my bad, I've messed it all
: pn mar 23, 2026 1:01 am
"Oh lift me from the grass!
I die! I faint! I fail!
Let thy love in kisses rain
On my lips and eyelids pale.
My cheek is cold and white, alas!
My heart beats loud and fast;—
Oh! press it to thine own again,
Where it will break at last."
To był ciężki miesiąc.
Catherine podjęła za niego decyzje o wysłaniu na przymusowy odwyk, żeby się odtruł, zdiagnozował i, szczerze? Swojej wdzięczności nie byłby w stanie okazać jej w żaden inny sposób, niż rzeczywiście mocno się starać pozostać na powierzchni. Trzymać meetingów. Zażywać grzecznie swoje leki i przynajmniej co miesiąc spotykać z terapeutą. Gdyby nie to, że zaciągnęła go do zamkniętego szpitala i odebrała możliwość wypisania się z niego.. Nie miał pojęcia, gdzie by skończył i czy kiedykolwiek miałby możliwość naprawienia własnych błędów, czy popełniania jakichś innych po drodze w swoim życiu. Możliwe, że by go już w ogóle nie było.
Wiadomości od Vity się nie spodziewał. Cierpiał na tęsknotę i pozwalał sobie na żałobę ze tym, co stracił, siedząc w grupowym pokoju na odwyku i gapiąc się w ścianę. Nie chciała go. Zostawiła. Posłała do diabła. Nie mógł jej winić i, tak naprawdę, powinien być jej pewnie wdzięczny. Gdyby wtedy przyjęła go do siebie, wpuściła do swojego mieszkania, zaopiekowała się nim i postawiła na nogi, prawdopodobnie byłoby okay.. Przez tydzień. Miesiąc. Może kilka miesięcy, gdyby rzeczywiście przykuła swoje życie do każdej jego małej zachcianki, wachlowała ego, karmiła i kochała, dając mu tym samym błędne poczucie, że wszystko jest pod kontrolą. Nic nie było pod kontrolą i, dopiero mimochodem słuchając kolejnych terapeutycznych wykładów zrozumiał, że od niej też był uzależniony. Od jej uwagi, czułości, od pożądania, dotyku, pocałunków, od całej tej miłości i bliskości, którą mu dawała. Gdyby zatonął w niej, prędzej czy później poślizgnąłby się i wpadł znów w całą resztę swoich ulubionych używek, jak wcześniej. Znów by ją zawiódł, otworzył stare rany, złamał jej serce po raz kolejny; nie chciał tego. Kochał ją i wiedział o tym, a potwór w jego głowie tylko czekał, by wykorzystać słabość i pokazać krzywy ryj.
Chciała się spotkać. Nie mógł odmówić.
Wciąż nie pamiętał wszystkich tych kroków do trzeźwości, które niby miały się stać jego przewodnikami w nowym, trzeźwym życiu, ale chyba jeden z nich miał coś wspólnego z równaniem tego, co się zrobiło źle? Tak to sobie tłumaczył, kiedy zgadzał się z nią spotkać. Ten jeden raz. Przeprosić za bluzgi, próby manipulacji i wszystko, co powiedział, kiedy spotkali się ostatnim razem, przed odwykiem.. No, prawie wszystko, przecież nadal ją kochał, ale nie sądził, że ten szczegół miał się kiedyś zmienić. Musiał tylko wbić spojrzenie we własne dłonie, albo znaleźć sobie punkt, w który mógł się gapić, rozmawiając z nią. Trzymać ręce przy sobie. Nie wpaść znów w jej ramiona, jakby jutra miało nie być, bo.. Bo był trzeźwy, tak. A trzeźwi ludzie.. ?????? Nie kochali....???? Dobra, może nie był na to gotowy.
Przynajmniej słońce się wychyliło zza chmur, sprawiając, że odczuwalna temperatura była nieco wyższa tej wczesnej wiosny. Czekając na V, bujał się na tylnych nogach ogrodowego krzesła, z przymkniętymi oczami wystawiając twarz w stronę słońca. Ładował baterie, skupiał całą wolę, przygotowując się mentalnie na to, by ją zobaczyć, w duchu modląc się, żeby serce nie wyskoczyło mu z klatki. Da radę. To tylko kawa. Wdech, wydech. Przepraszam nie było takie trudne do powiedzenia. Wysłucha jej. Pokiwa głową. Jeśli będzie musiał, opowie krótko o tym, jak wyglądał jego czas na odwyku. Uśmiechnie się, patrząc nad jej ramieniem. Tylko nie patrz jej w oczy. Nie patrz na jej usta. Nie dotykaj jej. Będzie dobrze.
vita holloway
I die! I faint! I fail!
