Strona 1 z 3

Ziemniaczane Pulpy z Whitby nie przegrywają!

: pt mar 20, 2026 10:31 pm
autor: Archie Miller
001
Obrazek
Archie był niepoprawnym optymistą, to prawda wszystkim dobrze znana. Jednak okazało się, że nawet w tym jego idealnym świecie zdarzają się sytuacje, które wywalają go z butów. Niewątpliwie jednym z takich momentów była wiadomość o tym, co spotkało Abby. Kiedy telewizory wręcz płonęły od najświeższych wiadomości, a czerwone paski przejmowały wszystkie programy, Archie leżał rozwalony na kanapie z telefonem w ręku i chillowal beztrosko. Wysłał przyjaciółce nawet zdjęcie telewizora z dopiskiem, że czeka ją ciężka zmiana jeśli pracuje, więc po wszystkim mogą wyjść na browara dla wyluzowania. Dopiero gdy dotarła do niego informacja zwrotna, że ona sama brała w tym udział, zderzył się z ponurą rzeczywistością i na moment zapomniał jak się oddycha. Nagle jego optymizm się gdzieś ulotnił, ale czy można się mu dziwić? Dla kogoś, kto zawsze wierzy, że wszystko będzie dobrze, nagłe zderzenie z brutalną, śmiertelną rzeczywistością może być paraliżujące, prawda? I takie było! Szybko też dopadło go poczucie winy, bo kiedy on wylegiwał się i cieszył się z głupot, ona prawdopodobnie walczyła o życie. Tak naprawdę trwał w tym paraliżu dopóki nie dowiedział się, że Abby żyje, a wtedy nagle, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, Miller przekuł cały skumulowany w nim strach w nadpobudliwą opiekuńczość przynosząc jej tonę jedzenia i upewniając się, że żaden sufit nie wali się jej na głowę. Skuteczność tych działań niestety wydawała się trochę kiepska, więc musiał wytoczyć ciężkie działa.
I właśnie z tego powodu stał w salonie przyjaciółki z dumnie wypiętą piersią do przodu. — Dobra, mała — dzieliło ich dziewięć centymetrów, więc było to już bardzo blisko dziesięciu, a wiemy, że dziesięć centymetrów to tak naprawdę bardzo dużo, co nie? Więc mógł do niej mówić mała. — Koniec tego zalegania na kanapie w czterech ścianach — oznajmił rzucając w jej stronę foliową torbę. — Otwieraj — ponaglił uśmiechając się od ucha do ucha. W środku znajdowało się coś, co na pierwszy rzut oka bardziej przypominało brązową szmatę, ale po rozwinięciu jej mogła zobaczyć nadruk smutnego, płaczącego ziemniaka z napisem Before Archie. On z kolei z dumą prezentował swoją wersję ziemniaczka — w różowych okularach i z brokatem! Nad nim widniał napis After ArchieŁapiesz? — zapytał obracając się wokół własnej osi, by zaprezentować jej też tył swojej koszulki, choć ona miała nadrukowane to samo. — Oficjalnie staliśmy się drużyną kręglarską. Zapisałem nas jako Ziemniaczane Pulpy z Whitby, a te koszulki dają nam pięćdziesiąt procent zniżki na nachosy, napoje i darmowe buty — buty wątpliwej jakości, ale to wciąż prawie jak wygrana na loterii i żal nie skorzystać!
Podszedł do niej bliżej i kucnął, a jego głos podobno spoważniał o pół tonu, co jednak w jego wykonaniu nie było zbyt dobrze wyczuwalne i tylko znawca (czyt. Abby) by się na tym poznał. — Wiem, że sufit ci się zawalił na głowę… dosłownie. i to straszne gówno, nie ma co, ale dzisiaj obiecuję ci, że jedyne co będzie spadać to kręgle — wyciągnął mały paluch przed nos przyjaciółki w oczekiwaniu na przypieczętowanie tej obietnicy. — No dalej, wkładaj ziemniaka — zachęcił, a na twarzy pojawił się zawadiacki uśmiech, gdy już się podniósł i zrobił krok w tył. — Zapomniałem dodać, że to Stowarzyszenie Kręglarskie dla Par, więc dzisiaj jesteś moją dziewczyną iiii szykuj się na ostrą rywalizację z innymi bo… — zakręcił kilkukrotnie dłońmi wznosząc lekko ręce w górę jakby liczył na werble —... Ziemniaczane Pulpy z Whitby NIE PRZEGRYWAJĄ!!!


Abby Wallace 🥔+🥔=🏆

Ziemniaczane Pulpy z Whitby nie przegrywają!

