Strona 1 z 1

Help, I'm still at the restaurant still sitting in a corner I haunt

: czw mar 26, 2026 7:44 pm
autor: Iris Valentine
To był absolutnie idiotyczny pomysł. Dała się namówić na tą durną aplikację, z której nic nie wynikało, a ona dała się namówić na kolejną bezsensową randkę. Jeszcze nie wyszła z domu, a już wiedziała, że to będzie coś bezsensownego. Mimo wszystko znajoma przekonywała ją, żeby spróbowała, bo przecież nie ma nic do stracenia. No i cóż… może poza wolnym wieczorem faktycznie nie miała nic do stracenia, ale i tak nie chciała wychodzić.
Jaki był finał?
Wylądowała w restauracji, której sama pewnie nigdy by nie wybrała, a w której ostatecznie skończyła sama. Iris Valentine nie miała dużego mniemania o sobie, jej ego nie było wystrzelone w kosmos i właściwie brakowało jej pewności siebie. Wbrew pozorom nie miała też bardzo dużych wymagań… poprzeczka była niziutko biorąc pod uwagę większość jej przeszłych relacji. I jeszcze została wystawiona.
Przyszła spóźniona parę minut, naprawdę tylko kilka… okazało się jednak, że mimo wszystko jest pierwsza. Czekała, jakiś czas czekała – naiwnie myśląc, że to zwykłe spóźnienie, że przecież korki, że coś mogło się stać. Nie dostała jednak żadnej wiadomości o problemach technicznych, a gdy wreszcie weszła na tą przeklętą aplikację zdała sobie sprawę, że para została usunięta. Została zghostowana, książkowo! Usunęła aplikację, obiecała sobie, że kończy z tym cyrkiem i rozejrzała się za kelnerką, żeby uregulować swój rachunek. W końcu nic tu po niej.
Kiedy jednak swojego rachunku – na kawę i wodę, więc nie był szczególnie spektakularny – dostała deser… zgłupiała. Tym bardziej, że patrzyła na talerz ze swoim ulubionym brownie i musiała sama przed sobą przyznać, że ktokolwiek o tym zdecydował – miał nosa. Nie wiedziała tylko dlaczego i spojrzała na kelnerkę zupełnie zdezorientowana. Ta tylko bąknęła pod nosem coś o szefie kuchni. Czy koleś z którym miała się dzisiaj spotkać był szefem kuchni, a to miał być jakiś nieśmieszny test na wytrwałość? Nie, nie potrafiła tego przypomnieć.
- Mogłabym go poznać? Tego szefa kuchni? – rzuciła za kelnerką, a ta tylko wymamrotała coś, że przekaże. Iris nie pozostało więc nic innego jak czekać, a wpatrując się w deser czuła, że… zna tego człowieka. Ze stanu lekkiego zawieszenia i zamyślenia wyrwał ją dopiero dźwięk odsuwanego krzesła przy jej stoliku. Drgnęła, podniosła wzrok i szczęka opadła jej do samej ziemi. Jednocześnie na jej twarzy zupełnie automatycznie pojawił się szeroki uśmiech – Wiedziałam. Wiedziałam, że muszę znać szefa kuchni! – rzuciła rozbawiona, kręcąc lekko głową – Czym sobie zasłużyłam?


Kevin Moen

Help, I'm still at the restaurant still sitting in a corner I haunt

: czw mar 26, 2026 11:03 pm
autor: Kevin Moen
001
Obrazek


Randka w ciemno? Tak. Kolacja w Café Polonez. Nie. To drugie zdecydowanie nie było idiotycznym pomysłem. Lokal był przytulny, a jedzenie świetnie. Szef kuchni czuwał nad tym osobiście. Iris nie mogła tylko wiedzieć, że jest nim Kevin. Nie utrzymywali kontaktu. Właściwie to mężczyzna prawie zapomniał o jej istnieniu, dopóki panna Valentine nie przekroczyła progu restauracji. Z trudem rozpoznał w niej tamtą drobną, wycofaną dziewczynkę, która czasem zjawiała się z rodzeństwem pod drzwiami Babci. Coś jednak podpowiadało mu, że jest znajoma i po dłuższym namyśle pokojarzył wszystkie fakty. Teddy coś kiedyś rzuciła w przelocie o jej powrocie do Toronto.

