Strona 1 z 1

you better collaborate

: pt mar 27, 2026 7:55 pm
autor: Pilar Stewart

027.
she had a plan
he didn't know about


Wrzesień, 2024
18:54

Dźwięk szpilek odbijających się o idealnie wypolerowaną posadzkę wybrzmiał dookoła, dogrywając się do rytmicznej melodii z głośników, kiedy Stewart weszła do klubu. W środku tygodnia nie było tu dużo ludzi — stałe grupki znajomych, zorganizowane wyjścia z pracy facetów w garniakach i spotkania biznesowe, które miały pójść łatwiej w towarzystwie dobrej szkockiej i drogiego rumu. Nieczęsto nosiła sukienki, a jednak tego dnia przyodziała się w najlepszą, jaką miała — obcisłą czerwoną, która nie tylko podkreślała ciało ale i jej ognisty temperament. Włosy rozpuściła, kręcąc je delikatnie, wszystko doprawiając równie krwistą szminką. Nagle o wiele bardziej pasowała do tego miejsca dla bogaczy. Jakby tu faktycznie należała. Była częścią tego skurwiałego świata, w którym wszystko dało się kupić za pieniądze. Nie przyszła tu jednak żeby się bawić, czy sprawdzać tą teorie. Miała robotę do zrobienia.

19:28

Obserwowała go już od jakiegoś czasu. Nie była pewna, ile minut dokładnie minęło, jednak wystarczająco długo, by upewnić się, że wszystko szło zgodnie z planem. Grupka mężczyzn jak co czwartek spotykała się przy loży najbliżej schodów, by rozmawiać o interesach i kryzysach. Większość z nich miała może po czterdzieści, pięćdziesiąt lat i włosy doczepiane prosto z Turcji. Był wśród nich również on — Lorenzo Lawrence. Człowiek, który chociaż dla policji wciąż był poniekąd zagadką, tak na ten moment wydawał się jedynym osobnikiem, który miał jakikolwiek związek ze sprawą morderstwa. Czyniło go to również jedyną osobą, która mogła im pomóc w śledztwie. Eliot jak na naczelnika przystało — w dodatku narwanego — od razu chciał zgarniać go na komisariat i rozmawiać w sali przesłuchań. Pilar jednak miała na to nieco inny plan. O wiele bardziej… kameralny.

19:31

Nagłe szuranie krzeseł przecięło muzykę, a wzrok Stewart powędrował w stronę loży. Koniec spotkania. Zeskoczyła z wysokiego stołka i szybko zamówiła u barmana kolejną porcję Martini. Pod pretekstem zapłaty, odwróciła się na moment w ich kierunku, odszukując wzrokiem Lorenzo. Korzystając z faktu, że skierował się jeszcze do toalety, naciągnęła bardziej sukienkę i przewiesiła torebkę przez ramię, wyczekując na odpowiedni moment. A potem wszystko poszło już jak po sznureczku: kiedy Enzo przechodził wzdłuż baru, Pilar w odpowiednim momencie odwróciła się z drinkiem, jakby chciała odejść od lady, wpadając prosto na niego. A raczej sprawiając wrażenie, jakby to on wpadł na nią, bo całe Martinii, które wcześniej było w cieniutkim szkle, teraz znajdowało się na jej piersiach i brzuchu.
Ah mierda — rzuciła pod nosem, bardziej do siebie niż do niego, spoglądając w dół na cały chaos, który właśnie się wydarzył, chociaż przecież Enzo doskonale znał hiszpański. Rozstawiła ręce szeroko, by już nikogo więcej nie ochlapać. Dopiero po chwili podniosła na niego ciemne spojrzenie. — Wybacz, nie widziałam cię — powiedziała spokojnie, malując na twarzy delikatny, zaczepny uśmiech, im dłużej mu się przyglądała wielkimi, brązowymi oczami. — Ale skoro jednego już zmarnowałam w tak mało efektywny sposób, może kolejnego wypijesz ze mną? — zaproponowała, nawet na moment nie ściągając z niego swojej pełnej uwagi.

Enzo Lawrence

you better collaborate

: czw kwie 02, 2026 3:35 pm
autor: Enzo Lawrence
Two.


