Strona 1 z 1

it’s gettin’ sticky in this bitch

: sob mar 28, 2026 8:56 pm
autor: Indie Caldwell
12
✩ ✩ ✩
Chłodne, rześkie powietrze przyjemnie załaskotało rozgrzaną skórę twarzy, kiedy po dobrych dwóch minutach zaciętej walki udało jej się przepchnąć przez stojący w wejściu lokalu tłum. Noc była zimna, ale zaskakująco urokliwa: na wolnym od chmur niebie migotały pojedyncze gwiazdy, widok, który w mieście tak wielkim jak Toronto przytrafiał się raczej rzadziej aniżeli częściej.
Swój wieczór Indie sklasyfikowałaby jako przeciętnie ekscytujący — jak dotąd najlepiej bawiła się na biforku u kumpla, ale nie oponowała, gdy reszta pięcioosobowej grupy znajomych jednogłośnie zarządziła relokację do Poor Romeo. W teorii przy odrobinie wysiłku potrafiłaby dogadać się z naprawdę kimkolwiek — nigdy nie miała większych trudności z nawiązywaniem znajomości, również tych.. nietypowych — ale nie do końca przemawiał do niej asortyment zgromadzonych w środku ludzi, bo po dotarciu na miejsce okazało się, że dobrą jedną trzecią baru okupowała grupka mężczyzn po czterdziestce, zgadywała, że korposzczurów. Na kolejnego już tej nocy papierosa wymknęła się dlatego, że jeden z nich, niejaki Dave, właśnie miał zacząć wyjaśniać jej jak działała giełda — wystarczyło, że padło hasło kryptowaluty i Caldwell w przeciągu pięciu sekund była już w drodze na zewnątrz, w przedarciu się przez tłum pomagając sobie okazjonalnym szturchnięciem łokcia.
Nieco męczył ją panujący wewnątrz lokalu harmider, więc miejscówkę na szluga znalazła sobie kawałek dalej, gdzie dystans kilku kroków oferował chwilę wytchnienia od zgiełku rozmów i pomrukującej w tle muzyki. Była już po kilku kolejkach, więc odpalony papieros smakował wręcz wybitnie — zaciągała się nim z satysfakcją na twarzy i przymrużonymi oczami, łapiąc dym głęboko w płuca i ewidentnie czerpiąc garściami z tego krótkiego antraktu. Serio, mogłaby przysiąc, że zaraz osiągnęłaby Zen, gdyby nie przerwała jej w tym zasłyszana przypadkiem rozmowa stojącej nieopodal dwójki nieznajomych, jednego z korposzczurów i jakiejś dziewczyny, sporo młodszej. Jako pierwszy uwagę Indie zwrócił nieprzyjemny ton mężczyzny, a zaraz potem fakt, że wcale nie wyglądało to na konwersację, w której obie strony uczestniczyły dobrowolnie. Tyle w zupełności jej wystarczyło — nie potrzebowała nawet marnej sekundy na zastanowienie, w trzech susach pokonując dzielący ich dystans i zatrzymując się tuż obok nieznajomej.
Piękny wieczór, co? — odezwała się jeszcze zanim zdążył zrobić to stojący przed nimi mężczyzna, widocznie niepocieszony jej widokiem. Na końcu języka już miała grzeczne pytanie o to, czy się znali, ale to powiedziało jej wszystko co musiała wiedzieć; ani jej się śniło gdziekolwiek teraz iść. — Jakiś problem?
Nie, nie ma żadnego problemu, ale dzięki. — Ledwo zdążyła dokończyć pytanie, a typ już odganiał ją lekceważącym machnięciem ręki, na co momentalnie ściągnęła brwi.
Nie do Ciebie mówię, Walter White — odbiła bez zastanowienia, zerkając wymownie na jego łysą głowę, zanim uważne spojrzenie przeniosła na milczącą dziewczynę. — Jakiś problem? — powtórzyła spokojnie, zwracając się bezpośrednio do niej.

Shereen Winfield

it’s gettin’ sticky in this bitch

: pn mar 30, 2026 12:15 pm
autor: Shereen Winfield
05
it’s gettin’ sticky in this bitch


