Partita No.2 in D Minor, BWV 1004: V. Ciaccona
: pt mar 20, 2026 11:38 pm
autor: montgomery morin
Partita No.2 in D Minor, BWV 1004: V. Ciaccona
Johann Sebastian Bach
Było wcześnie na magnolie.
Na ich delikatne, żywo-zielone liście, zwinięte jeszcze same w sobie w pozycji na wzór embrionalnej, od wierzchu pokryte delikatnym meszkiem mającym chyba chronić je przed nagłością ostatnich przymrozków. Na ich stożkowate pąki w odcieniach różu i bieli, od wewnątrz z każdym dniem coraz bardziej rozdęte obfitością soku. Na pierwsze rozchylenie się zaskakująco mięsistych w dotyku, choć jednocześnie aksamitnych płatków, lada chwila mających ujawnić przed światem żółcienie i amaranty wnętrza.
Najczęściej kwitły dopiero w kwietniu, należycie wylizane cieplejszymi promieniami słońca, obudzone z zimowego snu śpiewem nadgorliwych ptaków. Było zatem tak, że najpierw zwykle zieleniła się trawa, potem spomiędzy jej źdźbeł wyglądać zaczynały ciekawskie, żółte i fioletowe łebki krokusów, i dopiero ostatecznie do kwitnienia zbierały się trzy majestatyczne, rozłożyste drzewa swoją obecnością upiększające teren dzisiejszej posiadłości Morinów już na wiele lat przed tym, jak ojciec Montgomery'ego wszedł w jej pochodzenie. Były starsze od Monty'ego, starsze od jego rodziców i, kto wie, może i od jego - nieżyjących już - dziadków. Każdego roku zdawały się stoicko czekać na swoją kolej, dopiero potem pozwoliwszy sobie na eksplozję zapachu i barwy, dwa tygodnie niewysłowionego piękna ukróconego rychłym przekwitem.
Ale bieżącego roku ledwie co rozpoczął się marzec, a Montgomery już zaczął - o ironio, w kościach - przeczuwać tegoroczną nadgorliwość magnolii. Jakby gdzieś im się spieszyło. Jakby bały się, że nie zdążą. Monty nie wiedział z czym, ani na co. Może drzewa domyślały się nadciągającego końca świata, o którym głośno ostatnio pokrzykiwano w mediach. Może wpłynęła na nie zmiana klimatu. A może - o tym Morin rozmyślał tylko w chwilach wyjątkowego dramatyzmu - to on miał nie dożyć lata, więc postanowiły łaskawie zrobić mu tę jedną, ostatnią przysługę...
Głupstwo. Musiał sobie coś wyobrażać. Z nudów, albo z bólu. Lub z kombinacji jednego, i drugiego.
Teraz wybiła czwarta pięćdziesiąt rano, i, zawinięty w kosztowne frotte ręcznika oraz zupełnie bosy, Montgomery Morin stał przy strzelistym wykuszu okna wychodzącego na ogród, i na pierwsze kwiaty rozchylające się na gałęziach. Było jeszcze ciemno, ale nocny mrok zaczynał rzednąć z wolna, rozmywany pierwszymi zwiastunami świtu, więc niebo miało barwę lapis lazuli. Gwiazdy nie tyle gasły, co zdawały się znikać z wolna, mówiąc Monty'emu ciche "do zobaczenia". Szatyn odpowiadał im tylko w myślach, z wargami muskającymi krawędź trzymanego w dłoni, ceramicznego kubka pełnego parującej, czarnej kawy.
Nie był pewien, czy jest na kofeinę tak naprawdę za wcześnie, czy za późno; wiedział jedynie tyle, że nie przespał nocy - nie po tym, jak zaburzył rytm własnego snu zbyt długą, zbyt głęboką drzemką, która zmogła go wczorajszego popołudnia. Powiedział sobie wtedy, że to tylko na pięć minut, i nawet jeśli nie obudzi się sam z siebie, to z pewnością zrobi to Romy, gdy już wróci z pracy.
Kiedy jednak rozchylił powieki cztery godziny później - nadal ułożony niewygodnie w tym samym fotelu, z książką porzuconą na podołku i okularami do czytania zsuniętymi na pierś - dom nadal był tak cichy i pusty jak wcześniej, a ich małżeńskie narzeczeńskie łoże w sypialni na piętrze zaścielone przez ich gosposię, Brielle, z nienaganną, niemal onieśmielającą precyzją.
Teraz jej powrót do domu przeczuwał mniej więcej tak, jak przedwczesne kwitnienie magnolii. Nie musiał jej słyszeć- na teren domostwa wchodzącej nie przez bramę, lecz uchyliwszy tylko boczną furtkę, ani widzieć - z włosami targanymi wiatrem i koniuszkami palców oraz samym czubeczkiem nosa podrażnionymi pozimowym chłodem, żeby wiedzieć, że była blisko. Może wynikiem jakiejś intuicji albo ponadnaturalnego instynktu. A może po prostu w sposób, w jaki wyczuleni na siebie nawzajem stawali się ludzie dzielący między siebie nie tylko dom, ale i życie.
Nie był pewien, czy ma jeszcze w sobie na tyle ciekawości by dopytywać, gdzie była. Znał odpowiedź, którą miał otrzymać, i naprawdę chciał wierzyć w jej prawdziwość - może z dobrych chęci, a może dla świętego spokoju. Bardziej zaangażowany narzeczony pewnie zrobiłby jej scenę - i może tak byłoby lepiej, dając im okazję do wymiecenia spod metaforycznego dywanu wszystkich sekretów, które pod nim notorycznie ukrywali - ale Monty był zbyt zmęczony, i zbyt otumaniony podwójną potrójną dawką diklofenaku, którą parę godzin wcześniej popił sowitą porcją ginu, by silić się na teatralne wyrzuty i dramatyczną manifestację zazdrości.
- Wiesz... - powiedział więc tylko w stronę okna, ale jednocześnie do Romy, gdy ta otworzyła już drzwi, i pewnie nie spodziewając się jego obecności w salonie, przekroczyła próg pomieszczenia - ...że Bach miał dwadzieścioro dzieci? Przynajmniej.
Żadnego gdzieś Ty się podziewała!?, i czekam na Ciebie od wczoraj, Romy! Żadnego jak wyobrażasz sobie, że wieczorem będziemy mieli siłę na Twoje fanaberie bankiety, skoro ewidentnie żadne z nas nie przespało nocy!?
Tylko tyle. Bach miał dwadzieścioro dzieci. Wzmocnione zaraz wyłącznie subtelnym ziewnięciem, i sennym pytaniem: - Zaparzyłem właśnie kawę. Nalać ci trochę? - zadanym brunetce przez ramię.
