#01 why is it so difficult
: wt mar 24, 2026 4:34 pm
2.
Wywróciła teatralnie oczami, kiedy Dante postanowił nie dawać za wygraną tylko rzucać w nią swoimi kontrargumentami. Dziękowała w duchu, że nie był taki pyskaty jak prowadziła negocjacje z tamtym barczystym facetem. Ostatnie czego chciała to oberwać jeszcze za niego. Nic mu jednak nie odpowiedziała. Bo może trochę miał racji z tym świeżym powietrzem? Taka naturalna wytrzeźwiałka nie mogła być aż taka zła.
Na jej ustach zagościł delikatny uśmiech, kiedy to zaśmiał się z jej żartu. Chociaż może to wcale nie był żart? Przecież naprawdę nie chciała, żeby ją obrzygał. Może i wracała samochodem, ale zapach jego treści żołądkowej nie należał do jej topowej piątki perfum. W top setce też się raczej nie znajdował.
I z takim samym uśmiechem patrzyła mu w te zapijaczone oczy. W te zwierciadełka, które ewidentnie tęskniły za rozumem… i robiła to zdecydowanie za długo. W głowie już milion razy zadała sobie pytanie, po co właściwie robiła to wszystko. Przecież mogła go wrzucić w bolta i pozbyć się problemu. Tylko że gdzieś tam z tyłu głowy, taki zdradziecki głosik ciągle nadszeptywał, że on po prostu jest jej problemem. Od dnia, kiedy pierwszy raz spotkali się w bibliotece na korkach, a on przyszedł z wielce obrażoną miną, że ojczym wtrącał się w jego edukację i jeszcze znalazł jakąś bogatą paniusię do pomocy. To od tamtej chwili nordyckie norny postanowiły wyryć na drzewie ich wspólny los , który przeplatał się ze sobą nieustannie. Bo nawet te tym momencie - jaka istniała szansa, że spotkają się w tym klubie po takim czasie? No właśnie, niewielka. To te pieprzone tkaczki przeznaczenia wszystko uknuły, więc pewnie to, że Elsa nie potrafiła odmówić mu pomocy również było ich zasługą.
— Czy ja wiem… przecież w szkole nadal byłam pilną uczennicą z najlepszymi ocenami, poszłam na studia, potem na kolejne, mam pracę, którą sama sobie załatwiłam bez jego pomocy… chyba jednak nie wyszło mi w tym życiu tak źle — odparła spokojnie, zresztą zgodnie z prawdą. Bo związek z Dante jakoś bardzo nie rzutował na jej życie. Wtedy nadal mieszkała z rodzicami, więc stosowała się do ich zasad, nie wracała dosyć późno z imprez u znajomych, zawsze znajdowała czas na naukę, o dziwo ten gamoń wiele razy jej w tym towarzyszył, no i nadal była po prostu Elsą. Jedyne chyba co się zmieniło to fakt, że niektóre przerwy spędzała na dziedzińcu szkoły, opierając się o drzewo i głaszcząc loczki, które leżały na jej udach. Prędzej by zaryzykowała stwierdzeniem, że to on się tak tyci tyci uspokoił. Minimalnie. Ociupinkę.
Jej uśmiech momentalnie się poszerzył, gdy Dante zgodził się zakończyć imprezowanie. Nawet jeśli warunkiem miało być skoczenie na jakieś szybkie żarcie.
— Jasne. Kebab na krzyżówce koło poczty na pewno jest jeszcze otwarty — Puściła mu oczko. To przecież tam kończyli każdą domówkę, Dante na jakiejś wielkiej bułce z mięsem i frytkami, a ona na rollo z warzywkami, bo przecież już w liceum nie brała do usta padlinki.
Złapała go za nadgarstek, aby czasem jej nie uciekł, ani nie zgubił się w tłumie, a tym bardziej nie wdał się w kolejną bójkę, i zaprowadziła do wyjścia, a stamtąd prosto do jej granatowego range rovera. Posadziła go z tyłu, pomogła zapiąć pasy i gdy sama zajęła miejsce kierowcy, zaczęła wpisywać adres kebaba, potem swój, jako przystanek końcowy, a pomiędzy…
— Gdzie cię później zawieźć? … Dante, mówię do Ciebie… Dan… — Odwróciła się w jego kierunku, a z jej ust wydobyło się głuche jęknięcie. Spał.
— Gamoń… — odburknęła, usuwając zaraz z nawigacji adres luksusowej restauracji, do której najprawdopodobniej sanepid dawno nie zaglądał i kierując się prosto do swojego domu.
Nie wiedziała jak to jej się udało, ale na wpół przytomnego chłopaka wprowadziła do środka i położyła na kanapie. Musiał chociaż trochę współpracować, bo jednak różnica wzrostu sprawiała, że to zadanie nie było najłatwiejsze. Otworzyła okno na oścież, a zwłoki przykryła granatowym kocem w śnieżynki.
— Przepraszam, że tutaj… ale nie dało się z tobą gadać w aucie. Bądź grzeczny, dobrze? — wymamrotała, głaszcząc go mimowolnie po włosach. Zaraz jednak na jej kolanach pojawiła się mała, biała kulka. Nie wyglądała na zadowoloną, że ktoś zajął jej miejsce na kanapie.
— Shhhh… mamy gościa Olive. Też musisz być grzeczna.
