when everything starts slipping out of control
: czw mar 19, 2026 12:19 am
trigger warning
alkohol, dziwne natrętne typy, choroba psychicznaTylko na chwilę…
Ta myśl powtarzała się w jej myślach coraz dłużej i częściej aż musiała poprawić kreskę na oku, bo z zamyślenia wyszła nierówna. Pojawi się, złoży życzenia, może napije się czegoś bezalkoholowego i zniknie zanim wszystko zacznie ją przytłaczać.
Plan był prosty. Już przy wejściu poczuła znajome napięcie, które powoli zaczęło rozlewać się po jej ciele. Nie było dobrze… zbyt głośno, zbyt jasno, zbyt dużo ludzi na raz. Śmiechy odbijały się echem w jej głowie, a każda rozmowa mieszała się w niezrozumiały szum.
Powinna była wtedy wyjść, ale zamiast tego sięgnęła po pierwszy kieliszek. W końcu jej koleżanka ze starej pracy miała urodziny i namówiła ją, że musiała się z nią napić. Nie chciała i nie powinna, ale to było silniejsze. Ta chęć przynależności, aby nikt nie pomyślał, że coś jest z nią nie daj Boże nie tak.
Ale potem pojawił się kolejny kieliszek, a chwilę później następny aż przestała liczyć. Alkohol na początku działał jak wybawienie… wygładzał ostre krawędzie rzeczywistości, spowalniał myśli, ale przede wszystkim pozwalał jej oddychać. Przez krótką chwilę czuła się normalniei lżej. Jakby w końcu mogła istnieć bez ciągłego napięcia pod skórą.
Ale to nigdy nie trwało długo. Ta cholerna granica przyszła nagle. Zawsze przychodziła nagle i uderzała ją jak kowadło prosto w potylicę. Teraz siedziała już gdzieś daleko od głównej imprezy, oparta o zimną, brudną ścianę budynku, który wyglądał tak samo obco jak wszystko wokół niej. Nie pamiętała dokładnie, kiedy wyszła. Nie pamiętała nawet, kiedy tak właściwie wyszła na zewnątrz, ale zimne powietrze nieprzyjemnie chłostało ją w gołe kolana.
Oddychanie nagle stało się trudne. Zbyt płytkie, za szybkie, jakby powietrze nagle przestało być wystarczające. Cholera jasna… wiedziała, że z jej chorobą nie powinna zgadzać się nawet na najmniejszy łyk alkoholu a i tak to zrobiła.
Zacisnęła palce na materiale sukienki, próbując się czegoś uchwycić – czegokolwiek, co przypominałoby jej, że jest bezpieczna i wciąż znajduje się w swoim ciele. Ale w jej głowie było coraz gorzej. Myśli przyspieszały w sposób, którego nie była w stanie kontrolować. Jedna goniła drugą, a każda kolejna była głośniejsza od poprzedniej. Chaos, który wcześniej alkohol stłumił, teraz wracał ze zdwojoną siłą mieszając się z lękiem, który wbijał się w nią jak igły.
— Nie teraz… proszę, nie teraz… — wyszeptała drżącym głosem, opuszczając głowę między kolana. Znała to uczucie aż za dobrze. To był ten moment, w którym wszystko zaczyna wymykać się spod kontroli. W którym nie wie czy to jeszcze epizod czy już coś gorszego. Nienawidziła tego. Nienawidziła tego jak bardzo jej własny umysł potrafił być przeciwko niej.
Spróbowała wstać. Oparła się o ścianę, próbując zmusić nogi do posłuszeństwa, ale świat natychmiast przechylił się pod dziwnym kątem. Zachwiała się łapiąc powietrze zanim znów opadła na ziemię, tym razem mocniej, boleśnie uderzając kolanem o chodnik. Cichy jęk wyrwał się z jej ust.
Sięgnęła po telefon. Ekran rozświetlił się na moment, rażąc ją w oczy. Litery rozmywały się, a jej palce nie trafiały w odpowiednie miejsca. Lista kontaktów była pełna, a jednocześnie… pusta. Bo do kogo niby do cholery miała zadzwonić?
Nie chciała być ciężarem. Nigdy nie chciała, aby ktokolwiek widział ją w tym stanie i musiał poświęcać swój cenny czas na próbę ogarnięcia jej życia. Bo prawda była prosta – nie dało się tego ogarnąć. Wszystko było zbyt skomplikowane, zbyt popieprzone.
Telefon powoli wysunął się z jej dłoni, uderzając cicho o beton obok niej. Harper oparła głowę o ścianę przymykając oczy, ale to tylko pogarszało sprawę – teraz czuła się jak w jakimś jebanym rollercoasterze. Oddech znów przyspieszył, urywany i płytki. Tym razem było gorzej niż zwykle. Dużo gorzej…
I gdzieś głęboko pod całym tym chaosem, pod lękiem i szumem myśli, pojawiła się ta jedna niepokojąco wyraźna świadomość… że naprawdę nie powinna być teraz sama. I miała uświadomić się w tej racji szybciej niż się spodziewała.
Czując mocne, męskie perfumy które dotarły do jej nozdrzy, skrzywiła się nieznacznie. Otworzyła delikatnie jedno oko aż przed sobą zobaczyła dwóch mężczyzn, którzy swoimi sylwetkami przysłaniali jej światło z ulicznej lampy.
— Hej maleńka, nie powinnaś siedzieć tutaj sama. Tym bardziej na ziemi. — odezwał się jeden z nich, krzyżując ręce na klatce piersiowej zaraz po tym jak włożył papierosa do ust. Drugi mężczyzna ukucnął, nieznacznie przybliżając się do niej i kładąc rękę na jej ramieniu.
— Dobrze mówi. Możemy zaprowadzić cię do domu. — nie brzmiało to zbyt zachęcająco i przede wszystkim bezpiecznie, ale Harper jedynie machnęła ręką, wydając z siebie dźwięki jak zbity kundel.
Nathaniel Mayfield