Miasto niknęło za kotarą zbliżającego się wieczora. Słońce zachodzące nad Ontario odbijało się od tafli wody, przyprószając ją złotem. Mieszkańcy miast wracali do domów z zamiarem odpoczynku po dłużącym się dniu. Prawdopodobnie większość marzyła o zjedzeniu kolacji, przebraniu się i położenia do łóżka. A jeśli nie większość, to przynajmniej część. Wśród tych ludzi byli też ci, którzy korzystając z wolnego popołudnia, raczyli się dobrodziejstwami oferowanymi przez nocne życie miasta rozpoczynające się chwilę przed zmrokiem. Spotkania towarzyskie przekładane z tygodnia na tydzień, w końcu miały okazję dojść do skutku. Lawrence należał do tych osób przekładających jedno z takich spotkań. W ostatnim czasie nie miał głowy do rozwijania sieci biznesowej, ani rozmów z kontrahentami. Zbyt zajęty szukaniem Chloe i odnalezieniem dowodów na niewinność klienta, który w ostatnim czasie się z nim skontaktował, zaniedbywał resztę obowiązków. Odkładał je na bok, skupiając się na nowym celu. Poszukiwania Chloe również stanęły w miejscu. Dziewczyna się rozpłynęła, o ile można było tak powiedzieć. Wiedział, że przebywała w Toronto, ale żeby ją odnaleźć, potrzebował informatorów. Zabawne, że w podmieście główną walutą były informacje. Plotki rozchodzące się po klubach i miejscowych barach potrafiły być pomocne — oczywiście po odpowiednim sprawdzeniu ich wartości. Niektóre były po prostu pustymi zdaniami pozbawionymi jakiegokolwiek znaczenia. Ludzie dopowiadali własne historie, przerabiali kilka razy pierwowzór i utrudniali ich weryfikację. Podążanie za nimi przypominało szukanie igły w stogu siana. Tyle, że Enzo był uparty. Jeśli istniał, choć cień szansy na to, że między słowami udałoby mu się znaleźć jakieś wskazówki dotyczące miejsca pobytu Wilson, był skłonny poruszyć piekło, by to zrobić. Między innymi dlatego tego wieczoru, przed godziną siódmą, pojawił się w klubie dla szanowanych biznesmenów i bogaczy.
Wystrojeni w dziwne obcisłe garnitury, marynarki i spodnie z idealnie wyprasowanymi kantami, wyglądali, jakby byli wyrwani z magazynów modowych z lat osiemdziesiątych. Rozumiał, że gust mężczyzn starszych od niego o mniej więcej dwadzieścia parę lat mógł być zgoła inny niż ten jego. Niektórzy nie szli z duchem czasu, woleli tkwić w latach, które uznawali za wygodne. Obserwując ludzi, nietrudno było wywnioskować, że lubili stagnację. Chęć zmian przychodziła im z trudem; z jednej strony nie było w tym nic dziwnego. Z drugiej, gdyby wszyscy mieli tak zamknięte umysły, świat wciąż nie wyrwałby się spod egidy ery kamienia łupanego. Postęp był potrzebny. Gdyby nie nowe technologie i możliwości, wiele systemów byłoby zawodnych. Podobno wszystko zmierzało w dobrą stronę. Oby tak było.