: sob mar 21, 2026 4:04 pm
autor: Abby Wallace

015.
There was before you
and there was with you



Ciężko jej było wrócić.
Normalność w życiu Abby w ostatnim czasie stała się pojęciem mocno względnym. Z domu wychodziła jedynie do pracy, odwołała wszystkie spotkania ze znajomymi pod pretekstem grypy, którą złapała na oddziale pediatrii, a do tego przestała używać metra. Czy można było jej się dziwić? Ciężkiej głowy może nie, ale tego, że odmówiła pomocy psychologa w placówce trochę już tak. Typowy hipokryta — innym pomaga, sobie samemu praktycznie nigdy. Bo przecież każdemu z takimi przeżyciami pierwsze co by doradzała, to pomoc specjalisty. A jednak ona wybrała katowanie się we własnych czterech ścianach, pod ciepłym kocem z ogromnym napisem cuddle buddy, paczką chipsów w ręce i udawanym uśmiechem, który przyklejała na twarz wraz z wszystko jest git, gdy ktokolwiek pytał.
A jednak — kiedy stanął przed nią sam Archie Miller, z dłońmi zarzuconymi na biodra i niebieskim spojrzeniem, intensywnie w nią wpatrzonym, ciężko było jej udawać cokolwiek. Znał ją jak nikt inny. Wiedział, kiedy ukrywała emocje. Wiedział to najlepiej, bo podobną jej wersje widział w wieku dwunastu lat, kiedy pożegnała młodszego brata. Ludzie spod metra może i nie byli rodziną, ale też je przecież mieli. Każde z nich miało do kogo wrócić z tamtej podróży, a jednak wraz z głośnymi krzykami, które wciąż odbijały się w jej uszach, ich serca przestały bić pod stertą gruzu. Jej również by przestało, gdyby nie strażak, który odciągnął ją w ostatniej chwili.
Westchnęła głośno na gryzące pod skórą wspomnienia i po raz kolejny podniosła spojrzenie na przyjaciela. Chciała, żeby tu był. Doceniała, że przyszedł tu mimo tego, że sukcesywnie powtarzała mu, aby tego nie robił, a jednak w tym samym czasie czuła, że nie była w stanie dać mu tego samego poziomu dobrej energii. Chociaż może mogła przynajmniej spróbować?
Ale ta kanapa jest zajebiście wygodna — jęknęła, rozciągając się na niej na całej szerokości, przesuwając dłońmi wzdłuż oparcia. — No zobacz sam, usiądź sobie, Miller — postukała kilkakrotnie w materiał, kompletnie zapominajać, że miała mu wytknąć fakt, iż wcale nie była m a ł a, tylko on lekko przerośnięty, przy okazji przypominając, że kiedy mieli po jedenaście lat, to ją pierwszą wyciągnęło do góry i przez kilka miesięcy była od niego wyższa! Nie była jednak w stanie tego zrobić, bo w następnej sekundzie została bezczelnie zaatakowana bliżej niezidentyfikowaną torbą.
Nawet nie pytała co znowu wymyślił. Akurat po nim można było spodziewać się absolutnie w s z y s t k i e g o. Zacisnęła palce na folii i jednym, pewnym ruchem rozerwała materiał. Ściągnęła brwi, próbując rozplątać koszulkę, a kiedy tylko jej oczom ukazał się obłędnie uroczy, smutne ziemniaczek, zaśmiała się głośno. I szczerze. Chyba pierwszy raz odkąd wróciła.
Jesteś niemożliwy — inaczej nie dało się tego skomentować. Dokładnie tak samo, jak nie była w stanie zapanować nad głową, która zaraz pokręciła się na boki z niedowierzaniem wymalowanym na jej twarzy. — Oczywiście, że łapie! Te koszulki opisują całe moje życie — stwierdziła kompletnie szczerze. Nie miała pojęcia, co dokładnie miał w sobie, ale zawsze kiedy był obok wszystko — ale to wszystko — nabierało kolorów i automatycznie stawało się lepsze. Nawet i teraz, od razu było jej jakoś lepiej.
Kręgli natomiast za nic się nie spodziewała. Bardziej liczyła na to, że po prostu posiedzi z nią w mieszkaniu, może coś obejrzą? Tylko kogo ona starała się oszukać. Oczywiście, że wymyślił coś kompletnie odstrzelonego i oczywiście, że już ich zapisał, dobrze wiedząc, że w takim wypadku nie była mu w stanie odmówić. Chociaż z początku walczyła z własną głową. Kłóciła się z nią, podczas gdy oczy uważnie obserwowały, jak podchodzi bliżej i kuca tuż przed nią, jak z ogromnym uśmiechem na ustach opowiada jej o ziemniaczanych pulpach z Whitby (które swoją drogą brzmiały za-je-bi-ście) i robi wszystko, by mu zaufała. A jednak to już była pewna tendencja, że Archie w starciu z jej własną głową miał zdecydowaną przewagę, chociażby w tym, że ona za nic nie potrafiła mu odmówić, kiedy patrzył na nią swoimi niebieskimi, błyszczącymi tęczówkami. Po prostu nie umiała. Dlatego też po chwili wyciągnęła mały paluszek w górę, ani na moment nie ściągając z niego spojrzenia.
Przyznaj się, że zapisałeś nas na turniej dla par, bo dobrze wiedziałeś, że w starciu jeden na jeden po prostu skopałabym ci tyłek — nachyliła się w jego kierunku, chowając twarz za wyciągniętym palcem, który z początku tylko delikatnie muskał ten jego, by już po chwili się wokół niego zawinąć, tym samym przyjmując jego propozycję. — Ziemniaczane Pulpy z Whitby nie przegrywają — dodała już o wiele bardziej stanowczo, robiąc przy tym dziwnie (jak na nią) groźną minę, pokazując tym samym poziom waleczności, jaki w niej wzbudził. Była w tym zdaniu również pewna dwuznaczność, którą można było podciągnąć pod jej aktualną sytuację, jednak nawet nie chciała kierować swoich myśli w tamtą stronę.
Ziemniaczane Pulpy z Whitby nie przegrywają.
Ona również nie miała zamiaru.
Dlatego złożyła pinky promise, drugą rękę zaciskając mocniej na koszulce z ziemniakiem i ostatni raz spojrzała w niebieskie oczy przyjaciela nim zerwała się z miejsca.
Ziemniaczane Pulpy z Whitby NIGDY NIE PRZEGRYWAJĄ!! — krzyknęła, tym razem podskakując kilkakrotnie w miejscu, jakby chciała nie tylko wpoić sobie do głowy ten mocny statement, ale również strzepać z siebie wszelkie wątpliwości. Skakała tak do momentu, aż nie poczuła, że zaczyna łapać ją skurcz w łydce.
Okej — westchnęła. — Daj mi jakieś pięć minut — poprosiła i nawet nie czekając na jego odpowiedź, ruszyła w stronę sypialni. Zaraz potem zaś przebiegła prosto do łazienki, odpalając tryb turbo w ogarnianiu. Zrzuciła z siebie o wiele za duże dresy i przyodziała jeansowe spodnie wraz z p i ę k n ą ziemniaczaną koszulką, które leżała idealnie. Włosy spięła, przy okazji ogarniając twarz do poziomu zwanego znośnym. Tak jak obiecała — po pięciu minutach stała już ponownie w salonie z zupełnie nową energią. Chyba dzięki tej koszulce.
Dobra, Archibald — złapała jego jasne spojrzenie. — Zbieraj się. Czas skopać trochę tyłków — Oznajmiła, tym samym meldując swoją gotowość do wyjścia.

Archie-lifesaver Miller aka fav potato (づ๑•ᴗ•๑)づ🥔̤̮

Ziemniaczane Pulpy z Whitby nie przegrywają!