Romy Rilke
Partita No.2 in D Minor, BWV 1004: V. Ciaccona
: pn mar 23, 2026 12:45 pm
autor: Romy Rilke
Gdyby przyrównać życie Romy Rilke do malarskiego działa byłaby ona klasycystycznym portretem. Idealnie wymierzone proporcje i subtelny modelunek światłocieniowy wydobywające harmonię, spokój oraz dostojeństwo. Łagodne linie, naturalne przejścia i kolorystyka utrzymana w chłodnych tonach, które jej ojciec określiłby mianem nijakich. Do tego właśnie dążyła przez całe dotychczasowe życie i taką widział ją świat; onieśmielającą swoim dystyngowaniem, z którym zdawała się urodzić, posągową niczym zimna, marmurowa rzeźba i niedostępną, nawet jeśli często się uśmiechała i zawsze była miła. W jej eleganckich manierach zawsze było jednak coś, co sprawiało wrażenie, jakby Romy rzeczywiście traktowała wszystko i wszystkich z niewypowiedzianą nonszalancją, zdradzając tym samym, że w głębi serca czuła się lepsza od wszystkich i wszystkiego, jako idealny element tego nieidealnego świata.
Nie było w tym wszystkim ani krzty prawdy.
Gdyby sama Romy miała przyrównać się do jakiegokolwiek dzieła, ostatecznie, po długim namyśle, doszłaby najpewniej do wniosku, że nie może być niczym innym od niedokończonych, nieudanych szkiców, poprzedzających obraz. Szkice te, choć w czystej teorii miały być podstawą klasycystycznego obrazu, w praktyce zdradzały jednak brak malarskiej wprawy i ogłady. Romy nie była dziełem zamkniętym, a procesem; serią decyzji, których nie dało się ze sobą pogodzić.
Bo Romy nigdy nie dostała możliwości wyboru, jakim dziełem chciałaby być.
Słońce powoli zaczynało wschodzić, kiedy przeszła przez furtkę, prowadzącą na teren przylegającej do domu posesji. Samochód zaparkowała przed bramą, świadomie nie decydując się przejeżdżać przez szutrowy podjazd, myśląc o tym, że był to dźwięk, który bez wątpienia wybudziłby Montgomery’ego, który nawet przez sen zdawał się słyszeć więcej, niż przeciętni ludzie słyszeli w pełni obudzeni. A Romy nie chciała go budzić. Wolała zakraść się niczym złodziejka do własnego domu, bezszelestnie pokonać schody i równie cicho przebrać się w piżamę, aby ostateczni wślizgnąć się do łóżka i przytulić do pleców narzeczonego tak, jakby spała w ten sposób od wielu godzin.
Nie miała wyrzutów sumienia. Nie czuła już nawet wstydu, choć wiedziała, że nie przystawało jej wracać do domu w porze, w której wracali wyłącznie nastolatkowie i studenci z udanych imprez.
Wiedziała też, że nawet gdyby została nakryta przez Montgomery’ego o tej dziwacznej porze, której nie powinno dać się wytłumaczyć żadną wymówką, Monty i tak by milczał. Nie zająknąłby się ani słowem, nie zadał pytania, co robiła przez cały ten czas i czemu, zamiast spać, myła włosy, na co wskazało kilka wilgotnych jeszcze kosmyków. Nie byłoby awantury. Nie byłoby nawet jednego wyrzutu, nie wspominając już o żadnym podejrzeniu. I Romy sama już nie wiedziała, czy teraz skradała się, nie chcąc go obudzić, dlatego, że nie chciała rzucać na siebie żadnego cienia podejrzeń, czy może jednak po to, aby nie musieć konfrontować się z tym pełnym obojętności przyzwoleniem.
Niemal bezdźwięcznie weszła do domu z wprawą, której nigdy nie musiała nabierać, a którą zdawała się mieć wpisaną w swoją cichą egzystencję.
Paląca się w salonie lampka nie wzbudziła w niej czujności, ponieważ Romy szybko założyła, że narzeczony, myśląc o jej powrocie, pozostawił jej nikłe światło. Dopiero spokojny głos Montgomery’ego sprawił, że w długie, harmonijne kroki Romy wdarło się krótkie zgrzytnięcie, które byłoby w stanie wyłapać wyłącznie niezmiernie wprawne i czułe na szczegóły oko. Na niespełna sekundę, kobiece barki spięły się, a krok zdawał się zadrżeć. Już po chwili nie było jednak po tym śladu. Rilke najpierw zwolniła, aby ostatecznie całkowicie przystanąć. Chłodny dreszcz przemknął przez jej tułów, wprost w okolicę żołądka i nie wiedzieć kiedy, dłoń Romy mocniej zacisnęła się na skórzanych uszach torebki. Twarz jednak pozostawała nieruchoma. Nie był to lęk. Nie było to żadne zdenerwowanie. To, co tak dotkliwie odczuła w swoim ciele, było oczekiwaniem i nadzieją, ponieważ przez ten krótki moment, Romy zdążyła uwierzyć, że był to wstęp do tego, co w ich narzeczeństwie nigdy nie miało miejsca.
Wiesz… Czekałem na ciebie. Chciała usłyszeć i to na te słowa się szykowała, ale zamiast tego, do jej uszu dotarła anegdota na temat dzieci Bacha i Romy poczuła, jak całe to oczekiwanie zmienia się w przeciągły dreszcz rozczarowania zmieszanego z rozgoryczeniem.
Milczała. Nie odezwała się ani słowem, jakby czekała na kontynuację. Rzutka, znana ze swoich szybkich trafnych pytań, czy podsumowań Romy, tym razem nie odezwała się ani słowem, wpatrując się w plecy człowieka, który czasem zamiast narzeczonym, zdawał się być co najwyżej dalekim sąsiadem.
To drugie pytanie sprawiło dopiero, że kobieta ocknęła się.
— Poproszę. — kiwnęła krótko, potakująco głową, wchodząc w końcu w głąb pomieszczenia. Torbę odłożyła na kanapę. Nie podeszła do Monty’ego, choć nie miała już prawa pachnąć czymkolwiek innym, niż kwiatowym szamponem, którego zawsze używała. Nie istniały żadne ślady jej niewierności, których Romy z wprawą zawsze się pozbywała. Być może niesłusznie.
—Zagwarantował im dużą konkurencję. — rzuciła w końcu, powracając do wcześniejszego pytania Morina. Na moment kącik jej ust drgnął w ironicznym rozbawieniu, po czym spojrzenie z narzeczonego prześlizgnęła na kominek, żałując, że nie był rozpalony. Nocami łatwo było zapomnieć o wiosenny cieple, które tego roku przyszło wcześniej. A jednak zdjęła z pleców dodatkowy sweter, który zabrała z mieszkania i rzuciła go na oparcie kanapy, po czym ruszyła za mężczyzną w kierunku kuchni.