I to nie tak, że przyglądał się i analizował każdego klienta restauracji. Większość czasu spędzał na kuchni, czasem w ciasnym biurze organizując dostawy produktów. Kiedy jednak przez drzwi wchodziła ciemnowłosa piękność w ciasnej sukience, wodził za nią wzrok niejednego. Moen robił wtedy swoje, ale niechcący podsłuchał krótką wymianę kelnera z kucharzem. Stolik 13. Żyleta. Kąciki ust aż uniosły mu się z rozbawienia. Na szczęście był tylko facetem. Do tego przez większość życia samotnym. Ciekawość zwyciężyła. Przy pierwszej okazji wybrał się za bar i wtedy coś klikło.

- Długo tak czeka? - mruknął, szturchając jedną z dziewczyn i wzrokiem wskazując na Iris.

- Nie wiem, może z 40 minut? Chyba ją wystawił.

Ciężko było się kłócić z tym stwierdzeniem. Obsługa lokalu widywała takie sceny dość często. Być może zbyt często. Coraz trudniej było się dziwić epidemii męskiej samotności na świecie, ale nie Kevinowi to oceniać. Możliwe, że sam był częścią problemu. Jeśli tak, to tego wieczora postanowił stać się rozwiązaniem. W sensie nie tak dosłownie. Deser. Przygotuje dla niej deser. Czekoladowy, koniecznie. Kobiety kochają czekoladę. I lody. To już brzmiało jak plan.

W menu brownie jako tako nie figurowało. Kevin uważał je za zbyt oklepane, poza tym niewiele miało związku z polską kuchnią. Murzynek, to najbliższe co przychodziło Moenowi do głowy. W Café Polonez królował jednak sernik, pączki, ptasie mleczko i ogromne kokosanki. Zamówienie dla Iris wykonał osobiście. Takie przywileje szefa kuchni. Przyrządził je dokładnie według przepisu babci, który być może nadal wspominała. Gotowy talerz z gałką lodów o smaku słonego karmelu podsunął znajomej kelnerce.

- Podrzuć to na 13stkę, wszystko na mój koszt. I ani słowa o mnie, będę Ci dłużny - dziewczyna tylko zmierzyła go swoim martwym wzrokiem. Ah to młode pokolenie. Szczerze, to odrobinę go przerażało. Na szczęście zlitowała się zarówno nad Moenem, jak i nad brunetką, dostarczając pod jej nos stygnący deser. Kevin kilka minut obserwował wymianę ich zdań z daleka, potem wrócił na kuchnię. Długo tam jednak nie pozostał, bo kelnerka wróciła z wiadomością.

- Czego dokładnie w zdaniu 'ani słowa o mnie' nie zrozumiałaś Roxy? - Kevin westchnął, rozcierając palcami skronie.

- Co miałam jej powiedzieć? Deser zrobiła wróżka? - dziewczyna przewróciła oczami niewzruszona, krótko potem wracając do pracy. Ich rozmowa wzbudziła wystarczająco zainteresowania, żeby Moen poczuł potrzebę ewakuowania się z pomieszczenia. Dokąd ruszył? Do stolika 13. Nie miał wyboru. Ściągnął tylko z siebie fartuch. Przyciągałby uwagę innych gości.

- H-heej Iris, kopę lat - dziwnie by to wyglądało, gdyby stał, dlatego usiadł, nieśmiało machając jej na powitanie ręką. Chociaż nie była obcą osobą, czuł poddenerwowanie - Przygotowałem je, w sensie, my przygotowujemy je według oryginalnego przepisu Babci - wyjaśnił, uśmiech Iris odwzajemniając jeszcze zanim mózg mu zaskoczył - Nie obraź się, ale wyglądałaś jakby potrzebna Ci była transfuzja czekoladowa.


