Strona 1 z 1

This has to work!

: sob mar 21, 2026 9:21 pm
autor: Margaret Thorne
#1
Nathaniel Mayfield
outfit

Deszcz w Distillery District nigdy nie był kojący; odbijał się od wielkich, fabrycznych okien rytmicznym, metalicznym stukotem, który Maisy słyszała nawet przez szum ekspresu do kawy. W mieszkaniu było chłodno mimo ciepłej barwy żarówek zapalonych na kinkietach. Sterylna biel ścian i surowa cegła zdawały się zaciskać wokół niej, gdy po raz kolejny tego wieczoru przesuwała palcem po zdjęciach z miejsca zbrodni.

Młoda dziewczyna. Biała sukienka, która w świetle policyjnych lamp wydawała się niemal błękitna. Brak krwi. Ułożenie dłoni – nienaturalnie splecione palce, jak do modlitwy, której nikt nie wysłuchał. Ta sprawa nie dawała jej spać. Nie dlatego, że odbierała ją personalnie, ale dlatego, że w tym momencie, oprawca wciąż był w mieście i mógł planować kolejny śmiertelnie poważny spektakl w roli głównej z dziewczyną, która niemal z rozkoszą mogłaby powierzyć mu serce. Maisy nie spała niemalże od trzydziestu sześciu godzin. Zamiast regeneracji, zafundowała sobie seans z demonami, których Toronto nie chciało oglądać za dnia. W pewnym momencie, gdy światło lampki zamigotało, dostrzegła kolejny trop - pierścionek zakrzywiony na jej serdecznym palcu i numer ciężarówki widzianej dwie przecznice dalej. To Romeo i Julia. Trucizna w pierścionku. Pisarz, którego przesłuchiwali. Miał za dobre alibi - wieczór autorski. Nie było go przy ofiarze tego dnia. Nie musiał być, ofiara dostała szczegółowe instrukcje i została zmuszona. A pierścionek, jest łudząco podobny do tego z powieści. Ciężarówka należała do właściciela biblioteki w której odbywał się wieczór autorski.

Chwyciła telefon. Pierwszy sygnał. Drugi. Poczta głosowa.
- Nate, odbierz. Mam to. Słyszysz? To nie był błąd w profilu, to był błąd w lokalizacji - wychrypiała do słuchawki, ale odpowiedziała jej tylko cisza.

Zaczęła chodzić wzdłuż okna, boso, czując pod stopami zimną posadzkę. Jej palce powędrowały do ust - paskudny nawyk z dzieciństwa, którego sędzia Thorne nienawidził najbardziej. Zaczęła nerwowo obgryzać paznokieć u kciuka, wsłuchując się w narastający deszcz. Każda minuta zwłoki wydawała się wiecznością. Miała wrażenie, że słyszy, jak cichy morderca oddycha, jak zaciera ślady, jak śmieje się z ich nieudolności. Myśli, że po przesłuchaniach jest już bezpieczny.

Spróbowała zadzwonić jeszcze raz. Nic.

-Cholera, Mayfield. Nie wierzę, że już śpisz.- syknęła pod nosem. Była ledwo 22-ga.

Nie mogła czekać do odprawy o ósmej rano. Adrenalina przepłukiwała jej żyły skuteczniej niż kolejna dawka kofeiny. Chwyciła marynarkę, nie dbając o to, że narzuca ją na domowe ubranie, i wcisnęła stopy w buty. Przecież to nie było daleko - mieszkali niemalże po sąsiedzku. Wystarczyło przejść przez przecznicę, gdzie latarnie rzucały długie, powykręcane cienie.

Wyszła na zewnątrz, pozwalając, by lodowaty deszcz natychmiast zmoczył jej włosy. Szła szybko, niemal biegiem, raz po raz wybierając numer Nathaniela. Telefon dzwonił w jej kieszeni, wibrując rytmicznie, ale po drugiej stronie wciąż nikt nie podnosił słuchawki.

Nie bawiła się w uprzejmości. Przeskoczyła dwa stopnie naraz, ignorując zapach starych klatek schodowych i wilgoci. Stanęła pod drzwiami z numerem #3 i zamiast zapukać, zaczęła w nie walić pięścią, głośno i natarczywie.
- Nate! Otwieraj! Mam trop, mamy go!
Stukała monetą o framugę, a dźwięk metalu o drewno niósł się echem po pustym korytarzu, mieszając się z jej rwanym oddechem. Nie zamierzała odejść, dopóki nie zobaczy go w drzwiach.

This has to work!