Idąc wzdłuż rozciągającego się przy ulicy budynku klubu, trzymał między palcami prawej dłoni papierosa. Obracał go co chwila i wsuwał ponownie do ust, zaciągając się nim głęboko. Nijak nie pasował do towarzystwa, z którym miał się spotkać. Obserwując go z boku, nietrudno było zauważyć, że wyróżniał się na tle elegancko ubranych mężczyzn. Garniturów ani koszul nie nosił. Chyba że sytuacja go do tego zmuszała. Stawiał w głównej mierze na wygodę. Spotkanie, na którym miał się stawić, było dość ważne z punktu widzenia rozwoju firmy; tyle że jemu na tym nie zależało. To była tylko przykrywka. Dzięki własnej firmie mógł pozwolić sobie na pracę w cieniu. Wywiązywał się ze swoich obowiązków i nie wzbudzał podejrzeń. Przynajmniej starał się tego nie robić. Z wprawą i precyzją czyścił po sobie wszelakie ślady obecności w sieci. Nie potrzebował dodatkowych kłopotów. Wystarczył mu konflikt z ojcem, nie chciał wchodzić w drogę również policji. Na spotkanie z niejakim Anthonym szedł nieświadomy tego, że policja już wpadła na jego trop. Nie wiedział, że był pod obserwacją — choć intuicja kazała mu się odwrócić i spojrzeć za siebie. Wolał mieć święty spokój. Skoro nikogo nie zauważył, uznał, że był sam.
Spotkanie ciągnęło się w nieskończoność. Siedział znudzony w miejscu dla vipów, popijając jednobarwny alkohol ze szklanki. Niewiele się odzywał. W tym momencie był tylko słuchaczem. Wtrącał się, gdy mógł światło stwierdzić, że był zaznajomiony z tematem. Wszystko w tym miejscu było przesadzone. Ten cały prestiż i kanapy, które gdyby tylko mogły, opływałyby złotem. Wypachnieni drogimi wodami kolońskimi mężczyźni po pięćdziesiątce i te kelnerki kręcące się wokół stolika. Musiały udawać choć trochę zainteresowania, żeby dostać napiwki. Ostatecznie ludzkie wartości i moralność dało się wycenić przy pomocy pieniędzy. W poszukiwaniu łatwego zarobku niejeden zaprzedałby duszę diabłu. Enzo wysłuchując przekomarzanek starszych od siebie mężczyzn, sprzedałby ją za ciszę i spokój. Z całej trójki to Anthony interesował go najbardziej i to właśnie jemu zamierzał poświęcić więcej uwagi. Słyszał, że ten szanowany biznesmen, właściciel kilku hoteli o nieciekawej opinii, lubił udzielać schronienia przestępcom. Gdyby nie te pogłoski, nie byłoby Lorenzo. Po zakończonym spotkaniu podniósł się z miejsca, żegnając się uściskiem dłoni z mężczyznami. To oni jako pierwsi opuścili klub — on zamierzał jeszcze zostać. Wypicie kilku dodatkowych szotów przed godziną ósmą było doskonałym pomysłem. Zszedł schodami prowadzącymi na parter. Tam znajdywał się parkiet i grupa pochłoniętych tańcem osób. Jego interesował tylko bar. Przecisnął się przez niewielką grupkę z nadzieją, że po drodze nie spotka go żadna niespodzianka.
A jednak się pojawiła.
Przybrała formę kobiety w czerwonej sukience. Nie był pewien, czy to on wpadł na nią, czy może ona na niego — choć drink spływający po jej biuście i brzuchu sugerował, że wypadek leżał po jego stronie. Spomiędzy jego ust wyrwał się dźwięk przypominający prychnięcie; rozbawiona reakcja spowodowana przekleństwem w języku hiszpańskim, które usłyszał.
— Culpa mía, ja ciebie też nie — A powinienem, dodał w myślach, przesuwając łagodnym spojrzeniem po sylwetce kobiety. Ostatecznie zatrzymał spojrzenie na wysokości jej oczu; zaczepne, może nieco osobliwe, zupełnie jak jej uśmiech. Z kobietami bywało różnie. W pierwszym momencie nie był pewien, co do tego, w jaki sposób się zachowa. Był przygotowany na odstawienie akcji rodem z tureckiej telenoweli. Spotkał się z miłym rozczarowaniem. Nieznajoma nie podniosła głosu, nie zrzuciła na niego winy. Zareagowała ze spokojem, którego zabrakłoby niejednej przewrażliwionej na punkcie swojego wyglądu kobiecie. — Wiesz, tak ostatecznie to martini wylądowało w dość intrygującym miejscu.
Słysząc propozycję, zsunął spojrzenie z jej twarzy, by przenieść je na chwilę w stronę baru. Westchnął cicho, teatralnie, jakby próbował podjąć najtrudniejszą decyzję tego wieczora. Wsunąwszy dłonie do kieszeni, przybrał nonszalancką pozycję. Niektórych ten sposób stania drażnił. Wmawiali sobie, że oznaczał brak szacunku — jemu było tak po prostu wygodniej.
— I jesteś pewna, że mokra sukienka nie będzie ci przeszkadzać? — Nie był co do tego pewien, próbował ją wybadać. Kobieta sprawiała wrażenie pewnej siebie i zdecydowanej. Skoro ona nie miała wątpliwości, to dlaczego on miałby je mieć?
— W każdej innej sytuacji bym odmówił. Ale tym razem zrobię wyjątek. Postawię ci to martini. W ramach odkupienia win zaproponował, wskazując otwartą dłonią miejsce przy barze. Przepuścił ją przodem. Mogła wybrać sobie miejsce, które jej odpowiadało. Mógł się dostosować; jemu było wszystko jedno czy usiądą przy końcu baru, czy bliżej miejsca, w którym muzyka rozbrzmiewała dużo głośniej.
Przysiadł obok Pilar, opierając ręce o blat. Barman krzątający się za ladą przygotowywał drinka. Zapach świeżo wyciśniętego soku z cytryny unosił się w powietrzu. Stojący obok shakera sok pomarańczowy i butelka blue curaçao sugerowały, że barman mógł pracować nad neon citrus rush. Kolorowym drinkiem idealnie pasującym do klubowego vibe’u. Orzeźwiający, egzotyczny drink mógł stać się hitem tej imprezy.