Przez chwilę, idąc za nim i znów patrząc na jego plecy, Romy zapragnęła powiedzieć cokolwiek. Wyjaśnić, że zasnęła nad książkami. Rzucić, że wypiła kilka kieliszków wina, po których nie mogła wsiąść do samochodu. Skłamać, że przez cały ten czas pracowała. Powiedzieć cokolwiek, co sprawiłoby, że temat jej powrotu nie przemknąłby całkowicie niezauważony.
— Wszystkie były uzdolnione muzycznie? — a jednak złapała się tego, co było znane i bezpieczne. Wiedziała, że dwójka jego synów poszła w ślady ojca, o reszcie nie miała pojęcia. Nie wiedzieć czemu, dreszcz powrócił i tym razem szarpnął nieprzyjemnie jej żołądkiem. — Żadne nie powtórzyło geniuszu swojego ojca.
montgomery morin
Partita No.2 in D Minor, BWV 1004: V. Ciaccona
: śr mar 25, 2026 1:44 pm
autor: montgomery morin
Niedokończone szkice budziły w Montgomery'm niewysłowioną agresję. Tak samo niedopisane symfonie, rzędy nut urwane w połowie utworu, porzucone przez autora na wieczne niedokończenie. Pierwsze wersje wierszy i nowel, które nigdy nie doczekały się kontynuacji. Zarysy rzeźb, przetrzymywane czasem w muzealnych archiwach, których nikt nigdy nie doszlifował uważną pieszczotą dłuta. Niedopracowane, opuszczone przedwcześnie, jak zdanie niby pełne i wielozłożone, ale bez dostawionej na jego końcu kropki. Symbolizowały zarówno potencjał, jak i jego zmarnowanie. Nadzieję, i stratę -
Symbolizowały wszystko, co Monty Morin dostrzegał w lustrze każdego kolejnego ranka.
Wbrew własnej woli pamiętał jeszcze, jak to było być młodym - nie tak, jak się jest młodym w czwartej dekadzie życia, ale m ł o d y m naprawdę, z całą niewinnością istoty nieopierzonej jeszcze, trochę bezbronnej, ale też głodnej wszelkich możliwych przeżyć, obdarzonej jeszcze tym rodzajem naiwności, którą w dorosłości traci się w nierównych interwałach, najpierw niby-powoli, a potem gwałtownie i raz na zawsze. Pamiętał marzenia, które snuć mógł godzinami, jakby scenariusze szczęśliwej przyszłości podszeptywał mu na ucho jakiś nieopanowany, optymistyczny sufler. Wszystko będzie dobrze. No bo czemu nie?
Pamiętał głęboką wiarę, że chcieć naprawdę oznaczało móc, jeśli o dany cel walczyło się wystarczająco zacięcie. Że nie ma rzeczy niemożliwych dla zdeterminowanych, i dla zakochanych, bo nie o tym przecież raz po raz przekonywały go książki, w których szukał ucieczki od przemocy ojca?
Dziś na tamtego łatwowiernego chłopca, szatyn spoglądał z mieszaniną pożałowania i frustracji, trochę gardząc tym jego szczeniackim nieokiełznaniem, trochę zaś mu go zazdroszcząc. W wieku trzydziestu pięciu lat, Monty Morin był bowiem zgorzkniały i wyzbyty tych samych złudzeń, które kiedyś utrzymywały go przy życiu.
Wbrew temu, że w samym sobie rozpoznawał coś na kształt tworu, który mógłby być arcydziełem, gdyby autor nie poddał się w połowie, rozproszony być może czymś przyjemniejszym i bardziej interesującym - tę samą zatem cechę, która obciążała Romy - nigdy nie czuł do brunetki tej złości, którą żywił względem samego siebie. Podczas gdy sobą był bowiem rozczarowany, wiedząc, że na jakimś etapie zwyczajnie poddał się w walce o siebie, do Romy czuł raczej empatię i wdzięczność. Mimo, że od samego początku ich znajomości podświadomie musieli - był o tym przekonany - czuć, że łączy ich rzadka, ważna nić porozumienia, nieczęsto rozmawiali o swoich prawdziwych uczuciach i obawach. W towarzystwie, w których się wychowali, nikt nigdy nie nauczył ich przecież jak nazywać emocje, jak opuszczać misternie utkaną maskę, albo całą zbroję, przynajmniej z najbliższymi sobie ludźmi dzielić się tymi częściami duszy, które były słabe i bezbronne, wrażliwe i podatne na zranienia. Mimo to Monty - straumatyzowany, tak, i skupiony na sobie, ale nie głupi - domyślał się przynajmniej części kobiecego cierpienia. Tego, że może podczas, gdy wszyscy widzieli w niej definicję sukcesu i perfekcji, ona sama dostrzegała w sobie raczej istotę zamkniętą w złotej klatce, niepewną kim jest, i kim mogłaby być, gdyby tylko zniknęły ograniczające ją pręty.
Nie potrafił tylko o tym rozmawiać. No bo jak? Chyba nie w p r o s t ?
Nawet, jeśli przyszło mu czasem na myśl pytanie -
czy była szczęśliwa?
czy potrzebowała czegoś więcej?
czegoś innego?
czy w i e d z i a ł a, w ogóle, w pierwszej kolejności, co uczyniłoby jej egzystencję pełniejszą, prawdziwszą?
Monty skutecznie rozpędzał je jednym machnięciem obolałej, ale nadal sprawnej dłoni.
Teraz patrzył na nią - jak waha się w progu, odziana w blade światło świtu i czyste, drogie kaszmiry, jak zachowuje bezpieczny (dla nich obydwojga) dystans, na tyle bliski by Monty mógł wychwycić bladą nutę jej zwyczajowych kosmetyków, ale na tyle duży równocześnie, by nie mógł po nią sięgnąć nie zdradziwszy tym samym jakiejś desperacji.
A ze wszystkich rzeczy na świecie, Montgomery Morin najbardziej nie chciał przecież uchodzić za zdesperowanego.
- Przynajmniej czworo - Powiedział, wertując w myślach wszystkie informacje, które ostały się w jego pamięci z zajęć z historii muzyki klasycznej. Żadne wyzwanie; życiorys Bacha był podstawą, obok tego Mozarta i Chopina - Sami synowie, oczywiście, jak to było w tamtych czasach.