: pn mar 23, 2026 6:10 pm
autor: Archie Miller
Archie nie potrafił w tragedie i jego mechanizmy obronne odpalały się automatycznie, byleby nie dopuszczać do bólu. On nie analizuje, tylko zagłusza, a wszystko to za sprawą ironii. Bardzo prawdopodobne, że gdyby spłonęło mu mieszkanie to żartowałby, że już nie musi martwić się brudnym piekarnikiem. Abs raczej świetnie znała te jego triki na ataki paniki, a raczej miała świadomość tego, że gdy coś złego się mu przytrafia to przeważnie bawi się w ducha. Znika, nie odbierając telefonów, nie odpisując, po prostu zaszywając się w jakimś randomowym barze na końcu miasta, spędzając niekiedy dwie doby - jeśli nie dłużej - na graniu. W końcu gdzie najlepiej uciec przed żyćkiem? Ależ oczywiście, że do wirtualnego świata! Tam zasady są jasne, wie jak wygrać i wszystko jest prostsze, a jak świat się wali wystarczy zresetować. On od najmłodszych lat zawsze przeskakiwał problemy jak nie żartem to ucieczką do gier, ważne żeby nie musiał siedzieć w ciszy i analizować… a już na pewno nie bawiłby się w terapię. Co innego jeśli tragedia dotyka jego bliskich, tutaj mechanizmy obronne nieco ustępują trosce. Wtedy terapia nagle ma jakieś uzasadnienie, znikanie nie wchodzi w grę, a nawet idzie to w drugą stronę - nagle jest go pełno, dopóki nie upewni się, że wszystko wraca na dobre tory. Teraz też musiał się upewnić, że z nią wszystko będzie dobrze.
Oooo Abs… jak jest tak wygodna jak zajebiście teraz wygląda, to aż żal ściska moje jędrne pośladki, że tego nie uraczę, ale nie mydl mi tu oczy prężąc się na niej — pogroził swoim karcącym spojrzeniem chwilę po tym, jak wycelował w nią koszulką, by ponownie mocniej oprzeć dłonie na biodra. Musiał się pilnować, by przypadkiem nie złamać się, bo jeśli ktoś miał moc przekonywania Archiego to właśnie ona, a dzisiaj to on powinien przekonywać ją, że warto wyjść już z dziupli.
Kiedy usłyszał ten radosny śmiech przyjaciółki zgiął rękę w łokciu i zamachnął się pięścią energicznie w dół, aż po biodro, w niemym TAK! Mission accomplished! Radość Abby była jego słodkim zwycięstwem w tej chwili iiiii właśnie wtedy go zaskoczyła.
Nagle, bez ostrzeżenia.
Rozwaliła szczerością.
Jesteś niemożliwy.
Spodziewał się wszystkiego! Nawet tego, że w odwecie rzuci w niego koszulką ze smutnym kartoflem i na niego nakrzyczy, że on ma lepszą, ale… tego? Tego to się nie spodziewał. Czuł jak pieką go uszy — a trzeba zaznaczyć, że piekły go głównie wtedy, gdy był ekstremalnie zawstydzony, albo absurdalnie szczęśliwy, a teraz miał chyba kumulację doznań — pewnie dlatego wbił swoje spojrzenie we własnego ziemniaka modląc się w duchu, by nie zauważyła, że błyszczą mu oczy niczym ten brokat na koszulce. — No wiesz... — zaczął, a jego głos na sekundę stracił swoją radosną pewność siebie. — Staram się — wzruszył beztrosko ramionami. — Cieszę się, że doceniasz jakość usług After Archie — wyznał i przez moment chciał do niej podejść i uścisnąć ją tak mocno, żeby wycisnąć z niej resztki strachu, ale to tak nie działało. Zamiast uścisku zaśmiał się lekko i zmierzwił swoją czuprynę chyba próbując wyczesać z niej swoje lekkie zawstydzenie.
Dobra, Abs, przestań mi tu słodzić, bo pomyślę, że chcesz, bym zapłacił za twoje nachosy — mrugnął do niej, odzyskując pewność siebie, choć jego uszy wciąż płonęły zdradziecką czerwienią. Poza tym on i tak stawia dzisiaj. — Skoro łapiesz ziemniaczany vibe, to złaź z tej kanapy. Świat czeka na Ziemniaczane Pulpy z Whitby — i nie było opcji, że zostaną w czterech ścianach. Tego już próbowali i nie dało oczekiwanych efektów, musiał pójść o krok dalej i pewnie lepiej by było, gdyby jednak spędzili symbolicznie czas pod gołym niebem, bo wtedy sufit nie byłby im straszny, ale Archie się w tańcu nie pierdoli, więc padło na terapię szokową — gdzie wątpliwej jakości dach, dużo bodźców w postaci neonów i dźwięków, tłum ludzi i huk kręgli najwyraźniej miał dać pożądane efekty. A tak szczerze? Był fanem gier, konkurencji zespołowych i nie miał traumy, więc najzwyczajniej w świecie nie pomyślał, że jego pomysł ma potencjał na katastrofę.
Co ma być to będzie!
Teraz najważniejsze było to, że kiedy przykucnął obok niej pinky promise zostało przyjęte z wyjątkowo groźną dziarską miną, a zaraz po nim Archie teatralnie złapał się na klatkę piersiową. — Cios poniżej pasa, Abs! Prosto w moją ziemniaczaną dumę! — odparł rzucając się w tył powalony sugestią, że w starciu jeden na jeden by przegrał. Szybko jednak się pozbierał, bo dobrze wiedział, że sobie żartowali.
POZA TYM — o c z y w i s t e, że by wygrał, heloł?!
Głowa przez chwilę chodziła mu góra dół w rytm jej podskoków, po czym dał jej 5 minut tak jak o to prosiła, choć spodziewał się, że potrwa to dłużej. Jakie było jego zdziwienie, kiedy faktycznie po pięciu minutach stanęła przed nim w ziemniaczanej koszulce.
Wyglądasz legendarnie! — i podzielając jej zaangażowanie radośnie opuścił mieszkanie kierując swoje kroki do samochodu. Na szczęście nie musiał się tłumaczyć, ona dobrze wiedziała, że jego jeep woła o pomstę do nieba i bezpiecznie będzie jak potrzyma drzwi w trakcie jazdy, nie jechali wspólnie pierwszy raz.
Kiedy dotarli do kręgielni przedarli się przez pomieszczenie pełne automatów z grami, które Miller miał w większości obcykane, aż dotarli do sali, która o tej porze była zarezerwowana właśnie dla Stowarzyszenia Par. Ogarnęli obuwie, pozbyli się kurtek i w chwili, gdy wchodzili na salę z głośników uderzył w nich kawałek Westa - Stronger, a ich dwoje niczym Wataha z Kac Vegas weszli na salę z głowami uniesionymi wysoko ku górze. W Bangkoku może nie wylądują, ale lokal miał trochę vibe Las Vegas, więc należało się bawić! Abby momentami zdawała się mieć nietęgą minę, ale Archie nie dawał jej przestrzeni na jakąkolwiek panikę, krótko mówiąc - nie zostawiał luki przez którą mogłaby się mu wymknąć. Zamiast tego złapał ją za rękę. — Wkraczamy, Abs — syknął przez zęby, nie przerywając marszu pośród konkurencyjnych par, kiedy zmierzali do swojego toru. Cel był jasny: tor numer siedem, darmowe nachosy i uśmiech Abby.
Gdy stanęli przed swoim torem uniósł ręce lekko w górze jakby liczył, że Abs podskoczy i energicznie zbije z nim piątaki, jednocześnie robił skanowanie wzrokiem po przeciwnikach. — Może być trudniej niż przypuszczałem — zacmokał kiwając lekko głową. — Zobacz na dwunastej, to chyba jacyś weterani — Państwo Henderson przy torze numer pięć byli z wiekowej półki, jakieś siedemdziesiąt plus na pewno tutaj stuknęło, o czym z resztą świadczyły ich błękitne koszulki z napisem: Still Rolling… since 1952. Wydawali się bardzo skoncentrowani na tym konkursie, bo już lecieli z rozgrzewką przy torze. To jednak nie powstrzymało Archiego przed przyjemnością jaka wynikała z jedzenia. — Skoczę po nachosy — nie ma się co oszukiwać, miał na nie ochotę od kilku dni i bez nich ten konkurs byłby stracony. Wróci z zamówieniem to też się rozgrzeją. — Co chcesz do picia?


Mrs. Potato Head🎳🥔👀

Ziemniaczane Pulpy z Whitby nie przegrywają!

: wt mar 24, 2026 2:20 pm
autor: Abby Wallace
Doceniała usługi After Archie.
I to bardziej niż myślał, chociaż może na pierwszy rzut oka wcale tego nie pokazywała. Życie często pisało dla nich różne, niekiedy oddalone od siebie o kilkaset kilometrów scenariusze, jednak oni w tym wszystkim zawsze znajdywali do siebie odpowiednią drogę. Byli przy sobie, kiedy wszystko dookoła zdawało się nie działać. Ona przy nim, a przede wszystkim on przy niej. Na każdy zły dzień, czy łzę w oku, Miller jako jedyny wiedział, jak sprawić, żeby na jej ustach na nowo pojawił się uśmiech. Żeby odgonić czarne chmury, które zawładnęły myślami i zrobić miejsce na słońce. I nawet teraz — to wszystko co robił, powoli, małymi krokami stawiało ją na nogi. A po chwili nawet dosłownie postawiło, do tego stopnia, że w końcu poszła się przebrać.
Wyglądasz legendarnie!
Uśmiechnęła się szeroko na te słowa. On również wyglądał wybornie. Głównie dlatego, że zgarnął dla siebie o wiele lepszą koszulkę i wcale nie musiał być smutnym ziemniakiem. Chociaż z drugiej strony Archibald zawsze wyglądał dobrze. Nawet kiedy się nie starał. Ale tą uwagę akurat Abby postanowiła zachować dla siebie.
Zaprezentowała się przyjacielowi z przodu, z boku i jeszcze z obrotu, a zaraz potem narzucała już na siebie pierwsze, lepsze buty — bo przecież i tak będą je zmieniać — oraz kurtkę, która swoje lata świetności miała jeszcze w trakcie jej studiów. Zupełnie jak fura Millera, której drzwi trzeba było trzymać w jednej ręce, a pas w drugiej, bo zapięcie zepsuło się w osiemdziesiątym piątym. Całe szczęście podróż odbyła się bez tragedii ani pościgu policji i po kilkunastu minutach w końcu pojawili się w kręgielni. Ruszyła za nim, przy okazji rozglądając się po licznych maszynach. Większość była zajęta przez dzieciaki i kilka przez starszych ludzi, którzy wyglądali, jakby nie ruszali się z miejsca już od kilku dni.
Wkraczamy, wkraczamy — zawtórowała mu, kiwając głową, kiedy w śmierdzących, granatowo-czerwonych bucikach byli gotowi wejść na przypisany dla nich tor. Minę faktycznie miała średnią, szczególnie, kiedy za plecami ciągle coś stukało, a ona jakoś mimowolnie się straszyła, przywołując nieprzyjemne wspomnienia. Niemniej jednak kiedy Miller wystawił w jej stronę dłonie, podskoczyła, malując na twarzy (jeszcze nieco udawany) uśmiech, następnie wertując wzrokiem ich konkurencje, przytrzymała spojrzenie na wspomnianych przez swojego kompana Handersonach.
Słuchaj no — nachyliła się, przysuwając twarz do ucha Archiego. — Zawsze możemy podmienić im wszystkie kule na podstawce na te najcięższe — wzruszyła ramionami, dzieląc się z przyjacielem tym jakże diabelskim planem. Z jednej strony wcale nie chciała połamać staruszków, ale przecież szczęściu trzeba było jakoś pomóc, nie? Abby może i miała średni humor, może miała w głowie demony wydarzeń z Detroit, ale ponad wszystko uwielbiała konkurować. A kiedy w to wszystko wchodził Miller, uwielbiała również wy-gry-wać. Tak więc jak trzeba było pokrzywić emerytom kręgosłup — so be it!
Może być jakaś lemoniada. Najlepiej coś kwaśnego — uśmiechnęła się delikatnie, kiedy Archie zbierał od niej zamówienie, przenosząc ciężar ciała z palcy na pięty. I tak w kółko. — Nie zapomnij sosów do nachosów! — krzyknęła za przyjacielem, kiedy kierował się do baru. Abby natomiast przeszła się dookoła stolika, który na następną godzinę miał stać się ich bazą.
W pierwszej kolejności rozsiadła się wygodnie i poprawiła buty. Następnie ruszyła wzdłuż toru, przyglądając mu się uważnie, jakby faktycznie miało to jakikolwiek wpływ na rozgrywkę, która miała nadejść. Przejrzała też kule, jakie mieli do dyspozycji i praktycznie od razu zauważyła, że brakowało wśród nich dziewiątki. Jej szczęśliwej dziesiątki. Wszystko niższe było dla niej za lekkie, a zaś dziesiątka wydawała się ciężko latać. Zobaczyła jednak, że tor obok ich przeciwnicy mieli ich aż trzy, dlatego nawet dużo się nad tym nie zastanawiając, po prostu tam podeszła i chciała dokonać wymiany. Uczciwej swoją drogą, bo dać im ósemkę, której nie mieli wcale.
Hej lala, a co ty robisz?! — jej czyny nie zostały jednak niezauważone, bo nim zdążyła wsadzić palce w dziurki (xd), wyrósł obok niej średniej postury mężczyzna ze śnieżnobiałymi zębami i fryzurą tak ulizaną żelem, że chyba poszło na nią całe opakowanie. — Nie pomyliło ci się coś? — dopytał, zarzucając ręce na biodra.
No właśnie, nie pomyliło ci się coś? — tuż obok niego zaraz pojawiła się równie odstrzelona kobieta w ciemnych włosach i krótkiej spódniczce. Wallace zmrużyła oczy zastanawiając się, w jakim celu powtarzali po sobie słowa, jednak finalnie postanowiłą to po prost zignorować. Zacisnęła mocniej palce na kuli.
Biorę jedną, bo macie takie trzy, a my nie mamy żadnej — wyjaśniła spokojnie. Nie miała w zwyczaju szukać problemów, chociaż bardzo często one po prostu same ją znajdowały. — Nie uważacie, że to uczciwy deal?
Nie — facet odszczekał praktycznie od razu, układają swoje wielkie łapska na kuli w jej rękach. — Oddawaj to!