Pilar Stewart

you better collaborate

: ndz kwie 12, 2026 6:41 pm
autor: Pilar Stewart
W życiu Pilar nie było przypadków.
Wszystko co robiła, było wcześniej starannie zaplanowane. Miała analityczny umysł. Nagminnie szyła w głowie różne wariacje scenariuszy, które potencjalnie mogły się wydarzyć. Lubiła przecież być gotowa na wszystko. Połowa życia spędzona w bidulu i lata w policji sprawiły, że potrafiła manipulować rzeczywistością. Zaplanować czynności, które doprowadzą ją do miejsca, które potrzebowała. Dokładnie tak samo było z drinkiem, który tego wieczoru skończył na jej piersiach.
Czuła, jak zimna ciecz wraz z lodem, spływa po rozgrzanej skórze, a czerwony materiał sukienki wchłania w siebie nadmiar wilgoci. Może i nie było to najbardziej przyjemne uczucie, ale przecież Pilar nie miała w sobie nic z damy. Nawet gdyby nic od niego nie chciała i tak nie zrobiłaby z tego afery. Ale chciała. Potrzebowała informacji. Jednak żeby je zdobyć, musiała pierwsze znaleźć się z Lawrencem w jakimś ustronnym miejscu.
Osobiście wolałabym, żeby skończyło w moim gardle — odpowiedziała od razu, intencjonalnie kładąc nacisk na ostatnie słowo, przy okazji przyglądając mu się uważnie. — Ale podobno jak się nie ma co się lubi… i takie tam — machnęła ręką, nawet nie kończąc, jasno dając znać, że przecież nie było to istotne, a poza tym oboje wiedzieli co miała na myśli.
Martini oczywiście.
Uniosła wysoko brew, gdy spytał, czy była pewna, że mokra sukienka nie będzie jej przeszkadzać.
Mi nie — uśmiechnęła się delikatnie, na krótką chwilę spuszczając wzrok na własne piersi, przez automatycznie i ciemne oczy Enzo musiały tam zawędrować. Materiał faktycznie był ciemniejszy praktycznie na całej szerokości, a gdzieś pośrodku nawet ostała się samotna oliwka nabita na cieniutką wykałaczkę. Stewart uniosła dłoń, by zgarnąć ją między palce, a następnie ściągnęła owoc z patyka i uniosła do czerwonych ust. — No chyba, że tobie będzie — dodała, po czym zjadła oliwkę na jego oczach. W końcu nie chciała, żeby się rozpraszał? Bardzo chciała. Dlatego gdy tylko oznajmił, że postawi jej drinka, uśmiechnęła się szeroko, lekko triumfalnie i zaraz opierała o chłodny blat, czekając, aż Enzo przywoła barmana.
Jesteś stąd? — zagadała, wyrzucając łokieć na blat i przysuwając się do niego nieznacznie bliżej. — Mam wrażenie, że słysze akcent — tak naprawdę gówno słyszała, ale przecież dobrze wiedziała, że nie urodził się w Toronto. Pomimo jego egzotycznej urody, na wygląd nie było się co podawać. W końcu sama była idealnym przykładem tego, że odcień skóry nie zawsze pasował do miejsca urodzenia.
Facet za ladą w końcu postanowił się do nich pofatygować, a Pilar gestem ręki dała Enzo jasno do zrozumienia, że sam mógł wybrać dla niej drinka. Nigdy nie wybrzydzała w alkoholach. Akurat w tych kwestia bardziej przypominała faceta i im mocniejszy trunek, tym bardziej jej smakował. Obserwowała uważnie, jak mężczyzna w białej koszuli przyjmuje zamówienie i nim jeszcze się odwrócił, Pilar wyrwała się do przodu, osadzając dłoń na przedramieniu Enzo.
Będziemy w loży na górze — oznajmiła, wolną dłonią wskazując stoliki na piętrze, a kiedy pracownik baru skinął głową, Stewart przeniosła spojrzenie na swojego nowego towarzysza i wymownym gestem zachęciła go do tego, by ruszył za nią po schodach.
Na piętrze praktycznie nie było nikogo. Kilka pojedynczych stolików było okupowanych przez naprutych już do granic możliwości facetów w garniakach, którzy ostatkami sił próbowali jeszcze prowadzić jakiekolwiek konwersacje. Pilar na szybko odszukała wzrokiem stolik najbardziej skryty w cieniu, gdzieś na samym końcu pomieszczenia, gdzie światło nadawała jedynie samotna, wolnostojąca lampka.
Tutaj? — spytała z grzeczności, jakby faktycznie dawała mu jakikolwiek wybór, a potem rozsiadła się wygodnie. — Zdradzisz mi swoje imię? — to również już znała, ale przecież dobre maniery wymagały tego, by zapytać, prawda?