Monty zdawał sobie sprawę, że Romy często - świadomie? - dawała mu pole do popisania się jego wiedzą i intelektem. Nie był pewien, czy robiła to z przyzwyczajenia, wychowywana w środowisku, w którym grzecznym dziewczętom nie wypadało zajmować zbyt wiele miejsca (a więc oczekiwały się od nich, aby były mądre, ale nie zbyt mądre, oczytane, ale nie błyskotliwe w sposób, który zagrażałby otaczającym ich autorytetom, pewne siebie, ale nigdy wyszczekane albo zbyt przebojowe, tak o posłuch, prosząc się też o kłopoty), czy raczej z litości, wiedząc, że niedługo w środowisku, w którym teraz brylował, zastąpią go młodsi, bardziej czarujący, bardziej ekscytujący od niego. Nie wiedział też, co byłoby ostatecznie gorsze. - Dziesięcioro nie dożyło nawet nastoletniości - dodał jeszcze, biegnąc w myślach do dziesięciu małych nagrobków, dziesięciu historii, które ktoś porzucił nim przekroczyłyby choćby prolog. Znalazłszy się w kuchni, wyciągnął z szafki ceramiczny kubek w barwie głębokiego turkusu, nalewając narzeczonej porcję kawy - Przepraszam - Westchnął, wręczając jej napój. Za co? Za to, że kawa przestygła? Za to, że nie spytał jej, gdzie była, i czemu nie przy nim? Za to, że - znowu - zamiast światła oferował jej tylko mrok i gorycz? - Nie wiem czemu zacząłem od tak ponurej... ciekawostki.
Oparł się lędźwiami o kant marmurowego blatu, delektując się przez moment dziwnie kojącym, niemal bolesnym uciskiem ostrej krawędzi przebijającym się spod mgły spowitej przez środki przeciwbólowe. Zerknął na Romy z ukosa, zawieszając wzrok - ale nie dłoń, choć może jakąś częścią siebie pragnął jej dotknąć - na ładnej linii jej szczęki.
- Jak ci minął dzień? - Noc. - Pracowałaś do późna. - Nie pytanie, ale stwierdzenie.
Romy Rilke
Partita No.2 in D Minor, BWV 1004: V. Ciaccona
: czw mar 26, 2026 9:29 am
autor: Romy Rilke
Był tylko jeden moment w życiu Romy, kiedy dała porwać się marzeniom. Wychowywana pomiędzy dwoma całkowicie odmiennymi wizjami siebie, próbowała wpasować się w bycie odpowiednią córką. Mieszkając na co dzień z Clair, próbowała dostosować się do jej standardów, wznosząc się na wyżyny perfekcjonizmu i towarzyskiej ogłady. Chciała taka być; chciała być jak matka — piękna, majestatyczna, być może nieco zimna i wyniosła, ale dzięki temu podziwiana i ważna. Przez długi czas wierzyła, że jeśli tylko wystarczająco się do niej upodobni, zyska nie tylko jej aprobatę, ale przede wszystkim ten rodzaj miłości, którego nigdy od niej nie doświadczyła. Podczas czasu spędzanego z Emilem z równie dużą wprawą, próbowała wyplenić z siebie wszystkie te cechy, które na co dzień z taką uwagą kształtowała, powołując do życia całkowicie inną Romy. Jako córka swojego ojca była roześmiana i irytująca. Zadawała wszystkie te pytania, na które nigdy nie było miejsca na salonach, na których zdawała się wychować. Drążyła nie tyle w tematach, co przede wszystkim w ludziach, a wszystko to dlatego, że raz, jedyny raz, Emil dał wyraz podziwu dla jej bezczelności i odtąd Romy nabrała przekonania, że tyle wystarczy, aby zdobyć ojcowską aprobatę. Nie wystarczyło. Walczyła jednak o nią zacięcie, znosząc wszystkie próby jej ukształtowania. Jeździła do niego rokrocznie, nigdy nie potrafiąc przewidzieć, na co powinna się szykować, dzięki czemu nabrała umiejętności dopasowywania się do otoczenia; Emil był melancholijny — Romy podzielała jego tęsknoty i smutki, Emil był żywiołowy i ekstatyczny — Romy próbowała dorównać mu kroku w jego podekscytowaniu, Emil był rozdrażniony i niezadowolony — Romy narzekała wraz z nim, Emil był w twórczym szale — Romy… Romy obserwowała. Bo Romy nie była artystką i nie miała w sobie tego luzu, aby dać się porwać twórczemu szaleństwu. I właśnie dlatego, choć Emil zapewniał ją o swojej miłości, nigdy nie podjął się roli pełnoprawnego ojca. Romy była jego córką wyłącznie częściowo, zbyt mocno w tym wszystkim przypominając swoją matkę, aby móc odegrać każdą z tych ról w przynajmniej zadowalający sposób.
Nie było więc w tym życiu miejsca ani na mrzonki, ani na wielkie projekty uczynienia swojego życia swoim. Romy płynęła z prądem, dokładnie tam, gdzie zabierali ją inni. I dopiero pod koniec studiów licencjackich, Rilke zrozumiała, że niezależnie od starań, nie spełni nigdy oczekiwań ani swojej matki, ani swojego ojca. Świadomość ta dała jej nieodpartą wolność. Oznaczało to bowiem, że mogła rzucić się w wir . p r a w d z i w e j. rzeczywistości i po raz pierwszy zacząć . n a p r a w d ę . żyć.
Na kanwie tego wyobrażania wyruszyła do Kanady, gotowa odciąć się od wszystkiego, co dotychczas było jej znane i dopiero w Toronto, mając już ponad dwadzieścia lat, rozpoznać się w tym, kim rzeczywiście była.
Potrzebowała niespełna trzech miesięcy, aby powrócić do życia, w którym żyła dotychczas. I teraz stała w wielkim, chłodnym domu, niby rozluźniona, ale jednak nienagannie wyprostowana, do złudzenia podobna do własnej matki, którą już dawno zdążyła wzgardzić. Patrzyła na Montgomery’ego, z którym połączyła ją nić zrozumienia oparta na wspólnym podobieństwie. Wtedy, gdy pierwszy raz zanurzyła się w jego zielonych oczach, była bardziej niż pewna, że dostrzegała w nich odbicie samej siebie — swojego wyobcowania, wszystkich tęsknot i nienazwanej potrzeby życia; życia własnym życiem. Ta bliskość czaiła się pomiędzy nimi od samego początku, osiadając w uniesionych kacich ust, przenikając poprzez dotyk splecionych ze sobą dłoni, w wybuchach śmiechu i wciąż jeszcze młodzieńczym buncie przeciwko znanym im tradycjom. Mieli być inni. . C h c i e l i . być inni i Romy wierzyła, że rzeczywiście tacy będą.
A jednak wszystko to, co zdecydowanie pomiędzy nimi się znajdowało, nigdy niewypowiedziane na głos, nie wiedzieć kiedy, zaczęło się rozpraszać. Romy nie umiała wskazać, co sprawiło, że weszli na jedyną znaną sobie ścieżkę, powracając do schematu, przed którym tak bardzo starali się uciec. Nie pozostało jej nic innego, jak cicho zaakceptować miejsce, w którym się znaleźli, choć czasem, w momentach takich jak ten, pragnęła potrząsnąć Morinem i zapytać, jak to się stało, że teraz ich wspólny dom nie różnił się niczym od domów, w którym przyszło im wzrastać.