my favourite potato on earth (づ๑•ᴗ•๑)づ🥔

Ziemniaczane Pulpy z Whitby nie przegrywają!

: wt mar 24, 2026 4:38 pm
autor: Archie Miller
Archie sprawiał niekiedy (czyt. bardzo często) wrażenie odklejonego od rzeczywistości dzieciaka, ale w dużej mierze były to pozory, a on za tym wizerunkiem krył bardzo spostrzegawczego człowieka, szczególnie jeśli w grę wchodzili przyjaciele. Nie umknęło więc jego uwadze to, że Abby wcale nie czuła się tak pewnie i momentami robiło się nerwowo, ale teraz już nie było szans na wycofanie się. Trzeba było brnąć przed siebie w imię ojczyzny! A raczej w imię spokoju Abby, który stopniowo odzyskają. Już on się tym zajmie.
Abs! — wyszeptał z głębokim uwielbieniem jej imię, aż oczy mu rozbłysły. — Ty genialny ziemniaczany potworze! — dodał przyglądając się jej z mieszanką zachwytu i przerażenia - g e n i a l n y to był pomysł. Pani Henderson właśnie ruszyła z rozgrzewką nadgarstka, ale oni mieli już plan jak skutecznie go obciążyć. — Pan Henderson lubi się zamachnąć — wskazał na dziadka ćwiczącego rozmachy — już widzę jak leci razem z kulą przez tor — ale niech pierwszy rzuci kamieniem ten, co z kulą nigdy nie wyrżnął na torze!
Plan na parę numer 5 - bo Archie numerował ich sobie w myślach torami - był już wstępnie ustalony, ale jedzenie było równie ważne co strategia, więc nie tracąc czasu uciekł do baru, po drodze jeszcze przytakując Abby na wzmiankę dotyczącą sosów, ale nie był pewny czy to słyszała. Nieważne!
Oparł się o bar z gracją człowieka, który zamierza wykupić cały lokal i zagadał do barmana, który wyglądał, jakby ktoś mu życie taboretem przetrącił i marzył jedynie o powrocie do domu. Zamiast końca zmiany miał przed sobą radosnego Archiego. — Dobry wieczór, przyjacielu! — wyszczerzył zęby w uśmiechu. — Dzisiaj jest wielki dzień! Wiesz jaki? — zapytał figlarnie poruszając swoimi brewkami. — Dzień w którym Ziemniaczane Pulpy z Whitby piszą historię legendarnego zwycięstwa! A ty jesteś szczęściarzem i będziesz mieć w tym swój udział — pewnie zżerało go z ciekawości jaki udział jest mu przypisany, co ni? Jego zdegustowana mina była tego czystym dowodem. — Ja i moja Bulwa — skinął głowę w stronę torów — potrzebujemy najlepszego paliwa jakie macie w tym przybytku — oznajmił całkowicie poważnie. — Lemoniadę, kwaśną! Dwa razy oczywiście. A teraz…. — wzrokiem przeleciał menu — nachosy. Te legendarne. Taaaaaaką górę — ręce wyciągnął ku górze robiąc jakiś dziwny zamach na boki — nam daj i nie oszczędzaj na serze. Do tego full zestaw sosów do wyboru — oznajmił kończąc w końcu i kiedy tak stał czekając, aż ich ser osiągnie odpowiedni poziom płynnoś i, kątem oka dostrzegł poruszenie przy torach i to z udziałem Abby. Zmrużył oczy obserwując z dystansu to co tam się dzieje, wyglądało trochę jak szarpanina o kulę. Nie rzucił się może pędem n a ratunek, ale gdy tylko zauważył identyfikator barmana na ladzie, wiedział co ma robić. Z kieszeni spodni wygrzebał słuchawkę samochodową i wetknął sobie ją do ucha, po czym porwał identyfikator leżący na barze. Przypiął go sobie tuż nad ziemniakiem w okularach i zgarnął tackę z prowiantem z lady, nim Trevor - podobno, tak było na plakietce - zorientował się, co się wydarzyło.
Dzięki za prowiant szefie! — zawołał na odchodne i skierował swoje kroki w kierunku torów, gdzie coś się działo.
Podszedł do nich, odstawił tacę na stolik i rozstawił nogi prawie tak szeroko, jak ten ulizany goguś przed nim. Natychmiast też przyłożył palec do słuchawki bluetooth w uchu. — Centrala, mamy naruszenie w sektorze szóstym. Podejrzany wykazuje nadmierne przywiązanie do mienia wspólnego — powiedział brzmiąc przy tym jak robot, jednocześnie patrząc gogusiowi prosto w oczy nie okazując ani odrobinki emocji. Nie spogladał też na Abby, bo prawdopdoobnie, gdyby to zrobił, to by się spalił wybuchając śmiechem. Dla jasności wypiął tez pierś z identyfikatorem dumnie do przodu, że niby on tutaj robił. Po tym komunikacie puścił słuchawkę i zniżył trochę głos zwracając się bezpośrednio do ulizanego typka. — Słuchaj stary, prosta sprawa — zaczął spokojnie — to zakrawa o naruszenie Kodeksu Dobrych Praktyk Stowarzyszenia Kręglarskiego dla Par. Blokowanie kul to poważne wyklroczenie, grozi za to… — przerwał nagle powazniejąc i znów nacisnął sluchawkę zamieniając się w robota. — Tak, potwierdzam. Osobnik ma podejrzanie ulizaną fryzurę, prawdopodobnie stwarza zagrożenie poślizgowe na torze. Czy mamy zgodę na procedurę dyskwalifikacji? — Archie zawiesił głos, udając, że słucha odpowiedzi. — Rozumiem. Ostatnie ostrzeżenie — i znów wrócił spojrzeniem do gogusia, który wyglądał na mocno zdezorientowanego.
Masz dziesięć sekund na puszczenie tej kuli kolego inaczej czeka was dyskwalifikacja — ostrzegał, po raz ostatni ze śmiertelną powagą na swojej twarzy, choć w głębi siebie umierał ze śmiechu, ale dla miny tego wyżelowanego człowieka było warto.
Tak naprawdę to chciał mu na wstępie wygarnąć, żeby zdejmował te swoje wyżelowane łapy z ręki jego przyjaciółki, ale w ostatniej chwili się powstrzymał przed niekontrolowanym wyskokiem, bo nerwy w niczym jej nie pomogą, a i spaliłyby jego życiową rolę. Co jednak nie zmieniało faktu, że teraz bacznie obserwował, czy ta jego dłoń w końcu się od niej odczepi, bo w końcu dzisiaj była jego dziewczyną i tylko on sobie mógł na to pozwalać, ot co!

