaro Salvatierra

Si voy por ti o vienes corriendo

: śr mar 11, 2026 12:45 am
autor: Alvaro Salvatierra
Dobrze, że Santiago jednak powstrzymał się przed popędzaniem Alvaro, bo ten naprawdę starał się jak mógł, żeby być pomocny, ale nie do końca był w pełni... działania swojego umysłu, powiedzmy. Chciałby pomóc bardziej, ale naprawdę niewiele był w stanie - jedynie widział co się działo dookoła niego, widział gdzie jest, chociaż mniej więcej i w miarę był w stanie to opisać, natomiast nie miał pojęcia co robił wcześniej, gdzie był, z kim i jak to się stało, że wylądował tutaj. Nie planował przecież zwiedzania rosyjskich kościółków, chciał pójść do klubu i się dobrze bawić, co więc robił tutaj? Być może gdzieś w pobliżu były jakieś gejowskie kluby, nie wykluczał tego, ale akurat tak się składało, że w zasięgu swojego wzroku widział głównie cerkiew.
- No tengo intención de colgar - zaśmiał się do telefonu, choć był to raczej niewesoły śmiech - bardziej przerażony na samą myśl o tym, że mógłby się rozłączyć i zostać zupełnie sam, w ciszy, bez jego głosu. Pociągnął nosem, wytarł go wierzchem dłoni i popatrzył w dół, na swoją pogniecioną koszulę, na zakurzone i zabrudzone spodnie, wytarte teraz na kolanach; był pewien, że wyglądały inaczej, gdy wychodził z domu. - ¿Qué debería decirte? No sé qué quieres oír. - znów pociągnął nosem, obserwując teraz kręcącego się po jego bocznej alejce mężczyznę; zauważył, jak tu wchodził, rozglądając się, jakby czegoś szukał, ale nie wyglądał niebezpiecznie, więc póki co Alvaro jedynie go obserwował, nie spuszczając z niego właściwie wzroku, obawiając się, że ten mimo wszystko podejdzie do niego i... no, nie miał pojęcia co miałby zrobić, co mógłby zrobić, ale nie chciał w ogóle żeby ktokolwiek się do niego zbliżał i na samą myśl o tym dostawał kołatania serca.
- Me siento... mal. Perdido. Me duele la cabeza, en realidad, me duele prácticamente todo el cuerpo. - znów pociągnął nosem, potem jeszcze raz, i kolejny, starając się nie rozpłakać, mimo że czuł coraz mocniejsze pieczenie pod powiekami. - Estoy cerca de esta iglesia, a unos metros, la puedo ver al frente, está frente al callejón donde estoy...
- Oye niño, ¿puedes ayudarme? - odezwał się inny głos, który Santiago słyszał zapewne z oddali, bo wypowiadający je facet był oddalony o kawałek od Alvaro, ale wciąż w tej samej alejce co on. Na dźwięk jego głosu Salvatierra spiął się mocno i o mało co nie opuścił telefonu, więc do de la Serny zapewne doleciały także bliżej nieokreślone szumy w słuchawce.
- Lo siento, no puedo ayudar a nadie en este momento. - odpowiedział mu chwilę później, starając się brzmieć pewnie, ale jego głos drżał, zdradzając ogarniającą go panikę. - ¿Que tan lejos estas? - kolejne słowa skierował oczywiście do słuchawki, wciąż jednak wpatrzony w kręcącego się w pobliżu faceta. Czuł, że powinien się podnieść i oddalić z tego miejsca, najlepiej uciec gdzie pieprz rośnie nie oglądając się za siebie, ale nie był w stanie się ruszyć.