— Jakżeby inaczej. — zaśmiała się cicho i krótko, odrobinę gorzko, do ostatniej chwili licząc na to, że Monty wspomni o jakiejś uzdolnionej córce, o której nigdy nie usłyszał świat z wiadomych względów, ale która odcisnęła się na kartach historii swoim wybitnym talentem i wirtuozerią przerastającą ojca.
Lubiła tę wymianę. Lubiła, gdy Mongomery dzielił się swoją wiedzą, zarówno tą czysto teoretyczną — kiedy opowiadał o zagadnieniach związanych z historią muzyki, czy budową konkretnych instrumentów — jak i bardziej praktyczną — gdy zdradzał swoje sztuczki wybitnego skrzypka. Różnił się znacząco od innych mężczyzn. Ci mieli zwyczaj perorować, również w tematach, o których nie mieli pojęcia, momentalnie wchodząc w mentorski ton i zmieniając się w mędrców, których obowiązkiem jest wyjaśnić młodej kobiecie świat, nie bacząc na jej wykształcenie, czy specjalizację. Morin taki nie był. Był subtelny i delikatny, skromny i uważny. I właśnie w taki sposób opowiadał. Romy to kochała. Jego kochała, szczególnie właśnie w tym wydaniu, przypominającym jej dogłębnie, jak bardzo jej narzeczony różnił się od mężczyzn z ich świata. A to nieustannie napawało ją nadzieją. Zawsze nadzieją.
Nie podjęła się próby skomentowania kolejnej informacji, choć przecież Bach ze swoją rodziną byli odległą historią, która nie powinna budzić już ani współczucia, ani refleksji. A jednak wzbudziła. Ponieważ Romy wiedziała, czemu Monty rozpoczął od tej ciekawostki. Wiedziała o czym musiał myśleć i co coraz częściej chodziło mu po głowie, nawet jeśli nigdy — jak zawsze — nie mówili o tym wprost. Ich czas się zbliżał.
Ledwie wyczuwalnie, zahaczyła opuszkami o jego smukłą, drogocenną dłoń i bezcenne, długie palce. Cofnęła się z kubkiem, nim pojawił się impuls, aby zdecydowanie skrócić ten dystans. W zamian za to oparła się o marmurową krawędź kuchennej wyspy, znajdując się teraz naprzeciw mężczyzny.
— Zasnęłam nad monografią, której recenzję piszę. — kłamstwo przyszło jej ot tak, bez najmniejszego wysiłku. Te stanowiły w końcu podstawę jej towarzyskiej komunikacji. — Dobrze, że obudził mnie zdrętwiały kark, zanim nabawiłam się kręczu szyi. — parsknęła krótko, samym spojrzeniem dodając, że byłoby to tym gorsze, zważając na bankiet, który czekał ich dzisiejszego wieczoru. I może właśnie to chwilowe rozluźnienie, które przyszło wraz z wymuszonym rozbawieniem, a może była to konsekwencja otrzeźwiającego łyka kawy, ale Romy spytała niepodobnie do siebie, ponieważ bardzo wprost: — A ty? Już nie śpisz, czy jeszcze nie śpisz?
Dlaczego nie śpisz? i Co do cholery się właściwie z nami stało?
montgomery morin
Partita No.2 in D Minor, BWV 1004: V. Ciaccona
: pt mar 27, 2026 9:49 am
autor: montgomery morin
Z lekkim kiwnięciem głowy - i bez mrugnięcia okiem, które wskazać mogłoby, że miał względem prawdziwości jej wypowiedzi jakiekolwiek wątpliwości - przyjął wersję wydarzeń podawaną mu przez narzeczoną. Nie musiał się nawet szczególnie wysilać: wizja Romy pochylonej nad biurkiem zbyt nisko, ze zmęczeniem stopniowo przymykającym jej powieki swoim ciężarem, i głową opadającą w końcu na podwinięte na blacie przedramię, była nie tylko realistyczna, ale i znajoma. Nie raz zdarzyło się przecież, że właśnie tak Montgomery zastał brunetkę w ich własnym domu - otoczoną rozłożonymi przed nią książkami i luźnymi stronicami wyrwanymi z ulubionego kajetu pokrytymi starannymi, ale urywającymi się w połowie zapiskami, i zatopioną we śnie, który skradał się wokół niej od wielu godzin, i w końcu dopadł ją w chwili ciut dłuższej nieuwagi. W tych chwilach, Monty'emu nie pozostawało nic, jak spróbować przeprowadzić Romy do łóżka lub, bo i tak się zdarzało, okryć ją szczelnie kocem tam gdzie siedziała, na krześle w domowym gabinecie, przygaszając jaskrawe światło lampy do ledwie dostrzegalnego muśnięcia jasnością, okalającą jej skroń ciepłym, niskim cieniem. A potem wyjść, zostawiając w drzwiach ledwie zauważalną szczelinę, przez którą do śpiącej Romy nadal docierać mogło ciche, domowe echo jego krzątaniny w pokoju obok, albo na parterze.
Nie miał oczywiście możliwości zrobienia czegokolwiek podobnego wówczas, gdy drzemek Romy nie był świadkiem. A wydawało się, że Rilke coraz częściej ucinała je sobie we własnym mieszkaniu, decyzję by spędzać tam sporo wolnego czasu uzasadniając większą zdolnością do skupienia się w przestrzeniach, w której nie rozpraszał jej ani Monty, ani żadne codzienne obowiązki, uparcie proszące się o jej uwagę w domu. Montgomery wmawiał sobie zapewniał, że doskonale to rozumie. Sam przecież, z wyjątkiem rzadkich przypływów spontanicznej weny, o wiele prędzej koncentrował się na pracy w bardziej przystosowanych ku tym pomieszczeniach - w pokojach ćwiczeniowych opery, w salach koncertowych i na aulach - niż w zaciszu własnego domostwa.
Na żartobliwą wzmiankę o potencjalnym kręczu szyi, którego mogła nabawić się Rilke, Monty cmoknął tylko, z ledwie dostrzegalnym zmarszczeniem brwi zbiegających się na ułamek sekundy u nasady jego nosa. Grymas trwał tak krótko, że Romy mogła nie dostrzec go wcale, lub przynajmniej uznać za jakąś zupełnie nieznaczącą reakcję.
(Choć ta wcale taką nie była.)
