Strona 1 z 3

isla de la calma

: pt mar 27, 2026 9:01 pm
autor: Charlie Marshall
Czarna limuzyna zatrzymała się pod adresem Ivy dokładnie o czwartej pięćdziesiąt siedem. Mimo wczesnej pory, Charlie miał na sobie koszulę z rozpiętym kołnierzykiem, a ciemna marynarka była rzucona na kanapę tuż obok. Panna Harrison już na nich czekała, dlatego Pan Marshall wysiadł z auta, aby otworzyć jej drzwi, podczas gdy kierowca przejął jej walizkę. - Dzień dobry - wymruczał wprost do jej ucha, tuż zanim wsiadła do limuzyny. Kiedy ruszyli w stronę lotniska, Charlie przeprosił Ivy na moment i rozłożył przed sobą teczkę z dokumentami - chciał dokończyć lekturę, zanim wsiądą do samolotu - jednak litery zaczęły tańczyć mu przed oczami. Być może było to spowodowane bliskością Ivy, bo jego wzrok ciągle mimowolnie uciekał w jej stronę, ale on uparcie wpatrywał się w swoje arkusze, zupełnie jakby jedno śmiałe spojrzenie w jej błękitne oczy było czymś zakazanym. Jednak... w pewnym sensie, trochę tak było. Wczorajsze pożegnanie z Blair było krótkie i chłodne - poinformował ją o porannym locie i wyszedł, zanim zdążyła zadać jakiekolwiek pytanie. Czy czuł się jak drań? Oczywiście. Jednak teraz patrzył ukradkiem na Ivy i przypominał sobie smak jej ust na klatce schodowej. Dalej czekał na odpowiedź na pytanie, które jej wtedy zadał - Co by było, gdyby nie miał narzeczonej? - i nie mógł doczekać się odpowiedzi, ale tym razem postanowił być cierpliwy. To pytanie mogło poczekać, tak samo jak dokumenty, które ostatecznie rzucił niedbale obok siebie. - Wiem, o czym myślisz - odezwał się w końcu, splatając swoje palce z jej palcami. - Przestań analizować - dodał, po czym pocałował ją we włosy i posłał jej lekki uśmiech. Kilkanaście minut później limuzyna podjechała bezpośrednio pod hangar, a Charlie wyszedł z auta pierwszy, by podać blondynce dłoń podczas wysiadania. Poprowadził ją prosto do schodków lśniącego, prywatnego odrzutowca, gdzie zostali przywitani przez załogę, która gestem zaprosiła ich do środka. Kabina była przestronna i elegancka - w sam raz na kilkugodzinny lot. Wskazał Ivy jeden z szerokich, kremowych foteli, a sam usiadł naprzeciwko. - Chcesz coś zjeść czy wolisz się zdrzemnąć? - zapytał, podczas gdy jeden ze stewardów zajmował się ich bagażami. Charliemu nawet nie przeszło przez głowę, że widok takiego luksusu mógłby być dla Ivy... krępujący? To chyba było odpowiednie słowo. Dla niego to była codzienność. - Fotel się rozkłada - dodał po chwili, uśmiechając się do blondynki. Tak swoją drogą, nie mógł uwierzyć, że udało mu się ją namówić na wycieczkę na Teneryfę, i że przed nimi rozciągała się wizja kilku wspólnych dni pełnych odpoczynku. Potrzebował odpoczynku.

Panna Harrison

isla de la calma

: pt mar 27, 2026 10:25 pm
autor: Ivy Harrison
⋆。‧˚ʚ🍪ɞ˚‧。⋆

Oszalała. Zdecydowanie to sobie powtarzała, pakując jedną rzecz za drugą do walizki. Miała w sobie jeszcze więcej wątpliwości. Funkcjonować nie mogła, spać nie mogła, a nawet oddychanie sprawiało jej trudność. Po co pakowała walizkę? Po co pakowała rzeczy do samolotu i kocyk w pokemony? Przecież... to było kompletnie nierealne. Nie wierzyła w to, co się działo, dopóki nie widziała przed sobą czarnej limuzyny. Każdy fragment był dla niej nielogiczny. Z konsternacją oddawała walizkę, którą sama chciała zapakować do bagażnika.
Dzień dobry, panie Marshall — wydukała z siebie lekko nerwowym tonem, czując gorący oddech Charliego na własnym uchu. To będzie trudny wyjazd, zwłaszcza że... obiecała sobie nieprzekraczanie jednej granicy. Nie będzie kochała się z Charlim Marshallem. To właśnie powtarzała sobie właśnie w głowę.
Faktycznie, cały czas analizowała. Patrzyła na niego i zastanawiała się, jak naprawdę wygląda jego życie. Ile ma dookoła siebie kobiet? Co powiedział narzeczonej? Ile będzie miał dla niej czasu na Teneryfie? Czy naprawdę traktował ją poważnie?
Skąd? — spytała lekko przerażona z wypiekami na twarzy. Nie wierzyła w to, ale chyba faktycznie wpadł do jej głowy. Spojrzała ukradkiem na ich splecione ze sobą dłonie i jedno pytanie jej wybrzmiewało w głowie, dlaczego... dlaczego ich dłonie do siebie tak bardzo do siebie pasowały — wcale nie analizuję... — wymruczała, by po chwili oprzeć głowę o jego ramię. Przymknęła delikatnie oczy, powoli odpływając. Mogłaby tak zasnąć, ale kiedy podjechali na lotnisko... Poczuła prawdziwy stres. Z limuzyny wychodziła niczym prawdziwy robot. Automatycznie, nerwowo, cała spięta, jak na pierwszym dyżurze w szpitalu. Ledwo wysiedli, a Ivy mocno trzymała się dłoni Charliego. Musiała, nawet ten odrzutowiec ją... odrzucał.
Wow — mruknęła, wchodząc do kabiny. Wyobrażanie sobie, ile to kosztowało... pewnie więcej niż wszystkie mieszkania jej rodzeństwa i rodziców razem wzięte — a nie powinniśmy najpierw zapiąć pasów? — dopytała, słysząc o spaniu, czy jedzeniu. Co to za pytania? Patrzyła przez okienko samolotu. Jeszcze nie ruszyli, a Harrison próbowała znaleźć pasy. Bezpieczeństwo przede wszystkim. Nie wiedziała, co bardziej ją przerażało. Luksus, czy fakt lotu samolotem.
Boję się trochę, Charlie — wydukała bardzo cicho Ivy, mocno ściskając obie swoje dłonie — to mój pierwszy lot — spuściła głowę. Po Kanadzie jeździła autobusami, ewentualnie szczytem luksusu okazywał się samochód — co się dzieje w jego trakcie? — czego miała się spodziewać? Albo gdzie są te pasy? Dalej nie potrafiła ich znaleźć i bała się, że wiceprezes zaraz ją wyśmieje.
Nie roztrzaska się ten samolot? — kolejne, niesamowicie ważne pytanie, na które musiała znać odpowiedź — przed snem oglądałam katastrofy w przestworzach i cały czas śniłam, że się roztrzaskamy... — a jej wyobraźnia już planowała same najgorsze scenariusze. Widziała okładki magazynów z wielkimi napisami Charles Marshall zmarł w trakcie lotu. Zabrał kochankę na wakację przecież ja tu nie zasnę — a naprawdę chciała. Przymknąć oczy, odlecieć, ale tu wszystko było po prostu... wow.

