things could be different…
: czw mar 12, 2026 2:31 am
i wish i'd known what i know now. things
could be different… if i'd known how
Teoretycznie przynajmniej, praktycznie wciąż dziwił się, widząc rozstawione dookoła, nieswoje rzeczy. Rozrzucone ubrania, torbę, dziwne, smakowe napary. Nieważne, dokąd szedł i co robił, wszędzie czuł herbatę z dziesiątkami aromatów: kwiatem hibiskusa, wiśnią, cytrusem, brzoskwinią. Teoretycznie wszystko oddzielnie, praktycznie — wszystko razem. Wymieszane. Trochę mdłe. Odsuwał więc małe, papierowe pudełeczko za każdym razem, kiedy przeczesywał szafkę w poszukiwaniu mielonej robusty. Czarnej. Mocnej. Przede wszystkim: zwyczajnej.
Opierał się o blat, krzyżował przedramiona i myślał.
Wszędzie, gdzie się obejrzał, widział ślady czyjejś obecności. Obecności innej niż ta, do której przywykł, a za którą wciąż czasami tęsknił, jednak to Ramona na stałe zagościła w domu. W r e s z c i e coś czuł. Mieszankę ulgi, ściskającego brzuch napięcia, nieufności, ale przede wszystkim — cichej wdzięczności. Niewypowiedzianej. Spychanej głęboko w podświadomość, zaprzeczanej, wstydliwej. Czuł coś, co podsumowałby słowami: "dobrze, że jesteś", gdyby przynajmniej przez pięć sekund o tym pomyślał.
Zamiast jednak myśleć, uchylał drzwi garażu, otwierał maskę i brał się za robotę.
Pierwsze, od czego zaczął, to sprawdził przewody zapłonowe, dociskając każdy, jeden po drugim, dłonią upewniając się jeszcze, czy obejma dobrze trzyma. Bez względu na to, jak wyglądał, jego ręce były stabilne. Pewne. Dokładnie takie jak zawsze, nawet jeśli tym razem odpuścił sobie standardową dawkę. Po większości leków, szczególnie tych, które brał bardziej regularnie, czuł się trochę przytępiony. A teraz potrzebował m y ś l e ć.
Demian sprawdził wszystkie kieszenie, zarówno w dresowych spodniach, jak i w bluzie przerzuconą niedbale przez szafkę, zanim przypomniał sobie, gdzie tym razem odłożył kluczyki. Sięgnął do biurka pełnego części, śrubek i płynów i otworzył skrzypiące drzwi. Usadzając się w fotelu kierowcy, najpierw dwukrotnie wcisnął pedał gazu, po czym odpalił Mustanga.
Ośmiocylindrowy silnik ryknął, warknął, przecinając ciszę.
Przez parę sekund pracował nierówno, zanim się uspokoił i złapał normalny rytm.
Crowe wysiadł z prawie sześćdziesięcioletniego samochodu, łapiąc się dachu, po czym obszedł samochód i otworzył maskę. Jedną ręką oparł się o karoserię, pochylając się coraz mocniej i mocniej, aż wreszcie ściągnął brwi, jakby próbował wyłapać fałszywe dźwięki.
Sięgnął po śrubokręt, potem — do gaźnika.
Tępym wzrokiem wpatrywał się w śrubę mieszanki paliwowo-powietrznej, przekręcając ją o ułamek obrotu, o parę ledwie widocznych milimetrów. Ośmiocylindrowy Windsor zareagował natychmiast, niemniej jednak Demian i tak odczekał chwilę. Sekundę, drugą, trzecią. Przysłuchiwał się coraz bardziej równemu, miarowemu ośmiocylindrowemu Windsorowi.
Kątem oka dostrzegł ruch, domyślając się, kto to. Odruchowo wyprostował plecy, wciąż pochylając się pod otwartą maską, a potem jeszcze raz minimalnie skorygował ustawienie. Nieważne, co robił, jedno zdanie wracało do niego w myślach.
“Trochę jebanej empatii”.
E m p a t i i...
Otarł dłonie o ubrudzoną już szmatę, po czym trochę za długo i za dokładnie odłożył materiał na chłodnicę.
Docisnął linkę gazu.
Silnik zamruczał, zagłuszając Ramonę.
Demian odsunął rękę, przysłuchując się temu, czy Windsor się dławi, czy obroty spadają równo. Dopiero kiedy najgłośniejszy, pierwszy ryk ucichł, podniósł wzrok, tym razem wpatrując się w czarną, podniesioną maskę.
— Co? Mówiłaś coś?
Ramona Crowe