Zdrętwiały kark? Kręcz szyi? Chryste! Co Ty niby możesz wiedzieć p r a w d z i w y m o bólu, Romy?, przyszło bowiem Morinowi na myśl, ale bolesne, i przede wszystkim niesprawiedliwe słowa zdążył przełknąć zanim najpierw wydostałyby się z przełyku, w którym wzbierały, na płaszczyznę języka, a potem na krawędź warg podpierzchniętych nadmiarem kawy, i niedoborem wody. Prawie stanęły mu w gardle, nie jak ość nawet, ale jak odłamek szkła, ostry i niebezpieczny, lecz w ostatniej chwili przed śmiertelnym zakrztuszeniem Monty jakimś cudem popchnął je w dół hojnym łykiem kawy.
Montgomery wiedział oczywiście, że ból był pojęciem względnym i wyjątkowo indywidualnym, więc nie powinno się też w jego kwestii rywalizować albo dokonywać jakichkolwiek porównań, ale świadomość ta wcale nie potrafiła zahamować zawiści, jaką żywił względem innych, zdrowszych od niego osób, które nie musiały dzień w dzień nawigować nieprzewidywalnych przypływów i odpływów cierpienia. Zazdrość o życie wolne od bólu - od przeszywających go jak prąd szarpnięć reumatyzmu, które niejednokroć potrafiły niemalże wytrącić mu z dłoni smyczek, wybudzić go z głębokiego snu, zaburzyć ton jego wypowiedzi w pół zdania - wkradała się w myśli Morina nieproszona, wredna, niskimi syknięciami godnymi jadowitej żmii albo biblijnego węża podrzucając mu najokrutniejsze możliwe przytyki, którymi, gdyby mógł, ciskałby w otoczenie na oślep, najsilniejsze ciosy adresując do tych, których kochał najmocniej. To, by stłumić ją w sobie i ukrócić nim mogłaby zranić jego najbliższych, było zatem dla szatyna rodzajem żmudnej, codziennej walki. Już prawie się do niej przyzwyczaił.
- Hmm... - mruknął nisko znad krawędzi kubka, pozwalając powoli, by wilgotne kawą wargi rozciągnęły się wolno w wystudiowanym, urwisowskim nieco uśmiechu, który na twarz przywołał w ramach sprawnego kamuflażu. Teatralny Monty, czarujący Monty. Czasem wydawało mu się, że tego urzekającego mężczyznę, którym bywał na co dzień, gra nawet przed samym sobą; tak przekonywująco, że nawet sam momentami nabierał się na prawdziwość noszonej przez siebie maski - To dość newralgiczne pytanie... - rzucił żartobliwie, inteligentnym slalomem unikając tym samym udzielenia bezpośredniej odpowiedzi.
Czekałem na Ciebie, czekałem na Ciebie, czekałem na Ciebie...
- Wiesz jak to mówią... - uśmiechnął się, bardziej zawadiacko, niż krzywo - Wyśpię się chyba dopiero w grobie. - Nie dało się ukryć, że coraz częściej mrok wkradał się w słowa trzydziestopięciolatka sprytnie, bo pod pozorem żartu, jak najemnik samej Śmierci wysłany przez nią w codzienność Monty'ego niczym szpieg na rekonesans. Póki co, Romy i Monty ignorowali te nagłe, niepokojące przebłyski z tą samą płynnością, z którą pomijali temat potomstwa. O wiele łatwiej było rozmawiać przecież o tragicznych losach klasycznych muzyków i ich latorośli niż o ich własnym, kameralnym dramacie.
Monty wyminął teraz nie tylko temat, ale i kuchenną wyspę, sadowiąc się na wysokim stołku na przeciwko Romy. Jego nagie kolana obnażone nagle przez rozchyloną lekko połę szlafroka musnęły kosztowne drewno. Nieprzyjemne, ale otrzeźwiające uczucie.
- Więc... - zaczął, czując jeszcze leciutkie mrowienie w miejscu, w którym palce narzeczonej zetknęły się z chłodem jego skóry. Romy wyglądała na tak samo zmęczoną jak on, choć miała przewagę sześciu lat różnicy. Nie sięgnąwszy jeszcze progu trzydziestki, naturalnym sposobem - albo tak przynajmniej Monty sobie wyobrażał - jej ciało regenerowało się szybciej niż jego. Podczas więc gdy Rilke wystarczyłaby mocna kawa i krótki masaż gua sha albo kojące płatki przyklejone pod dolną powieką i tym samym zmniejszające nieco opuchliznę powstałą od niewyspania, Monty przeczuwał, że on sam tego wieczora będzie wyglądał co najmniej trupio, z wyrazistymi smagnięciami podsinień rozlanymi pod oczami, ponad kością jarzma. Uratować go mogły tylko starania, żeby to swoje wyczerpanie przynajmniej ładnie wystroić - W sprawie tego dzisiejszego bankietu... - nawiązał do ich nadchodzących planów, w lekkim zamyśleniu wiodąc palcem po czarnej żyłce w marmurze Carrara, z którego wykonano blat wyspy.- Przypomnij mi... Jak wygląda dress code? Zakładam, że nie wymagasz ode mnie dziś smokingu? Ale w razie czego, przypomnę Brielle żeby wyciągnęła go z pokrowca...
Romy Rilke
Partita No.2 in D Minor, BWV 1004: V. Ciaccona
: pn mar 30, 2026 11:03 am
autor: Romy Rilke
Romy lubiła wierzyć, że naprawdę się z Montym znali. Kto w końcu miał znać ją lepiej, niż jej narzeczony, jej przyszły mąż, z którym miała spędzić resztę życia? I kto miał znać lepiej jego jak nie ona?
Wiedziała o nim wiele. Spędzone wspólnie lata pozwoliły jej nie tylko go poznać, ale i nauczyć się tego, co dla innych miało pozostać nieodgadnione. Znała jego poranne zwyczaje; to, że pierwszą kawę zawsze pił jeszcze w szlafroku, a śniadania najchętniej jadał liche, nie mając od razu po wstaniu apetytu. Znała jego upodobania; bez najmniejszego problemu potrafiła kupić mu nowy, ulubiony sweter, którego najchętniej by nie zdejmował, książkę, która wciągała go od pierwszej strony, czy bilety do kina na film, o którym później jeszcze długo rozmawiali. Potrafiła przewidzieć, które danie mu zasmakuje i które wino szczególnie trafi do jego kubków smaków. Bez trudu przewidywała jego reakcje, szczególnie te, gdy byli w towarzystwie, umiała przewidzieć, którą anegdotę sytuacyjnie przytoczy i jaką ciekawostką się podzieli. Rozpoznawała jego spojrzenia, dla innych całkowicie naturalne, a dla niej znaczące i tak samo rozpoznawała barwy jego głosu.
I on też ją znał. Wiedział, że używała wyłącznie perfum, które zawierały w sobie jaśminową nutę, nie spała w innej pościeli niż ta z czystego jedwabiu, a biżuterię nosiła wyłącznie z żółtego złota. Znał jej zdanie na temat środowiska szeroko rozumianej sztuki, znał ulubionych artystów i tych, których fenomenu do dnia dzisiejszego nie potrafiła zrozumieć. Rozpoznawał, gdy była zirytowana, potrafił odczytać jej zmęczenie i nie potrzebował żadnych znaków, aby rozpoznać moment, w którym Romy, gdy byli w towarzystwie, zaczynała chcieć wracać do domu.