isla de la calma

: ndz mar 29, 2026 8:40 am
autor: Charlie Marshall
Skąd? Wcale nie analizuję... W ogóle. Zaśmiał się na jej słowa, ale ich nie skomentował. Oczywiście, że analizowała - widział to w jej oczach. Przyglądał jej się teraz, jak skanowała wzrokiem wnętrze samolotu i przeszło mu przez głowę, że pasowała tutaj idealnie. Chciał zadbać o jej komfort w stu procentach, skoro zgodziła się z nim polecieć. No i... specjalnie na ten lot wynajął zupełnie inną załogę - ludzi, których nigdy wcześniej nie widział na oczy i którzy nie mieli pojęcia, kim jest Ivy Harrison, ani dlaczego nie towarzyszy mu narzeczona. Chciał uniknąć zbędnych pytań, ukradkowych spojrzeń stewardess, które znały Blair, czy uprzejmych zagajeń pilota o przyszłą panią Marshall. Czasem naprawdę zadziwiał sam siebie. Negatywnie. A nie powinniśmy najpierw zapiąć pasów? - Powinniśmy, ale mamy jeszcze kilka minut - odparł Charlie, zerkając przelotnie na zegarek i oglądając się na krzątającą się załogę. Boję się trochę, Charlie. To mój pierwszy lot. Powstrzymał się przed rzuceniem jej zdziwionego spojrzenia - no tak, Ivy przecież dwukrotnie powiedziała mu, że nigdy nie opuściła Kanady, ale... nigdy nie leciała samolotem? Chociażby z jednego krańca na drugi? Dla niego było to... niepojęte. Poza tym rozbrajająca szczerość Ivy wydała mu się niezwykle pociągająca, sam nie wiedział dlaczego. Zupełnie jakby ktoś podsuwał mu pod nos księżniczkę do uratowania. Cholera? - Ivy, spójrz na mnie - zaczął, po czym wstał z fotela naprzeciwko i usiadł na miejscu obok niej. Ujął jej dłonie, które wciąż kurczowo splatała, i powoli rozprostował jej palce, gładząc kciukiem wierzch jej dłoni. Co się dzieje w jego trakcie? Uśmiechnął się. - Opowiem ci po kolei. Najpierw pilot uruchomi silniki. Jak ruszymy, poczujesz lekkie wciśnięcie w fotel, jakbyś... gwałtownie ruszyła autem spod świateł. Potem oderwiemy się od ziemi i zaczniemy się wznosić. Możesz poczuć, że zatykają ci się uszy, wtedy po prostu przełknij ślinę - mówił spokojnie, kątem oka zauważając stewarda, który już zdążył zająć się ich bagażami i czekał cierpliwie w rogu kabiny na znak Charliego, że są gotowi do lotu. Nie byli. - Kiedy przebijemy się przez chmury, samolot się wyrówna i poczujesz, jakbyśmy siedzieli w salonie, który po prostu wisi w powietrzu. A w trakcie samego lotu nie dzieje się nic szczególnego - dokończył. Była tak blisko, że czuł zapach jej perfum, przez co tłumaczenie procedur lotniczych było ostatnią rzeczą na jego liście rzeczy do zrobienia, ale... miał spędzić z nią całe cztery dni. To brzmiało obiecująco. Jednak nie chciał jeszcze uświadamiać Ivy, że najpierw czekało na nich przynajmniej dziesięć godzin lotu. Gdy zaczęła mówić o katastrofach w przestworzach uniósł do góry jedną brew. - Statystycznie masz większą szansę na trafienie piorunem niż udział w katastrofie lotniczej, wiesz? Poza tym mój pilot ma wylatanych więcej godzin niż ty spędziłaś na studiach i w szpitalu łącznie, możemy mu zaufać - wyjaśnił. Chciał, żeby poczuła się nieco pewniej - skoro wspomniała o pasach, postanowił wrócić do tego tematu. - Pasy są tutaj, ukryte w bokach fotela - powiedział, sięgając za nią, bez żadnych oporów naruszając jej przestrzeń osobistą. Odnalazł pasy, ułożył w odpowiedniej pozycji i zapiął klamrę z charakterystycznym kliknięciem, celowo odrobinę zbyt mocno, żeby odciągnąć myśli blondynki od... katastrof i przybliżyć ją do odczuć z ciała. Szczerze? Czekał na protest. - Widzisz? Trzymają cię. Ja cię trzymam. Nic złego się nie wydarzy - szepnął do jej ucha, wracając do gładzenia wierzchu jej dłoni. Dał też znak stewardowi, że powoli mogą startować.

