but baby, that is just how it has to be
: ndz mar 22, 2026 4:02 am
"Though inclination be as sharp as will,
My stronger guilt defeats my strong intent,
And, like a man to double business bound,
I stand in pause where I shall first begin,
And both neglect."
To była jego wina. Wszystko to była jego wina.
Panika, panika, panika, przerywana tylko falami nudności, słabości, nieustające drżenie rąk, uderzenia gorąca i zimna, boleśnie tłukące się w klatce serce. Bolała go skóra. Mięśnie nie istniały. Miał wrażenie, że końcówki włosków na całym ciele miały własne zakończenia nerwowe i przy każdym ruchu wysyłały kolejne bolesne sygnały, dźgające szpilkami jego mózg. Miał wrażenie, że umierał, ale przecież jeszcze nie mógł, prawda? Musiał iść się prosić o wybaczenie przed Vitą, nawet jeśli nie znał całej historii, nie wiedział jakie były jego wykroczenia, czego cień wciąż turlał się po systemie, a z czym jego ciało tak zaciekle walczyło. Nie ruszyłby się z kąta łazienki, gdyby nie to, że Holloway miała być w domu "za godzinę" i.. czas nadal mu się rozjeżdżał. Nie miał pojęcia ile zajęło mu złapanie względnego balansu, ubranie się, mycie mordy, klęcząc przy umywalce to też było nowe doświadczanie, a kiedy dźwignął kurtkę, by narzucić ją na ramiona, musiał ją szybko porzucić i znów iść spowiadać się porcelanowej damie. Zapach papierosów był nie do zniesienia. W żołądku już nie miał nic. Ból. Tylko ból, kwas, wstyd i jakieś wyższe cierpienie, którego źródła nie potrafił znaleźć w swoim ciele.
Sam się prosiłeś, to twoja wina, tylko twoja.
Bo uwierzył, że ma kontrolę. Bo jedna tabletka przecież jeszcze nigdy nie zabrała mu autonomii. Bo odrobina K nikomu jeszcze nie zaszkodziła, a GHB działała trochę jak valium. Bo podlewał i tak alkoholem, więc co za różnica.
Absolutny idiota. Alkoholik. Ćpun. Śmieć.
Świat byłby lepszy, gdyby rzeczywiście hipotermia zabrała go na tamtej ławce.
Wtoczył się do klatki za jakąś kobietą niosącą zakupy i chyba ją przestraszył. Nie ważne. Bez poręczy nie udałoby mu się za cholerę wspiąć na piętro Holloway, tak czy siak wydawało mu się, że zajęło mu to kilka razy dłużej niż zwykle.
W uszach dudniło. Schody rozjeżdżały się w obie strony. Błędnik nie nadążał za ślimaczymi krokami.
Jak się tu dostał? Wziął Ubera?... Nie pamiętał. Rozmawiał z Cath już, czy jeszcze nie? Chyba rozmawiał z Eriką... Jego wspomnienia nie miały sensu. Wszystko się mieszało. Czas i przestrzeń uformowała pytajnik.
Zwykle pukał, ale tym razem po prostu wcisnął dzwonek, opierając czoło o zimną ścianę nad przyciskiem i zmuszając się do skupienia, by w ogóle trafić. Na moment przymknął oczy, czekając aż mu otworzy, a kiedy je otworzył..
Był w środku i na swoich stopach, na kolanach, na podłodze, pochylony do przodu...? Huh..? Teleportował się.
- Ja pierdole... - może jednak powinien się zgłosić do najbliższego ER na odtrucie, bo ten rollercoaster nie zwalniał. Przez chwilę było znośnie, kiedy rozmawiał z Eriką, ale teraz? Zbliżył się do wytrzeźwienia i jego ciało cierpiało. Należy mu się. Należy mu się.
Śmierć byłaby gestem współczucia.
vita holloway
My stronger guilt defeats my strong intent,
And, like a man to double business bound,
I stand in pause where I shall first begin,
And both neglect."
To była jego wina. Wszystko to była jego wina.
Panika, panika, panika, przerywana tylko falami nudności, słabości, nieustające drżenie rąk, uderzenia gorąca i zimna, boleśnie tłukące się w klatce serce. Bolała go skóra. Mięśnie nie istniały. Miał wrażenie, że końcówki włosków na całym ciele miały własne zakończenia nerwowe i przy każdym ruchu wysyłały kolejne bolesne sygnały, dźgające szpilkami jego mózg. Miał wrażenie, że umierał, ale przecież jeszcze nie mógł, prawda? Musiał iść się prosić o wybaczenie przed Vitą, nawet jeśli nie znał całej historii, nie wiedział jakie były jego wykroczenia, czego cień wciąż turlał się po systemie, a z czym jego ciało tak zaciekle walczyło. Nie ruszyłby się z kąta łazienki, gdyby nie to, że Holloway miała być w domu "za godzinę" i.. czas nadal mu się rozjeżdżał. Nie miał pojęcia ile zajęło mu złapanie względnego balansu, ubranie się, mycie mordy, klęcząc przy umywalce to też było nowe doświadczanie, a kiedy dźwignął kurtkę, by narzucić ją na ramiona, musiał ją szybko porzucić i znów iść spowiadać się porcelanowej damie. Zapach papierosów był nie do zniesienia. W żołądku już nie miał nic. Ból. Tylko ból, kwas, wstyd i jakieś wyższe cierpienie, którego źródła nie potrafił znaleźć w swoim ciele.
Sam się prosiłeś, to twoja wina, tylko twoja.
Bo uwierzył, że ma kontrolę. Bo jedna tabletka przecież jeszcze nigdy nie zabrała mu autonomii. Bo odrobina K nikomu jeszcze nie zaszkodziła, a GHB działała trochę jak valium. Bo podlewał i tak alkoholem, więc co za różnica.
Absolutny idiota. Alkoholik. Ćpun. Śmieć.
Świat byłby lepszy, gdyby rzeczywiście hipotermia zabrała go na tamtej ławce.
Wtoczył się do klatki za jakąś kobietą niosącą zakupy i chyba ją przestraszył. Nie ważne. Bez poręczy nie udałoby mu się za cholerę wspiąć na piętro Holloway, tak czy siak wydawało mu się, że zajęło mu to kilka razy dłużej niż zwykle.
W uszach dudniło. Schody rozjeżdżały się w obie strony. Błędnik nie nadążał za ślimaczymi krokami.
Jak się tu dostał? Wziął Ubera?... Nie pamiętał. Rozmawiał z Cath już, czy jeszcze nie? Chyba rozmawiał z Eriką... Jego wspomnienia nie miały sensu. Wszystko się mieszało. Czas i przestrzeń uformowała pytajnik.
Zwykle pukał, ale tym razem po prostu wcisnął dzwonek, opierając czoło o zimną ścianę nad przyciskiem i zmuszając się do skupienia, by w ogóle trafić. Na moment przymknął oczy, czekając aż mu otworzy, a kiedy je otworzył..
Był w środku i na swoich stopach, na kolanach, na podłodze, pochylony do przodu...? Huh..? Teleportował się.
- Ja pierdole... - może jednak powinien się zgłosić do najbliższego ER na odtrucie, bo ten rollercoaster nie zwalniał. Przez chwilę było znośnie, kiedy rozmawiał z Eriką, ale teraz? Zbliżył się do wytrzeźwienia i jego ciało cierpiało. Należy mu się. Należy mu się.
Śmierć byłaby gestem współczucia.
vita holloway