Enzo Lawrence

you better collaborate

: ndz kwie 19, 2026 1:29 pm
autor: Enzo Lawrence
Większość relacji w jego życiu zaczynała się od przypadku. Ludzie, których nie znał, zagadywali do niego, prosząc o pomoc — albo o chwilę przyjemności, jeśli były to kobiety. Głównie te o jasnej karnacji i włosach, które kolorem przypominały złoty, plażowy piasek i zachód słońca nad morzem. Traktowały go jak cud i wiedział, że było to spowodowane latynoską urodą. Zapewne marzyły o płomiennym romansie rodem z książek Blanki Lipińskiej, ale Enzo ze swoją osobowością dużo bardziej przypominał górę lodową niż gorącego latynosa. Pole jego widzenia zwężało się do jednej, może dwóch kobiet i obydwie były nieosiągalne zarówno fizycznie, jak i emocjonalnie — choć o emocjach mógłby napisać tyradę, albo raczej o braku emocji. Opanowany. Spokojny i zabójczo precyzyjny. Zanim cokolwiek zrobił, musiał to na chłodno przekalkulować i sprawdzić, jakie korzyści płynęłyby z podjętej decyzji. Zarzekał się, że nie będzie oceniał wartości ludzi po tym, co oferowali, lecz czas go sprecyzował. Rozumiał, że nie wszystkie relacje były ważne — rzekłby nawet, że większość była zbędna. Preferował samotność i ciszę. Angażowanie się w cokolwiek nawet nie leżało w okręgu jego zainteresowań. Przemoczona sukienka już tak, jak okazało się chwilę później, gdy mimowolnie zsunął wzrok na biust Pilar.
Rozpraszała go swoją osobą i wyglądem, czego nawet nie ukrywał. Czerwona sukienka leżała na niej bardzo dobrze. Podkreślała talię, biust, biodra... A ta wilgotna plama rozlana po materiale, dodawała jej zadziorności, którą ciężko było zignorować nawet jemu. Nieszczególnie wylewnemu człowiekowi, który nie znał pojęcia spontaniczności, bo trzymał się ustalonych wcześniej zasad. Gdzie się podziało to ograniczone pole widzenia, w którym była tylko Wilson i jego była ze studiów? Niemal poczuł się sobą zażenowany, gdy do jego świadomości dotarł pewien fakt. Mianowicie taki, że im śmielsza kobieta, tym bardziej wyłączał zdrowy rozsądek. Chociaż i tak próbował zawzięcie ze sobą walczyć — podwyższona ilość testosteronu nie pomagała w logicznym myśleniu. A logika mu podpowiadała, że choć Pilar była kurewsko atrakcyjna, to sobie z nim pogrywała — dlatego musiał trzymać poziom.
I nie ulec prowokacji.
Przyglądał się z dozą dystansu i rozbawienia, gdy w ten śmiały sposób przykładała oliwkę do ust. Czerwonych. Nie wierzył w przypadki — kobiety rzadko kiedy działały bez powodu. Czerwień była wyborem. Świadomym. Przyciągała wzrok, prowokowała skojarzenia, których większość mężczyzn nawet nie próbowała analizować. On analizował wszystko. I właśnie dlatego wiedział, że to nie był przypadek. Gdyby miał w sobie więcej wstydu czy niepewności, zapewne odwróciłby spojrzenie, bo poczułby się
s k r ę p o w a n y jej śmiałym zachowaniem. Ale nie, jego to kręciło.

