Strona 1 z 1

come out and play

: wt mar 17, 2026 9:03 pm
autor: Lucas Miller
017.


And I know it makes you nervous
But I promise you, it's worth it
To show 'em everything you kept inside
Don't hide, don't hide
Too shy to say, but I hope you stay
Don't hide away
Come out and play


Ostatnie dni były dla niego ciężkie.
Kurewsko ciężkie nawet, jeśliby wziąć pod uwagę, że w zaledwie czterdzieści osiem godzin wywrócił całe swoje życie do góry nogami.
Wszystko miał już ułożone — mieszkanie, awans w pracy i kochająca dziewczyna, z którą było… stabilnie. Dobrze. Bezpiecznie. Po raz pierwszy od lat miał w swoim życiu strukturę, jakiś szablon funkcjonowania, który świadczył o tym, że wszedł w dorosłe życie. Był szczęśliwy. A przynajmniej tak myślał.
Do momentu, w którym znowu nie pojawiła się Indie i nie wypierdoliła wszystko do góry nogami. Dopóki nie przypomniała mu o swoim istnieniu i na nowo zawładnęła wszystkiego myśli.
Próbował z tym walczyć.
Naprawdę próbował.
Wmawiać sobie, że nic do niej nie czuł, że to były tylko stare, nostalgiczne emocje, kiedy była obok; że nawet ten pocałunek na wyjeździe integracyjnym było czymś przypadkowym, czymś co niby się stało, ale jednak nie będzie mieć wpływu na przyszłość. A jednak miało. I to kurwa jak.
Bo to właśnie od tego pocałunku i wspólnego picia na ganku, kiedy wyznali sobie wszystko, co siedziało głęboko zakorzenione w sercu, Lucas nie mógł przestać o niej myśleć. Fiksował się na jej punkcie, zachodził w głowę, zastanawiał… a przede wszystkim to walczył. Walczył z samym sobą, z tym co powinien zrobić, co wypadało, a co tak naprawdę chciało jego serce. Próbował ratować to co było między nim a Charlotte, a jednak… przegrał.
Poległ w tej bitwie, podejmując decyzję, która byłaby już bezpowrotna. Powiedział jej. Powiedział jej o wszystkim. Był na tyle p i r e d o l n i ę t y, żeby powiedzieć swojej obecnej dziewczynie, że był ktoś inny. Że muszą to zakończyć. To nie była prosta rozmowa. Chyba jedna z trudniejszych w jego życiu, nie pamietał kiedy ostatni raz się tak bardzo popłakał, a jednak kiedy obudził sie kolejnego dnia, czuł się… wolny? Bez ograniczeń? Miał nagłe przeczucie, że teraz mógł wszystko. Chociaż z tyłu głowy wciąż miał płacz Charlotte i cholerne wyrzuty sumienia.
A jednak skontaktował się z Indie po kilku dniach.
Obiecał sobie, że da temu czas, ale nie mógł wytrzymać. Nie umiał z nią nie rozmawiać, nie przebywać w jej towarzystwie. Szczególnie teraz. W końcu to ona zawsze była przy nim, kiedy życie mu się waliło. Kiedy usłyszał diagnozę związaną z kolanem i koniec kariery koszykarskiej. To ona postawiła go na nogi. I może teraz też mogła to zrobić? Może im obojgu należało się kilka chwil beztroski? Zaszaleć na diabelskim młynie, zjarać się i hej-ho!
Dlatego na dworcu pojawił się o czasie. Nikogo jeszcze nie było, dlatego podszedł do tablicy z odjazdami i upewnił sie, że pociąg, którym mieli dotrzeć do Richmond Hill faktycznie stąd odjeżdżał, a kiedy zobaczył w oddali Indie, rozłożył ręce, posyłając jej uśmiech.
No proszę — krzyknął zadowolony. — Idzie handlarka! — podszedł bliżej w jej kierunku, przy okazji poprawiając siatkę, którą trzymał w ręku. Zastukała, odkrywając sporą ilość szkła, która się pod nią chowała.

