Strona 1 z 8

Jeźdźcy Apokalipsy

: śr mar 18, 2026 10:27 pm
autor: Santiago de la Serna
Tiago nie był pewien, który wpadł na ten pomysł wspólnego spotkania - czy był to Alvaro, czy może Salazar...? W każdym razie któryś z nich, a Tiago ostatecznie zgodził się na to, choć nie był do końca przekonany, czy to najlepszy pomysł: obawiał się, że Sergio może mieć do niego (słuszne zresztą) pretensje o to, że udawał martwego przez półtora roku, czym z pewnością przysporzył wiele bólu jego mężowi. Tak czy inaczej - zgodził się na to i zaproponował spotkanie w swoim domu. Po części wynikało to z jego własnej wygody, bo dzięki temu nie musiał nigdzie chodzić (a miewał z tym problemy, bo choć starał się funkcjonować w miarę normalnie, to jednak bywały dni, kiedy był kompletnie osłabiony i nie miał siły ruszać się z fotela); ale też był to teren w miarę swojski dla trzech czwartych zebrania, bo Alvaro tu praktycznie mieszkał, a Salazar był jego bratem, więc raczej wiedział, że może się tu czuć jak u siebie w domu. Sergio będzie się musiał przyzwyczaić, ale w tym mieście raczej żadne miejsce nie było jego, bo o ile Tiago pamiętał - może ten i był w połowie Kanadyjczykiem, ale jednak większość życia spędził poza granicami tego kraju. Każde miejsce byłoby dla niego "obce".
Dziś rzeczywiście był jeden z tych dni, kiedy czuł się gorzej, ale nie zamierzał tego okazywać na tyle, na ile nie będzie to konieczne. Jedynie zwykle zalegał w fotelu albo na kanapie na tarasie, żeby odpocząć; pół dnia też chodził owinięty w koc, bo było mu wiecznie zimno. Starał się jednak udawać, że wszystko jest w porządku nie czuje żadnego osłabienia i nawet upierał się, że zabierze się za gotowanie. To jednak go przerosło i w połowie nie miał już sił kroić warzyw. Mimo to zmusił się, żeby przynajmniej przyprawić i wpakować do pieca indyka, którego kupił na tę okazję.
Mały Tiago siedział w swoim łóżeczku z drabinkami, trzymając się sztachetek i obserwował Santiago, który od czasu do czasu ukradkiem podchodził do niego i dawał mu smakołyki: a to trochę banana, a to kawałek jabłka obranego ze skórki i starannie pozbawionego ogryzka.
- Pero no se lo digas a tu padre, porque me dirá que estarás gordo - mruknął konspiracyjnym tonem.
Mówił do młodego czasem po angielsku, czasem po hiszpańsku, żeby chłopiec znał dwa języki. Był zdania, że skoro już miał taką możliwość, to dlaczego ma nie wyrosnąć na dwujęzycznego?
Wreszcie przebrał się w czarną koszulę i spodnie, nie chcąc wyglądać przesadnie elegancko, ale też chciał pokazać się z w miarę dobrej strony; po czym padł na kanapę w salonie, zmęczony tymi przygotowaniami i samym przejmowaniem się, jak to spotkanie wypadnie. Goście mieli się zjawić lada chwila.

