this wasn’t the plan
: sob mar 28, 2026 2:34 pm
Wizytówka z wypisanym adresem salonu fryzjerskiego nie dawała o sobie zapomnieć. Na tyle skutecznie, by pozwolić przez ostatnich dni powoli dojrzewać pomysłowi, którego – o dziwo – realizację Dante wciąż wolał odsuwać w czasie zamiast po prostu zadziałać.
Zresztą… to chyba nawet nie do końca był pełnoprawny pomysł. Po prostu taka natrętna myśl, która przez większość czasu kryła się gdzieś z tyłu głowy, a tylko okazjonalnie wybijała się na pierwszy plan. Najczęściej w momentach zupełnie przypadkowych, kiedy wydawało mu się, że jego myśli skupiały się przecież na czymś zupełnie innym. A jednak wystarczyło zwykle przypadkowe spojrzenie w kierunku zostawionej na stoliku w salonie wizytówki, bezmyślne przerzucenie w inne miejsce bluzy, która przeleżała u niej dobrych kilka lat, czy… cokolwiek innego, co w jakiś sposób ściągało uwagę właśnie na tę jedną, całkowicie bezsensowną myśl.
Nadal miał jej numer, a upewniwszy się, że nie zmieniła go od czasu, gdy kontaktowali się ze sobą ostatni raz, pewnie mógłby po prostu wysłać jej wiadomość. Albo zadzwonić. W jakiś sposób wydawało się to jednak pomysłem o wiele gorszym niż ten kompletnie absurdalny, zakładający niezapowiedziane odwiedziny w jej salonie.
Nawet jeśli powód wydawał się być śmiesznie prosty – powinien jej przecież jakoś podziękować za pomoc, której wcale nie musiała mu udzielać – podświadomie musiał zdawać sobie sprawę z tego, że najlepszą formą tych podziękowań byłoby zostawienie jej w spokoju. Wcale przecież nie musiała chcieć się z nim spotykać. I byłoby to jak najbardziej zrozumiałe. Pewnie nawet o wiele bardziej niż to, że w ogóle dała mu tę cholerną wizytówkę, skutecznie tym samym osłabiając pewność co do tego, czy aby na pewno nie chciała go więcej widzieć.
I to nie tak, że zaplanował wizytę u niej już w momencie, kiedy zapinał psu smycz. W rzeczywistości nie miał tego w planach ani wychodząc z domu, ani bezmyślnie odpuszczając sobie stałą trasę spaceru i kierując się po prostu przed siebie. A przynajmniej nie było w tym nic ze świadomego planowania – mniej więcej do chwili, kiedy po drodze mijał wegańską restaurację i kiedy bez zastanowienia zdecydował się do niej wejść i zamówić na wynos dwa zestawy obiadowe. Choć pewnie nadal mógłby po prostu wrócić z Murphym do domu i udawać przed samym sobą, że rzeczywiście po prostu naszła go ochota na bezmięsny obiad – albo i dwa… – chyba był to odpowiedni moment, żeby przyznać, że tym razem naprawdę wreszcie miał zamiar zobaczyć się z Elsą. Zwłaszcza, że przecież wcale nie przypadkiem jej salon znajdował się ledwie kilkaset metrów dalej…
Nadal jednak nie miał najmniejszego pojęcia co właściwie powinien jej powiedzieć. Ani tym bardziej, czy aby przypadkiem nie popełniał kolejnego idiotycznego błędu, kiedy już złapał za klamkę drzwi wejściowych i wraz z psem – a także z papierową torbą z jedzeniem w ręku – zdecydował się wejść do środka.
W tej samej chwili daremne okazało się założenie, że po prostu wyjdzie i nie będzie zawracał jej głowy, jeśli wewnątrz zastanie kogoś z klientów. Widocznie miał całkiem niezłe wyczucie czasu – albo wręcz przeciwnie… – skoro salon był pusty. Nie licząc oczywiście właścicielki, na której zresztą zatrzymał na dłuższą chwilę spojrzenie, stojąc tak w wejściu, zanim wreszcie przypomniał sobie, że pewnie jakoś wypadałoby się odezwać.
– Cześć – całkiem nieźle, dość sensownie jak na początek. Choć pewnie wciąż wypadałoby dodać do tego coś jeszcze… – Byłem akurat obok i… Murphy chciał się z tobą przywitać i cię poznać.
Wprawdzie ten mógłby pewnie obdarzyć go w tym momencie wyjątkowo wymownym spojrzeniem, gdyby tylko rozumiał, co właśnie zostało powiedziane. Na szczęście wciąż był po prostu psem, w dodatku pod pewnymi względami potrafiącym wykazać się jakaś odrobiną współpracy. Jak choćby teraz, gdy rzeczywiście na widok Elsy zamerdał radośnie ogonem, wywalając przy okazji jęzor w prawdziwie psim uśmiechu, jakby naprawdę nie mógł się doczekać, kiedy wreszcie będzie mógł poznać osobę, o której istnieniu do tej pory nie miał nawet pojęcia. I wcale nikt nie musiał wspominać na głos, że mniej więcej w ten sam sposób zwierzak reagował niemal na wszystkich…
– Poza tym… nie wiem czy wiesz, ale masz tu niedaleko całkiem niezłą knajpę z wegańskim jedzeniem… – dodał, nie zwracając większej uwagi na to, że to już dość mocno podważało wcześniejszy powód nieplanowanej wizyty w jej salonie. Ani tym bardziej na to, że w zasadzie nie miał najmniejszego pojęcia, czy wspomniane jedzenie faktycznie było niezłe. Bo niby skąd miałby to wiedzieć, skoro przed paroma chwilami był tam chyba po raz pierwszy…?