ㅤ‼ ️Ꭾʀɪ፝֟ɴᴄᴇssㅤᥫ᭡

isla de la calma

: ndz mar 29, 2026 3:39 pm
autor: Ivy Harrison
‼️Ꭾʀɪ፝֟ɴᴄᴇㅤᥫ᭡

Krzątająca się załoga wcale nie dawała jej spokoju. Oprócz lęku o sam lot, obawiała się także ich. Pewnie nie raz, nie dwa lecieli razem z Charlim i jego... narzeczoną. Sama nakręcała cały czas swoje myśli. Roztrzaskanie samolotu, Blair... Jeszcze nie zdążyła nawet powiedzieć Marshallowi, że ona ją sprawdziła. Wyglądała przepięknie, oni razem wyglądali przepięknie, a myśl o pojawiających się informacjach na portalach plotkarskich wręcz powodowała w niej niesamowitą, złożoną niechęć, której nie była w stanie zrozumieć. Bała się lotu. Bała się Teneryfy. Nie powinna zostać powodem rozpadu kolejnego związku, a jednak siedziała przed nim z wystraszonymi, niebieskimi oczami.
D-dobrze — wydukała z siebie, czując przeogromną gulę w gardle. Mimo to powędrowała za nim wzrokiem, a wystarczyło, by chwycił ją za dłoń, by łapczywie za nią złapała. Splotła ich palce ze sobą i trzymała jak najcenniejszą rzecz na świecie. Jedna z nóg cały czas jej dreptała w miejscu, nie mogąc się zatrzymać. Tylko następująca opowieść o tym, co zaraz miało się zadziać, w ogóle jej nie uspokoiła. Wręcz przeciwnie. Z każdym wypowiadanym słowem coraz bardziej tuptała prawą nogą, coraz mocniej zaciskała uścisk na jego twarzy. W co się ona wpakowała? Po co był jej ten lot? Po co ta Teneryfa? — brzmi odrobinę... strasznie — przyznała całkiem szczerze. Nawet nie lubiła szybkiej jazdy, jedyna adrenalina, którą uwielbiała to ta dostarczana w trakcie długiego dyżuru w szpitalu.
Dobrze, to chyba naprawdę dobrze... — mruknęła na wieść o statystykach, ale one wcale nie poprawiły jej humoru. W końcu co oni najlepszego wyprawiali? Siedzieli, trzymając się za dłonie. W Toronto miała zostać jego narzeczona, a sama Ivy... jakby przypieczętowała na nowo zerwanie. Przegryzła dolną wargę, a myśli cały czas świrowały. Może wśród obsługi lotu znajdował się paparazzi, a wraz z wyjściem z samolotu cały świat dowie się o nich? Najgorsze czego nie potrafiła zrozumieć to, czy przyniosłoby jej to ulgę, czy wręcz przeciwnie. Gdzieś głęboki chciałaby, żeby Charlie był tylko jej. Cała się wyprostowała, wręcz naprężyła, gdy Marshall postanowił zapiąć jej pasy. Jego perfumy wydały się jej wręcz magnetyczne, mogłaby je wąchać cały czas i aż wręcz chciała schować się w jego ramionach.
Trochę ciasno... — mruknęła, ruszając delikatnie biodrami — musi być tak mocno? — dopytała, wpatrując się w brąz tęczówek. Wargi instynktownie się jej rozchyliły. Cholera, głupia Ivy, on jest za-ję-ty, przeszło jej przez myśl, ale zaraz cała mimowolnie podskoczyła ze strachu, słysząc warkot silnika. Nienawidziła nagłych dźwięków.
Dlaczego tu tak wszystko trzeszczy? — spytała, słysząc, niemalże każdą poruszającą się część samolotu. Chyba... już nigdy więcej nie poleci, mogła się jeszcze z tego wypisać? — na pewno tak powinno to wyglądać? — dopytała, przegryzając z nerwów dolną wargę. Puściła ją w momencie, kiedy wyczuła charakterystyczny smak krwi. Aż przez krótki moment się skwasiła. Tyle że po paru sekundach samolot już zaczął jechać na pas startowy. Wręcz czuła, jak mocno serce próbuje uciec z jej klatki piersiowej.
Jezu, jak szybko... — wymruczała, czując wciskanie w fotel, a jej głowa instynktownie wpadła na ramię Charliego. Przy nim mogła ukryć się przed całym, cholernym światem. Zamknęła oczy, czuła przytykanie uszu, a po kilku minutach spokój — to... po wszystkim? — wydukała, unosząc głowę ze zmarszczonymi brwiami — mam ochotę umrzeć... — niemalże czuła, jak żołądek podchodzi jej wprost do gardła. Przez chwilę chciała puścić pawia, a później bez jakichkolwiek sił w głosie spytała — długo będziemy lecieć?

isla de la calma

: pn mar 30, 2026 10:24 pm
autor: Charlie Marshall
Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Powtórzył to sobie dzisiaj co najmniej pięć razy, kiedy zamykał za sobą drzwi apartamentu, zostawiając za nimi śpiącą Blair. Charlie nie był naiwny - wiedział, że jego postępowanie było... moralnie dwuznaczne, a momentami po prostu podłe. Nie szukał usprawiedliwień i wiedział, że w tej chwili grał na dwa fronty, oszukując narzeczoną i mącąc w głowie kobiecie, która właśnie próbowała poskładać się po rozstaniu. Jednak gdy przyglądał się twarzy blondynki... każdy taki moment mówił mu, że potrzebował tej chwili egoizmu. Jezu, przecież on nawet wynajął nową załogę, żeby uniknąć pytań i świadków. Zupełnie jakby chciał sprawić, aby jego narzeczona przestała istnieć i żeby nikt nie zakłócił tego wyjazdu chociażby wzmianką o Blair Mayfield. Czuł ciężar każdego kłamstwa, naprawdę, ale poczucie winy przegrywało z obezwładniającą potrzebą posiadania Ivy blisko. Poza tym, zapraszając ją na ten wyjazd, chciał odciągnąć jej myśli od codzienności i... zerwania, którego był częścią, mimo że nie chciała tego przed nim przyznać. Nie był głupi - pewnie gdyby nie powiedziała Dantemu o ich pocałunku, dalej tkwiłaby w tej imitacji związku. Zacisnął usta na samo wspomnienie. Z rozmyślań wyrwał go cichy głos blondynki. Brzmi odrobinę... strasznie. - To tylko tak brzmi, słońce - wymruczał i pogładził wierzch jej dłoni ponownie. Słońce. Mówił do niej tak samo, jak jeszcze niedawno zwracał się do Blair. Czy Mayfield zauważyła, że w ostatnich dniach... stał się dla niej nieco oschły? Po rozmowie z Theo był zdecydowany na przeprowadzenie z nią szczerej rozmowy, a tymczasem... nic jej nie powiedział, pocałował Ivy kolejne dwa razy, a teraz na dodatek zaprosił ją na swoją delegację na Teneryfę, gdzie będą całkowicie sami, bez wścibskich spojrzeń, bez znajomych twarzy... Po prostu sami, we dwoje. Nie mógł doczekać się tego momentu, mimo że jednocześnie go przerażał. Trochę ciasno... Uśmiechnął się pod nosem. Ktoś tu chyba wrócił do siebie. Musi być tak mocno? Powstrzymał się przed przygryzieniem dolnej wargi i odpowiedzenia "tak", walcząc z chęcią zaciśnięcia pasów mocniej, żeby mu na pewno nigdzie nie uciekła. Zamiast tego... - Jesteś pewna, że ci się nie podoba? - upewnił się, unosząc do góry jedną brew. W kąciku jego ust pojawił się odrobinę łobuzerski uśmieszek, ale zgodnie z życzeniem Ivy, zaczął bardzo powoli luzować pas, nachylając się nad nią. A przy okazji jego palce celowo musnęły materiał jej ubrania... - Lepiej? - wymruczał do jej ucha, zastanawiając się, w jaki sposób na nią działał. Czy tak samo jak ona na niego, czy może inaczej? Czy ona też chciała należeć tylko i wyłącznie do niego? Tyle pytań, tak mało odpowiedzi... Dlaczego tu tak wszystko trzeszczy? Na pewno tak powinno to wyglądać? Westchnął. Nie przewidział, że Ivy będzie bała się aż tak bardzo. Ujął mocno jej dłoń. - Tak, wszystko jest w porządku... To normalne... Najpierw się rozpędzimy... Widzisz... Właśnie tak... Zaraz wzniesiemy się w powietrze... Spokojnie... Jestem obok... Ze mną jesteś bezpieczna - mówił powoli kojącym głosem, nie przerywając powolnego gładzenia jej dłoni za pomocą kciuka. - I... tak, już po wszystkim - dodał. Gdy wznieśli się już na odpowiednią wysokość, jednym kliknięciem klamry wypuścił ją z uścisku pasów bezpieczeństwa, mimo że dalej wtulała się w jego ramię. Ujął jej podbródek, aby na niego spojrzała. - Kawa, herbata, śniadanie, łazienka? - zagaił, rozpinając również swój pas. Mam ochotę umrzeć. Posłał jej zdziwione spojrzenie. Naprawdę? Z powodu startu samolotu? Było jej niedobrze? - Wybacz mi, Ivy, ale absolutnie ci na to nie pozwolę - zaoponował, kładąc dłoń na jej policzku. W sumie mogłaby go teraz obrzygać, a on dalej by jej nie pozwolił na to całe umieranie. A skoro o rzyganiu mowa. - Źle się czujesz? - zmrużył oczy i przyjrzał się dokładnie jej twarzy. Była może odrobinę zielona, ale... wyglądało na to, że dobrze zniosła start. Długo będziemy lecieć? Oho, przechodzimy do konkretów. - Przed nami... około dziesięć godzin lotu, więc możesz rozważyć drzemkę - wyjaśnił spokojnie i uśmiechnął się, widząc jej skrzywioną minę.