Indie Caldwell

come out and play

: czw mar 19, 2026 7:19 pm
autor: Indie Caldwell
11
✩ ✩ ✩
Cieszyła się, że napisał.
Zrobiłaby to pierwsza, ale nie do końca była pewna, czy powinna. Czy wypadało. Cisza doprowadzała ją do szału, trzymając w niespecjalnie przyjemnym stanie ciągłego napięcia, jakiejś dziwnej i nieznajomej formie niepewności, a z drugiej... potrafiła ją zrozumieć. Bardzo dobrze. Nie przerywała jej, chcąc dać Lucasowi czas oraz należytą przestrzeń i z tego tytułu wymuszając na sobie wstrzemięźliwość, jak się okazało zupełnie słusznie. Bezpośrednio potwierdziły to jego wiadomości, bo w zasadzie dokładnie o to ją prosił: o właściwe tempo, o to, żeby tym razem dać sobie temu czas, robić to wszystko powoli. Powoli. Z całego serca chciała to zrozumieć i uszanować, ale był to dla niej całkiem obcy koncept — Indie niczego przecież nie robiła powoli i z namysłem, zwłaszcza w emocjach, więc powiedzieć, że było to dla niej wyzwaniem, to jak nie powiedzieć nic. Ba, wydawało się to jedną z najtrudniejszych rzeczy, o jakie Miller mógłby zaapelować, ale nie znalazła się jeszcze przecież taka rzecz, której nie byłaby gotowa dla niego zrobić, więc... próbowała.
Propozycja wspólnego skucia się w wesołym miasteczku i chwilowego zapomnienia o wszystkim, co działo się w ostatnich miesiącach, brzmiała wprost fenomenalnie, więc Caldwell nie trzeba było powtarzać dwa razy — na miejscu pojawiła się nie tylko na czas, ale też w doborowym nastroju.
We własnej osobie — odpowiedziała entuzjastycznie, zatrzymując się w pół kroku na rzecz wykonania teatralnego, jakże dystyngowanego ukłonu. — Handlarka, przedsiębiorczyni, rekin biznesu... — zapowiedziała się oficjalnie, uroczyście, z pasją i profesjonalizmem godnymi światowej klasy komentatora sportowego. — Tak się zajebiście pięknie uśmiechnęłam, że buch był za darmo — pochwaliła się na dzień dobry, ewidentnie szalenie z tego faktu dumna. Tej zniżki stulecia co prawda nie zapewnił jej czarujący uśmiech, tylko zagranie kartą zbliżających się urodzin i fakt, że nawet tych bardziej szemranych kumpli miała równych, ale nie miało to większego znaczenia — liczył się rezultat, bardziej niż zadowalający. — No na co czekasz? Wyciągaj telefon i dzwoń do redakcji Forbesa, przecież trzeba im kurwa powiedzieć, że mają nową kandydatkę na tegoroczną listę 30 przed 30 — ponagliła ze śmiertelnie poważną miną, choć tej nie zachowała specjalnie długo — uśmiech jakoś sam cisnął się jej na twarz i zagościł na niej z powrotem raptem kilka sekund później. Po prostu... dobrze było wreszcie widzieć go pogodnego, a nie wściekłego albo rozczarowanego. Zdążyła zapomnieć, jak bardzo lubiła ten widok. — A jak już przy dzwonieniu jesteśmy, to brzmisz jak mój plecak przed przeciętnym nocowaniem w dziewiątej klasie — wytknęła z rozbawieniem, zerkając głową w stronę jego siatki, żeby zaraz pokiwać głową z uznaniem i dodać tonem pełnym aprobaty: — i to się chwali.
Dopiero co spaliła peta po drodze na stację, ale pusty peron i kilka minut do pociągu aż prosiły się o to, żeby zapalić, więc z wyciągniętej z kieszeni paczki wyciągnęła dwa papierosy, jednego dla siebie i jednego dla Millera. Nawet nie pytała — po prostu podała mu go bez słowa, to samo chwilę później robiąc z zapalniczką.
Mam nadzieję, że zabrałeś drobniaki, bo zamierzam brutalnie ograć Cię w cymbergaja — rzuciła przekornie, czy też może raczej oznajmiła, z pełnym przekonaniem i bez cienia zwątpienia we własne możliwości.

Lucas Miller