Alvaro Salvatierra Salazar Martinez Sergio Martinez

Jeźdźcy Apokalipsy

: śr mar 18, 2026 11:21 pm
autor: Alvaro Salvatierra
Cóż, Alvaro nie miał bladego pojęcia czy pomysł wspólnego obiadu wyszedł od niego czy od Salazara (bo istotnie, opcje były tylko dwie, gdyż ani Santiago, ani Sergio o podobne "wyskoki" raczej nie sposób było podejrzewać), ale im bliżej było do tej godziny zero, tym bardziej miał ochotę to wszystko odwołać. Czemu? Nie był pewien; z jednej strony chyba miał przeczucie, że ten dom od dawna - o ile w ogóle - nie gościł tak dużej dawki testosteronu, że nie był pewien, czy wszyscy się tutaj nie pozabijają, zanim jeszcze nie będą przed nimi stały puste talerze, z drugiej - widział, że akurat tego dnia nie był jeden z lepszych dni Santiago i chciał mu po prostu ulżyć albo przynajmniej dodatkowo nie dokładać stresów i zmartwień, z trzeciej - tego dnia mieli pod swoim dachem małego Tiago, który miał zostać u nich do końca weekendu , a jeszcze z czwartej... no cóż, niedawno przeszedł przez te wszystkie konieczne badania, żeby ustalić, co mu było i gdy już wiedział, że przyszedł w sumie w ostatniej chwili, bo miał stan przedzawałowy, który na szczęście dało się jakoś w miarę ustabilizować lekami, to czuł, że spotkanie czterech silnych charakterów przy jednym stole może nie być szczytem rozsądku. Tak czy inaczej - niezależnie od tego, czy to on wpadł na ten genialny pomysł czy jednak Salazar, to słowo się rzekło, a odwoływanie tego w ostatniej chwili chyba nie byłoby specjalnie mile widziane, prawda? Starał się więc pozbyć czarnych myśli i nie wizualizować sobie czterech trupów z ranami ciętymi i kłutymi leżących dookoła stołu.
Gdy zszedł na dół, już przebrany, po drodze do salonu zajrzał jeszcze do małego, odkrywając, że ten siedzi i zadowolony coś ćlamie, bo inaczej ciężko to nazwać u półrocznego dziecka. Zmarszczył brwi, podszedł do łóżeczka i przyglądał się młodemu przez chwilę, zostawiając małego dopiero gdy ten przećlamał już to, co miał w buzi i zaczął machać łapkami w jego stronę. Wtedy pochylił się do niego, pocałował go w główkę i ułożył pod kocykiem, dając mu w jego małe ramionka jego ulubioną przytulankę, po czym pojawił się w salonie i podparł się dłońmi o biodra, patrząc na partnera.
- No lo dejes solo cuando le des algo de comer hace un momento. - wycelował w niego palec wskazujący, po czym pokręcił głową i podszedł do niego, siadając na chwilę przy nim, korzystając z okazji, że jeszcze nie ma gości; powinni być faktycznie dosłownie za chwilę, o ile postanowią być punktualni. - Tienes suerte de que te veas bien. - prychnął krótko i pocałował go w policzek, po czym zmierzwił jego włosy palcami, patrząc na mężczyznę czule. - ¿Cómo te sientes?

Santiago de la Serna

Jeźdźcy Apokalipsy

: śr mar 18, 2026 11:35 pm
autor: Santiago de la Serna
Saniago popatrzył na Alvaro, kiedy ten go "opieprzył" i faktycznie zrobiło mu się głupio. Zamarł w bezruchu, na chwilę przestając również oddychać i poczuł, jakby coś ciężkiego spadło mu na głowę i klatkę piersiową: nie pomyślał, że cos może się stać, że mały może się zakrztusić, a on nawet by o tym nie wiedział.
- Lo siento - wymamrotał, leżąc na plecach z palcami jednej ręki w swoich włosach. Miał szczere wyrzuty sumienia, że nie wpadł na coś tak oczywistego i uznał, że jest po prostu idiota, który nie powinien w ogóle się zbliżać do małego, bo może mu nieświadomie zrobić krzywdę. Za chwilę jednak, kiedy usłyszał pytanie o swoje samopoczucie, natychmiast usiadł i wygładził koszulę na swojej piersi - Bueno - odpowiedział, nie chcąc przysparzać Alvaro jeszcze więcej problemów, niż teraz miał. Martwił się o niego i poza tym, że w ogóle nie chciał okazywać żadnej słabości, to teraz miał dodatkową motywację w postaci choroby partnera, któremu zdecydowanie nie należało dodawać stresów, a raczej je z niego zdejmować. Miał mocne postanowienie, że będzie się trzymał tak długo, jak tylko da radę; wściekał się też na siebie, że w ogóle jest chory, bo w takim stanie ciężko mu będzie dbać o przyjaciela, a chciał to robić. Chciał być dla niego wsparciem i chciał, żeby to Alvaro miał opiekę w nim, jak zawsze, a nie - żeby opiekował się Santiago, zwłaszcza kiedy sam miał problemy zdrowotne.
- Lamento mucho haber dejado al pequeño solo, cuando le di de comer - no pensé en las consecuencias - powtórzył, wyraźnie skruszony. Tę rozmowę jednak przerwał im dzwonek do drzwi, więc Santiago podniósł się, znów wygładził na sobie koszulę i poszedł otworzyć, przyklejając na twarz Uśmiech Numer Pięć: Wspaniały Gospodarz.
- Witajcie w moich skromnych progach - przywitał gości, odsuwając się i gestem zapraszając ich do środka.