Iris Valentine

Help, I'm still at the restaurant still sitting in a corner I haunt

: pt mar 27, 2026 12:12 pm
autor: Iris Valentine
Nie zdawała sobie sprawy, że jej bardzo nieudane spotkanie mogło być tematem rozmów w restauracyjnej kuchni. Była święcie przekonana, że goście są dla obsługi jedynie numerami w karcie, zwykłym zamówieniem. I tak chyba było łatwiej myśleć, bo prawda byłaby bolesna… a Valentine musiałaby się zapaść pod ziemię, bo przygnieciona samotnością ostatnio zaskakująco często tak spędzała wolne od pracy popołudnia. I niestety bardzo często kończyło się to podobnie - porażka. Czy była więc tematem plotek obsługi przynajmniej kilku restauracji w Toronto? Fantastycznie. Zdecydowanie wolała o tym nie wiedzieć, zdecydowanie…
Nie miała też pojęcia dlaczego ktoś chciałby podstawić jej pod nos deser. Jakkolwiek dobry by nie był i jakkolwiek potrzebny by nie był… takie sytuacje zawsze ją krępowały. Nie to, żeby przywykła do deserów od szefów kuchni, ale chodziło raczej o sam fakt niespodzianki i prezentu. Dlatego, gdy nagle tajemniczy szef kuchni dostał ludzkiej twarzy i okazał się być dawnym znajomym… poczuła ulgę. To było zdecydowanie mniej krępujące! I zdecydowanie wywoływało uśmiech na jej dość pochmurnej dzisiaj twarzy.
Zdała sobie też sprawę, że wystarczył ułamek sekundy, żeby przypasować imię do twarzy oraz twarz do konkretnej postaci z przeszłości. Nie widzieli się wieki, nie miała pojęcia, co robił ze swoim życiem albo czy w ogóle ciągle mieszkał w Toronto, było więc to zaskakujące spotkanie. Zaskakująco przyjemne.
- Desery Twojej babci… - powtórzyła, a kącik ust drgnął jej w lekkim rozbawieniu. Starsza pani częstowała nimi siostry Valentine zdecydowanie częściej niż powinna, jeśli to miała być tylko sąsiedzka uprzejmość. Wtedy po prostu się tym cieszyła, dzisiaj rozumiała, że kobieta domyślała się jak źle wyglądała sytuacja w domu Valentine i że to ważne dla tych dziewczynek. Doceniała. Cholernie doceniała - Widzę, że odziedziczyłeś po niej zwyczaj faszerowania nas kaloriami. Fantastycznie, muszę zacząć wpadać tutaj częściej. - uśmiechnęła się pod nosem i przyglądała mu się uważnie. Głupim byłoby stwierdzenie, że się nie zmienił… zmienił, ale chyba wyszło mu to na dobre. Nie, wróć. Na pewno dorastanie wyszło mu na dobre - I nie obrażę się tylko jeśli zrobisz sobie przerwę i zjesz ze mną. - rzuciła zaskakująco swobodnie jak na to, że narażała się na kolejnego tego wieczoru kosza ze strony mężczyzny - I opowiesz, co u babci? Dawno jej nie widziałam. - bo unikam rodzinnego domu jak ognia, ale zdanie prawidłowo dokończyła tylko we własnej głowie. Chociaż jeśli ją pamiętał, pamiętał pewnie też jej niechęć do tego miejsca.


Kevin Moen

Help, I'm still at the restaurant still sitting in a corner I haunt

: czw kwie 02, 2026 9:09 pm
autor: Kevin Moen
Temat do rozmów to za wiele powiedziane. Kelnerzy byli po prostu uważni. Dobra restauracja działała jak zdrowy organizm. Klienci powinni być w niej obsługiwani płynnie, a Iris teoretycznie blokowała stolik. Pewnie dlatego pracownica zwróciła na nią uwagę. Koledzy z kuchni? Zachłysnęli się urodą Valentine i pewnie po cichu świętowali, że jej wybranek wcale się nie pokazał. Wychodziło na to, że Cafe Polonez brunetce kibicowało. Sam szef kuchni zjawił się przecież by osłodzić gorzkie rozczarowanie słodkim od wspomnień deserem.

O randce-niewypale rzecz jasna słowem nie wspomniał. Domyślał się, że Iris mogłaby poczuć się zawstydzona, nawet jeśli nic złego nie zrobiła. Zaufała nieodpowiedniemu kolesiowi. Tu leżała jej wina, ale Kevinowi młoda kobieta i tak strasznie imponowała. Jemu osobiście trudno byłoby zdobyć się na taką otwartość, zaryzykować. Trochę świadomie wybierał samotność, głowę wiecznie zaprzątając sobie pracą lub obowiązkami. Na przyjemności czas znajdował rzadko.

