Velvet mirage.
: czw mar 26, 2026 10:43 pm
One.
Powinieneś już wypierdalać. W tym domu nie ma miejsca dla nieudaczników.
Obiecuje, że jak cię tylko namierzę, to zniszczę ci życie.
Santorini. Wiem, że jest w Toronto. Przydaj się do czegoś.
Nie chcesz? Pamiętaj, że wiem o tobie wszystko. Lepiej się nią zajmij, albo pożałujesz.
Szatan zna Twoje grzechy i nie pozwoli Ci odejść w spokoju — Enzo nie był wierzący. Nie wyznawał żadnej religii, żadnej wiary. Tę stracił już dawno temu, prawdopodobnie już za czasów dzieciństwa. Obserwował z boku to, co działo się w domu; jak lalka kurząca się na komodzie przez lata tylko po to, by na koniec zostać wyrzucona. Stare przedmioty i zabawki miały swój termin ważności. Dzieci je wyrzucały, gdy dorastały. Dzieci zamieniały lalki na lakiery do paznokci, chłopcy wyrzucali samochodziki i zastępowali je grami komputerowymi. Czas przedział nieubłaganie do przodu, zostawiając za sobą wspomnienia. Ludzie dojrzewali, z wiekiem stawali się coraz markotniejsi, coraz gorsi. Coraz mniej szczęśliwi, coraz bardziej zgorzkniali i skłonni do nieludzkich czynów. Zabawki były tylko początkiem tego etapu dorastania. Z miesiąca na miesiąc coraz bardziej traciło się wiarę w ludzi. W osobach, takich jak Enzo, tej wiary brakowało. Ojciec pokazał mu świat, w którym wszystko było szare, ponure i pozbawione sensu. Mógł mu za to podziękować; nauczył go, że najbliższa rodzina potrafiła zawieść. Każdy kolejny zawód bolał mniej. Złamane serce nie bolało, bo przecież wiedział, że szczęście nie było wieczne dla kogoś, kto był tylko narzędziem służącym do zabawy. Zbyt wiele razy się rozczarował, by teraz przejmować się takimi rzeczami. To, co odczuwał, nie miało nic wspólnego ze smutkiem. To było to dziwne, zalegające na dnie żołądka niczym kamienie uczucie, przypominające ociężałość. Tyle że Enzo odczuwał to w głowie. Ojciec przez wiele lat zatruwał mu myśli i głowę swoimi chorymi dewizami. Prawił o więzach rodzinnych, o zobowiązaniach względem członków rodziny, o przeznaczeniu, o wykonywaniu poleceń. Szydził z ludzi, traktując wszystkich jak figury porozstawiane na szachownicy zwanej życiem. Lorenzo musiał się od tego odciąć. Potrzebował wolności i przede wszystkim spokoju. Niestabilność w życiu codziennym przyprawiała go o frustrację. Chodził podirytowany, niezadowolony. Sporo palił, jakby to miało mu pomóc w uspokojeniu. Pomagało, ale tylko na chwilę. Dym zatruwał płuca, dając ciemnowłosemu krótkotrwałą chwilę ukojenia. Najgorsze były wieczory. Nie te, w których normalnie zasypiał, lecz te, w które przypominał sobie o poczuciu beznadziejności i wyrzutach sumienia, z którymi musiał mierzyć się ostatnie dwanaście lat.
Elena Santorini nie była osobą, której potrzebował. Nie była ostatnim elementem układanki ani kimś, kto pomógłby pomóc odnaleźć mu spokój ducha. Widział w niej gwóźdź do trumny. Kogoś, przez kogo wyląduje w płytkim grobie, zagrzebany przez własnego ojca, jeśli i tym razem zawiedzie ojca. Nieszczególnie podobała mu się wizja bycia ściganym przez członka swojej rodziny. Nie odczuwał też żadnej radości z obserwowania Eleny Santorini. Zadanie, które miał do wykonania wydawało się bardzo proste. Musiał dokończyć to, co zaczął lata temu. Wyśledził jej rodzinę, nakierował ojca na trop Lorenzo, ojca Eleny. Przyczyniłby się do ich śmierci, tym razem całkowicie świadomie i bez skrupułów. Wiedział, że nie byli dobrymi ludźmi. Nie wiedział, że Fedrico będzie chciał szukać Eleny, bo uznał ją za zagrożenie. Enzo dowiedział się o tym zaledwie kilka dni temu. Miał ją poobserwować, sprawdzić, czy pielęgnowała mafijną tradycję swojej rodziny. Podobno brała udział w szemranych interesach; jakich? Musiał to ustalić.
Wieczór wdarł się do miasta, niosąc za sobą porywisty wiatr i przeszywające zimno. O tej godzinie teatr nie był tylko obiektem kultury, był bijącym sercem miasta. Osoby zainteresowane choć trochę sztuką teatralną lub baletem wchodziły do wnętrza budynku — nie mogli doczekać się spektaklu. Enzo nie lubił teatrów. Nie pasował do tego miejsca, w którym mężczyźni poubierani w garnitury próbowali udowadniać swoją męskość, a kobiety zakładające eleganckie suknie robiły z siebie damy, choć na co dzień ich życie nie miało zbyt wiele wspólnego z kulturą. Kłamać potrafił każdy. Stojąc oparty o budynek w skórzanej kurtce, kończył dopalać papierosa. Mijający go ludzie zerkali na niego z mieszaniną dziwnych emocji wymalowanych na twarzach. Dostrzegał w tych spojrzeniach i pytanie i niepewność. Rozumiał przekaz. Nie prezentował się najlepiej na tle tego ekskluzywnego miejsca. Nawet nie próbował wyglądać dobrze w świecie fałszu i przepychu. Podłapując czyjeś spojrzenie, elegancko kiwał głową, jak bezdomny alkoholik szukający towarzystwa w klasie społecznej, do której nie należał. Zerknął na zegarek, czekając na godzinę zakończenia spektaklu. Pozostało już niewiele czasu do spotkania z Eleną Santorini, o której wciąż wiedział niewiele. Przyznać musiał szczerze, że nie była mistrzynią kamuflażu. Wiedział, że jako primabalerina radziła sobie świetnie; był na jednym z jej występów. Właściwie pokaz baletowy nosił ten sam tytuł, co ten wystawiany tego wieczora. Pamiętał każdy detal występu. Miał wyśmienitą pamięć. Zwłaszcza wtedy, gdy skupiał się na zadaniu. Tym razem zamierzał zwrócić na siebie jej uwagę; nie poprzez obecność, nie poprzez aurę. Zamierzał do niej zagadać, gdy tylko wyjdzie na zewnątrz.
— Świetnie sobie dzisiaj poradziłaś — Zagadał, wyłapując ją kątem oka, gdy wychodziła z budynku. Właśnie tymi słowami i nutą nonszalanckiego podziwu w głosie, zamierzał zatrzymać ją na dłużej niż przysłowiową chwilę. Pytanie, czy chciała mu ją poświęcić.