Alvaro Salvatierra Salazar Martinez Sergio Martinez

Jeźdźcy Apokalipsy

: śr mar 18, 2026 11:55 pm
autor: Salazar Martinez
outfit


No dobrze, to całe spotkanie było pomysłem Salazara - jego wina, jego bardzo wielka wina... czy coś w tym stylu. Uznał po prostu, że takie spotkanie może mieć kilka płynących z niego korzyści, bo Sergio będzie mógł skonfrontować się ze swoją złością na jego braciszka, on sam z kolei znów zobaczy się z bratem, a dodatkowo - jakoś wciąż ciężko mu było uwierzyć w to, że Santiago i Alvaro są razem, więc teraz będzie miał okazję, żeby zobaczyć to na własne oczy.
Sergio trochę kręcił nosem na to spotkanie, czemu Salazar w sumie się nie dziwił, ale przecież kochał swojego męża i zrobiłby dla niego wszystko, więc mimo tego niezadowolenia pojechał do Scarborough razem z nim. Po drodze wstąpili jeszcze do jakiegoś sklepu z drogimi - i dobrymi, rzecz jasna - alkoholami, gdzie Sal przy pomocy ekspedientki wybrał jakieś wino, takie żeby pasowało do obiadu i żeby mogło smakować takim dekadenckim burżujom jak ci dwaj, do których właśnie się wybierali. Z pustymi rękami w końcu nie wypadało chodzić w gości, a to był chyba najbardziej uniwersalny prezent, jaki przyszedł mu do głowy, ale jednocześnie taki, który miał prawo przypaść gospodarzowi go gustu.
- Obiecasz, że postarasz się nie złamać mu nosa w ciągu pierwszych pięciu minut? - zerknął na męża z wesołym uśmiechem, gdy docierali już pod drzwi domu Santiago, po czym wcisnął dzwonek do drzwi. Oderwał wzrok od Sergio dopiero w momencie, gdy usłyszał, że drzwi się otwierają, po czym uśmiechnął się szeroko na widok brata i wszedł do środka, odruchowo pociągając nosem, gdy dotarły do niego przyjemne zapachy pieczonego mięsa.
- Cześć, braciszku - przytulił Tiago, obejmując go jedną ręką za szyję, po czym oderwał się od niego chwilę później i jego wzrok przetoczył się dookoła, zatrzymując się wreszcie dopiero na Alvaro, który wkrótce pojawił się w progu, opierając się nonszalancko ramieniem o futrynę. Sal uśmiechnął się szerzej, powrócił spojrzeniem na chwilę do brata, po czym podszedł do Salvatierry, żeby go również uściskam. - Czyli mój braciszek nie kłamał, hę?