Dante Levasseur
Wywróciła teatralnie oczami, kiedy Dante postanowił nie dawać za wygraną tylko rzucać w nią swoimi kontrargumentami. Dziękowała w duchu, że nie był taki pyskaty jak prowadziła negocjacje z tamtym barczystym facetem. Ostatnie czego chciała to oberwać jeszcze za niego. Nic mu jednak nie odpowiedziała. Bo może trochę miał racji z tym świeżym powietrzem? Taka naturalna wytrzeźwiałka nie mogła być aż taka zła.
Na jej ustach zagościł delikatny uśmiech, kiedy to zaśmiał się z jej żartu. Chociaż może to wcale nie był żart? Przecież naprawdę nie chciała, żeby ją obrzygał. Może i wracała samochodem, ale zapach jego treści żołądkowej nie należał do jej topowej piątki perfum. W top setce też się raczej nie znajdował.
I z takim samym uśmiechem patrzyła mu w te zapijaczone oczy. W te zwierciadełka, które ewidentnie tęskniły za rozumem… i robiła to zdecydowanie za długo. W głowie już milion razy zadała sobie pytanie, po co właściwie robiła to wszystko. Przecież mogła go wrzucić w bolta i pozbyć się problemu. Tylko że gdzieś tam z tyłu głowy, taki zdradziecki głosik ciągle nadszeptywał, że on po prostu jest jej problemem. Od dnia, kiedy pierwszy raz spotkali się w bibliotece na korkach, a on przyszedł z wielce obrażoną miną, że ojczym wtrącał się w jego edukację i jeszcze znalazł jakąś bogatą paniusię do pomocy. To od tamtej chwili nordyckie norny postanowiły wyryć na drzewie ich wspólny los , który przeplatał się ze sobą nieustannie. Bo nawet te tym momencie - jaka istniała szansa, że spotkają się w tym klubie po takim czasie? No właśnie, niewielka. To te pieprzone tkaczki przeznaczenia wszystko uknuły, więc pewnie to, że Elsa nie potrafiła odmówić mu pomocy również było ich zasługą.
— Czy ja wiem… przecież w szkole nadal byłam pilną uczennicą z najlepszymi ocenami, poszłam na studia, potem na kolejne, mam pracę, którą sama sobie załatwiłam bez jego pomocy… chyba jednak nie wyszło mi w tym życiu tak źle — odparła spokojnie, zresztą zgodnie z prawdą. Bo związek z Dante jakoś bardzo nie rzutował na jej życie. Wtedy nadal mieszkała z rodzicami, więc stosowała się do ich zasad, nie wracała dosyć późno z imprez u znajomych, zawsze znajdowała czas na naukę, o dziwo ten gamoń wiele razy jej w tym towarzyszył, no i nadal była po prostu Elsą. Jedyne chyba co się zmieniło to fakt, że niektóre przerwy spędzała na dziedzińcu szkoły, opierając się o drzewo i głaszcząc loczki, które leżały na jej udach. Prędzej by zaryzykowała stwierdzeniem, że to on się tak tyci tyci uspokoił. Minimalnie. Ociupinkę.
Jej uśmiech momentalnie się poszerzył, gdy Dante zgodził się zakończyć imprezowanie. Nawet jeśli warunkiem miało być skoczenie na jakieś szybkie żarcie.
— Jasne. Kebab na krzyżówce koło poczty na pewno jest jeszcze otwarty — Puściła mu oczko. To przecież tam kończyli każdą domówkę, Dante na jakiejś wielkiej bułce z mięsem i frytkami, a ona na rollo z warzywkami, bo przecież już w liceum nie brała do usta padlinki.
Złapała go za nadgarstek, aby czasem jej nie uciekł, ani nie zgubił się w tłumie, a tym bardziej nie wdał się w kolejną bójkę, i zaprowadziła do wyjścia, a stamtąd prosto do jej granatowego range rovera. Posadziła go z tyłu, pomogła zapiąć pasy i gdy sama zajęła miejsce kierowcy, zaczęła wpisywać adres kebaba, potem swój, jako przystanek końcowy, a pomiędzy…
— Gdzie cię później zawieźć? … Dante, mówię do Ciebie… Dan… — Odwróciła się w jego kierunku, a z jej ust wydobyło się głuche jęknięcie. Spał.
— Gamoń… — odburknęła, usuwając zaraz z nawigacji adres luksusowej restauracji, do której najprawdopodobniej sanepid dawno nie zaglądał i kierując się prosto do swojego domu.
Nie wiedziała jak to jej się udało, ale na wpół przytomnego chłopaka wprowadziła do środka i położyła na kanapie. Musiał chociaż trochę współpracować, bo jednak różnica wzrostu sprawiała, że to zadanie nie było najłatwiejsze. Otworzyła okno na oścież, a zwłoki przykryła granatowym kocem w śnieżynki.
— Przepraszam, że tutaj… ale nie dało się z tobą gadać w aucie. Bądź grzeczny, dobrze? — wymamrotała, głaszcząc go mimowolnie po włosach. Zaraz jednak na jej kolanach pojawiła się mała, biała kulka. Nie wyglądała na zadowoloną, że ktoś zajął jej miejsce na kanapie.
— Shhhh… mamy gościa Olive. Też musisz być grzeczna.
Dante Levasseur