Elsa Eriksen
Zresztą… to chyba nawet nie do końca był pełnoprawny pomysł. Po prostu taka natrętna myśl, która przez większość czasu kryła się gdzieś z tyłu głowy, a tylko okazjonalnie wybijała się na pierwszy plan. Najczęściej w momentach zupełnie przypadkowych, kiedy wydawało mu się, że jego myśli skupiały się przecież na czymś zupełnie innym. A jednak wystarczyło zwykle przypadkowe spojrzenie w kierunku zostawionej na stoliku w salonie wizytówki, bezmyślne przerzucenie w inne miejsce bluzy, która przeleżała u niej dobrych kilka lat, czy… cokolwiek innego, co w jakiś sposób ściągało uwagę właśnie na tę jedną, całkowicie bezsensowną myśl.
Nadal miał jej numer, a upewniwszy się, że nie zmieniła go od czasu, gdy kontaktowali się ze sobą ostatni raz, pewnie mógłby po prostu wysłać jej wiadomość. Albo zadzwonić. W jakiś sposób wydawało się to jednak pomysłem o wiele gorszym niż ten kompletnie absurdalny, zakładający niezapowiedziane odwiedziny w jej salonie.
Nawet jeśli powód wydawał się być śmiesznie prosty – powinien jej przecież jakoś podziękować za pomoc, której wcale nie musiała mu udzielać – podświadomie musiał zdawać sobie sprawę z tego, że najlepszą formą tych podziękowań byłoby zostawienie jej w spokoju. Wcale przecież nie musiała chcieć się z nim spotykać. I byłoby to jak najbardziej zrozumiałe. Pewnie nawet o wiele bardziej niż to, że w ogóle dała mu tę cholerną wizytówkę, skutecznie tym samym osłabiając pewność co do tego, czy aby na pewno nie chciała go więcej widzieć.
I to nie tak, że zaplanował wizytę u niej już w momencie, kiedy zapinał psu smycz. W rzeczywistości nie miał tego w planach ani wychodząc z domu, ani bezmyślnie odpuszczając sobie stałą trasę spaceru i kierując się po prostu przed siebie. A przynajmniej nie było w tym nic ze świadomego planowania – mniej więcej do chwili, kiedy po drodze mijał wegańską restaurację i kiedy bez zastanowienia zdecydował się do niej wejść i zamówić na wynos dwa zestawy obiadowe. Choć pewnie nadal mógłby po prostu wrócić z Murphym do domu i udawać przed samym sobą, że rzeczywiście po prostu naszła go ochota na bezmięsny obiad – albo i dwa… – chyba był to odpowiedni moment, żeby przyznać, że tym razem naprawdę wreszcie miał zamiar zobaczyć się z Elsą. Zwłaszcza, że przecież wcale nie przypadkiem jej salon znajdował się ledwie kilkaset metrów dalej…
Nadal jednak nie miał najmniejszego pojęcia co właściwie powinien jej powiedzieć. Ani tym bardziej, czy aby przypadkiem nie popełniał kolejnego idiotycznego błędu, kiedy już złapał za klamkę drzwi wejściowych i wraz z psem – a także z papierową torbą z jedzeniem w ręku – zdecydował się wejść do środka.
W tej samej chwili daremne okazało się założenie, że po prostu wyjdzie i nie będzie zawracał jej głowy, jeśli wewnątrz zastanie kogoś z klientów. Widocznie miał całkiem niezłe wyczucie czasu – albo wręcz przeciwnie… – skoro salon był pusty. Nie licząc oczywiście właścicielki, na której zresztą zatrzymał na dłuższą chwilę spojrzenie, stojąc tak w wejściu, zanim wreszcie przypomniał sobie, że pewnie jakoś wypadałoby się odezwać.
– Cześć – całkiem nieźle, dość sensownie jak na początek. Choć pewnie wciąż wypadałoby dodać do tego coś jeszcze… – Byłem akurat obok i… Murphy chciał się z tobą przywitać i cię poznać.
Wprawdzie ten mógłby pewnie obdarzyć go w tym momencie wyjątkowo wymownym spojrzeniem, gdyby tylko rozumiał, co właśnie zostało powiedziane. Na szczęście wciąż był po prostu psem, w dodatku pod pewnymi względami potrafiącym wykazać się jakaś odrobiną współpracy. Jak choćby teraz, gdy rzeczywiście na widok Elsy zamerdał radośnie ogonem, wywalając przy okazji jęzor w prawdziwie psim uśmiechu, jakby naprawdę nie mógł się doczekać, kiedy wreszcie będzie mógł poznać osobę, o której istnieniu do tej pory nie miał nawet pojęcia. I wcale nikt nie musiał wspominać na głos, że mniej więcej w ten sam sposób zwierzak reagował niemal na wszystkich…
– Poza tym… nie wiem czy wiesz, ale masz tu niedaleko całkiem niezłą knajpę z wegańskim jedzeniem… – dodał, nie zwracając większej uwagi na to, że to już dość mocno podważało wcześniejszy powód nieplanowanej wizyty w jej salonie. Ani tym bardziej na to, że w zasadzie nie miał najmniejszego pojęcia, czy wspomniane jedzenie faktycznie było niezłe. Bo niby skąd miałby to wiedzieć, skoro przed paroma chwilami był tam chyba po raz pierwszy…?
Elsa Eriksen