Pierwsze trzy godziny, gdy emocje po starcie już opadły, spędzili na lekkiej rozmowie. Miło było nie musieć patrzeć na zegarek ani odpisywać na maile, tylko skupić się na poznawaniu nowej przyjaciółki. Potem pojawił się lunch - po lunchu Ivy zatopiła się w lekturze, a on wrócił do dokumentów, które studiował w samochodzie, mimo że częściej niż na strony umowy zerkał na jej profil. Dwie godziny przed lądowaniem poczuł, jak jej ciało wiotczeje, a głowa ląduje na jego ramieniu. Przykrył ją swoją marynarką - tym razem chociaż miał tę marynarkę, bo w stajni mógł uraczyć ją tylko swoim ramieniem. Zasnęła niemalże w jego ramionach już drugi raz - to chyba oznaczało, że czuła się przy nim bezpiecznie? Tym razem on również się zdrzemnął i ocknął się tuż przed lądowaniem. Ivy... przespała wszystko. Powolne zniżanie się, kołowanie, uderzenie kołami o pas startowy i stopniowe utracanie prędkości. Nie miał serca jej budzić, dlatego gdy przyszedł moment na opuszczenie samolotu, po prostu wziął ją na ręce i przeniósł do limuzyny czekającej tuż przy schodkach. No i... obudziła się dopiero, gdy godzinę później zaparkowali pod jego nową posiadłością, która była prezentem od Cherry. Miała rozmach, cholera. Palmy, ocean, duszne powietrze. I Ivy, którą dalej trzymał w objęciach na tylnej kanapie samochodu. - Hej... Dzień dobry, raz jeszcze - trącił nosem jej włosy. Koniec spania. - Wiesz, że przespałaś całe lądowanie? Witamy w raju, Ivy - dodał i uśmiechnął się lekko, nie mając serca ruszyć się z miejsca.

ㅤ‼ ️Ꭾʀɪ፝֟ɴᴄᴇssㅤᥫ᭡

isla de la calma

: pn mar 30, 2026 11:14 pm
autor: Ivy Harrison
Charlie Marshall

Słońce. Aż zamrugała kilka razy oczyma lekko zdezorientowana wypowiedzianymi przez niego słowami. Nie spodziewała się takiego określenia. Przywykła do Ivy, panienki Harrison, ale jak dotąd nie nazwał jej w tak czuły sposób. Właśnie to spowodowało, ze bardziej niż lotem zaczęła przejmować się... Marshallem. Nie chciała być egoistką wchodzącą między dobraną parę. Co by nie powiedzieć to z jakiegoś powodu zaręczyli się ze sobą, a ona nie mogła od niego wymagać niczego. Wiedziała, że ich relacja jest przynajmniej niewłaściwa.
Słucham? — spytała, słysząc jego pytanie. Wręcz momentalnie na jej twarzy pojawił się delikatny rumieniec. Wstrzymała oddech, kiedy znów się nad nią nachylił. Dlaczego on tak na nią działał? Wręcz czuła, jak po jej ciele przechodzą przyjemne dreszcze, których nie była w stanie w żaden sposób wytłumaczyć, a on jedynie dotknął jej ubrań. To dopiero było chore — tak... zdecydowanie lepiej — wydukała lekko drżącym tonem, ale zaraz w jej głowie pojawiła się inna, niebezpieczna myśl, której nie była w stanie jasno wytłumaczyć. Odgłos samolotu. Był naprawdę straszny. Prawie tak straszny jak hipnotyzujący był głos Charliego. Patrzyła na niego wielkimi oczyma i nawet nie wiedziała, kiedy przegryzła dolną wargę. Cholera, chciałaby, żeby był tylko jej. Tyle że to było wręcz niemożliwe.
Wiem — wyszeptała — przy Tobie naprawdę jestem bezpieczna — wystarczyło, by ją dotykał, mówił do niej, a pesymistyczne myśli same się od niej odrywały w moment — na pewno? — dopytała, kiedy odpiął jej pasy. Zadziwiająco w nich czuła się dużo bezpieczniejsza. To był jeden z tych bodźców, które miały sprowadzić ją na ziemię.
Na wymioty? — dopytała, przełykając nerwowo ślinę i patrząc mu prosto w oczy. Nie wiedziała, od czego robiło się jej słabo. Samolot, a może przeklęta chęć pocałowania zajętego faceta? Sama nie wiedziała — Charlie... — wymruczała cicho Harrison, wbijając jeszcze mocniej wzrok błękitnych tęczówek — nie zasnę ze stresu — a o przełknięcie jakiegokolwiek kawałka jedzenia nie wchodziło w grę — ale popatrz, jaki ładny widok za oknem Charlie — zaczęła nagle, kiedy zauważyła piękną, świecącą kulę wznoszącą się na horyzoncie. Wpatrzyła się intensywnie w ten widok i nawet nie wiedziała, kiedy w trakcie lotu zasnęła. Przy Charlim czuła się zwyczajnie bezpieczniej, potrzebowała czuć jego silne ramię, oparcie. Może dlatego zasnęła wtulona w niego mocno.

Dzień dobry, panie Marshall — wymruczała, otwierając powoli oczy. Dalej było ciemno. Czy tu nie powinno być środka dnia? Uniosła się szybko i spojrzała na willę z otwartą buzią. Nie tego się spodziewała. Dobra, myślała, że będzie luksus przez duże L, ale to co właśnie widziała, faktycznie można by określić mianem rajuwow, ale to duże — wydukała, otwierając szeroko usta — idziemy? — dopytała, chwytając Marshalla mocno za rękę i ciągnąc w stronę wielkich drzwi. Tak wielkie to... było wejście od szpitala, a te palmy, te gwiazdy na niebie. Oczy nie mogły przestać się jej świecić ani na moment — to naprawdę są drzwi na twojego kciuka? W o w — prawdziwa technologia. Ciekawe, jak zeskanowali kciuk Charliego na odległość. Wejście do salonu skwitowała wielkim oh, wow. Pierwszy raz była na prawdziwych wakacjach i choć powinna czuć się głupio, to od razu wybiegła na przepiękny taras z widokiem na ocean, a delikatna bryza otrzeźwiła całe jej ciało.
Charlie, popatrz — i teraz oczy się jej naprawdę zaświeciły, jak małemu dziecku otwierającemu świąteczny prezent — mamy basenmy niemalże naturalnie wyszło z jej ust — chodź, wykąpiemy się — ani przez sekundę się nie wahała. Zdjęcia z siebie wszystkie ubrania, zostając jedynie w niebieskiej, koronkowej bieliźnie. Nie miała zielonego pojęcia, czemu akurat to ją ubrała. Tyle że nie miało to żadnego znaczenia, bo zaraz krzyczała głośne: łiiii, wskakując na bombę do basenu.
No chodź do mnie, Charlie — zaśmiała się, pryskając go dłonią. Na co on czekał? Byli na Teneryfie, a noc była przepiękna.

