Strona 1 z 1
Takes two to stoke the fires of unreality
: czw mar 26, 2026 4:11 pm
autor: Romy Rilke
Istniało całe mnóstwo rzeczy, z których Romy Rilke potrafiła się cieszyć. Nie miała z tym problemu; była to jedna z tych cech, które odziedziczyła po ojcu. Cieszyły ją dla przykładu pierwsze promienie wiosennego słońca, David Bowie puszczony w radiu, którego pogłośniła nieznacznie, cicho przy tym podśpiewując i cieszyła ją wizja popołudnia spędzanego z Rafaelem. Naprawdę dużo rzeczy ją cieszyło, ale tego dnia, jedna cieszyła ją szczególnie. Miała prawdziwy powód do świętowania i właśnie to planowała dzisiaj robić.
Zerknęła na wyświetlacz telefonu. Przez myśl przemknęło jej, że może powinna jakkolwiek dać znać Montgomery’emu, ale ostatecznie nawet nie odblokowała ekranu. Powie mu później, już kiedy się spotkają. To nie była wiadomość, z jaką się dzwoniło, a już tym bardziej nie taka, o której informowało się przez smsa. Powie mu w domu. W swoim czasie. Dokładnie tak, jak mieli to w zwyczaju robić. Nie było w końcu rzeczy, która nie mogłaby poczekać. Tyle wystarczyło, aby odsunąć od siebie myśl o narzeczonym i skupić się na przyjemnościach, które na nią czekały.
Do mieszkania udało jej się dotrzeć jeszcze przed godzinami szczytu, omijając największe korki. Z Muzeum co prawda miałaby bliżej do domu, niż do mieszkania znajdującego się w Downtown, jednak nie przeszło jej nawet przez myśl, że mogłaby zmienić swoje plany i zamiast na Distillery District pojechać do York Mills, a zamiast z Rafaelem, spędzić popołudnie i wieczór z Montgomerym. Obładowana świeżo zrobionymi zakupami, zatrzasnęła drzwi łokciem, swoje kroki kierując do kuchni.
Romy Rilke miała wiele zalet i umiejętności. Kiedy patrzyło się na nią z boku, nie musiała się odzywać, aby zakwalifikować ją do tych zdolnych osób, urodzonych do tego, aby odnieść sukces. I rzeczywiście, Romy świetnie radziła sobie w towarzystwie, potrafiąc je kupić swoimi ciekawymi, błyskotliwymi anegdotami, była pracowita i skrupulatna, co zapewniało jej sukces na uczelni i przede wszystkim, była po prostu dobra w swoim fachu. Dobrze radziła sobie, prowadząc zajęcia, choć jej domeną było pisanie prac naukowych — artykułów, recenzji, czy nieco luźniejszych w formie esejów. Była wyszkolona w zdobywaniu uwagi, nie miała problemu z publicznymi wystąpieniami czy prywatnymi, zaciętymi dysputami. Świetnie jeździła konno i niczego sobie żeglowała, znała kroki podstawowych tańców towarzyskich i do dziś potrafiła zagrać na fortepianie kilka utworów, choć w narzeczeńskim tandemie tematyka muzyczna w całości była zarezerwowana wyłącznie dla jej narzeczonego. Potrafiła w każdym razie wiele, odbierając bogatą edukację, wykraczającą daleko poza akademickie mury. Nie potrafiła jednak jednego: nikt nigdy nie nauczył Romy prowadzić domu.
Dom, z którego wyrastała, był uporządkowany i zimny, prowadzony przez gosposię, mającą do pomocy jeszcze dwie dziewczyny. To im przypadało ścielenie łóżek, codzienne sprzątanie, prasowanie, gotowanie, robienie zakupów i wszystkie inne prace domowe, którymi Romy nigdy nie musiała się przejmować. Zrozumiała to, dopiero gdy przeprowadziła się do Toronto i po raz pierwszy zamieszkała sama. Plan, aby samodzielnie zająć się prowadzeniem jej nowego pierwszego prawdziwego domu, szybko spalił na panewce. Nie minął nawet miesiąc, kiedy jej mieszkanie zaczęła odwiedzać Nina, Gruzinka w średnim wieku, która za cel obrała sobie cichą opiekę nie tylko nad jej mieszkaniem, ale i nad samą Romy. Robiła to do dzisiaj, wciąż odpowiadając za porządek w mieszkaniu, w którym Rilke już od dawna nie mieszkała i w dalszym ciągu pozostawiając w nim przekąski i łatwe do podgrzania obiady, które często ratowały Romy, gdy zaszywała się w mieszkaniu, aby pisać.
Przełomem w kulinarnych katastrofach Romy — które szybko zresztą sobie odpuściła ani myśląc się w ten sposób kompromitować, choćby przed samą sobą — okazał się Rafael. Nie dokonał cudu i nie przeobraził jej z księżniczki w pracowitego i zaradnego kopciuszka, ale sprawił, że Romy nauczyła się robić w kuchni coś więcej, niż wyłącznie parzyć kawę.
— W samą porę! — rzuciła przez ramię wraz z chwilą, kiedy usłyszała otwierane drzwi. To mogła być tylko jedna osoba. Montgomery tu nie bywał. Nie od czasów, kiedy się z tego mieszkania wyprowadziła. Ostatnim razem, o ile dobrze pamiętała, był tutaj, gdy zabierała ostatnią turę z tych książek, które chciała mieć w nowym domu. Nie miał nawet swojej pary kluczy. Miał ją natomiast ktoś inny. Podobnie jak swoją szczoteczkę do zębów w łazience i ulubioną stronę łóżka. — Udało mi się jeszcze nie zepsuć naszego obiadu, ale nie wiem, co by było, gdybyś przyszedł dziesięć minut później.
