let me make you coffee tonight
: wt mar 17, 2026 12:47 pm
Kilka dni wystarczyło, żeby wszystko poukładało się w jej głowie trochę wyraźniej. Nie porzuciła sprawy Ventresci ani na moment, ale pozwoliła sobie na dystans, który okazał się bardziej pomocny niż kolejne godziny ślęczenia nad dokumentami. Wróciła do nich dopiero wtedy, gdy emocje opadły, a uporczywe myśli przestały krążyć w kółko wokół tych samych, jałowych wniosków. Dopiero wtedy zaczęła dostrzegać coś więcej - drobne powiązania, które wcześniej umykały jej gdzieś między raportami, zdjęciami i notatkami zapisanymi naprędce na marginesach kartek.
Teczka, którą przekazał jej Rhys, wciąż leżała rozłożona na stole w jej mieszkaniu, a jej zawartość zdążyła już poznać niemal na pamięć. Kolejne wieczory spędzała nad tymi samymi dokumentami, zestawiając je z tym, co udało jej się znaleźć wcześniej. Twarze zaczynały układać się w znajome schematy, nazwiska przestawały być przypadkowe, a miejsca, które jeszcze niedawno wydawały się od siebie zupełnie niezależne, zaczynały tworzyć mapę prowadzącą w jednym kierunku. Nie było to jeszcze nic pewnego, raczej intuicja niż twardy dowód.
Dlatego gdy w końcu natrafiła na coś, co naprawdę wyglądało jak trop, nie zastanawiała się długo. Wysłała Maddenowi krótką wiadomość, a niedługo później zaparkowała pod jego budynkiem.
Nie czekała jednak w swoim samochodzie. Stała oparta o maskę jego auta, z rękami skrzyżowanymi na piersi, kiedy zobaczyła go wychodzącego z klatki schodowej. Na jej twarzy pojawił się ten charakterystyczny uśmiech, lekko złośliwy, jakby już wiedziała coś, czego on jeszcze nie wiedział. Gdy tylko podszedł bliżej, wyprostowała się i wyciągnęła ręce, chwytając go za poły kurtki, zanim zdążył powiedzieć choć jedno słowo. Przyciągnęła go do siebie i pocałowała krótko, ale zdecydowanie, jakby to był najnaturalniejszy sposób przywitania się na świecie.
- Cześć - mruknęła z zadowoleniem, puszczając w zapomnienie wiadomości jakie przed kilkoma minutami ze sobą wymieniali i odsunęła się o kilka centymetrów, wciąż trzymając palce zaciśnięte na materiale jego wierzchniego okrycia. W jej oczach pojawił się błysk, który Rhys znał aż za dobrze; ten sam, który napędzał ją do działania.
- Znalazłam coś - dodała już trochę ciszej, ale z wyraźną satysfakcją w głosie. - Pamiętasz świadka z tamtej sprawy o zabójstwo? Tego, który najpierw wskazał Bianchiego, a potem nagle zmienił zdanie? - puściła jego kurtkę tylko na chwilę, żeby sięgnąć do kieszeni i wyciągnąć z niej złożoną kartkę z kilkoma notatkami. - Nazywa się Daniel Rinaldi - powiedziała, stukając palcem w zapisane nazwisko. - Oficjalnie dalej mieszka w Toronto, tylko że nikt go tam nie widział od miesięcy - podniosła wzrok na Maddena, a uśmiech powoli wrócił na jej usta. - Za to ktoś bardzo dyskretnie korzysta z małej chaty należącej do jego wujka w Algonquin Highlands. Jakieś trzy godziny drogi stąd - przechyliła głowę lekko na bok, obserwując jego reakcję, po czym machnęła ręką w stronę samochodu.
- Pomyślałam, że moglibyśmy sprawdzić, czy to naprawdę on się tam ukrywa - powiedziała, jakby proponowała coś zupełnie niewinnego. Zawiesiła na nim spojrzenie na chwilę dłużej, a jej uśmiech stał się jeszcze bardziej zaczepny. - Poza tym w takich ładnych okolicznościach przyrody jeszcze nie piliśmy kawy - uniósłszy brew, nachyliła się odrobinę bliżej.