Sergio Martinez Santiago de la Serna Alvaro Salvatierra

Jeźdźcy Apokalipsy

: czw mar 19, 2026 12:03 am
autor: Sergio Martinez
Kiedy Salazar zaproponował spotkanie we czwórkę, i to w domu Santiago, Sergio długo krążył wokół tematu, nie będąc pewnym, czy rzeczywiście to jest dobry pomysł. Wciąż był zły na tego drania, ale jednocześnie nie chciał mu robić wyrzutów - facet był chory, Martinez rozumiał, z czego wynikało jego postępowanie, co jednak nie zmieniało krzywd, które tym wyrządził osobom, które go kochają. Sergio nie miał też ochoty jeszcze więcej mu dokładać do tego, co z pewnością i tak wewnętrznie przeżywał, jeśli tylko był normalny (a pomimo wszelkich jego przywar i maskowania emocji, Sergio wierzył - przynajmniej po opowieściach Salazara i Alvaro - że jest mimo wszystko normalny. Czy raczej - posiada ludzkie cechy). Nie był jednak pewien siebie, więc trochę się wykręcał, ale ostatecznie się zgodził. Może przy okazji dowie się czegoś o tym ich złodziejskim życiu, które było dla Sergio zupełnie nowym, nieznanym światem, o którym dowiedział się przecież ledwo co. Wreszcie jednak przystał na tę propozycję, a później pół dnia wybierał, w co mógłby się ubrać. Nie mogło być zbyt elegancko i wystawnie, bo przecież nie szli do najdroższej restauracji świata, ale z drugiej strony nie mógł się ubrać w jakiś powyciągany i podziurawiony sweter (tak, miał taki w szafie, bo bardzo go lubił i chadzał w nim zwykle po plaży albo po domu), bo Santiago był człowiekiem ceniącym sobie elegancję i mającym niemal arystokratyczne maniery. Trzeba było mu się pokazać.
Myślał o białej koszuli z błyszczącą kamizelką od garnituru, ale ostatecznie odrzucił to na rzecz czegoś jednocześnie eleganckiego, ale też i dość zwykłego: czarnej koszuli z czarnymi spodniami.
- Mogę obiecać, że spróbuję - odpowiedział na prośbę męża, ale uśmiechnął się, dając wyraz temu, że żartuje. No, nie do końca żartował, ale rzeczywiście miał nadzieję, że nie dojdzie do prania się po mordach - doprawdy byli chyba na to zbyt dorośli, poza tym jeśli z Tiago było tak źle, jak mówił Salazar, to lepiej było dać mu spokój.
Mina mu zrzedła, gdy już po dotarciu na miejsce zobaczył, że Tiago jest ubrany dokładnie tak samo. Przez chwilę zrobiło mu się z tym źle, bo może w takim razie powinien wybrać jednak tamtą białą koszulę...? Z drugiej strony - skoro Santiago był ubrany tak samo, to znaczy, że taki strój był przez niego dopuszczalny. Nachmurzone, zmarszczone brwi Sergio wygładziły się, gdy doszedł do tego wniosku i nawet się uśmiechnął.
- Witaj - odezwał się, wyciągając rękę do gospodarza - Kopę lat. Tak dosłownie, bo nie widzieliśmy się ile...? Ze dwa lata z pewnością. O ile nie więcej.
Po chwili zwrócił się również do Alvaro, posyłając mu szeroki uśmiech.
- Witaj i ty, Alvaro! - przywitał go znacznie cieplej i ze znacznie mniejszym dystansem. Również wyciągnął ręce, żeby go uściskać, a po chwili pomyślał, że właściwie, to może i byłoby dobrze to samo zrobić z Santiago, bo inaczej będzie to jawny afront wobec niego. Zrobił z nim więc "misia", poklepał go po plecach i wszedł niepewnie trochę głębiej, nie wiedząc, gdzie właściwie się podziać. Czy można już przejść dalej, czy można pozwiedzać? Nie czuł się tu swobodnie, choć być może to się zmieni w trakcie spotkania.
- Co gotujecie? - zapytał głupio, starając się pokazywać wszem i wobec, jak swobodnie się czuje, co przyniosło dokładnie odwrotny skutek.