Skoro więc znali się tak dobrze, ona jego, a on ją, Mongomery musiał wiedzieć, że kłamała. Musiał wiedzieć, że kiedy znikała w swoim mieszkaniu na całe dnie, czasem również w nim nocując, wcale nie pracowała i co więcej, nie była wtedy sama. Montgomery jednak milczał w tym temacie. I Romy zastanawiała się, czy oznaczało to, że nie miał nic przeciwko, dając w ten sposób ciche przyzwolenie dla jej drugiego, wcale niesekretnego życia, czy może jednak wcale się nie znali?
I było coś jeszcze:
Skoro znali się tak dobrze, nie tylko on ją, ale i ona jego, a Romy patrząc na narzeczonego . c z u ł a, . — bo nawet nie widziała — że czegoś jej nie mówił, to czy chodziło właśnie o to? Czy ukrywał przed nią, że wie? Czy dowiedział się o Rafaelu i wciąż ważył w myślach, jak zachować się w obliczu jednoznacznej zdrady? Czy może było coś jeszcze? Coś, co Romy czuła, ale czego nie potrafiła nazwać. Coś, co poczuła teraz dotkliwie w żołądku, kiedy przez twarz Montgomery’ego przemknął niezrozumiały grymas, po którym już po chwili, nie było żadnego śladu.
Romy uśmiechnęła się jednak. Uśmiechnęła się w odpowiedzi na jego uśmiech i slalom, który wykonał, aby tylko nie odpowiedzieć na jej pytanie. Wychwyciła to momentalnie; salonowa sztuczka, która nie była niczym zbrodniczym, o ile korzystało się z niej w snobistycznym towarzystwie, a nie w rozmowie z narzeczoną.
Na które chciałabym, żebyś odpowiedział, cisnęło się Romy na usta, ale była na to zbyt grzeczna i za dobrze wychowana. Ojciec byłby z niej z pewnością dumny, gdyby zamiast myśleć o tym co wypada, powiedziała to, co naprawdę chciała powiedzieć, ale w świecie Romy — w tym świecie, w którym znajdowało się jej życie z Montgomerym — nie było miejsca na takie wyskoki.
Dlatego Romy uśmiechała się dalej, choć nie był to żaden z tych pięknych uśmiechów, a raczej miły grymas, który nie był w stanie zamaskować tego, czego Rilke coraz częściej maskować wcale nie chciała. Jej oczy były poważne, niemal strapione i prawdziwie chmurne. I właśnie tymi oczami wpatrywała się teraz w Montgomery’ego. To właśnie te oczy mówiły: wiem, że nie jesteś ze mną szczery, a usta wciąż milczały. Może to i lepiej. Wykazałaby się w końcu wyłącznie hipokryzją, gdyby powiedziała to na głos.
— Zbyt wiele życia ci zostało, żeby już teraz tak mówić. — podczas gdy głos Monty’ego był lekki i żartobliwy, głos Romy był zimny i stanowczy. Samą siebie zaskoczyła tym tonem i jego kategoryczną nutą. A jednak chęć odporu okazała się silniejsza niż jej nienaganne maniery. Morin zbyt często wspominał ostatnimi czasy o śmierci. I chociaż zawsze było w nim coś melancholijnego, idealnie wpisującego się w wizję prawdziwego artysty, coraz częściej ciało Romy pokrywało się gęsią skórką, kiedy wykazywał się swoim wisielczym humorem. Zupełnie, jak stało się to teraz.
Odwróciła się w taki sposób, aby patrzeć na mężczyznę, który usiadł po drugiej stronie wyspy. Bankiet. Najbezpieczniejszy temat. I chociaż jeszcze przed chwilą zdawała się pragnąć starcia, zmianę tematu i powrót do ich codzienności, przyjęła z więcej niż wyłącznie wdzięcznością. Jej ramiona stały się lżejsze, twarz bardziej rozluźniona, a uśmiech, w który wygięły się jej usta, tym razem ani trochę nie był już wymuszony.
— Garnitur w zupełności wystarczy. Obowiązuje strój wieczorowy, ale możesz się domyślić, jak będzie wyglądała część artystów. — jej spojrzenie było znaczące, na granicy rozbawienia. Ciche porozumienie, do tego wolała powrócić. — Dla siebie mam przygotowaną klasyczną, czarną sukienkę. — dodała w ramach dopełnienia, po czym upiła kilka dobrych łyków kawy, w ten sposób zdobywając kilka cennych chwil na zastanowienie.
— Chyba powinnam cię ostrzec. Ten ostatni artykuł na temat widzialności kochanek i kochanków wywołał duże zainteresowanie. — miała na myśli swój artykuł naukowy. Romy badawczo skupiała się na feministycznej perspektywie sztuki — tym jaki wpływ miały na nią kobiety, jaką rolę odgrywały, gdzie znajdowała się ich siła i w jaki sposób próbowały być przez sztukę uprzedmiotawiane. Zdarzało się, że w swoich badaniach dotykała szerzej tematyki płci, czy seksualności i to właśnie w tym obszarze najczęściej publikowała. — Obawiam się, że będziesz skazany słuchać o nim przez cały wieczór. — Dla samej Romy był to powód nie tylko do dumy, ale przede wszystkim okazja do umocnienia swojej pozycji jako ekspertki, a nie tylko córki swoich rodziców. I zamierzała z tego skorzystać. — Jeśli to przeżyjesz — najwidoczniej już zdążyła się zarazić jego czarnym humorem — to mogę ci obiecać, że pierwszą rzeczą, którą zrobię po powrocie do domu, będzie znalezienie osoby, która zorganizuje nam idealny ślub.
Bo przecież już pora.
Bo będzie to dowód tego, że jest gotowy spędzić z nią resztę życia.
Bo nic gorszego go już w związku z Romy nie czekało.
Partita No.2 in D Minor, BWV 1004: V. Ciaccona
: czw kwie 02, 2026 11:29 pm
autor: montgomery morin
Było w tych jej tęczówkach - zasnutych tym rodzajem surowej melancholii, na którą w prywatnym leksykonie Montgomery'ego brakowało odpowiedniego określenia - piękno porównywalne do tego, jakie kryje się w niebie pociemniałym burzowymi chmurami. I w ramach tego samego strwożonego zachwytu, z jakim od dzieciństwa Morin potrafił wpatrywać się w firmament przed sztormem, niemal obsesyjnie, aż do zdrętwienia karku i pierwszego zawrotu głowy, teraz i od oczu Romy zwyczajnie nie potrafił odwrócić teraz wzroku.