Na ratunek Mojej Bulwie! 🦸🏼‍♂️🥔🧀

Ziemniaczane Pulpy z Whitby nie przegrywają!

: śr mar 25, 2026 5:02 pm
autor: Abby Wallace
Chociaż Hendersonowie wyglądali jak urocze i z pewnością sympatyczne małżeństwo, Abby wraz z Archiem nie mogli pozwolić sobie przecież na chwilę słabości! Może i starsi ludzie bywali rozczulający — ze swoim wielkim bagażem doświadczeń, wciąż ciesząc się z życia i celebrując każdą chwilę — tak nie wolno było się na to złapać podczas konkursu. To była w o j n a. Tutaj ludzie nie dzielili się na bardziej i mniej słodkich, tutaj trzeba było walczyć z każdym, niezależnie od poziomu rozczulenia. Na gołe klaty! Dobra, może nie na gołe klaty, ale przynajmniej kulami do kręgli i dobrymi rzutami.
Jedną taką kule Wallace chciała przygarnąć do ich zakątką z toru obok, który tych z numerem osiem miał zdecydowanie za dużo, jednak bardzo szybko okazało się, że temat mógł być trudniejszy, niż z początku się jej wydawało. Chciała ją zabrać i odejść. Chciała. Ale zaraz się okazało, że nie może, bo laluś z ulizanymi włosami już próbował jej ją wyszarpać.
I może w normalnych okolicznościach faktycznie by ją puściła, postawiła na kompromis lub kompletnie odpuszczenie sytuacji, ale dzisiaj? Dzisiaj Abby była ważliwa, rozjuszona i naprawdę niewiele było jej trzeba, żeby ją zdenerwować. A jemu udało się to wyjątkowo dobrze i szybko.
Posłuchaj mnie — warknęła, ściągając brwi do siebie i malując na twarzy iście gniewną minę. — Ta kula należy nam się jak psu buda! — porównaniu może i mało efektowne, ale jedyne, jakie na szybko przyszło jej do głowy. — Macie dosłownie trzy takie same, co za problem dać nam jedną? — nie dawałą za wygraną, przepychajać się z facetem na lewo i prawo. Był silny, ale ona również, co było zasługą lat noszenia segregatorów i fiolek z moczem do badania na praktykach. Dlatego docinsnęła palce i znowu szarpnęła dziewiątką w swoją stronę.
Dopiero kiedy obok pojawił się Archie, oboje na moment się uspokoili. Zrobił takie wejście smoka, że wszystkie pary oczy skierowały się w jego kierunku i chociaż dwójka uczestników (i terrorystów kręglowych) wcale nie zauważyła w nim nic dziwnego, Abby momentalnie zwróciła uwagę na słuchawkę w uchu oraz plakietkę z podpisem Trevor. Zacisnęła usta w wąską linię, kiedy zaczął mówić, próbując się nie roześmiać.
Słyszeliście? — podłapała jego plan, wskazując głową na przyjaciela. — Naruszenie w sektorze szóstym — powtórzyła zaraz po nim robiąc przy tym wielkie oczy do faceta, jakby to naprawdę było jakieś wielkie przestępstwo. I co najlepsze — Laluś na moment faktycznie zdawał się przestraszyć. Szczególnie, gdy Miller zaczął nawijać o naruszeniu kodeksu.
Szło świetnie.
Do momentu żartu o ulizanej fryzurze, która stwarzała zagrożenie na torze, na który swoją drogą Wallace prychnęła głośno, nie potrafiąc trzymać już tego dłużej w sobie. Szarpnęła kule w swoim kierunku, a facet był w takim szoku, że nawet ją puścił.
Jak to dyskwalifika…. — tylko zaraz spoglądał gniewnie na Archiego przyglądając mu się uważnie. Dokładniej jego koszulce, a potem tej Abby, jakby łączył ze sobą jakieś fakty. Normalnie Wallace mogłaby przysiąc, że na własne oczy widziała i słyszała, jak jego mózg intensywnie pracuje. Chyba na co dzień nie był przystosowany do takiej roboty. — A co wy to… Co to kurwa za ziemniaki? — spytał nagle oburzony, wskazując na ziemniaczane koszulki. — To ty nie jesteś pracownikiem?! — podniósł głos, robiąc się cały czerwony na twarzy. Przez moment naprawdę wyglądał, jakby chciał im przywalić, a dokładniej Archiemu. Serce Abby podeszło do samego gardła, a kiedy laluś przeniósł na nią spojrzenie aż zamarła. — Dawaj tą kule, lala — warknął, robiąc krok do przodu , na co Wallace automatycznie wykonała dwa w tył. Znowu do niej podszedł, a ona znowu się cofnęła. Ktoś z tyłu krzyknął, że za minutę zaczynamy. Kątem oka zobaczyła jak na niewielki podejścik wchodzi komisja w postaci pracownika kręgielni. Facet zrobił zamach, jakby chciał wyrwać jej kulę z rąk, a ona w tym samym czasie odwróciła się na pięcie i rzuciła nią niezdarnie na ich tor, sprawiając, że chociaż dziwiątka potoczyła się prosto do rynny, finalnie schowała się we wnęce i wyleciała… po ich stronie.
Zaczynamy! — krzyknął ktoś na środku sali. Abby wymieniła jeszcze ostatnie spojrzenie z lalusiem, czując, że jeszcze nie powiedział ostatniego słowa, chociaż na ten moment batalia zakończyła się wynikiem jeden zero dla ziemniaczanych pulp z Whitby. Szybko złapała Archiego za fraki i przeciągnęła na ich tor.
Bez kitu myślałam, że nas pobije — rzuciła nieco nerwowo, przysuwając się do przyjaciela. Jeszcze przez moment patrzyła w tamtym kierunku, a zaraz potem przeniosła wzrok na plakietke. — Trevor? — uniosła brew, przyglądając mu się uważnie. — Mam nadzieje, że Trevor zajebiście gra w kręgle, bo teraz to już na pewno musimy im skopać tyłki!

potato ( っ'-')╮ =͟͟͞͞🎳

Ziemniaczane Pulpy z Whitby nie przegrywają!