Alvaro Salvatierra Salazar Martinez Santiago de la Serna

Jeźdźcy Apokalipsy

: czw mar 19, 2026 11:05 pm
autor: Alvaro Salvatierra
Alvaro poczuł, że łamie mu się serce, gdy zobaczył zatroskaną i wystraszoną minę Santiago; skarcił go za pozostawienie malucha bez opieki z jedzeniem w buzi, bo wystraszył go widok malca przeżuwającego coś, podczas gdy był sam w pomieszczeniu. Nie miał jednak pretensji do ukochanego, bo żaden z nich nie miał wcześniej nie miał pod opieką takiego maluszka, nie zdążył mu jednak tego powiedzieć, bo uprzedził go rozlegający się w domu dzwonek do drzwi.
Czuł się... z jednej strony podekscytowany tym spotkaniem, z drugiej jednak czuł lekki lęk i niepewność. Nie był pewien jak to spotkanie się potoczy, bo jeśli spotykało się przy stole czterech facetów, każdy ze swoją historią, swoimi problemami i swoimi emocjami i uczuciami wobec innych zgromadzonych, to kolacja mogła się potoczyć naprawdę bardzo różnie. Starał się jednak nie zakładać, że to wielkie rodzinne zebranie pójdzie w którąś konkretnie stronę, bo nawet nie bardzo wiedział jakie nastawienie ma do tego wszystkiego sam Salazar, a co dopiero jego mąż, więc ciężko było cokolwiek wyrokować.
Tak czy inaczej - przygładził koszulę na piersi i pojawił się w progu, w przejściu prowadzącym z salonu do przedpokoju w momencie, gdy usłyszał męskie głosy. Teraz już nie mogli tego odwołać, prawda? Już było chyba za późno. Teraz trzeba było to po prostu przetrwać.
- Hola, chicos - rzucił z uśmiechem, gdy jego spojrzenie skrzyżowało się ze spojrzeniem Salazara, po czym wyciągnął ręce najpierw do niego, a potem także do Sergio, żeby powitać i przytulić ich obu. Oczywiście, że zauważył, że Sergio przywitał się z nim znacznie mniej "sztywno", niż z Santiago, ale nie zamierzał tego w żaden sposób komentować. Powiedzmy, że jeśli twoja rodzina myśli przez dwa lata, że nie żyjesz, a potem się okazuje, że wijesz sobie gniazdko w Toronto, to mają prawo się złościć; Alvaro był właśnie tego zdania, mimo że nie chciał w żaden sposób opowiadać się po stronie Salazara i Sergio, jeśli doszłoby do jakiejś wymiany zdań związanej właśnie z tym, dość istotnym aspektem. Jeśli już będzie zajmował czyjąś stronę, to Santiago; zawsze tak było i zawsze robił to szczerze, więc nie było powodu, żeby teraz miało być inaczej. Jasne, że sam miał do niego o to pretensje, zwłaszcza te kilka miesięcy temu, gdy tu przyjechał, ale pretensje w cztery oczy to jedno, a stawanie przeciwko komuś, kogo się kochało w towarzystwie innych, mniej lub bardziej wrogo do niego nastawionych osób, to było według Salvatierry czyste skurwysyństwo.
- Zmówiliście się czy co? - zaśmiał się, odsuwając Sergio na odległość wyciągniętych ramion i przyjrzał się najpierw jemu, a potem nad jego ramieniem popatrzył na Santiago, rozbawiony i uśmiechnięty od ucha do ucha. - Nie żebym narzekał, ostatecznie wam obu jest całkiem nieźle w czarnym - puścił oczko do Sergio, puszczając jego ramiona. - Indyka. Chyba. Nie jestem pewien, to ten tam zajmuje się pieczeniem w tym domu, ja wolę się do piekarnika nie dotykać, bo boję się, że wysadzę chałupę. - wywrócił oczami. - I jak wypada Toronto w porównaniu do Nowego Orleanu? Przyzwyczailiście się już do zmiany klimatu? - rzucił z zaciekawieniem do jednego i drugiego, robiąc kilka kroków w stronę Santiago, u którego boku się zatrzymał; swoim zwyczajem, pół kroku za nim, ze splecionymi za plecami rękoma. W przeszłości często zachowywał się, jakby był jego cieniem i najwyraźniej pewne rzeczy się po prostu nie zmieniały.