Let thy love in kisses rain
On my lips and eyelids pale.
My cheek is cold and white, alas!
My heart beats loud and fast;—
Oh! press it to thine own again,
Where it will break at last."
To był ciężki miesiąc.
Catherine podjęła za niego decyzje o wysłaniu na przymusowy odwyk, żeby się odtruł, zdiagnozował i, szczerze? Swojej wdzięczności nie byłby w stanie okazać jej w żaden inny sposób, niż rzeczywiście mocno się starać pozostać na powierzchni. Trzymać meetingów. Zażywać grzecznie swoje leki i przynajmniej co miesiąc spotykać z terapeutą. Gdyby nie to, że zaciągnęła go do zamkniętego szpitala i odebrała możliwość wypisania się z niego.. Nie miał pojęcia, gdzie by skończył i czy kiedykolwiek miałby możliwość naprawienia własnych błędów, czy popełniania jakichś innych po drodze w swoim życiu. Możliwe, że by go już w ogóle nie było.
Wiadomości od Vity się nie spodziewał. Cierpiał na tęsknotę i pozwalał sobie na żałobę ze tym, co stracił, siedząc w grupowym pokoju na odwyku i gapiąc się w ścianę. Nie chciała go. Zostawiła. Posłała do diabła. Nie mógł jej winić i, tak naprawdę, powinien być jej pewnie wdzięczny. Gdyby wtedy przyjęła go do siebie, wpuściła do swojego mieszkania, zaopiekowała się nim i postawiła na nogi, prawdopodobnie byłoby okay.. Przez tydzień. Miesiąc. Może kilka miesięcy, gdyby rzeczywiście przykuła swoje życie do każdej jego małej zachcianki, wachlowała ego, karmiła i kochała, dając mu tym samym błędne poczucie, że wszystko jest pod kontrolą. Nic nie było pod kontrolą i, dopiero mimochodem słuchając kolejnych terapeutycznych wykładów zrozumiał, że od niej też był uzależniony. Od jej uwagi, czułości, od pożądania, dotyku, pocałunków, od całej tej miłości i bliskości, którą mu dawała. Gdyby zatonął w niej, prędzej czy później poślizgnąłby się i wpadł znów w całą resztę swoich ulubionych używek, jak wcześniej. Znów by ją zawiódł, otworzył stare rany, złamał jej serce po raz kolejny; nie chciał tego. Kochał ją i wiedział o tym, a potwór w jego głowie tylko czekał, by wykorzystać słabość i pokazać krzywy ryj.
Chciała się spotkać. Nie mógł odmówić.
Wciąż nie pamiętał wszystkich tych kroków do trzeźwości, które niby miały się stać jego przewodnikami w nowym, trzeźwym życiu, ale chyba jeden z nich miał coś wspólnego z równaniem tego, co się zrobiło źle? Tak to sobie tłumaczył, kiedy zgadzał się z nią spotkać. Ten jeden raz. Przeprosić za bluzgi, próby manipulacji i wszystko, co powiedział, kiedy spotkali się ostatnim razem, przed odwykiem.. No, prawie wszystko, przecież nadal ją kochał, ale nie sądził, że ten szczegół miał się kiedyś zmienić. Musiał tylko wbić spojrzenie we własne dłonie, albo znaleźć sobie punkt, w który mógł się gapić, rozmawiając z nią. Trzymać ręce przy sobie. Nie wpaść znów w jej ramiona, jakby jutra miało nie być, bo.. Bo był trzeźwy, tak. A trzeźwi ludzie.. ?????? Nie kochali....???? Dobra, może nie był na to gotowy.
Przynajmniej słońce się wychyliło zza chmur, sprawiając, że odczuwalna temperatura była nieco wyższa tej wczesnej wiosny. Czekając na V, bujał się na tylnych nogach ogrodowego krzesła, z przymkniętymi oczami wystawiając twarz w stronę słońca. Ładował baterie, skupiał całą wolę, przygotowując się mentalnie na to, by ją zobaczyć, w duchu modląc się, żeby serce nie wyskoczyło mu z klatki. Da radę. To tylko kawa. Wdech, wydech. Przepraszam nie było takie trudne do powiedzenia. Wysłucha jej. Pokiwa głową. Jeśli będzie musiał, opowie krótko o tym, jak wyglądał jego czas na odwyku. Uśmiechnie się, patrząc nad jej ramieniem. Tylko nie patrz jej w oczy. Nie patrz na jej usta. Nie dotykaj jej. Będzie dobrze.
vita holloway