: pt mar 27, 2026 12:12 am
autor: Archie Miller
Jeśli Abby chciałaby walczyć na gołe klaty, to istniało duże prawdopodobieństwo, że Archie nie miałby z tym żadnego problemu… no może jeden? Taki malutki, maciupeńki mianowicie, wolałby takie walki jeden na jeden, a nie w zestawieniu drużynowym. I najlepiej gdyby rywalizowali tylko we dwoje. Teraz jednak jako całkowicie poważni członkowie Stowarzyszenia Kręglarskiego dla Par musieli podejść do tematu z pełną profeską - czyli zawodowym kantowaniem i przekrętami pod przykrywką najsłodszej pary wieczoru. Było to spore wyzwanie, bo Handersonowie rozczulali wszystkich, ale Ziemniaczane Pulpy nie poddają się bez walki. Millerowi już kotłowało się w głowie od pomysłów, że sam za nimi nie nadążał. Fakt, że udało się im utrzeć nosa żelowanemu Lalusiowi tylko napędzało go pozytywnie. Nie wyszło idealnie, bo był po prostu sobą i nieco przedobrzył, gdy zaczął nawijać o żelu w kategori zagrożenia na torze, a Abby tego nie wytrzymała i się roześmiała, a tym samym wspólnymi siłami spalili sprawę.
No dyskwalifikacja, taka na A M E N! — walczył do końca, choć gniewne spojrzenie Lalusia podpowiadało mu, że pora zrobić lekkie wycofanie. Abby najwyraźniej wpadła na to samo, bo zaczęli się cofać w ucieczce przed nadgorliwym Żelusiem i kiedy już myślał, że typ zaraz uliże staranuje mu przyjaciółkę, złapał się za głowę z niedowierzaniem obserwując co właśnie się wydarzyło. Gdy kula zniknęła w otchłani, by po sekundzie wyłonić się triumfalnie po ich stronie, Miller wypuścił powietrze, którego nawet nie wiedział, że trzymał. — ABBY! To było... TO BYŁO najbardziej l e g e n d a r n e przejęcie mienia jakie widziałem! — wrzasnął, ignorując purpurową twarz Lalusia i w tej całej euforii dając się pociągnąć przyjaciółce w stronę ich toru. — Z tym rzutem wyglądałaś jak agentka specjalna — odparł i zamrugał kilkakrotnie oczarowany początkiem. — A Trevora zaraz sobie przetestujemy, ale najpierw prowiant — no dajcie mu już zjeść te nachosy, bo biedaczyna od samej idei wyjścia na kręgle o nich myśli i jeszcze chwila, jeszcze moment, a go poskręca.
Kiedy stanęli przy swoim stoliczku Archie chwycił nachos, zanurzył go w sosie i uniósł w górę jak kieliszek szampana. — Za Ziemniaczane Pulpy! Za Trevora! I za to, żeby Laluś poślizgnął się na własnym ego! — wzniósł toast za ich sukces, po czym schrupał nachosa z należytą radością, że aż oczy mu się zaświeciły. A potem kolejnego i jeszcze jednego, wykonując nieco stonowany mikro taniec radości, bo były wyborne! Abs też zdawały się smakować, bo to raczej niemożliwe, żeby on ją tak upaprał sosem serowym, a ewidentnie miała na policzku serową smugę, aż do kącika ust. Archie trochę zamarł i chwilę tak patrzył na tę plamę sera, a potem w jej oczy i jeszcze raz na ser.
Masz — zaczął czując jakby jego głos z nim nie współpracował, że aż musiał przełknąć ślinę. — Masz tu… serowe barwy wojenne Agentko Wallace — powiedział unosząc kciuk zupełnie bezmyślnie i bardzo powoli ścierając jej sos z policzka. Kule toczyły się gdzieś w tle, wściekłe spojrzenie lalusia wciąż bacznie uciekało w ich stronę, a Hendersonowie dziwnie w ich stronę spoglądali, z jakimś takim rozmarzeniem, ale to wszystko teraz przez ułamek sekundy dla Millera zniknęło. Czuł tylko ciepło jej skóry pod swoim kciukiem i ten znany impuls, co to od dwudziestu lat przewijał się przez ich wspólne żyćko i który równie skrupulatnie przez ten czas ignorował.
Głośny huk wyrwał Archiego z zamyślenia, ale to Żeluś wydawał się bardziej rozproszony, ciekawe czy przez ich filmowe pięć sekund jakie właśnie przeżył z Abby, czy może nikt tego nie zarejestrował? A nieważne! Grunt, że konkurencja jedna spudłowała. Spojrzał na nią uśmiechając się łobuzersko i mierzwiąc swoją czuprynę. — No… — chrząknął. — Dobra, Abs... czas na... na demonstrację siły — wychrypiał, próbując odzyskać swój głos. — Patrz i ucz się. To jest rzut, który w podręcznikach nazywają Zabójczym Ziemniakiem — ale jak to mówią? Nie bądź taki hop do przodu Archie, bo ci z tyłu zabraknie, co nie?
Stał tam z kulą w ręku, która nagle wydawała się mu cięższa niż zwykle i kiedy szykował się do rzutu mimowolnie wzrok uciekł mu w jej stronę. Stała tam z lekkim uśmiechem, a on czuł, że jego koordynacja ruchowa wyjechała na wakacje. Wziął rozmach, chociaż przeczuwał, że coś jest nie tak. Zrobił trzy kroki, ale w chwili zrzutu zamiast wypuścić kulę płynnie przed siebie on kątem oka zerknął na Abby, a jego mózg analizował właśnie miękkość jej policzka. Dłoń mu drgnęła nerwowo, a kula zamiast potoczyć się środkiem uderzyła o parkiet tuż przy rynnie, do której szybko spadła staczając się w metalową otchłań. Na ekranie zamrugało na czerwono wielkie 0, czyli nic. Na moment zamarł w tym pochyleniu, ale nagle się wyprostował, odwrócił do Abby, zerwał plakietkę z koszulki i westchnął bezradnie.
Próbowałem, ale Trevor okazał się beznadziejny. Następnym razem rzucam sam — wymiksował się żartobliwie ze swojej porażki, bo przecież to główny sposób na rozwiązywanie wszelkich niedogodności w życiu Millera. — Twoja kolej, ratuj naszą godność! — odłożył identyfikator na stół i zaklaskał dopingując ją podczas pierwszego liczącego się rzutu.

Ziemniaczana Agentka Wallace 🕵🏻‍♀️🎳🥔

Ziemniaczane Pulpy z Whitby nie przegrywają!

: pt mar 27, 2026 10:24 pm
autor: Abby Wallace
Uśmiechnęła się, gdy nazwał jej zachowanie l e g e n d a r n y m.
Lubiła być chwalona i doceniana, jednak z ust Millera brzmiało to jak prawdziwie wyjątkowy komplement. Jako osobnik, który znał ją z każdej możliwej strony, wiedział, jak bardzo z jej umiejętnościami można było tą całą akcję zepsuć. Jak ona mogła to zepsuć, chociażby zrzucając sobie kulę prosto na mały palec u stopy albo — co gorsza — na stopę Archiego. Dlatego też gdy okrzyknął ją tak wieloma komplementami, naturalnie serce Abby mimowolnie się uradowało.
Nie byłabym taka zajebista, gdybyś nie przyszedł na ratunek wraz z Trevorem — szturchnęła go w ramię, a zaraz potem jeszcze pstryknęła w plakietkę, która dumnie zdobiła jego pierś. Może i Wallace nie znała Trevora, ale musiała przyznać, że wyjątkowo im dzisiaj pomógł. Nie dość, że odwrócił uwagę Żelusia, to jeszcze przyniósł do stolika nachosy wraz z kwaśną lemoniadą? M i s t r z. Złapała kilka chipsów w dłoń i zamoczyła je w sosie tak głęboko, że poplamiła sobie palce. — Za pulpy! Zdrówko, moja bulwo — rzuciła pieszczotliwie, po czym władowała do ust wszystko, co miała. Nie po jednym jak prawdziwa dama — w s z y s t k o, do tego stopnia, że z początku nie mogła ich nawet pogryźć, a policzki wywaliło jej jak u jakiegoś chomiczka. Jedno jednak było pewne: nachosy były prze-py-szne. Szczególnie w połączeniu z serowym sosem, który był jeszcze ciepły.
Mimo jego podwyższonej temperatury, Abby wcale nie poczuła momentu, w którym upaćkała się nim na długości całego policzka. Dopiero kiedy Archie spojrzał w jeden punkt i oznajmił, że coś tam miała, Wallace w pierwszej chwili spróbowała sięgnąć po to językiem (zapewne wyglądając wyjątkowo komicznie) jednak bez skutku. Już była gotowa podnieść rękę, ale wtedy zupełnie niespodziewaniu na jej policzku wylądował kciuk Millera.
Mimowolnie wstrzymała powietrze, przyglądając mu się uważnie. Sposobie, w jakim jego twarz nagle ze śmiechu przeszła w stan pełnego skupienia. Spojrzenie miał stałe, a dotyk jego ciepłej skóry palił jej policzek. O wiele bardziej niż powinien. Często ją dotykał, a jednak ten jeden należał do grupy innych, który kończył się głębokim spojrzeniem prosto w oczy i l e k k o przyspieszonym biciem serca.
Całe szczęście Archie jako pierwszy oprzytomniał, przywołując się do porządku, a ona od razu po nim odchrząknęła pod nosem, przecierając policzek, by pozbyć się przyjemnego mrowienia.
Do dzieła, BULWO!! — podniosła głos, lekko nerwowo, a następnie od razu naładowała sobie do ust więcej nachosów, żeby przypadkiem nie powiedzieć czegoś głupiego. — Pouasz hak sioe tou roubi — wymlaskała z pełną buzią i stanęła tuż obok toru, zarzucając ręce na biodra i przyglądając się, jak jej przyjaciel bierze zamach, wyprowadza pierwszy rzut i…
Nic.
I jedno, wielkie nic.
Zero.
Nie trafił ani jednej.
W pierwszej kolejności Wallace zamrugała kilka razy, a następnie prychnęła tak mocno, że mimowolnie resztki chipsów wyleciało jej spomiędzy warg i poleciało na tor Żelusia. Całe szczęście on tego nie widział, bo w tym momencie zajmował się swoją partnerką. Abby również postanowiła zająć się swoim.
Pierwszy rzut jak pierwszy naleśnik co, Miller? — zaśmiała się, podchodząc do zrezygnowanego Archiego. — Nie ma co się poddawać kamracie, zaraz nadrobię! — złapała go za ramiona i lekko potrząsnęła, podążając za nim do stolika. — Zjedz sobie nachosika, popij lemoniadą, a ja ci pokaże jak to robią prawdziwe ziemniaczane bossy — oznajmiła i nie czekając już na nic więcej, ruszyła w stronę półki z kulami.
Dziewiątka czekała na nią w samym rogu. Była piękna, granatowa i z dziurami idealnie wierconymi pod Abby. Zanim jednak ją złapała, wykonała kilka przysiadów i rozciągnęła ręce. Skoro byli aż tak bardzo w d u p i e już na starcie, czuła na barkach wielką presję. Najbardziej oczywiście tą, którą sama sobie nakładała.
Robię to, Miller — spojrzała przez ramię, łapiąc jego jasne spojrzenie. — A ty rób notatki — mocna była w gębie, co mogło się skończyć różnie. Archie był tego idealnym przykładem, więc może nie powinna się tak koloryzować. Z drugiej jednak strony trzeba było jakoś podnieść morale drużyny, prawda? W końcu ziemniaczane pulpy z Whitby nigdy nie przegrywają.
Złapała kulę i wycofała się kilka kroków, łapiąc kontakt wzrokowy z przeciwnikiem. Wstrzymała na moment powietrze, a potem zamachnęła się z rozpędu i puściła kulę z impetem w przódu. Leciała i d e a l n i e, na sam środeczek. I to niestety okazało się zgubne, bo chociaż strąciła wszystko przed sobą, po bokach zostały tylko te po boku. Układ niemożliwy do zbicia. I chociaż Abby wykonała drugi rzut, tym razem nie trafiła nic.
Linię przeszłaś! — krzyknął Żeluś gdzieś po lewej. — To dopiero powinna być dyskwalifikacja — czy on ich zaczepiał? Czy on naprawdę znowu ich zaczepiał?