isla de la calma

: śr kwie 01, 2026 11:24 pm
autor: Charlie Marshall
Willę widział tylko na zdjęciach, które podczas urodzinowej kolacji zaprezentowała mu siostra bliźniaczka, jednak w rzeczywistości... prezentowała się o wiele bardziej majestatycznie (willa, nie bliźniaczka), nawet pod osłoną nocy. Nowoczesna bryła z betonu i szkła zdawała się wyrastać prosto ze wzgórza, a palmy rzucały długie, ciemne cienie na mury i kamienny podjazd. Gdy wyszli z auta, wykonał gest dłonią, puszczając Ivy pierwszą. Idziemy? - Idziemy, panie przodem - odparł z lekkim uśmiechem. Był odrobinę zmęczony po podróży - w Toronto zbliżała się dopiero siedemnasta, a tutaj było już grubo po dwudziestej drugiej i zastanawiał się, kiedy dopadnie go jet lag. Na szczęście, nie musieli przejmować się bagażami, bo od razu zajął się nimi kierowca. To naprawdę są drzwi na twojego kciuka? W o w. No, wow. Cherry przywiązywała uwagę do szczegółów, za co był jej niezmiernie wdzięczny. Sam również był odrobinę zaskoczony, bo nie spodziewał się, że Cherry uda się przygotować takie zabezpieczenia na odległość. - Hmm... tak, jak widać - przytaknął, przykładając kciuk do czytnika, aby otworzyć drzwi. No i gdy weszli do środka, sam również dokładnie przyjrzał się wnętrzu - wypadałoby się zapoznać ze swoim prezentem urodzinowym. Co jak co, ale nie mógł odmówić Charity gustu. Wnętrzne było urządzone ze smakiem i dokładnie tak, jak lubił - minimalistycznie i z klasą. Na mahoniowym barku w rogu salonu nawet czekały na niego karafka z dobrą whisky i kryształowa szklaneczka na srebrnej tacy - Cherry zapewne założyła, że spędzi najbliższe dni sam. A ta myśl sprawiła, że w jego głowie samo uformowało się następujące pytanie - czy żałował, że zabrał Ivy? Tak szczerze? Ani trochę. Zwłaszcza, gdy widział jej piękną twarz i błękitne oczy, chłonące z zachwytem każdy detal. Gdy wybiegła z rozwianymi włosami na taras, uśmiechnął się pod nosem, podążył za nią i oparł się o futrynę drzwi balkonowych, nie spuszczając z niej wzroku ani na moment. Charlie, popatrz. Mamy basen. Chodź, wykąpiemy się. Na początku się zaśmiał, sądząc, że dziewczyna żartuje, ale ona bezceremonialnie zaczęła się przed nim rozbierać. Po raz pierwszy widział ją w samej bieliźnie, a niebieska koronka... leżała na niej idealnie. Stał tam przez chwilę w bezruchu (i trochę w szoku), analizując wzrokiem każdy centymetr jej ciała, zanim z głośnym pluskiem wylądowała w basenie. Czy zdawała sobie sprawę, jak bardzo wystawiała na próbę jego silną wolę? Przecież ona otwarcie go kusiła. Całą sobą. - Ivy, powinniśmy iść spać - zaprotestował, podchodząc do niej powoli. - Muszę wstać rano. Czeka mnie lunch, ostateczne negocjacje, dokumenty... - zaczął jej tłumaczyć, ale urwał w momencie, gdy nagie ramiona blondynki wynurzyły się z wody. Po prostu zamilkł i podziwiał jej ciało - bezwstydnie lustrował wzrokiem jej prawie że nagą skórę i sposób, w jaki tafla wody załamywała się na jej ciele. Jego głowa wypełniła się sprośnymi myślami o tym, jak jej biodra wyglądałyby oplecione ciasno wokół jego własnych i jak smakowałaby woda na jej skórze. Nie potrafił zdusić tego pożądania, not anymore. No, chodź do mnie, Charlie. Och. - Ivy - ostrzegł ją stanowczo, gdy prysnęła w jego stronę wodą i wyrwała go z rozmyślań. Odwrócił się na pięcie, jakby naprawdę zamierzał zniknąć we wnętrzu willi, ale... zamiast odejść, zaczął powoli rozpinać guziki swojej koszuli. Jeden za drugim, powoli. Rzucił ją niedbale na leżak, podobnie jak spodnie, buty i skarpetki. Odwrócił się do niej i jeszcze raz zmierzył Ivy wzrokiem - cholera, wyglądała jak najpiękniejszy błąd jego życia, a on chyba zamierzał popełnić go z czystą premedytacją. Wskoczył do wody szybko i gładko, a gdy się wynurzył, znalazł się tuż przed nią. Otarł twarz dłonią z wody, a potem, nie dając jej ani sekundy na ucieczkę, pewnie objął ją za talię i przyciągnął mocno do siebie. - Chciałaś, żebym wszedł, więc jestem - mruknął. Przez moment trzymał ją w tym mocnym uścisku, ale zuchwałość powoli zaczęła go opuszczać. Przecież... jeszcze dwa dni temu płakała w szpitalu. Miała tu odpocząć, to miały być jej pierwsze wakacje za granicą. Ba, to miały być jej pierwsze wakacje całego życia, a on od razu zaczynał wykorzystywać sytuację. Rozluźnił nieco uścisk, przesuwając dłonie z jej talii na mokre ramiona, i uśmiechnął się do niej. - Dlaczego przy tobie nie potrafię powiedzieć "nie"? - zadał jej pytanie, po czym opuścił ramiona, odchylił głowę do tyłu i spojrzał na rozgwieżdżone niebo. Było tu tak cudownie, pięknie... Ona była piękna... Nie chciał tego popsuć. Oparł się plecami o krawędź basenu i wyciągnął ramiona wzdłuż rantu. Dobrze, że woda była chłodna, to przynajmniej skutecznie studziła jego pożądanie i zamiary.

