Roześmiał się szczerze, kiedy Cynthia Ward zamieniła się przed jego oczami w ninję. Urocza.
-
"Obiecuje." - powtórzył, znów jej mignął, uśmiechając się przy tym, gest wykonując dokładniej i wolniej. -
Zanim zacząłem pracować, byłem wolontariuszem w hospicjum, jeden z pacjentów był głuchy, ale potrafił czytać z ust. Długa historia krótko, zaczął mnie uczyć, a ja się szybko uczę. - wyjaśnił, lekko rozkładając ramiona. Pominął, że ASL stało się jego specjalnym zainteresowaniem przez dłuższy moment w nastoletnim okresie swojego życia, przynajmniej zanim wskoczył w wir pracy i nadal śledził kilka kanałów/profili uczących zwrotów, zdań i innych ciekawych rzeczy. Fascynowało go, jak działał uniwersalny język, jego złożoność, wszystkie te małe rzeczy, które robiły różnicę między "dobrze cię widzieć" a "homoseksualny seks". Bardzo delikatna linia je dzieliła w gruncie rzeczy i bawiło go to niesamowicie. -
Szczerze? Nie mam pojęcia. - prawdę mówił, koncept "czasu wolnego" go przerażał w większości i dopiero kilka dni temu, kiedy ustalili, że będą spotykać się częściej, zapragnął mieć go więcej. Czasu generalnie, doba i ograniczające ich 24 godziny czasami nie wystarczały.
-
Okay. - przyklasnął w dłonie, kiedy znów poprosiła, by znalazł jej coś do roboty. Sięgnął do jednej z szuflad, wyciągnął pierwszy lepszy sztuciec, który nawinął mu się pod rękę. Łyżka. Nada się. Podał jej tą łyżkę z wyjątkowo głupim, dumnym z siebie uśmiechem. -
Trzymaj. Jak mi będzie potrzebne, to ci powiem. - rozbawienia nie próbował powstrzymać, tańczyło w oczach i odbijało się w wyszczerzonym uśmiechu. Mogła siedzieć i pachnieć. Mogła też... -
I możesz mi opowiedzieć, dlaczego właściwie wybrałaś swój zawód. Jesteś lekarzem, prawda? Dlaczego ta specjalizacja, a nie... Nie wiem, chirurgia? - pamiętał, że chciała, by zadawał jej pytania, któregoś wieczoru w barze, ale czuł, że.. Że nie miał prawa do swojej ciekawości? Jakby jego pytania mogły wydawać się nietaktowne, urazić ją albo od niego odstraszyć? W tamtym momencie był w jej kuchni w zamiarze ugotowania dla nich fancy kolacji i zabrania jej do łóżka. Bezczelność przestała być jego obawą.
Zlustrował ją uważnym spojrzeniem, biorąc pół kroku w tył, żeby móc się jej dokładniej przyglądnąć. Próbował sobie wyobrazić, że góra jej ubioru była różowa i.. Nope. Nah. Wyobraźnię miał niezłą, ale to nie wychodziło. Parsknął krótko, kręcąc głową. -
Nie źle, bardziej osobliwe? W życiu nie widziałem tak pięknej kobiety na siłowni, wyglądałaś jakbyś miała jakiś meeting potem. - wspomniał, przy okazji przypominając sobie jak desperacko próbował się bronić, przed przyznaniem jej wtedy, że tak, wyglądała świetnie. Zawsze wyglądała świetnie i zawsze mu się podobała. W ubraniach, czy bez nich. Roześmiał się znów, tym razem kiedy wytknęła mu bycie słodziakiem, uznając, że jest wyjątkiem w jej niechęci do słodyczy. Jak na królową lodu była bardzo urocza. A on bardzo nie był przyzwyczajony do dostawania tego rodzaju komplementów; zwykle dotyczyły tylko jego aparycji i budowy, nie cech charakteru, więc.. jego twarz przybrała więcej koloru, blada cera niczego nie mogła ukryć, pokrywając jego policzki naturalnym różem. Nie odpowiedział, nadal się uśmiechając, ale po prostu nie wiedział co mógłby odpowiedzieć.