- Jasne, wpadaj kiedy będziesz miała ochotę. W czwartki serwujemy leniwe kluski - jako szef kuchni po prostu promował biznes. Nie chodziło o nic osobistego. Tak to sobie tłumaczył, kiedy słuchał z pewnym zaskoczeniem wypowiadanych przez siebie słów. W tym lekkim zdenerwowaniu chyba silił się na odrobinę nonszalancji. Jak ostatni kretyn. Był pewny, że wypadało to kiepsko. A co jeśli Iris uśmiechem usiłowała ukryć swoje zażenowanie? Wtedy chyba nie zaprosiłaby go do pozostania. Pora wziąć się w garść.

- Skoro tak ładnie prosisz - do końca dnia zostało niewiele. Kuchnia na pewno sobie bez niego poradzi. Mieli tam zgrany zespół i sporo zaufania Moena. Właściwie to wszyscy zgodnie twierdzili, iż mógłby czasem odpuścić. I zdecydowanie wziąć wolne. Tydzień. Najlepiej dwa. Problem w tym, że nie miał ani gdzie pojechać ani z kim. Rodzina w Europie mieszkała zbyt daleko, a on nie mógł zostawić dziadków na tak długo.

- Do ciasta powinnaś spróbować naszego kompotu z rabarbaru. To taki wywar podawany na zimno. Jest nieco gorzki, dobrze zbalansuje smak. Daj mi sekundkę - skoro miał dotrzymać kobiecie towarzystwa, nie chciał siedzieć przy pustym stoliku. Wrócił z dwoma szklankami, jak obiecał - Proszę - podał Iris jedną, ale zamiast kontynuować o babci, czekał aż spróbuje i wyrazi swoją opinię. Jako kucharz feedback klientów cenił najwyżej. Ciemne tęczówki dość intensywnie wyglądały pierwszego łyka oraz kęsa.


Iris Valentine

Help, I'm still at the restaurant still sitting in a corner I haunt

: pn kwie 06, 2026 7:45 pm
autor: Iris Valentine
Czy randkowanie wiązało się z ryzykiem? Głównie niewypału. Niczego innego się właściwie nie obawiała. Złamane serce już miała, jeszcze nie zdążyło się porządnie posklejać, więc właściwie nie było żadnego ryzyka, bo trudno zniszczyć coś, co już i tak było zniszczone. Nie sięgała też jakoś bardzo daleko w przyszłość – bo panicznie się bała, że zapeszy i nic z tego nie wyjdzie – więc chodząc (albo próbując chodzić) na randki nie szukała przyszłego męża. Chciała się po prostu dobrze bawić i trochę powalczyć z samotnością. Jak widać… bezskutecznie, bo nadal była samotna, a zanim Kevin pojawił się przy jej stoliku bawiła się też raczej średnio.
- Leniwe kluski? – spojrzała na niego zaskoczona, bo mówiło jej to absolutnie nic, ale bardzo zawzięcie próbowała sobie przypomnieć, czy miała okazję kiedyś spróbować czegoś takiego. Czy może jego babcia im kiedyś to zaserwowała? I chyba… chyba coś zaczęło jej świtać – Nie, nie mów! – niech nawet nie próbuje jej tłumaczyć, co to – Przyjdę kiedyś tylko po to, żeby się sprawdzić, czy dobrze pamiętam… albo raczej, czy w ogóle znam ten smak! – rzuciła pogodnie, obiecując sobie, że jeśli będzie miała kiedyś wolny czwartek to faktycznie wpadnie.
I uśmiechnęła się pod nosem, bo nie była pewna, czy można to było uznać za „ładne proszenie”, ale nie zamierzała wyprowadzać go z błędu. To było zaskakująco miłe spotkanie i chociaż nie miała z nim kontaktu od jakichś stu pięćdziesięciu lat, a przy okazji chętnie zapomniałaby o tych wszystkich ostatnich razach, gdy się spotkali (przez ojca oczywiście)… cieszyła się, że na niego wpadła. Tym bardziej jeśli miała próbować nowych rzeczy!
Na kompot z rabarbaru spojrzała dość podejrzliwie…
- I jesteś pewien, że nie chcesz mnie otruć? – rzuciła pół żartem, pół serio, ale spróbowała. I werdykt… nie był jednoznaczny! – Chyba pozostanę wierną fanką kawy i energetyków, ale ciekawe. Oryginalne. I raczej nie trujące! – i spróbowała już napoju pewniej, bo to nie tak, że jej nie smakował – Więc? – co u babci? Co u niego? Naprawdę była ciekawa! - Nie musisz opowiadać o babci, możesz o sobie! - zachęciła, uśmiechając się pod nosem i wbijając łyżeczkę w ciasto.