ㅤ‼ ️Ꭾʀɪ፝֟ɴᴄᴇssㅤᥫ᭡

isla de la calma

: czw kwie 02, 2026 1:57 pm
autor: Ivy Harrison
ㅤ‼ ️Ꭾʀɪ፝֟ɴᴄᴇㅤᥫ᭡

Nie zdawała sobie sprawy. Harrison myślała jedynie o jednym - basenie pełnym wody, chwili relaksu, odpłynięcia się i czerpania szczęścia z chwili. Prawdopodobnie to była jedna z tych rzeczy, która kiedyś połączyła ją z Dante. Uwielbiała, kiedy odpływali razem w nieznane. Nie myślała, zdejmując kolejne warstwy ubrań. Uczucie euforii rozlało się jej po całym ciele, kiedy wskoczyła do ciepłego, oświetlonego basenu. Zarzuciła mokrymi kosmkami włosów do tyłów i spoglądała na Charliego cała rozpromieniona.
Nie ma spania — zaprotestowała od razu, marszcząc przy tym nosek. Czy nie takiej buntowniczki nie chciał przypadkiem w samolocie? Wpatrywała się w niego wyzywającym wzrokiem, bo już postanowiła, dzień musiał zakończyć się czymś przyjemnym — przespałam cały lot — a przynajmniej tak się jej wydawało. Niedawno dopiero co wstała, potrzebowała chłonąć całą sobą ten wyjazd. Kolejny czeka ją, dopiero kiedy skończy rezydenturę. Jej nowy lekarz prowadzący i tak marszczył nosa na jej wyjazd — przyszedł wielki psuja zabawy, pan poważny wiceprezes, a gdzie mój Charlie? mój Charlie odbiło się w jej głowie, przez moment wyrywając ją z zabawowego trybu. Aż przegryzła dolną wargę, bo nie tego spodziewała się po samej sobie. Jednak była pierdoloną egoistką. Wcześniej nie zdawała sobie z tego sprawy tak mocno jak teraz. Chciała, żeby Charlie był jej, by mogła zasypiać przy jego boku, wtulić się w niego mocno ramionami, kosztować jego ust, ale było to zakazane. Miał przecież inną, ale byli sami na bajecznej wyspie. Sami, we dwoje. Cholera Ivy, większą egoistką nie mogłaś zostać.
Panie Marshall — zaprotestowała, chlapiąc go drugi raz, kiedy się odwrócił. Złamał ją. Kiedy zaczął zrzucać z siebie ubrania, a zobaczyła jego markowe bokserki, umięśnione ciało, aż przełknęła nerwowo ślinę. Po co wchodziła do tego basenu? Dlaczego całe ciało na moment zatrzymało się jej? Jedynym punktem, w który była wpatrzona był Marshall. Wpatrzona w niego była niczym w najpiękniejszy obrazek. Wręcz nie mogła oderwać od niego oczu, chłonąc każdy napięty mięsień.
Jednak potrafisz się bawić — wyszeptała lekko sparaliżowana. Wzrok wręcz jej wariował, nie wiedziała, na jakiej części ciała Charliego powinna się skupić. Już raz była egoistką, przyznała mu się, że liczyła na więcej. Sama wręcz lgnęła do jego ciała, by móc poczuć ciepły tors na własnych piersiach. Mimowolnie przegryzła dolną wargę, bo w tych warunkach było coś niesamowitego. Teneryfa, szum oceanu i noc rozgwieżdżonych gwiazd.
Hmm... — zaczęła, wzdychając ciężko. Nie chciała, by jej opuszczał. Bliskość Marshalla była dla niej uzależniająca, chciała chłonąć ją, a jednocześnie dziękowała mu. Odsunął się, miał narzeczoną, a ta czułość wobec niej musiała być przyjacielska, zwykła nic nieznacząca troska — nie wiem, ale na co tam patrzysz? — zagadnęła, przechylając delikatnie głowę — znasz się na gwiazdach? — ona nie. Mogła opowiedzieć mu o romantycznych faktach ludzkiego ciała, ale nigdy nie wpatrywała się w niebo. Spojrzała na nie i było piękne, zupełnie inne od tego w Toronto.
O czym myślisz Charlie? — kilka krótkich kroków, a już stała przy jego boku. Nie przeszkadzało jej jego ramię, odchyliła głowę, by móc spojrzeć wraz z nim w ten sam kierunek nocnego nieba — wiem, że jutro ważny dzień, ale może jeszcze chwilę się rozejdziemy, skoro jutro... — zagadnęła cicho, przegryzając dolną wargę — będę tutaj sama — a nie chciała. Skoro wyleciała razem z nim, to chciała móc mu towarzyszyć, cieszyć się wyspą wraz z nim — ale i tak... — zaczęła dość nieśmiało, spoglądając mu badawczo w twarz — dziękuję, że mnie zabrałeś — sięgnęła do jego dłoni, by spleść ich dłonie razem ze sobą. Zwykły, przyjacielski gest w podzięce, a przynajmniej tak sobie wmawiała. Idealnie do siebie pasowały, a jeden dotyk zatrzymywał pogoń myśli.