Zapytała o jego relację z alkoholem i aż musiał na moment zmarszczyć brwi, próbując znaleźć punkt, z którego mógłby w ogóle racjonalnie przedstawić kontekst. -
To dłuższa historia, więc zapnij pasy. I jak cię znudzi, to mi powiedz, bo w sumie mało ciekawa. Ze znajomymi i tak wychodzę się bawić, swoją drogą. - zajął się krojeniem potrzebnych mu składników, których nie przygotował wcześniej; myślało mu się też lepiej, kiedy ręce zajęte miał
czymś, czymkolwiek. -
Wspomniałem o mojej byłej ostatnio, pamiętasz? Nie lubię mówić źle o ludziach, którzy nie mogą się wypowiedzieć w swojej obronie, ale w jej przypadku zrobię raz wyjątek: jest patologicznym manipulantem. Byłem nastolatkiem, ona nie, udawała, że o mnie dbała, że mnie kochała, tak naprawdę tylko manipulując i szkoląc sobie mnie cholera wie do czego. Lubiła mnie otępiać alkoholem, żebym się słuchał bardziej? - zaczął, starając się ucinać niepotrzebny bełkot wywołany natłokiem negatywnych emocji, które zaatakowały jego głowę. Potrząsnął lekko głową, wyprostował się na moment, rozciągając mięśnie klatki piersiowej, łącząc za plecami łopatki, by strząsnąć z siebie lepie, nieprzyjemne uczucie nieczystości. -
Tak czy siak. Alkohol to autoagresja, zwłaszcza z każdym z tych momentów, w których oddawałem się też losowym ludziom. To ostatnie generalnie uważam za absolutnie obrzydliwe? Seks z nieznajomymi, w którym nie ma niczego... Gross. - nie wiedział jak ubrać swoje myśli w słowa. Upijanie się to jedno, czasami nie miał nic przeciwko, bawiąc się ze znajomymi jak każdy inny człowiek. To, z czym miał problem, to ten autodestrukcyjny rodzaj, w którym zapijał się w trupa i lądował między udami jakiejś nieznajomej, by zaraz zniknąć i udręczać się nawet bardziej, fizycznie kacem i psychicznie, poczuciem bezwartościowości, emocjonalnym zranieniem, które sam sobie zadał.
Mara zabrzmiało właściwie jak imię, które mogło być imieniem jego terapeutki. Przechylił ciekawie głowę, posyłając jej krótkie spojrzenie, ale nie wciął jej się w zdanie, wysłuchując. Nie mógł też nic poradzić na przyjemne ciepło rozlewające się w klatce, kiedy tak go pośrednio chwaliła. Będzie o nim mówić w samych superlatywach? Nie dostrzegała w nich słabych stron? Była zbyt kochana dla niego.. -
Umm.. Jestem cholernie uparty? Wiesz, na złość babci odmrozi sobie uszy rodzaj upartości. W treningu też, więc czasami sobie coś naciągnę i pluję w brodę, że muszę odpuścić na tydzień czy dwa. Mam też słabość do ciebie, ale nie wiem czy to się liczy. - zdecydowanie wyciągała z niego bardziej rozgadaną i zabawną naturę, posyłając jego posępną i małomówną wersję gdzieś w kąt. Pewnie dlatego, że kiedy do niej mówił i posyłał uśmiechy, czasami odpowiadała mu tym samym, a łakomy na te jej uśmiechy i chichoty był, jak pies na przysmaczki. W sumie przypominał trochę psa, prawda? Golden Retrivera. -
Mara, swoją droga, wydaje mi się, że to też imię terapeutki, którą widziałem? I na nazwisko coś z jeziorem albo inną otwartą wodą mi się kojarzy? Może ze studnią... - może powinien dołożyć do swoich słabości fakt, że miał absolutnie okropną pamięć do imion i nazwisk, dat, numerów i całej reszty istotnych społecznie rzeczy.
Skradł jej krótkiego całusa, kiedy tylko wsunęła swoją truskawkę, nie mogąc się powstrzymać. Bo gdyby nie była głodna, znalazłaby się na jego ramieniu, przerzucona w pół w drodze po schodach na górę i już dawno byłaby naga. Ciężkie życie domowego kucharza. -
Mhm. - odpowiedział pomrukiem, zostawiając swoje składniki na desce w spokoju, przesunął się znów do niej, pozwalając, by też dała mu truskawkę. Dłonie tym razem trzymał z daleka, z przyzwyczajenia, nie chcąc niczego dotknąć, by nie musieć myć rąk po raz kolejny. Bywały dni, w których mył je tak często, że pod wieczór nie chciały przyjmować żadnego kremu, bolały, piekły i generalnie nienawidziły go za pedantyzm. -
Dobra, wrzucam wszystko na patelnię powoli i za... dziesięć minut? Będzie makaron... Ale dam ci jeszcze jedną truskawkę. - musiał tylko wymyślić jak to zrobić, ale zaraz po prostu pochylił się, złapał owoc pomiędzy własne wargi, nie chcąc używać dłoni, uniósł lekko brwi w jej stronę, przysuwając się jak do pocałunku. Żeby sobie sama wzięła, bo aż tak dobrej koordynacji nie miał.
Cynthia A. Ward