— Przeszkadzać? Nie. Będzie mnie rozpraszać przyznał z lisim uśmiechem. Nie było w tym stwierdzeniu żadnego błyskotliwego spostrzeżenia, stwierdził tylko suchy fakt, który z całą pewnością obydwoje dostrzegli. Pilar była świadoma swoich atutów. I dobrze to o niej świadczyło.
Różnorodność drinków oferowanych przez barmana zbiła ciemnowłosego na chwilę z pantałyku. Nie znał upodobań swojej nowej, wciąż bezimiennej koleżanki. Zerkając na nią z ukosa, przywodziła mu na myśl kobietę, której mogłyby zasmakować egzotyczne drinki. Takie z feerią smaków pieszczących podniebienie swoją różnorodnością i ilością doznań. Z drugiej strony, sam ten pomysł wydawał mu się tak cholernie beznadziejny i prosty, że aż grzeszny. A wolałby zgrzeszyć inaczej, niekoniecznie poprzez częstowanie jej typowo kobiecym drinkiem. Dobrze, Enzo. Spróbujmy w ten sposób. — pomyślał, prosząc barmana. Postawił na double shot kamikaze. Podwójne proporcje każdego z alkoholi w małym kieliszku? W dodatku sześć sztuk na tacy? Idealnie.
— Z Mediolanu — odparł konkretnie. Osoba znajdująca się obok niego mogłaby dostrzec w nim nieruchomy posąg. Twarz bruneta nie zdradzała zbyt wielu emocji. Sprawiał wrażenie kogoś, komu było wszystko jedno, co się dalej wydarzy. Zareagowałby, gdyby ktoś go zaczepiał, bądź próbował szukać na siłę problemu. Dopóki nic mu nie zagrażało, po prostu był. Bardziej jako cień niż człowiek, ale był.
Odwrócił głowę w stronę Pilar, czując jej dłoń na swoim ramieniu. Zrozumiał ten gest i bez słowa sprzeciwu podniósł się z miejsca. Barman przyjął słowa kobiety i zanotował w myślach, zerkając jeszcze w stronę Pilar, gdy szła w kierunku loży. Faceci. Im bardziej ustronne miejsce, tym milej.
— Lorenzo. A teraz ty zdradź mi swoje. Chyba że mam zacząć zgadywać, hm? — prawdopodobnie i tak by nie zgadł. Imię nie było żadnym sekretem. Takich Lorenzo jak on w Toronto na pewno było wielu. Wyróżniało go to, że prawdopodobnie tylko on zajmował się tuszowaniem skandali i oczyszczaniem kryminalistów z zarzutów.
— Nudzi mi się, wiesz? Może w coś zagramy? Na przykład w prawdę? Wiesz. Rzucamy trzema pytaniami, albo stwierdzeniami, a druga osoba mówi, co jest kłamstwem, a co nie — zaproponował, przeciągając spojrzeniem po jej twarzy z wyraźnym zainteresowaniem. Kącik jego ust uniósł się lekko, jakby już znał wynik tej gry. Albo przynajmniej był pewien, że niezależnie od zasad, i tak znajdzie sposób, by ją wygrać. Oparł się wygodnie w loży, jedną rękę rozkładając swobodnie na oparciu za jej plecami, skracając dystans bardziej, niż wymagała tego sytuacja. Drugą przesunął po blacie stołu, zatrzymując palce tuż przy jej dłoni — nie dotykając, ale wystarczająco blisko, by było to odczuwalne.
— Chyba że boisz się przegrać — dodał ciszej, z nutą prowokacji, bardziej zapraszającą, niż wyzywającą.