Kevin Moen

Help, I'm still at the restaurant still sitting in a corner I haunt

: sob kwie 11, 2026 3:55 pm
autor: Kevin Moen
Ciężko byłoby mu się wypowiedzieć w temacie randkowania. W swoim życiu zgłębiał go rzadko, głównie podczas studiów. Wtedy nawiązać kontakt było jakoś łatwiej, ale nawet wtedy nie bawił się w Don Juana. Czy chciał się zestarzeć samotnie? Zdecydowanie nie. Przez całe lata obserwował relację Dziadka z Babcią. To jak się wspierają, otaczają opieką, zastępują mu nieobecnych rodziców. Chyba takiej relacji szukał. Głębokiej, bezwarunkowej, ponadczasowej. Może nawet wierzył w te bajki o drugich połówkach. On zwyczajnie swojej jeszcze nie spotkał. Siostra zawsze mu docinała, że nie może tak siedzieć bezczynnie i oczekiwać, że miłość jego życia któregoś dnia po prostu wejdzie przez drzwi restauracji.

- Spokojnie, nie wywołują lenistwa. Są nieskomplikowane w przygotowaniu, stąd nazwa - kamień milowy za nami, Moen zdobył się na pierwszy żart. Poczucie humoru miewał dość drętwe, więc Iris nie powinna oczekiwać za wiele. Trzeba mu jednak oddać, że bardzo się starał by poprawić kobiecie nastrój. Odnosił tez wrażenie, iż nie za bardzo rozpacza po swojej nieudanej randce. Technicznie to chyba oznaczało, że pozostaje singielką. Chętnie by zapytał, ale obecnie raczej wolał zająć ją rozmową na jakikolwiek inny temat.

- Z zasady staramy się nie truć klientów - brunet odpowiedział jej kolejnym żartem. W towarzystwie panny Valentine przychodziły mu jakoś prościej - Ale z tym smakiem zdecydowanie trzeba się oswoić. Teoretycznie rabarbar to nawet nie owoc, tylko warzywo - jak widać Kevin nigdy nie wychodził ze swojej roli szefa kuchni. Te tematy były mu bliskie i znał się na nich doskonale, musiał jednak uważać by dziewczyny nie zanudzić. Bardziej od jedzenia zdawała się interesować poczynaniami seniorki rodu Moen. Może też odrobinę jego osobą, co szybko sprostowała.

- Babcia i dziadek mają się doskonale jak na swój wiek. Lekarze twierdzą, że to dzięki dobrej diecie, temu jak aktywne życie prowadzili i jak wiele czasu spędzali na świeżym powietrzu. Widocznie w tym tkwi sekret długowieczności - zdradził mężczyzna, posyłając jej kolejny uśmiech. Nareszcie też pozwolił sobie na łyk kompotu, upewniwszy się, że brunetka zabrała się za ciasto z lodami - A jeśli chodzi o mnie, skończyłem szkołę i zostałem kucharzem. Chcę dobrze karmić ludzi, tak samo jak Babcia. Plus polska kuchnia zasługuje na więcej uznania w Toronto.