Santiago de la Serna

Si voy por ti o vienes corriendo

: śr mar 11, 2026 1:01 am
autor: Santiago de la Serna
- Lo que - odpowiedział na stwierdzenie Alvaro, że ten nie wie, co Santiago chciałby usłyszeć - Solo hablame.
Słysząc odpowiedź, że chłopak jest blisko cerkwi, znajdującej się na końcu ulicy, na której się znajdował, Tiago skręcił w jedną z ulic, z której - jak wiedział - będzie mu łatwiej dojechać. Jemu też serce kołatało w piersi, bo chciał już być przy Salvatierrze, już go zabrać do domu, zaopiekować się nim i zobaczyć, jak źle z nim jest - miał wielka nadzieję, że nie tak, jak sobie wyobrażał. Być może to po prostu w większości osłabienie, spowodowane tym, co się wydarzyło (cokolwiek to było), może tylko strach, a tak naprawdę nic wielkiego mu się nie stało... De la Serna w każdym razie chciał już to wiedzieć i zająć się tym dzieciakiem, którego przez te trzy lata pokochał już całym sercem i czuł się jak jego starszy brat.
Kiedy usłyszał obcy głos w słuchawce, nagabujący chłopaka, zmroziło go. Na chwilę znów pociemniało mu przed oczami, co doprowadziło do nagłego, niekontrolowanego skrętu, który jednak udało mu się naprostować, zanim wydarzył się wypadek.
- Di en voz alta que es genial que llegue en medio minuto porque estás cansado de esperar a que regreso de esa maldita tienda - odpowiedział ciszej, żeby facet go przypadkiem nie usłyszał. Jego głos brzmiał teraz jak ostrzegawczy warkot drapieżnika - No sé cuándo llegaré, aún tengo que encontrarte. Ya veo la iglesia, debería estar allí pronto.
Kurwa, kurwa, kurwa. Teraz jeszcze bardziej się wystraszył o dzieciaka - że ten typ się do niego przypieprzy i jeszcze mu dołoży swoje trzy grosze do jego i tak złego już stanu.
Niedługo rzeczywiście dojechał do cerkwi i zwolnił, rozglądając się i wypatrując Alvaro.
- ¿Qué ves exactamente frente a ti? Algunos detalles. Ya estoy cerca de la iglesia, buscando a ti.

Alvaro Salvatierra

Si voy por ti o vienes corriendo

: śr mar 11, 2026 6:51 pm
autor: Alvaro Salvatierra
Pewnie byłoby łatwiej, gdyby Alvaro nie był tak zestresowany i zdenerwowany całą zaistniałą sytuacją, wtedy zapewne byłby w stanie być bardziej kreatywny w wymyślaniu tego o czym może mówić do telefonu - jego myśli były jednak skupione głównie na tym jak bardzo wystraszony był i jak bardzo chciał już do domu, więc pieprzenie głupot do komórki było w jego stanie znacznie utrudnione.
Przełknął ślinę, słysząc ten warkotliwy ton po drugiej stronie słuchawki; nie bał się Santiago, bo ten raczej nigdy nie dawał mu do tego powodów, ale musiał przyznać, że ten warkot zrobił na nim wrażenie i stanowczo nie chciałby być osobą, która usłyszy ten głos podczas spotkania oko w oko.
- Sí, por supuesto, mi amor... Suerte que vuelves ya, porque me estoy cansando de esperarte. - odezwał się głośniej, bo wcześniej raczej mamrotał do słuchawki, nie mając za bardzo siły ani ochoty mówić głośno; w tej chwili jednak zależało mu na tym, żeby ten mężczyzna to faktycznie usłyszał i porzucił swoje niecne plany, jakiekolwiek by one nie były. Starał się nie patrzeć na niego zbyt otwarcie, żeby facet nie nabrał podejrzeń, ale widział go wciąż kątem oka i zauważył, że ten przystaje, nie kręci się już w tę i z powrotem, nie rzuca w jego stronę niby to ukradkowych spojrzeń... Chyba podziałało. Wewnętrznie odetchnął z ulgą, starając się jednak, żeby nie było po nim bardzo widać, że coś kombinuje.
- Espera, dame un momento... - ożywił się, słysząc, że Santiago jest już w pobliżu i próbuje go odnaleźć; sam Alvaro za to spróbował się znów podnieść z chodnika, mimo drżących nóg i walącego mu o żebra serca, bo chciał jak najbardziej ułatwić mężczyźnie znalezienie siebie, a poza tym chciał się też oddalić od tej alejki i od faceta, który - jak na złość - ruszył powoli w ślad za nim, gdy tylko Alvaro odsunął się od ściany i wyszedł z alejki bardziej na główną ulicę, na tą samą, z której miał dobry widok na cerkiew.
- No sé si me pasa algo y estoy alucinando o si este tipo realmente me está siguiendo. - rzucił do słuchawki, raczej normalnym tonem, ale jego głos raczej był słyszalny tylko dla Santiago po drugiej stronie linii; nie spodziewał się, że w tym wszechobecnym gwarze, w tej muzyce, śmiechu i tym typowym dla nocnego Buenos Aires hałasie idący za nim koleś cokolwiek usłyszał z tego, co młody mówił. Niby to przypadkiem obejrzał się za ramię, sprawdzając czy facet nadal jest gdzieś w pobliżu, a tak właściwie to bardziej sprawdzając - i to była oficjalna wersja - co charakterystycznego jeszcze widzi w okolicy i co takiego mógłby opisać przyjacielowi, żeby ten go znalazł. W pewnym momencie jego wzrok natrafił na coś, czego raczej w zasięgu kilku kilometrów nie spodziewał się uświadczyć. - O estoy ciego o veo a un tipo con un mono en el hombro. Un mono de verdad, lo juro.