Ktoś obserwujący ich z zewnątrz, jakiś widz, dyskretny, choć w gruncie rzeczy nieproszony, mógłby z łatwością przegapić ten subtelny, ale jednocześnie niezaprzeczalny rodzaj napięcia, jaki buzował teraz między parą narzeczonych. Pomylić go z uważną czułością, z jaką czasem patrzą na siebie ludzie tak po prostu zakochani. Przegapić dozę czujności, z którą Rilke lustrowała wzrokiem gotyckie łuki morinowych rysów - prosty nos, wysokie kości jarzmowe i ostre kanty szczęk zaciśniętych w przelotnym skurczu - wyniku zebranego w jego ciele napięcia. Zignorować sposób, w który Monty odpowiadał na każde spojrzenie brunetki: nie bez miłości, ale z takim jej rodzajem, który to dawno już utracił niewinność godną szczęśliwych, i wzajemnie ufających sobie zakochanych.
Nie stanowczość nawet, a już zwyczajna ostrość tonu, którym odezwała się teraz Romy, momentalnie wprowadziła szatyna w stan dziwnego zaskoczenia. Jakby był psem, przez kochającego właściciela zupełnie znienacka ukaranym zbyt silnym szarpnięciem smyczy. Albo niczego niespodziewającym się dzieckiem, przez niedawno jeszcze pogodnego rodzica zdzielonym prosto w twarz, na odlew, otwartą dłonią.
To pierwsze było wyłącznie trafną metaforą. To drugie - zbyt dobrze znanym mu uczuciem.
Zdębiał więc, choć tylko na ułamek chwili potrzebny do zebrania myśli i uspokojenia przyspieszonego nagle oddechu. Monty nigdy nie bał się Romy; nie tak, jak często bał się swojego ojca, i, choć trochę rzadziej, również i swojej matki. Ale zdarzały się takie momenty - jak ten teraz, wybijający go nagle z rytmu buńczucznych, przesadnie dramatycznych przekomarzanek - gdy lęk nagle poruszał się gdzieś w jego wnętrzu, jak duże, dzikie zwierze gotowe, by w każdej chwili zbudzić się do życia z głębokiego snu.
- Nie znacie dnia, ani godziny - odparł, starając się odzyskać choćby odrobinę swojego zwyczajowego animuszu, ale zabrzmiał tylko słabo i smutno; w dodatku nie bez pewnej dozy samoobronnej złośliwości, która zawsze wkradała się w ton jego głosu gdy czuł się krytykowany, albo atakowany. Prawda była taka, że Monty bynajmniej nie chciał być okrutny; nie dla Romy - w końcu czym, na miłość boską, sobie ona zawiniła, nadal tak błogo nieświadoma przyczyny, dla której śmierć rzeczywiście znacznie częściej przewijała się ostatnio w wypowiedziach jej narzeczonego? Nie miał prawa mieć do niej pretensji o sposób, w który go nie rozumiała - jak miałaby to zrobić, skoro własne cierpienie ukrywał przed nią jeszcze skrzętniej, niż niewiele ponad rok temu pierścionek zaręczynowy? Instynkt walki lub ucieczki był jednak silniejszy od niego - zwłaszcza w sytuacjach jak ta, gdy najbliższa mu osoba buntowała się przeciwko jego farsie, i zaczynała ją podważać, jakkolwiek niewinnie. I przyznać należało, że Monty szykował się już do jakiejś werbalnej szarży, gdy Romy nagle cudownym sposobem zboczyła z trajektorii ich dotychczasowej rozmowy na znacznie bezpieczniejsze jej peryferia.
Poczuł taką ulgę, że naprawdę odetchnął, zmuszony by zaraz ściągnąć paskiem leciutko rozchylające się teraz poły szlafroka. Zanim zakrył je warstwą frotte, Romy mignąć mogły piegi obsiewające jego pierś, i szczupłe, ostre zarysy lewego obojczyka.
- Nie wiem tylko, czy w ogóle chcę się domyślać... - Zażartował w odpowiedzi, i teraz on sam brzmiał zupełnie n o r m a l n i e; nie zaś tak, jakby w każdym słowie krył się inny rodzaj śmiertelnej pułapki - Którą czarną sukienkę? - Romy miała ich przynajmniej cztery, o ile dobrze pamiętał, i o ile nie rozmnożyły się po drodze wynikiem sekretnych machinacji, za sprawą zawartość garderoby jego narzeczonej zdawała mu się czasem rozrastać niby stułbie w okresie rozrodczym - Tę z odkrytymi plecami? Czy tę z kołnierzem szalowym?
Naprawdę chciał brzmieć tak, jak brzmieć powinien uważny i zaangażowany przyszły mąż, który ukochanej przygląda się nie podejrzliwie, a po prostu z ciekawością godnej pierwszej randki. Jakby to, że dobrze znał wnętrze jej szafy (skoro nie mógł poznać wnętrza jej duszy) miało stanowić dowód jego nieskalanej, perfekcyjnej miłości.
- Kochanie... - Żachnął się znad kubka z kawą, gdy Romy z typową sobie manierą zaczęła krygować się wokół treści swojej ostatniej publikacji. Choć jego własna matka uważała badania i artykuły Romy raz za banalne, a raz za obsceniczne (zależnie od nastroju; nie zmieniało się tylko to, że gardziła nimi niemal równie mocno, co własnym synem...), Monty naprawdę był dumny z tego, w jakim tempie dziewczyna rozwijała swoją karierę, i to bez najmniejszego udziału kontaktów któregoś z jej rodziców. To było wszak w ich środowisku zarówno rzadkie, jak i niełatwe - Grożąc, że mogę niedługo pożegnać się z życiem miałem na myśli raczej jakiś kataklizm albo nagły zgon, nie zaś wysłuchiwanie o twoich naukowych działaniach. Wiesz przecież... - Uśmiechnął się trochę tak, jakby oferował jej gałązkę oliwną na zażegnanie niedawnej niesnaski, ledwie o włos dzielącej ich przecież od wybuchu kłótni - ...że to jak miód na moje uszy. Ambrozja. Anielskie trele.
Nie był pewien, czy anioły i trele idą ze sobą na wzajem w parze, ale była piąta rano, i Monty naprawdę nie miał siły na lingwistyczny purytanizm.
Ziewnął lekko, na ostatnie słowa brunetki reagując uniesieniem lewej brwi.
- Myślisz o zatrudnieniu organizatorki? - Nie wiedział, czego się spodziewał (wiedział tylko, czego oczekiwała jego matka) - Mamy jeszcze chyba trochę czasu na podjęcie wszystkich tych decyzji?
Tak, podszepnął jakiś cichy głos w jego myślach, żeby nie musieć ich potem żałować. Do końca życia.
Romy Rilke