Pilar Stewart

you better collaborate

: śr kwie 22, 2026 4:35 pm
autor: Pilar Stewart
Chciała go rozproszyć.
Każdy jej ruch, gest, słowo, nawet spojrzenie w oczy było celowo wymierzone. Otulone nadmiarem kobiecości i pewności siebie, która mężczyzn albo peszyła albo kręciła. Enzo zdecydowanie należał do drugiej grupy. Wiedziała to nie tylko na podstawie głębokiego researchu, który zrobiła na jego temat, zarywając kilka nocy z rzędu, ale również łatwo szło to stwierdzić po chociażby sposobie, w jaki jego spojrzenie wodziło po jej ciele. Nie peszył się. Nawet kiedy bezczelnie bawiła się oliwką podniesioną spomiędzy własnych piersi, on nie odwrócił wzorku. Patrzył na nią jeszcze intensywniej. Z zainateresowaniem, które ona odwzajemnia na każdej płaszczyźnie.
Dużo o nim wiedziała, a jednak kiedy oznajmił, że był z Mediolanu, Pilar upewnia się, by na jej twarzy pojawiło się odpowiednie zaskoczenie. Brwi lekko uniosły się do góry, a usta wygięły w zaczepnym uśmiechu. W końcu kobiety kochały włochów, czyż nie? Wzdychały na lewo i prawo, łaknąc usłyszeć charakterystyczny włoski akcent, mówiący pięknie o miłości. Nawet przeszło jej przez myśl, aby go o to poprosić. Zagadać po włosku, zabłysnąć znajomością języka, tylko nie zdążyła, bo on już raczył ją swoim imieniem.
Spodziewała się, że skłamie. W końcu ludzie jego pokroju często chowali się przed prawdą. A jednak on postawił na szczerość.
Lorenzo — potworzyła zaraz po nim, sprawdzając, jak jego imię układało się na jej ustach, zawieszając spojrzenie na jego ciemnych oczach. — Ładnie — skwitowała, nie poświęcając temu więcej niż to jedno słowo. Może gdyby faktycznie usłyszała je po raz pierwszy, mogłaby się zachwycić, bo naprawdę było ciekawe. Gdy spytał, czy to jej będzie musiał zgadywać, zaśmiała się szczerze. — Mojego raczej byś nie zgadł, bo jest mało… Kanadyjskie — chociaż gdyby wziąć pod uwagę to, jak zostało jej ono nadane, można by się spierać, czy w ogóle miało jakąkolwiek genezę. W końcu jak mówić ładnie o imieniu, które zostało niechlujnie zapisane na pieprzonym kawałku papieru i wsadzone gdzieś pomiędzy szpitalne szmaty, w które była zawinięta, gdy własna matka porzuciła ją na wycieraczkę domu dziecka. Nie lubiła swojego imienia, a jednak nosiła je dumnie. — Pilar — wyznała w końcu, ani ma moment nie spuszczając z niego spojrzenia.
Z wyjątkową uwagą obserwowała, jak rozsiada się wygodnie. Jak jego ramie otula jej plecy, a dłoń sunie bezczelnie po stole do momentu, aż ich chciała p r a w i e się nie spotkały, chociaż ciepło dało się już odczuć na skórze. Uśmiechnęła się delikatnie na jego propozycje. Jak tak dalej pójdzie, może nawet nie będzie musiała się za bardzo starać, żeby to spotkanie poszło po jej myśli. A sposób, w jaki Enzo na nią patrzył jeszcze bardziej wszystko ułatwiał. Nawet nie musiała udawać zainteresowania.
Nie wiem — wzruszyła ramionami, unosząc jeden z kieliszków do ust. — Jeszcze nigdy nie przegrałam — rzuciła bezczelnie, po czym nawet nie czekając na niego, przechyliła zawartość szkła, wlewając szota prosto do gardła. Znajomy kwasno-gorzki posmak pozostał w ustach, kiedy jej nieznacznie przysunęła się jeszcze bliżej Enzo.
Dobra, niech pomyśle — cmoknęła. Miała w głowie kilka ciekawych faktów, które mogła mu zaprezentować, jednak większość z nich postanowiła zostawić na kolejną rundę. — Zajebiście posługuje się bronią — wbiła w niego intensywne spojrzenie. — Straciłam dziewictwo ze swoim nauczycielem od historii — przy prezentowaniu drugiego nawet brewka jej nie drgnęła. Twarz miała niewzruszoną. Może i nie grała dużo w pokera, ale doskonale wiedziała, jak trzymać nerwy na wodzy. — Miałam już trzy razy złamaną rękę z przemieszczeniem — dokończyła, przesuwając łokieć, który opierała na ściance kanapy nieco w przód, by całkiem przypadkiem zetknął się z jego przedramieniem. — Zaspokoiłam nieco twoją n u d ę? — dopytała, przy okazji niecierpliwie postukując paznokciami o stolik w oczekiwaniu na werdykt, podanie kłamstwa a także jego faktów. Właściwie tego ostatniego była najbardziej ciekawa.

Enzo °❀⋆.ೃ࿔*:・