Santiago de la Serna Salazar Martinez Sergio Martinez

Jeźdźcy Apokalipsy

: czw mar 19, 2026 11:38 pm
autor: Santiago de la Serna
Tak, Santiago - po posłaniu bratu szerokiego uśmiechu po tym, gdy ten go przytulił - również zauważył to chłodniejsze powitanie go przez Sergio, ale również tego nie skomentował, a skupił się raczej na strojach ich obu, nieco rozbawiony faktem, że ubrali się właściwie tak samo.
- Masz dobry gust - skomentował, zamykając drzwi za mężczyznami. Nie umknęło jego uwadze to oczko puszczone Sergio przez Alvaro, ale tego również nie skomentował mimo, że poczuł lekkie ukłucie zazdrości. Zdarzało mu się już w przeszłości czuć podobne rzeczy, kiedy widział, jak Alvaro flirtuje z mężczyznami, ale do tej pory nic na ten temat nie mówił: wcześniej nie miał prawa, bo przecież nie byli razem, a on sam utrzymywał, że jest hetero; a później po prostu starał się to pomijać. Co prawda o Sergio nie miał powodu być zazdrosny, bo ufał temu mężczyźnie na tyle, żeby wierzyć w jego miłość do Salazara i wierność. Wierzył też w miłość i wierność Alvaro, ale te igiełki zazdrości jednak wbijały mu się w serce za każdym razem, gdy widywał podobne gesty Salvatierry.
- Tak - odpowiedział Sergio, choć sądził, że to pytanie było raczej retoryczne - ze dwa lata. Wejdźcie, rozgośćcie się, zapraszamy do salonu, zaraz podam tego indyka. Mam nadzieję, że lubicie takie potrawy, bo nie pomyślałem, żeby zapytać was o preferencje żywieniowe...
Powiódł spojrzeniem po jednym i drugim gościu, teraz uznając, że to było głupie z jego strony. Miał jednak nadzieję, że żaden z nich nie miał wybiórczości pokarmowej z jakiegokolwiek powodu - choćby zdrowotnego. Obawiał się teraz jednak, że mogło tak być - ostatecznie wszyscy zebrani zbliżali się już do wieku, w którym można ich będzie śmiało określić jako starszych panów. No, może nie wszyscy, bo Alvaro miał ledwie czterdzieści lat.
Gestem zaprosił gości do salonu i zabrał się za rozstawianie talerzy na stole. O dziwo, kiedy przyszli, poczuł nowy przypływ energii - podejrzewał, że to z powodu stresu całym tym spotkaniem i niepewnością, jak ono się uda, bo doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że wszyscy trzej mają do niego pretensje o to półtora roku i o to, że nie powiedział nikomu o swojej chorobie. Prawdę mówiąc, nie był również całkiem pewny ich zdania na temat tego, że teraz jest w związku z Alvaro - niby Salazar i Sergio byli gejami, ale przecież i tak mogli mieć obiekcje, których jego brat po prostu nie wyraził wcześniej. Swoją drogą, teraz, rozkładając te talerze i zachowując się jak przykładna pani domu, miał wrażenie, jakby grał w jakimś słodkim gejowskim romansie rodem z kablówki.
- Czego się napijecie? - zapytał - Kawy, herbaty, whisky, wina, piwa? Chyba mamy też jakiś sok...