: ndz mar 22, 2026 7:39 pm
autor: Nathaniel Mayfield
Deszczowa aura mocno go wkurzyła gdy wysiadał z taksówki wraz ze swoją kumpelą w ręce, tanią whisky, napoczętą dla próby i smaku wieczoru, który się właśnie zaczynał. W teorii był już po służbie więc mógł sobie wypić, po drugie wciąż miał kilka godzin do poranku, a więc da radę jak zawsze gdy był po głębszych poprzedniego wieczoru. Dzisiaj najwyraznie mocno potrzebował się znieczulić, przerzucając rano karton z rzeczami ex narzeczonej, wkurzył się na to, że nie zabrała tego co powinna, a więc - jebany pierścionek. Rzucając nim w niego, zostawiła w sumie tępe wspomnienie tego co mieli i tego co koncertowo spieprzył swoim zachowanien. Był gburem i samolubem to fakt, gdy się poznawali widział w niej jedyną jasną drogę w swoim życiu, pojawiającą się od dawien dawna nareszcie. Była jak wyciągnięta dłoń i obiecany dla niego ratunek. Była dla niego za dobra i za prawdziwa w chwili gdy on żył dalej tym ponurym życiem. Miewał lepsze i gorsze dni, miewał takie momenty jak ten gdy klęczał przed nią z zawleczką od soku, a dopiero potem razem wybierali ten pierścionek.
Był sprzeczny cały w sobie, przeplatając dobre chwile tymi gorszymi gdy zachowywał się jak kutas, gdy pachniał dymem papierosa pomieszanym z gryzącą damską wanilią. Znosiła wiele ale te ostatnie dni i tygodnie wyglądały co raz gorzej, a oni nie byli już parą tylko lokatorami dla siebie. Żal jakiś pozostawał, wplotło to go w gorszy stan, taki którego nie musiał już ukrywać wracając do mieszkania, tym razem chłodnego i pustego.
Sam nie widział sensu w tym aby pić jeszcze więcej, nie miał w końcu aż takich problemów aby wlewać w siebie co rusz więcej alkoholu, a jednak to robił, a to pewnie go wreszcie zgubi. Jako policjant powinien się ogarnąć, rzucić to raz na zawsze, a może nawet i wybrać terapię, odetchnąć. Wolnych dni na koncie miał co nie miara, nigdy nie korzystał z urlopu, chyba że góra chciała go odsunąć, dać mu naganę za akcje poza procedurami, za niektóre ponadprogramowe jego działanie. Oprócz tego wydawał się być nieskazitelny, wręcz pochłonięty pracą policjanta, inspektora którym się stał.
To nie tak, że siedział nad tą sprawą całe bite dwadzieścia lat. To nie tak, że żył tym i wracał za każdym razem gdy inne rzeczy się sypały. To było raczej jak koszmar wychodzący tej jednej nocy, jak tykająca bomba która wracała o tej konkretnej porze, tego jednego dnia, który zapisał się w kalendarzu. Wracał myślami wtedy gdy data rocznicy pojawiała się niebezpiecznie na horyzoncie. To wtedy na nowo kalkulował, wracał czy sprawdzał inne ślady, podobne przypadki.
Dzisiaj nie miał jednak zamiaru pracować, jego koleżanka whisky dotrzymała mu towarzystwa dalej gdy już zaległ w mieszkaniu na kanapie. Nie wiedział kiedy ale jakoś ten sen przyszedł niespodziewanie, jak zmęcznie po bezsennych nocach, które miewał. To go męczyło, sytuacje życiowe go dręczyły i w sumie to chyba proste, że w pustym mieszkaniu usłanym ciszą łatwiej było się wyłączyć..
Telefon mógł sobie dzwonić i dzwonić, a on opadł z siły i odpłynął w ramiona Morfeusza...

Spadł twardo. Prawie jak niedźwiedź, z kogutami na głowie, czupryną zmichraną przez zamroczony alkoholem umysł. Walenie do drzwi? Mocne i intensywne. Nie obudziło go w pierwszym rzucie, wręcz przeciwnie nieco się przechylił na drugą stronę, spadając przy okazji z kanapy. Ból ramienia od razu go otrzeźwił i sprawił, że zerwał się trochę na równe nogi jak jakiś kocur, któremu nadepniętą na ogon. Walenie oraz kobiecy krzyk po drugiej stronie drzwi stał się nie do zniesienia dużo bardziej niż stłuczone ramię oraz kości, które zagruchotały gdy tak spadł z wersalki. Otrzepał się i przetarł twarz, rzucając wzrokiem na zegar wskazujący całkiem znośną godzinę. Nie była to jeszcze noc, aby mógł jawnie opierdolić osobę zaburzającą jego spokój.
- THORNE?! Walisz jak oparzona.. - rzucił w stronę kobiety gdy już otwarł jej drzwi i co ważniejsze, ujrzał jej twarz, całą podekscytowaną ale i delikatnie wkurzoną. Nie sprawdził telefonu ani nagrań, których mu już kilka zostawiła, wręcz dalej był w swoim świecie tylko już nieco obudzony z tego letargu, w jaki wpadł po paru głębszych. Sama woń alkoholu wybiła się w raz z nim z mieszkania, gdy tylko wpuścił ją do środka aby nie robić dalej szopki sąsiadom.


Margaret Thorne