you are my bulwa, my only bulwa 🎳🥤

Ziemniaczane Pulpy z Whitby nie przegrywają!

: pn mar 30, 2026 11:33 am
autor: Archie Miller
Chyba nawet nie miała pojęcia, jak bardzo legendarna była w świecie Archiego. Była jedyną osobą, która jeśli coś zepsuje, to robi to tak idealnie, że nie zamieniłby tego na żaden ‘normalny’ wieczór, bo każda jej wpadka była niczym jakiś upgrade codzienności. I pewnie nawet gdyby teraz zmieniła jego stopę w miazgę, po upuszczeniu kuli, jednocześnie wmawiając mu, że to nowa forma akupunktury, to on - b a n k o w o - podziękowałby jej po wszystkim za masaż, obracając wszystko w żart! Przerabiali to niejednokrotnie, jak chociażby podbite oko w podstawówce, kiedy oberwał od niej łokciem podczas próby ratowania… dżdżownicy? Być może, aż tak dokładnie nie pamiętał. Za to bardzo dobrze pamiętał jak ból pulsował okrutnie, łzy cisnęły się do oczu, ale przerażona mina Abs zestawiona z absurdalną argumentacją w stylu: będziesz wyglądać jak twardziel z filmu! - sprawiała, że dałby sobie przywalić jeszcze kilka razy, by patrzyła na niego z tą swoją troską, przerażeniem i rozbawieniem zarazem.
Dla niego wszystkie wpadki Wallace to nigdy nie były błędy.
To zawsze były ulepszenia.
Archie zaśmiał się cicho, czując pstryknięcie w plakietkę, ale nie odsunął się ani o milimetr. — Myślę, że się nie doceniasz, Abs — wtrącił wzdychając lekko i szybko dodając z przekonaniem — Nie miałby z tobą szans nawet w starciu jeden na jeden — coś by wymyśliła! Zawsze mogła pójść w kierunku akupunktury stopy za pomocą kulistej techniki wymierzonej w Żelusia, co nie? Rzecz w tym, że dzisiaj nie była sama. Nie po to wyciągnął ją do kręgielni, by mierzyła się z problemami w pojedynkę. Ten wieczór miał się opierać na uświadamianiu jej, że z a w s z e mogła na niego liczyć i że nie mjusi radzić sobie z wszystkim sama w zaciszu swojego mieszkania, zalegając pod kocem na kanapie…
…z drugiej strony, dotyk jej skóry pozostawił na jego kciuku palący ślad, którego nie potrafił - i chyba nie chciał - się wyzbyć. I dosłownie przez ułamek sekundy poczuł irracjonalną chęć wpakowania się pod ten koc z nią, gdzie ich największym problemem nie byłby jakiś tam Żeluś, a raczej wybranie odpowiedniego filmu na wieczór. Szybko jednak skarcił się w duchu, bo jego myślenie o zaleganiu pod kocem w taki sposób, jaki podpowiadało mu serce, zdecydowanie nie pasowało do ram najlepszego ziemniaczanego przyjaciela.
No cóż, nic dziwnego, że nie zdobył punktów, skoro tak się rozkojarzył.
Na szczęście miał Abby i jej zapał do próby ratowania ich dobrego imienia, honoru i ziemniaczanej ojczyzny! Zamrugał kilkakrotnie, kiedy rozgrzewała się do walki wykonując przysiady i rozciągając się przed torem. Niekontrolowanie zapchał sobie usta nachosami, by rozproszyć swoje myśli chrupaniem i przytaknął grzecznie na wzmiankę o notatkach obserwując nadchodzący rzut.
I kiedy tak kula przemierzała tor rosło w nim napięcie, ale gdy koniec końców COŚ zbiła, zerwał się z okrzykiem radości do przodu. I nie miało znaczenia to, że rzucając po raz drugi niczego nie zdziałała. On i tak w ymachiwał rękami, jakby właśnie celebrował zdobycie mistrzostwa świata, kompletnie ignorując fakt, że technicznie rzecz biorąc, ich wynik wciąż wyglądał dość... ziemniaczanie.
Styl rzutu: 11 na 10 — zachwycał się jakby to był jakiś strike. Szybko jednak przekręcił wymownie oczami. — Poziom grozy w oczach Żelusia: b e z c e n n y — wyznał, gdy wyżelowany sąsiad próbował wmówić im wykroczenie na torze. Nie umknął też jego uwadze błysk irytacji po stronie Abs, kiedy ten wyżelowany osobnik tak się przypierdzielał, ale żarty się skończyły! Już nie rozchodziło się o darmowe nachosy. To była sprawa honoru!
Dobra, przechodzimy w tryb bojowy, siadaj Abs i patrz — rozporządził otrzepując dłonie z resztek nachosów i sięgając po kulę - tę samą, która go zdradziła przy pierwszym rzucie, po czym uścisnął ja tak, jakby od tego rzutu zależały losy całego świata. — Obserwuj uważnie! Widziałem ten rzut w tutorialu na YouTube o trzeciej nad ranem — zażartował, bo żadnych tutoriali nocami nie oglądał. Puścił jeszcze oczko do niej zgrywając luzaka, choć w środku trząsł się jak galareta. Słabo byłoby spudłować po raz kolejny. Jednak…
…jeszcze słabiej byłoby trafić nie robiąc przy tym widowiska, w końcu do był Archie Miller.
Musiało być widowiskowo!
Stanął przed torem, wziął głęboki oddech i zaczął od serii dziwnych taktycznych kroków. Najpierw wykonał powolny, niemal skradający się ruch, jakby próbował podejść kręgle z zaskoczenia. Następnie zrobił nagły piruet – całkowicie zbędny, ale dodający mu +10 do stylu (przynajmniej w jego własnej głowie), by w kulminacyjnym momencie znaleźć się przy samej linii, którą teraz ominął teraz z przesadną, dziesięciocentymetrową rezerwą, żeby Żeluś nie miał się do czego przyczepić iiiii…
… wykonał rzut!
Niepokój narastał w nim, gdy zobaczył jak kula toczy się niebezpiecznie blisko krawędzi. — Leć, moja mała bulwo! LEĆ KU WOLNOŚCI!!!!! — wykrzyczał, zaczynając się wyginać tak, jakby conajmniej próbował zmienić jej bieg. Co ciekawsze kula okazała się posłuszna jego desperackim wygibasom i w ostatniej chwili skręciła do środka. Archie nie ogarnął, że właśnie zupełnie z przypadku odpalił technikę rzutu stosowaną przez profesjonalistów zwaną rzutem podkręconym. To jednak nie wszystko! Kula wpasowała się idealnie między pierwszym, a trzecim kręglem. Huknęło! Kręgle rozwaliły się na wszystkie strony. Na ekranie zabłysnął napis: Strike!
Teraz to wszystkim przeciwnikom wywaliło korki, aż szczęki zbierali z podłogi. No może nie licząc Hendersonów, oni byli niewzruszeni konkurencją. Archie z kolei na chwilę zamarł w pozie zwycięskiego herosa, by chwilę później wykonać ziemniaczany taniec radości. Wrócił do Abby tanecznym krokiem. — Widziałaś to, Abs?! — sapnął, opadając tuż obok niej. — To była czysta magia! — Nachylił się do niej, znów skracając dystans może trochę bardziej niż wymagała tego rozmowa w hałaśliwym lokalu. — Teraz twoja kolej! Pokaż im, że Ziemniaczane Pulpy nie tylko nie przechodzą linii, ale przy tym wymiatają! — szepnął, a jego wzrok na sekundę spoczął na jej ustach, zanim znów, nieco spanikowany własną odwagą, uciekł w stronę tacy z nachosami. — A ja... no ten... muszę zjeść tego nachosa… z tych emocji spaliłem chyba tysiąc kalorii!