Alvaro Salvatierra Salazar Martinez Sergio Martinez

Jeźdźcy Apokalipsy

: pt mar 20, 2026 12:03 am
autor: Salazar Martinez
Salazar również widział to puszczanie oczka, ale nie czuł, żeby musiał w jakikolwiek sposób interweniować czy chociażby czuć zalążek niepokoju - ostatecznie on i Sergio byli razem od wieków i choć czasem zdarzało mu się być lekko zazdrosnym, to raczej nigdy do tego stopnia, żeby sądzić, że Sergio może być zainteresowany kimś innym. Nie wątpił w wierność swojego męża, po prostu, i być może wielu mogłoby to nazwać głupotą, zwłaszcza tych, którzy uważali, że swojego faceta trzeba pilnować, bo mąż/żona nie ściana i da się przesunąć czy różne takie głupoty, to jednak Sal ufał Sergio; inaczej, gdyby mu nie ufał, to jednak sprawdziłby mu ten telefon, czy to ostatnio w hotelu, gdy Sergio sam położył przed nim swoją komórkę, dając mu do niej dostęp, czy też kiedykolwiek wcześniej. Jeśli natomiast chodziło o Alvaro - facet wydawał mu się raczej niegroźny w tej kwestii. Może i lubił facetów, może i swego czasu prowadził dość bujne życie (bardziej erotyczne, niż uczuciowe), ale Salazar wiedział też, że - odkąd pamiętał, właściwie - Salvatierra wlepiał te swoje wielkie, jasne ślepia w jego brata. I z tego co widział, to niewiele się w tej kwestii zmieniło.
- Oczywiście, że ma dobry gust - uśmiechnął się wesoło do Sergio, łapiąc z mężem kontakt wzrokowy. - Inaczej nie byłby moim mężem. - przesłał mu całusa w powietrzu, po czym zdjął płaszcz, w którym przyszedł i odwiesił go na wieszak znajdujący się w przedpokoju.
Wsunął dłonie w kieszenie spodni i ruszył za bratem, gdy ten zaczął się kręcić pomiędzy kuchnią a salonem. Preferencji żywieniowych nie skomentował, bo w sumie zwykle jadł to, co akurat się mu dało na talerz, chyba że było wyjątkowo przerażającym i trudnym do zdefiniowania daniem, które ani nie wiadomo z czego się składało, ani nie można było być pewnym, że to danie w końcu nie zje ciebie, zamiast samemu zostać zjedzonym.
- Powiedz, jeśli mogę w czymś pomóc - uniósł kącik ust w półuśmiechu, gdy Santiago zajął się rozstawianiem talerzy i sztućców. - Mogę przynieść coś do picia, jeśli zdecydujemy się na coś konkretnego. Albo możemy przynieść trochę tego, trochę tego. O, wiem, zaparzę kawę - ostatnie zdanie rzucił niemal radośnie, podwijając rękawy górnej części swojej garderoby. - Mogę się rozgościć w kuchni, hm? - zapytał jeszcze dla pewności, patrząc to na Santiago, to na Alvaro, dopóki ten drugi nie skinął mu głową z uśmiechem; wtedy zniknął w kuchni, poruszając się pomiędzy szafkami i otwierając wszystkie po kolei, żeby znaleźć najpierw kubki, a potem kawę, cukier i inne przydatne rzeczy. Nie grzebał im w rzeczach, nie o to chodziło, nigdy nie miał takich zapędów, po prostu szykował to, co będzie mu potrzebne.

Sergio Martinez Santiago de la Serna Alvaro Salvatierra

Jeźdźcy Apokalipsy

: pt mar 20, 2026 9:23 pm
autor: Sergio Martinez
Sergio nie do końca wiedział, jak zareagować na to oczko puszczone mu przez Alvaro, więc po chwili zastanowienia uznał, że najlepiej będzie udawać, że tego nie widział. Uśmiechnął się jedynie niepewnie, czując się tak skrępowany, jakby znalazł się na jakiejś domówce jako zupełny szczeniak i nikogo tam nie znał.
Wreszcie usiadł na krześle bokiem do stołu i obserwował swojego męża, krzątającego się po kuchni Santiago i Alvaro (chyba mógł myśleć o niej jako o ich wspólnej kuchni...?).
- Mnie jest wszystko jedno - wymamrotał - Może być herbata na początek.
Zastanawiał się, o czym by tu w ogóle mówić: czuł presję, żeby się odezwać, nawiązać jakiś temat, ale nic ciekawego nie przychodziło mu do głowy. Ciężko mu się wchodziło z interakcje z ludźmi, z którymi nie widział się od dawna, bo nie bardzo wiedział, od czego w ogóle zacząć. Miał ochotę zapytać Tiago, jak się czuje, ale to by chyba nie było dobrym pytaniem na sam początek - trochę z grubej rury, skoro mężczyzna starał się nie pokazywać nikomu swojej choroby i był na nią wyczulony. Nie potrafił też gadać o niczym i small talk był dla niego istną torturą.
- Salazar opowiadał mi o waszym życiu - zdecydował wreszcie, który temat wybrać - Rozumiem, że za waszą zgodą... - powiódł wzrokiem od de la Serny do Salvatierry - Ale nie opowiadał mi przesadnie dużo, a... cóż: lubię kryminały, więc cokolwiek bym nie sądził o samym fakcie, że kradliście, to chętnie posłucham o jakichś waszych spektakularnych akcjach. Sal mówił, że jesteś genialny, Alvaro, a ty, Tiago masz podobno pomysły z kosmosu, teoretycznie niemożliwe do zrealizowania, ale Alvaro zawsze w końcu znajduje wspólnie z tobą jakiś sposób, żeby wcielić je w życie. Opowiecie coś?
Tego tematu również nie był całkiem pewien, czy był bezpieczny, bo miał w pamięci to, że Santiago tęsknił za tym życiem - ale może nie obrazi się o poruszanie tego teraz.