Iris Valentine

Help, I'm still at the restaurant still sitting in a corner I haunt

: ndz kwie 12, 2026 7:05 pm
autor: Iris Valentine
Iris nie mogła oczekiwać zbyt wiele. Ba! Nie miała absolutnie żadnych oczekiwań. Po pierwsze jej wieczór już i tak nie wypalił tak jak miał wypalić, więc pozostawała tylko improwizacja. A po drugie… tak dawno nie widziała się z Kevinem, tak długo nie mieli ze sobą żadnej styczności, a przy okazji ich relacja nigdy nie była szczególnie głęboka - że trudno byłoby stwierdzić, że go znała i miała prawo do jakichkolwiek oczekiwań. Po prostu zawsze był… miły i na pierwszy rzut oka wydawało się, że to akurat się nie zmieniło. W końcu wcale nie musiał do niej dołączać, prawda? A już na pewno nie musiał jej serwować czekoladowego deseru! Żarty były równie mile widziane i nawet jeśli nie należały do tych najwyższych lotów - zaśmiała się. I nie, zdecydowanie nie rozpaczała po nieudanej randce. Nawet jeśli przez chwile było jej przykro to cóż… nie pierwsza i nie ostatnia!
- warzywo? - zdziwiła się, bo ostatecznie w smaku wydawał się być bardziej owocowy niż warzywny, ale co ona tam wiedziała, prawda? Istniało duże prawdopodobieństwo, że miała je pierwszy raz w ustach i może Kevin miał rację, wystarczyło się z nim oswoić. A jeśli chodziło o jedzenie to nigdy nie była szczególnie… kręcąca nosem. Po prostu wolała kawę i inne niezdrowe rzeczy, zamiast… warzyw.
- Czyli oszukali system… fantastycznie - była bardzo widoczna różnica między trybem życia jego dziadków, a jej własnego ojca i no cóż… widać kto na tym wygrał. Szczerze? Cieszyła się z tego, jakkolwiek źle by to nie zabrzmiało - Wydaje mi się, że widziałam Twoją babcię na pogrzebie mojego ojca, ale może tylko mi się wydawało. Zresztą trzymałam się na bezpieczną odległość, więc mogłam pomylić. W każdym razie pozdrów ich ode mnie i przekaż, że bardzo dobrze cię wyszkolili… bo to jest naprawdę dobre Kev. - pochwaliła, uśmiechając się pod nosem i kolejny raz dźgając widelcem deser, który zdecydowanie dobrze jej robił na serduszku - Ale jesteś szefem kuchni, czy zaszalałeś i to twój lokal?

Kevin Moen

Help, I'm still at the restaurant still sitting in a corner I haunt

: sob kwie 18, 2026 10:14 pm
autor: Kevin Moen
Słuszne podejście. I wyjaśniało czemu tak szybko zapomniała o randce. Kevin może nie rozmawiał z dziewczyną długo, ale nabierał pewności, że strata leżała po stronie gościa, który nawet się nie pokazał. I to podwójna, bo nie zasmakował kuchni Café Polonez. Zyskał za to Moen, bo miał okazję odświeżyć nieco znajomość sprzed lat. Nie pamiętał kiedy ostatni raz tyle się uśmiechał. Doszło do tego, że zwróciło to uwagę obsługi, która po cichu i nieco w szoku obserwowała parę przy stoliku. Do tego brownie, którego nawet nie oferowali w menu. Z boku zaczynało to wyglądać na randkę.

- Bardzo możliwe - brązowe tęczówki jeszcze raz skupiły się na twarzy Iris, próbując odczytać jej stosunek do tematu ojca. Brzmiało to źle, ale w teorii powinna chyba odczuwać ulgę. Mężczyzna nie mógł więcej skrzywdzić jej ani nikogo innego. Świat był bez niego nieco lepszym miejscem.

Valentine myliła się tylko w jednej kwestii. Dziadkowie może i wyszkolili dobrze Kevina, ale nadal wiele mu do nich brakowało. Nie potrafił być tak wyrozumiały jak oni. Nie chciał słuchać o uzależnieniu ani strasznej chorobie jaką stanowił alkoholizm. Dziadek był podobnego zdania, dlatego na pogrzebie babcia zjawiła się sama.

- Jeśli ich pozdrowię, będziesz musiała ich niedługo odwiedzić. Inaczej nie przestaną mi suszyć głowy. Będą zachwyceni. Nie mogą już tyle co kiedyś, więc na ogół nudzą się w domu. Taka wizyta to dla nich spore wydarzenie - wyjaśnił, odkładając na chwilę szklankę z kompotem, żeby podwinąć z powrotem rękawy koszuli. Wybór może dość nietypowy jak na pracownika kuchni, ale Moen nie potrafił się przemóc żeby przyjść na zmianę w T-shircie i dresowych spodniach. Całe szczęście. Wyglądałby przy Iris jak jakiś obdartus.