Moja legendarna bulwo! 👑🥔🎳✨

Ziemniaczane Pulpy z Whitby nie przegrywają!

: śr kwie 01, 2026 5:56 pm
autor: Abby Wallace
Szło im średnio.
Źle nawet.
Dobra, byli po prostu w dupie.
Wystarczyło podnieść spojrzenie na aktualne rankingi, by zobaczyć, że w starciu z innymi drużynami Ziemniaczane pulpy z Whitby znajdowały się na szarym końcu. Jednak kiedy Abby zbiła siedem kręgli, w ich obozie pojawił się prawdziwy promyczek nadziei. Nie był to szałowy wynik, ale przynajmniej był! A reakcja, jaką zaserwował jej Miller, była wręcz b e z c e n n a.
Jego radość była zaraźliwa.
Uśmiechał miał tak szeroki, że człowiek nawet gdyby chciał, nie byłby w stanie powstrzymać własnego. Micha sama się cieszyła i ta Wallace również, gdy tylko zwróciła uwagę na przyjaciela. Aż podskoczyła kilkakrotnie w miejscu, celebrując tuż obok stolika z nachosami, o mały włos nie strącając ich własnym tyłkiem.
Co prawda ich radość została wystawiona na próbę, gdy Żeluś postanowił spruć się o przejście linii, jednak całe szczęście żadne z nich nie zwróciło na niego uwagi. Niech sobie gada. Może nawet wyjdzie im to na dobre, bo zamiast skupiać się na własnym torze, to wiecznie przyglądał się ich poczynaniom, przez co sam spudłował, a Abby musiała zacisnąć mocno usta w wąską linię, żeby nie się nie roześmiać. Karma is a bitch.
Spojrzała na Archiego dopiero, kiedy oznajmił, że siedział po nocach i oglądał tutoriale na YouTube, jak powinno wykonywać się odpowiedni rzut kulą.
No chyba żartujesz, Miller — prychnęła rozbawiona i zaraz pokręciła głową z niedowierzaniem. — Chcesz mi powiedzieć, że zamiast grać w swoje ulubione gry, oglądałeś jegoś lamusa, który pokazywał jak powinno się trzymać kulę? — nachyliła się w jego kierunku, przyglądając twarzy, z której jakimś cudem ani na moment nie schodził uśmiech. I jak ona mogła z nim w ogóle dyskutować? — Ale dobrze, scena jest twoja. Sprawdźmy te twoje nowe skile oby okazały się lepsze od poprzednich, dodała już w myślach, przypominając sobie jak zawodowo jego kula skończyła wcześniej w rynnie, po czym usiadła na jednym z podłużnych foteli przy ich alejce, zapijając narastająca ekscytację zimną i turbo kwaśną lemoniadą.
Pomysł chociaż w zamyśle dobry, okazał się kompletnym fiaskiem przez ruchy, które już po chwili Miller zaczął odprawiać w ramach przygotowania się do rzutu. Już przy pierwszym piruecie, Abby chlusnęła wodą z ust, oblewając sobie gacie, a w przy drugim autentycznie zaczęła się dławić. Całe szczęście stało się to już po tym, jak Archie oddał rzut i całe szczęście, bo jeszcze znowu by go rozproszyła! Zaśmiała się głośno, kręcąc głową z niedowierzaniem, a zaś kiedy nagle wszystkie kręgle przewróciły się na podłogę, Wallace zerwała się z miejsca.
Brawo!! — krzyknęła głośno, aż kilka osób odwróciło się w ich stronę. — Tak to robią prawdziwe BULWY! — dodała, totalnie dumna z przyjaciela i wystawiła obie dłonie do góry, czekając, aż Miller uraczy ją solidną, podwójną piąteczką. Kiedy znalazł się blisko, mimowolnie zaciągnęła się znajomym zapachem, spojrzenie osadzając na jego przyjemnie niebieskich oczach. Znowu trwało to dłużej niż powinno i znowu Archie jako pierwszy oprzytomniał, sprowadzając ich oboje na ziemię. Wyprostowała się, wypychając pies do przodu i jeszcze tylko spojrzała, jak przyjaciel ładuje do ust kolosalną ilość chipsów.
Tylko się nie zadław, bo dzisiaj jestem off duty — przypomniała mu, wyciągając rękę do przodu i zgarniając mu kawałek nachosa spomiędzy warg, który bezczelnie prawie w całości wystawał. Często na wyjściach ze znajomymi robiła za lekarza. Każdy żalił się jej jakie ma ostatnio objawy i oczekiwał, że Wallace coś na to zaradzi, nigdy nie rozumiejąc argumentu pod tytułem pierwsze trzeba by i tak zrobić badania. Wiadomo, gdyby Miller nagle zaczął się dusić, pewnie by mu pomogła, ale po co kusić los, skoro można było temu zapobiec ostrożniejszą konsumpcją?
Postanowiła w końcu zostawić go samego i ruszyła do podajnika na kule. Złapała szczęśliwą dziewiątkę i poklepała ją kilkakrotnie, po czym podniosła spojrzenie na przyjaciela.
Ja nie oglądałam YouTube, ale było mi dane oglądać najlepszych w akcji — puściła w jego kierunku oczko. I tak, miała zamiar wykonać sposób na Archibalda sprzed ponad dziesięciu lat, kiedy to miał za mało siły, żeby porządnie zamachnąć się kulą.
Ani na moment się nie zawahała.
Stanęła tyłem do kręgli i rozstawiła nogi na szerokość toru, a potem wzięła zamach i puściła kulę pomiędzy łydkami. Może i poza była mocno ś r e d n i a wizualnie, ale za to jak bardzo okazała się efektywna! Kula strąciła prawie wszystkie kręgle, został tylko jeden, którego za drugim razem nie dała rady strącić.
Sposób na Archibalda zawsze działa — skwitowała, wracając do stolika, przy okazji szturchając go w ramię. — Chociaż bułki to ci urosły od tego czasu — oznajmiła i nawet pozwoliła sobie dłonią zjechać nieco niżej, by zaraz zacisnąć palce na ewidentnie wyczuwalnych mięśniach. Kiedy oni właściwie tak dorośli?

when did we grow up so much? ˙𐙚⋆˙𖠋𖠋⋆˚ᡣ𐭩