Po tych słowach w końcu cofnęła się o krok, jakby sprawa była już dawno postanowiona. - No chodź, nie chcesz żebym jechała tam sama, prawda, partnerze? - rzuciła jeszcze przez ramię, otwierając drzwi od strony pasażera. Tym razem z należytym szacunkiem.
Rhys Madden
Teczka, którą przekazał jej Rhys, wciąż leżała rozłożona na stole w jej mieszkaniu, a jej zawartość zdążyła już poznać niemal na pamięć. Kolejne wieczory spędzała nad tymi samymi dokumentami, zestawiając je z tym, co udało jej się znaleźć wcześniej. Twarze zaczynały układać się w znajome schematy, nazwiska przestawały być przypadkowe, a miejsca, które jeszcze niedawno wydawały się od siebie zupełnie niezależne, zaczynały tworzyć mapę prowadzącą w jednym kierunku. Nie było to jeszcze nic pewnego, raczej intuicja niż twardy dowód.
Dlatego gdy w końcu natrafiła na coś, co naprawdę wyglądało jak trop, nie zastanawiała się długo. Wysłała Maddenowi krótką wiadomość, a niedługo później zaparkowała pod jego budynkiem.
Nie czekała jednak w swoim samochodzie. Stała oparta o maskę jego auta, z rękami skrzyżowanymi na piersi, kiedy zobaczyła go wychodzącego z klatki schodowej. Na jej twarzy pojawił się ten charakterystyczny uśmiech, lekko złośliwy, jakby już wiedziała coś, czego on jeszcze nie wiedział. Gdy tylko podszedł bliżej, wyprostowała się i wyciągnęła ręce, chwytając go za poły kurtki, zanim zdążył powiedzieć choć jedno słowo. Przyciągnęła go do siebie i pocałowała krótko, ale zdecydowanie, jakby to był najnaturalniejszy sposób przywitania się na świecie.
- Cześć - mruknęła z zadowoleniem, puszczając w zapomnienie wiadomości jakie przed kilkoma minutami ze sobą wymieniali i odsunęła się o kilka centymetrów, wciąż trzymając palce zaciśnięte na materiale jego wierzchniego okrycia. W jej oczach pojawił się błysk, który Rhys znał aż za dobrze; ten sam, który napędzał ją do działania.
- Znalazłam coś - dodała już trochę ciszej, ale z wyraźną satysfakcją w głosie. - Pamiętasz świadka z tamtej sprawy o zabójstwo? Tego, który najpierw wskazał Bianchiego, a potem nagle zmienił zdanie? - puściła jego kurtkę tylko na chwilę, żeby sięgnąć do kieszeni i wyciągnąć z niej złożoną kartkę z kilkoma notatkami. - Nazywa się Daniel Rinaldi - powiedziała, stukając palcem w zapisane nazwisko. - Oficjalnie dalej mieszka w Toronto, tylko że nikt go tam nie widział od miesięcy - podniosła wzrok na Maddena, a uśmiech powoli wrócił na jej usta. - Za to ktoś bardzo dyskretnie korzysta z małej chaty należącej do jego wujka w Algonquin Highlands. Jakieś trzy godziny drogi stąd - przechyliła głowę lekko na bok, obserwując jego reakcję, po czym machnęła ręką w stronę samochodu.
- Pomyślałam, że moglibyśmy sprawdzić, czy to naprawdę on się tam ukrywa - powiedziała, jakby proponowała coś zupełnie niewinnego. Zawiesiła na nim spojrzenie na chwilę dłużej, a jej uśmiech stał się jeszcze bardziej zaczepny. - Poza tym w takich ładnych okolicznościach przyrody jeszcze nie piliśmy kawy - uniósłszy brew, nachyliła się odrobinę bliżej.
Po tych słowach w końcu cofnęła się o krok, jakby sprawa była już dawno postanowiona. - No chodź, nie chcesz żebym jechała tam sama, prawda, partnerze? - rzuciła jeszcze przez ramię, otwierając drzwi od strony pasażera. Tym razem z należytym szacunkiem.
Rhys Madden