- Właściwie to jestem pewien, że będą mieli do mnie pretensje, że nie przyciągnąłem Cię siłą od razu - nawet cicho się zaśmiał, dosłownie słysząc gderanie Babci w uchu. I te dziesiątki pytań, które nastąpią zaraz potem. Weźmie to na siebie. Brunetka nie przyszła tu przecież na przesłuchanie. Kevin miał nadzieję, że miło spędza z nim czas.

- Jestem szefem kuchni i autorem menu. Niestety nie ja wpadłem na ten pomysł - tu lekko pogestykulował, dłońmi wskazując na cały lokal. Wcześniej pełne dookoła nich stoliki powoli pustoszały. Na zapleczu z pewnością odliczali już czas do zamknięcia kuchni.


Iris Valentine

Help, I'm still at the restaurant still sitting in a corner I haunt

: pn kwie 27, 2026 7:21 pm
autor: Iris Valentine
Poczuła na sobie jego uważne spojrzenie, gdy wspomniała o ojcu. Albo raczej o jego pogrzebie, bo o samym panu Valentine z zasady generalnie nie rozmawiała. Temat dla niej nie istniał od bardzo dawna. Bardzo! Właściwie jak tylko skończyła szkołę starała się jak najszybciej usamodzielnić, wyprowadzić z rodzinnego domu i mieć z tymi ludźmi jak najmniej kontaktu. Im dalej tym lepiej! I można nawet powiedzieć, że poszło jej to całkiem nieźle, bo sporo czasu spędziła na Bliskim Wschodzie, a skoro wolała pojechać tam niż mieszkać z rodzicami… to wiele o nich mówiło. A to, że na pogrzebie trzymała się tylnych rzędów i nie brała udziału w przedstawieniu swojej zrozpaczonej matki – to już mówiło o niej.
Nie wybaczała wcale tak łatwo. Pewnych rzeczy nie była w stanie wybaczyć wcale.
Zaśmiała się natomiast, gdy stwierdził, że pozdrowienia oznaczałyby ryzyko zaproszenia. Wspominała ich dobrze, ale trochę trudno było jej uwierzyć, że mogliby chcieć się z nią spotkać, bo też i dlaczego, prawda? Nie wydawało jej się, żeby miała im jakoś szczególnie mocno zapaść w pamięć – była tylko córką ich problematycznych sąsiadów, która szybko zniknęła z radaru.
- Daj spokój… na dobrą sprawę nie jestem pewna, czy pamiętają o moim istnieniu. Dzieciaków w sąsiedztwie było sporo. Nawet nas było sporo. Jak im powiesz, że spotkałeś Iris i przekazujesz od niej pozdrowienia będziesz musiał przez dobry kwadrans tłumaczyć kim była Iris i która to była z tych Valentine. – uśmiechnęła się do niego pogodnie, bo nie miała z tym absolutnie żadnego problemu. Wierzyła, że tak być powinno. Jej raczej… średnia pewność siebie (lub nazywając rzeczy po imieniu – brak pewności siebie) nie pozwalała jej myśleć inaczej. Nigdy nie czuła się wyjątkowa. Nie była wyjątkowa.
A teraz gdy machnął ręką wskazując na cały lokal – sama się rozejrzała. I nie umknęło jej uwadze, że cóż… zrobiło się pusto, a to pewnie oznaczało, że zrobiło się też późno.
- Mam dziwne wrażenie, że zaraz się zamykacie. A ja zawracam ci głowę. – prychnęła sama na siebie i sięgnęła po telefon – pierwszy raz od dłuższego czasu, bo gdy Kevin pojawił się przy jej stoliku zupełnie straciła zainteresowanie elektroniką – Dziękuję. Za ciastko i ten no… kompot. – z rabarbaru, którego wcześniej nie miała okazji próbować – I towarzystwo. Naprawdę miło było cię spotkać, Kev. – a ona niewątpliwie powinna się już zbierać, a nie zajmować mu czas. Na pewno miał lepsze plany na wieczór.


Kevin Moen