Santiago de la Serna

Si voy por ti o vienes corriendo

: śr mar 11, 2026 7:07 pm
autor: Santiago de la Serna
Z pewnością byłoby łatwiej, gdyby Alvaro był w pełni sił, ale o to właśnie Santiago chodziło: żeby skupił się raczej na tym, co może gadać do telefonu, niż na tym, co go bolało. Poza tym nie miał pojęcia, w jakim Salvatierra jest stanie, więc obawiał się nawet, że mógłby zemdleć. Albo ktoś mógłby go napaść i zabrać telefon - a wtedy Tiago mógłby się zorientować dopiero po jakimś czasie, gdyby chłopak do niego nie mówił choćby i największych głupot. Chodziło mu teraz tylko o utrzymanie kontaktu.
- Dime que está bien, estaré allí en medio minuto - odpowiedział, chcąc, żeby facet pomyślał, że Santiago jest gdzieś w zasięgu wzroku, że naprawdę nie warto zaczepiać Alvaro, bo zaraz zjawi się tu ktoś jeszcze - Enfatiza que estás esperando a un hombre. No sé, llámame hermano mayor o algo así...
Nadal jechał bardzo wolno, zaglądając w każdy zaułek, który udało mu się dostrzec z samochodu i czekając na jakieś informacje, co mogłoby być charakterystycznego w zasięgu wzroku chłopaka. Kiedy zamiast tego usłyszał najpierw, że facet z uliczki idzie za młodym, wszystko podjechało Tiago do gardła. Zacisnął mocno zęby, starając się nie wybuchnąć. Wyobrażał sobie tego gościa, jak czai się na jego dzieciaka, jak chce mu zrobić coś złego... To zdecydowanie nie były przyjemne wyobrażenia, od których w dodatku nie mógł się opędzić.
Małpa!
- Vi un mono sobre un tipo. Espera, estoy cerca, voy para allá - powiedział i zawrócił, bardzo nieprzepisowo, prawie wjeżdżając w inny samochód. Zignorował złorzeczenia i trąbienie za swoimi plecami i podjechał kilka alejek wstecz, gdzie rzeczywiście widział małpkę na ramieniu jakiegoś chłopaka. Wyskoczył z samochodu na chodnik i zaczął się rozglądać - No te veo entre esta multitud. ¿Podrías acercarte a ese tipo con el mono?

Alvaro Salvatierra