isla de la calma

: sob kwie 04, 2026 11:04 pm
autor: Charlie Marshall
Nie ma spania? W odpowiedzi na jej zmarszczony nosek Charlie złożył ręce na piersi i zmarszczył brwi, jakby mieli zaraz rozpocząć pojedynek pod tytułem "Kto bardziej okaże swoje niezadowolenie". Wyglądało na to, że trafiła mu się twarda sztuka, która lubiła się przekomarzać, mimo że wcześniej w ogóle by o to Ivy nie podejrzewał. Wstąpił w nią wakacyjny nastrój i ewidentnie nabrała ochoty na wakacyjne szaleństwa. Jednak to... dobrze. W końcu chciał, żeby podczas tego krótkiego pobytu tutaj po prostu się zrelaksowała. No i zdecydowanie podobała mu się ta rozluźniona wersja Ivy... Przespałam cały lot. - Prawie cały - poprawił ją automatycznie, bo każdy w Tornto wiedział, że przywiązywał wagę do szczegółów. Poza tym gdyby przespała cały lot, nic by nie zjadła przez cały dzień, a tak to chociaż skończyła lunch. Czy była głodna? Pewnie by ją o to zapytał, gdyby go nie rozproszyła swoją bielizną. Przyszedł wielki psuja zabawy, pan poważny wiceprezes, a gdzie mój Charlie? Mój Charlie? Posłał jej długie spojrzenie i przeniósł wzrok na jej usta, gdy przygryzła dolną wargę, zapewne onieśmielona swoją własną zuchwałością, bo... powiedziała to tak swobodnie, jakby byli w wieloletnim związku i właśnie pojechali na kolejne wspólne wakacje. Może i był marudą i psują zabawy, ale fakt, że nazwała go swoim Charliem, był po prostu słodki, dlatego nie zamierzał wyprowadzać jej z błędu, nieważne, jak bardzo niezręczne dla ich sytuacji to stwierdzenie było. - A gdzie jest moja grzeczna pani rezydent? Bo mam wrażenie, że po drodze z Toronto wstąpił w nią diabeł, i to taki w niebieskiej koronce - odgryzł się i przechylił głowę na bok, przesuwając wzrokiem po jej bieliźnie. Ten wieczór zaczynał podobać mu się coraz bardziej. Nawet nie musiał jej prosić, aby się rozebrała, bo sama to zrobiła, ułatwiając mu... Znaczy, ojej, gdzież zbłądziły jego lubieżne, nieczyste myśli? Stop. Panie Marshall. - Panno Harrison - odpowiedział na jej zaczepkę od razu, zgrabnie umykając przed chlapiącą wodą i posyłając jej krótki uśmiech przez ramię. Jednak potrafisz się bawić. Zaśmiał się i pokręcił głową, tuż zanim wskoczył do basenu. Ivy była niemożliwa. Przekraczała granicę tylko po to, aby zaraz się wycofać tuż za bezpieczną linię. Zaczynał tracić cierpliwość do tej gry w kotka i myszkę. - Zaskoczona? - rzucił, gdy już wynurzył się w wodzie obok niej. - Jeszcze nie wiesz, co potrafię, panno Harrison - dodał mimochodem, znów rzucając szybkie spojrzenie na jej bieliznę. Nie mógł się opanować przed tym spojrzeniem, zwłaszcza gdy wyobraźnia zaczynała działać mu zbyt intensywnie. Chciał poznać każdy fragment jej ciała, chciał smakować jej ust i chciał, żeby była tylko jego. Czy to źle, że zapałał uczuciem do innej kobiety? Cóż, zdrada była zła, ale czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Sercu byłoby za to bardzo żal, gdyby dalej skazywał je na katorgę, odsuwając się od panny Harrison po raz kolejny. A przecież... byli daleko od domu. Bez żywej duszy naokoło. Sami. We dwoje. Znasz się na gwiazdach? Jeju, tylko ona mogła stać przed nim w samej bieliźnie i pytać go, czy znał się na gwiazdach. - Nie znam się na nich ani trochę. Może poza tym, że żeglarze używali ich, żeby nie zabłądzić na oceanie - mruknął. - A ty? Znasz się na gwiazdach? - odbił piłeczkę, wpatrując się w niebo, które w ogóle nie przypominało tego nad Toronto. Tutaj nie było biurowców, latarni i innych wysokich budynków, więc żadne światła nie zakłócały nocnego spektaklu. O czym myślisz, Charlie? O twoich ramionach. O twoich udach. O twoich ustach. Miał wrażenie, że nie chciałaby wiedzieć, o czym myślał - pewnie gdyby wiedziała, co naprawdę siedziało mu teraz w głowie, czym prędzej uciekłaby z tego basenu. - Uwierz mi, Ivy, ostatnią rzeczą, jakiej teraz chcesz, to żebym zaczął wymieniać te myśli na głos - wybrnął w końcu, po czym objął ją ramieniem, gdy tylko do niego podeszła. Pogładził palcami gładką skórę jej ramion, ale dalej wpatrywał się w niebo i gwiazdy, jakby miał tam znaleźć odpowiedzi na wszystkie nurtujące go pytania. Gdyby to było takie proste... Ech. Będę tutaj sama. - Wrócę do ciebie jak najszybciej będę mógł - odparł. Gdyby tylko mógł, nie zostawiłby jej samej ani na moment, jednak Cherry nie wybaczyłaby mu niepodpisanego kontraktu. Niestety. - Boisz się zostać sama? - zapytał po chwili i zmarszczył brwi, odrywając wzrok od gwiazd. Oj, to był błąd, bo zbłądził w oczach Ivy równie szybko, jak się do niej odwrócił. Dziękuję, że mnie zabrałeś. Jego dłoń, która do tej pory spoczywała na jej ramieniu, niemal instynktownie powędrowała wyżej. Kciukiem zaczął gładzić jej szyję i obojczyk. - To ja dziękuję, że się zgodziłaś - wymruczał cicho, nie mogąc oprzeć się wrażeniu, że to wszystko przypominało sen. Bardzo realistyczny i bardzo gorący sen. Nie patrzył już na gwiazdy, dawno o nich zapomniał. Teraz patrzył tylko i wyłącznie na jej usta. Nie wiedział, czy uważała go tylko za przyjaciela, o czym tak uporczywie chcieli siebie nawzajem przekonać, ba, nie wiedział, czy uważała go za kogokolwiek, ale czuł, że zaraz zwariuje od jej bliskości, jeśli nic z tym nie zrobi. - Jesteś niemożliwa - mruknął w końcu, dokładnie przyglądając się jej twarzy. - Mówisz "dziękuję" z taką miną, jakbyś nie miała pojęcia, że od dziesięciu minut walczę z ochotą, żeby cię po prostu uciszyć pocałunkiem - powiedział bez ogródek, a jedną rękę przeniósł powoli, centymetr po centymetrze, wzdłuż jej pleców na drobną talię i przyciągnął ją do siebie. Drugą dłonią natomiast objął jej policzek i kciukiem przejechał delikatnie po jej dolnej wardze. - Posłuchaj mnie teraz uważnie - powiedział cicho, próbując ubrać swoje myśli w słowa. Uznał, że lepszego momentu na to wyznanie nie będzie i wolał zrobić to na początku tego wyjazdu. - Prawda jest taka, że nie potrafię myśleć o tobie jak o przyjaciółce. Próbowałem być lojalny wobec Blair, ale każda minuta spędzona z tobą, każdy twój uśmiech i każda taka chwila jak ta sprawia, że chcę cię mieć tylko dla siebie. Chcę cię poznać, Ivy. Całą. Mimo że wiem, że nie powinienem - mówił cicho, spokojnie i bardzo powoli, bo chciał, żeby dotarło do niej każde słowo. - Nie potrafię udawać, że nie budzę się i nie zasypiam z myślą o tobie - dodał, czując niewyobrażalną ulgę z każdym kolejnym słowem, jakby coś ciężkiego spadło mu z serca, bo w końcu był z nią w stu procentach szczery. - Więc nie każ mi dłużej walczyć, Ivy. Chcę być twój - powiedział na koniec. Przysunął się do niej, był tak blisko, że zetknęli się czołami, ale nie pocałował jej, choć każdy nerw w jego organizmie aż się o to prosił. I wcale nie dlatego, że się bał, a dlatego, że chciał, żeby była to jej decyzja. Nie wymuszona jego autorytetem. Uśmiechnął się. Nareszcie był szczery. Do bólu i do szaleństwa. Przymknął oczy, czekając na jej reakcję. Nawet gdyby teraz uciekła, to nie miało już żadnego znaczenia, bo powiedział już wszystko to, co... było do powiedzenia.