Santiago de la Serna Alvaro Salvatierra Salazar Martinez

Jeźdźcy Apokalipsy

: pt mar 20, 2026 10:30 pm
autor: Alvaro Salvatierra
Alvaro uznał, że to trochę dziwne, żeby Salazar krzątał się teraz po ich kuchni, podczas gdy on miałby po prostu sobie siedzieć, więc również zaczął trochę pomagać, żeby z jednej strony zająć czymś ręce i nie zastanawiać się co może pójść nie tak podczas tego całego obiadu, kolacji czy innego zlotu rodzinnego, a z drugiej, żeby wszystko było szybciej gotowe. Przygotował więc cztery kubki, z czego do dwóch wrzucił herbatę (w międzyczasie wstawiając też wodę na herbatę, rzecz jasna), a dwa pozostawił puste, uznając, że w nich znajdzie się kawa: jedna dla Sala, skoro on sam zarzucił pomysłem, że zaparzy kawę, a druga dla Santiago, bo on zwykł pijać kawę o każdej porze dnia i nocy. Zalał obie herbaty i zaniósł je do stołu, jedną z nich stawiając przed Sergio, a drugą postawił nieco z boku,, nie będąc jeszcze do końca pewnym gdzie będzie siedział. Przyjrzał się miejscom, zastanowił chwilę i ostatecznie przesunął kubek tak, by znajdował się przy miejscu, które było najbardziej "na wylocie", żeby móc w razie czego szybko i łatwo wyjść do synka, gdy ten będzie płakał albo wołał (nie słowami jeszcze, wiadomo, ale nawet tak małe dzieci na swój sposób potrafią nawoływać).
Przyniósł jeszcze cukiernicę, a także przy okazji, skoro już przy przyprawach byli, pieprz i sól, ustawił wszystko na środku stołu i oparł dłonie o oparcie krzesła, skupiając wzrok na Sergio, który z grubej rury zarzucił tematem ich życia. Teoretycznie nie powiedział od razu wprost, że chodzi mi o kradzieże, ale w kontekście planów i jego rzekomego geniuszu, a także genialnych i niemożliwych pomysłów Santiago, to dość logicznym było o czym mężczyzna mówił.
- Nie przesadzałbym z tym moim byciem genialnym - wywrócił oczami, po czym przez chwilę przyglądał się Santiago, wciąż słuchając Sergio. Na jego twarzy pojawił się szczery, lekko rozmarzony uśmiech, gdy Sergio wspomniał o szalonych pomysłach jego ukochanego i o tym, że zawsze wspólnie dochodzili do tego, jak zrealizować nawet najbardziej wariacki plan de la Serny. - Nie wiem o czym moglibyśmy opowiedzieć i co mogłoby wydać ci się interesujące... - zaczął powoli, typowym dla siebie tonem, melodyjnym i nieco konspiracyjnym, odsuwając się jednocześnie od stołu i przechadzając się po salonie. Dłonie miał splecione za plecami, a na jego twarzy wciąż błąkał się tajemniczy, szelmowski uśmieszek.
- Kiedyś przeprowadziliśmy napad na muzeum Grünes Gewölbe w Niemczech, zabierając stamtąd 21 sztuk biżuterii, składającej się z ponad 4 tysięcy diamentów - oczy mu rozbłysły, wciąż utkwione w Santiago. - Jednym z łupów był między innymi wysadzany diamentami miecz. Zdobiło go jakieś 800 diamentów, a wart był... hm, nie pamiętam, ale jakoś ponad miliard dolarów, prawda, Santi?

Santiago de la Serna Salazar Martinez Sergio Martinez