Rafael Perez
Takes two to stoke the fires of unreality
: pn kwie 06, 2026 11:45 am
autor: Rafael Perez
Mieszkania w Distillery District nigdy nie nazywał swoim domem, nawet jeśli posiadał własny zestaw kluczy. Czuł się w nim natomiast, jak w bezpiecznej przestrzeni; sanktuarium, w którym mógł się schować, poszukując chwili wytchnienia. Początkowo pełniło jednak nieco inną funkcję, dając miejsce temu, co miało pozostać wygodne, zamknięte w ramach i pozbawione konsekwencji wykraczających poza kilka wspólnie spędzonych godzin. Rafael pilnował, by właśnie tak to wyglądało, by odpowiednio dobrane proporcje dystansu, czułości i dyskrecji utrzymały wszystko we właściwym porządku. Z czasem przestał się jednak oszukiwać, że chodzi wyłącznie o komfort. W mieszkaniu Romy było coś, czego coraz trudniej było mu szukać gdziekolwiek indziej — spokój pozbawiony pretensji, zainteresowanie, które nie było obowiązkiem, i uwaga skierowana na niego nie dlatego, że trzeba było omówić rachunki, dzieci albo organizację tygodnia, ale dlatego, że po prostu chciało się być blisko. Nie myślał o tym z dumą ani ze szczególnym poczuciem winy, a raczej z przyzwyczajeniem człowieka, który od dawna nauczył się rozdzielać życie na szczelne przedziały i w każdym z nich zachowywać się tak, jakby był jedynym prawdziwym.
Dzień na uniwersytecie okazał się długi, ale lubił takie zmęczenie, uporządkowane, konkretne, podszyte satysfakcją. Większą część popołudnia spędził w pracowni konserwatorskiej, pochylony nad niewielkim osiemnastowiecznym obrazem tablicowym, który trafił do konsultacji po latach nieudolnych ingerencji. Praca przy renowacji wymagała cierpliwości, wyczucia i pokory, dając jednocześnie poczucie kontroli, którego tak łatwo brakowało gdzie indziej. Przed wyjściem wysłał jeszcze krótką wiadomość do Marii, że nie wróci wcześnie i by nie czekała na niego z obiadem. Ich komunikacja od dawna była oszczędna, rzeczowa, bez pytań i bez dopowiadania czegoś, co kiedyś samo pchało się między nimi do rozmowy. Nie oczekiwał odpowiedzi od razu i nie potrzebował jej, żeby domyślić się tonu, z jakim przyjmie tę informację, jeśli akurat trafi na jeden z tych gorszych wieczorów, gdy w domu panowała irytacja. Nie chciał o tym myśleć, nie teraz, nie jadąc do Romy, więc pozwolił tej myśli odpłynąć równie szybko, jak przyszła.
Od razu po przekroczeniu progu poczuł unoszący się w powietrzu zapach przyrządzanej potrawy. Uśmiechnął się kącikiem ust, podświadomie gdzieś zadowolony z poczynionego przez pannę Rilke progresu. Nie, żeby postawił sobie za punkt honoru, by zrobić z niej wybitną kucharkę, a ze zwyczajnej swobody i bycia otwartą na to, co dla niej nowe. Romy została pozbawiona umiejętności prowadzenia domu, ograniczając się wyłącznie do rozeznania, gdzie w mieszkaniu rozłożone są poszczególne sprzęty. Rafael od najmłodszych lat był oswajany z pracami porządkowymi, jak i gotowaniem. Wspólne przygotowanie posiłku było w domu Perezów istotną częścią dnia, którą zresztą bardzo lubił, zwłaszcza w tanecznej atmosferze, która towarzyszyła jego rodzinie bez względu na to, czy praca była męcząca i przytłaczająca. Dom stanowił bezpieczną przestrzeń, miejsce wspólnej celebracji wolnego czasu, obecności bliskich — swobody w byciu sobą.
Zostawił w przejściu płaszcz i skórzaną, wypełnioną uczelnianymi dokumentami torbę, dalej dając się poprowadzić zapachowi.
— Mówisz, że o krok od katastrofy? — zaśmiał się, kiedy dotarł do kuchni. Zbliżył się do kobiety i nie zaglądając jeszcze do garnka, czysto zapobiegawczo skręcił nieco gaz na palniku. — Nie czuję spalenizny, więc zapowiada się dobrze. — Drugą rękę ułożył na biodrze Romy i przyciągnął ją do siebie, składając pocałunek na gładkim policzku. — Czy mam rozumieć, że coś dzisiaj świętujemy? — spytał, wolno wypuszczając ją z objęć, by stanąć obok, wspierając się tyłem o kuchenny blat. Rilke nie kręciła się po kuchni z obowiązku ani z nagłego zrywu, zbyt dobrze ją znał, żeby brać taki obrazek za neutralny element popołudnia. Jeśli gotowała sama, jeśli jeszcze zdążyła zrobić zakupy i wpuścić go do mieszkania z tym swoim jasnym, ledwie powstrzymywanym zadowoleniem, musiało stać za tym coś więcej niż zwykła chęć spędzenia razem czasu. A on, choć szczerze rozbawiony jej kuchennymi ambicjami, czuł pod tym także coś na kształt ciepła, które pojawiało się zawsze wtedy, gdy widział, że dopuszcza go do rzeczy nie do końca dla niej naturalnych. Nie potrzebował perfekcji. Wystarczało mu samo to, że próbowała.
Zawiesił na jasnej twarzy rozbawione spojrzenie i uśmiechnął się szerzej, już z czystą ciekawością.
— No dalej, preciosa. Czym mnie dzisiaj zaskoczysz?
Romy Rilke