ㅤ‼ ️Ꭾʀɪ፝֟ɴᴄᴇssㅤᥫ᭡

isla de la calma

: ndz kwie 05, 2026 8:43 am
autor: Ivy Harrison
‼ ️Ꭾʀɪ፝֟ɴᴄᴇㅤᥫ᭡

Wywróciła oczyma. Prawie cały lot. Charlie musiał lubić kontrolę, skoro nawet drobne kwestię musiał jej wydłubać, a ona? Zaśmiała się finalnie. Dziesięć godzin lotu, wcześniej spanie we własnym łóżku, by przebudzać się co chwilę z nerwów i stresu. Cały czas wahała się, czy nie napisać wiadomości, że nie jedzie. Chociaż luksus willi pewnie niedługo zacznie ją przerażać, to basen... pierwszy raz widziała basen z widokiem na ocean, we włosach czuła oceaniczną bryzę. Niemalże wyprostowała się całkowicie jak struna, słysząc moja pani rezydent, o losie, czuła, jak mocno zabiło jej serce. Nie powinna siebie chcieć. Tyle że brzmiało to na tyle pięknie, musiała się zawahać. Uniosła wzrok na Charliego, wpatrując się w jego ciemne tęczówki. Szybko pokręciła głową. Za dużo myśli. Przecież oni się przyjaźnią.
Diabeł, bo chcę się wykąpać w basenie? — parsknęła śmiechem, unosząc obie brwi ku górze. Dopiero co wylądowali, a dla niej to wszystko było nowe. Lustrowała wzrokiem budynek, widok, a przede wszystkim samego Marshalla. Wstrzymała na moment oddech. Był totalnie gorący. Przesunęła wzrokiem po jego torsie i aż musiała odwrócić wzrok, bo myśli zapętliły się zdecydowanie za daleko — po prostu... jesteśmy na wakacjach, Charlie... — chociażby przez krótki moment pragnęła zapomnieć o tym, co stało się w Toronto. O problemach, zerwaniach, kłótniach... o narzeczonej Charliego. Panna Harrison. Czemu za każdym razem jak słyszała to określenie to po jej plecach przechodziły przyjemne dreszcze?
Owszem — kiwnęła delikatnie głową — chciałabym, żebyś cieszył się z życia — dodała po chwili, unosząc kąciki ust. Nawet wyjeżdżając na Teneryfę Charlie musiał zajmować się pracą. Jasne, był to wyjazd służbowy, ale z każdej, najmniejszej chwili powinien się cieszyć. W końcu kto normalny jedzie na Teneryfę? Kto ma willę z basenem? Pragnęła widzieć na jego twarzy szeroki uśmiech, słyszeć jego śmiech. Cholera, czy Ivy chciała szczęścia Charliego? Chyba tak, ale tego właśnie chcą dla siebie nawzajem przyjaciele. To nic nie znaczyło, prawda? Ale sama kwestia niezabrania tu narzeczonej, aż zakuła ją w sercu. Zabrał ją, a nie narzeczoną. I z jakiegoś dziwnego powodu było jej z tym faktem cudownie.
Nie znam się, ale bym chciała — stwierdziła, przechylając głowę, by bardziej przyjrzeć się migoczącym światłom na niebie. Były piękne, wręcz cudowne. Raz na jakiś czas błyszczały, może jeśli im się poszczęści to, zobaczy spadającą gwiazdę? Wtedy życzyłaby sobie, żeby Charlie był singlem. Wtedy mogłaby zostać egoistką — tam jest duży wóz i tu moja wiedza się kończy — uniosła delikatnie dłoń, by mu go pokazać. Nie znała innych konstelacji... chociaż jeszcze jedną poznała. Ją w ramionach Charliego, bo kiedy ją objął, serce zaczęło bić szybciej. Jakby chciało uciec z klatki piersiowej. Oj, panie Marshall, jeszcze Ivy dostanie przy Tobie zawału.
Wiem, domyślam się, ale to pewnie trwa długo... — westchnęła ciężko, opierając głowę o jego ramię. Przymknęła na moment oczy, dając chwili trwać — nie chcę zostać sama, wtedy za długo myślę, a nie będę miała żadnego zajęcia — bo co miałaby tu robić? Miała dla siebie całą, wielką willę, całą wyspę do odkrycia, a jedyne do czego będzie zdolna, to czekanie na Charliego, licząc, że wróci do niej szybko — wrócę głową do Toronto do nowego prowadzącego, do poszukiwania mieszkania, sporo spraw mam do załatwienia — czy powinna mówić mu o własnych problemach? Teraz cieszyła się chwilą i naprawdę nie chciała jej popsuć. Delikatne głaskanie jej skóry pomagało, tyle że problemy wciąż w głębi niej narastały, a ona nie potrafiła przejść obok nich obojętnie. Odchyliła szyję, by móc ułatwić mu zadanie. Powoli odpływała, ale ta chwila faktycznie była niczym przepiękny sen — nie ma za co dziękować, skoro jestem diabłem — parsknęła krótko pod nosem, unosząc do góry oba z kącików ust. W końcu może popsuje mu wyjazd? Tyle że gdy spoglądała w jego ciemne tęczówki, zdawała sobie sprawę z jednego. Naprawdę chciała przy nim być w tym momencie, schować się w jego ramionach i zapomnieć o całym świecie. Tyle że to nie byłaby już przyjaźń, prawda?
Co? Dlaczego tym razem? — spytała lekko zszokowana. Przez jej ciało przeszły dreszcze. Wyłączyła się na moment, kiedy ujął jej twarz w dłonie. Chciała go pocałować. Tak cholernie chciała go pocałować. Zwłaszcza kiedy przejechał po jej wardze palcem. Dlaczego to robił? Dlaczego tak na nią działał? Objęła go swoimi drobnymi ramionami mocno. Wręcz przełknęła nerwowo ślinę. — dobrze — mruknęła cicho, ani na moment nie odwracając wzroku od jego oczu. Zacisnęła mocniej na nim palce. Przegryzła dolną wargę. Nie chciał przyjaźni, chciał ją bliżej poznać, a ona... ona chyba chciała tego samego. Ukuło ją w sercu, gdy usłyszała imię Blair, ale z każdym kolejnym słowem coraz bardziej przepadała. Stała w ciszy, próbując poukładać sobie wszystko w głowie. Czyli... czyli on czuł to samo co ona? Nie była w stanie wyrzucić go ze swojej głowy, nawet gdy przywoływała w myślach jego narzeczoną. Tylko co by się stało, gdyby jej nie miał? Tamto pytanie cały czas przechodziło jej przez głowę. Wtedy... wtedy by spróbowali być ze sobą. Chodziliby na randki, poznawali siebie nawzajem i własne przyzwyczajenia. Chcę być twój. Już otwierała usta, by coś powiedzieć, ale wtedy zetknęli się czołami. Była przy nim taka mała, a jednak... jakby idealnie do siebie pasowali pod każdym względem. Uniosła delikatnie dłoń na jego policzek, by powoli głaskać go kciukiem. Teraz przyszła jej kolej.
Też... — zaczęła lekko nerwowo, ale nie odsunęła się ani na moment. Wręcz przylgnęła jeszcze mocniej do jego ciała. Już wtedy we windzie każda komórka wręcz krzyczała, że chciałaby być jego. Udowadniał jej to za każdym razem. W jego samochodzie, na klatce schodowej, czy w stadninie... Czy to nie była miłość? — też chcę być twoja Charlie — powiedziała finalnie, by finalnie stanąć na palcach i musnąć jego wargi. Cholera, tak bardzo chciała je smakować. Tylko czy to było moralne? Tego wieczoru na pewno. Nie była w stanie dłużej ukrywać własnych uczuć. Zadurzyła się w tym wiceprezesie. Nie miała ku temu żadnych wątpliwości. Chciała być jego. Dlatego już po pierwszych muśnięciach pogłębiła pocałunek. Nie musiała się hamować. Przecież oboje chcieli siebie nawzajem, przecież oboje nie chcieli się przyjaźnić i w końcu przecież oboje chcieli należeć do siebie nawzajem.