Jeśli miałaby wybierać między klubem a barem koktajlowym — nie wybrałaby nic. W klubach było zbyt tłocznie, nie kręcił jej widok ocierających się o siebie, przepoconych ludzi pod wpływem przeróżnych substancji psychotycznych. Wolała nie brać udziału w dziwnym pokazie tanecznym. Kobiety chciały wyglądać seksownie, ocierając się o obcych typów, a faceci wykorzystywali okazję, obłapiając je nie tylko wzrokiem, ale i dłońmi. Nie rozumiała rozrywki tego typu i nieszczególnie się z tym kryła. Gdy koleżanki ze studiów składały jej propozycję wyjścia do klubu, stanowczo odmawiało. Zapach spoconych ciał wzbudzał w niej obrzydzenie, muzyka była zbyt głośna, a ludzie zbyt chętni do nawiązywania nowych znajomości i picia alkoholi o podejrzanej nazwie i składzie niewzbudzającym zaufania. Poczułaby się brudna, gdyby weszła do klubu. Nie wspominając o tym, że w takich miejscach przebywało na ogół dużo niebezpiecznych osób. Nie miała pewności, czy przypadkiem nie trafiłaby na swojego byłego chłopaka. Odkąd dowiedziała się, że mężczyzna przyjechał do Toronto, dostawała paranoi. Patrzyła podejrzliwie na niepodpisane przez organy państwa listy dostarczane do skrzynki pocztowej, zasłaniała wszystkie okna w domu i sprawdzała kilkakrotnie, czy przekręciła zamek w drzwiach. Wychodząc na ulice, mimowolnie rozglądała się dookoła. Odnosiła wrażenie, że obserwował jej każdy krok, chowając się gdzieś w cieniu. Paranoja? Być może. Może za bardzo panikowała. Wolała mieć jednak na uwadze swoje bezpieczeństwo. Przecież znała go na tyle dobrze, by wiedzieć, że nie odpuszczał. A ona wolałaby, żeby po prostu zostali dla siebie martwi; bo tak byłoby prościej. Nikt nie musiał wchodzić sobie w drogę ani utrudniać sobie wzajemnie życia. Dla niego to rozwiązanie było zbyt łatwe. Odkąd pamiętała, wolał komplikować sprawy i nie potrafił pogodzić się z poczuciem straty. Teraz była bardziej zła na siebie, niż na niego — gdyby mu nie zaufała, nie bałaby się wychodzić po zmroku z domu.
Bary koktajlowe miały ten plus, że ludzie w tym miejscu głównie siedzieli. Wewnątrz unosił się zapach słodko-gorzkich drinków i ciężkich, poważnych perfum. Korposzczury, porządni panowie, biznesmeni. Czuła się cholernie nie na miejscu, przechodząc przez drzwi tego lokalu. Nie pasowała tutaj. Osoba o jej statusie powinna spędzać czas w restauracji na popijaniu półsłodkiego wina. Spędziłaby miło czas na rozmowie z człowiekiem, z którym mogłaby nawiązać solidną współpracę. Po dobiciu prawdopodobnie by się rozstali. Ona wróciłaby do swoich spraw, on do swoich i nie spotkaliby się do kolejnej rozmowy biznesowej. Z klientami było jednak inaczej. Często byli to prości, przyziemni ludzie, którzy woleli spotykać się w normalnych miejscach. W porządku. Bar koktajlowy był dość neutralnym gruntem. Człowiek, z którym była umówiona, szukał sali nadającej się do urządzenia przyjęcia urodzinowego dla swojego brata. Zamówili po drinku, porozmawiali; przedstawił swoją propozycję, pomysł i być może trochę dziwnie się na nią patrzył. Nie musiała pytać o status cywilny. Po sposobie, w jaki próbował z nią rozmawiać, wywnioskowała, że był kawalerem albo rozwodnikiem. Niezależnie od tego; zgodziła się na tę rozmowę tylko, dlatego że wywęszyła pieniądze. Po półgodzinnej rozmowie i dogadaniu ważniejszych rzeczy mężczyzna opuścił lokal. Winfield jeszcze została. Chciała spędzić trochę czasu w swoim własnym towarzystwie. Skoro już była w takim miejscu, zamówiła jeszcze jednego drinka. Słodkiego, z wyczuwalną nutą cytrusów o rumu. Podobno specjał barmanki. Nic dziwnego, drink był naprawdę smaczny. Po wypiciu go i zapłaceniu zgarnęła swój płaszcz i udała się w stronę wyjścia. Tylnego wyjścia, bo stamtąd miała bliżej do parkingu taksówek.
Po wyjściu za drzwi wpadła na n i e g o. Łysowatego, nie najwyższego i kiepsko wyglądającego mężczyznę w zbyt opiętej koszuli i pseudo-eleganckiej kurtce. Z początku chciała go przeprosić, wyminąć i iść w swoją stronę. Mężczyzna zastąpił jej drogę, jasno dając jej do zrozumienia swoim zachowaniem, że nie zamierzał jej wypuścić przez najbliższe kilka minut rozmowy. Złapała głęboki wdech, odsuwając się jak najdalej, gdy poczuła odór alkoholu spomiędzy jego ust. Skrzywiła się. Zrobiła to mimowolnie, co najwidoczniej go tylko rozbawiło.
— O proszę, jaka delikatna. Co ty robisz w takim miejscu, co? Skoro już jesteś, to może ci pokażę, jak fajnie się tutaj bawimy? — rzucił nieprzyjemnym tonem, chcąc złapać ją za dłoń. Zabrała ją, wsuwając do kieszeni płaszcza. Nie mogła okazać słabości, bo jak już zdążyła zrozumieć, niektórych typów właśnie to kręciło. Stała i wpatrywała się w niego intensywnie, starając się nie zdradzić swoich obaw względem jego osoby.
— Obawiam się, że mamy inną definicję zabawy, więc mógłby pan sobie iść i mnie zostawić w spokoju — zasugerowała, zerkając jednoznacznie w stronę parkingu. Spojrzenie mężczyzny stało się ostrzejsze, nieprzyjmujące sprzeciwu. To Winfield natomiast było przepełnione zrezygnowaniem. Każdy jej gest, spojrzenie czy ruch ciała zdradzał zrezygnowanie i pośpiech. Nie miała głowy do użerania się z kimś jego typu. Wspomniał coś jeszcze na temat tego, że powinna wypić jeszcze kilka drinków na rozluźnienie i, że ewidentnie jest pierdolnięta, skoro nie chce wrócić z nim do środka. Nie chciała pogarszać swojej sytuacji, więc nim się odezwała, ugryzła się w język.
Dziewczyna, która wtrąciła się w tę konwersację, była dla niej wybawieniem. Mężczyzna zwrócił uwagę na tę pyskatą, skupiając na niej swoje spojrzenie.
— O tak, fantastyczny. Ten odbijający się księżyc wygląda niesamowicie — kiwnęła lekko podbródkiem w stronę połyskującej łysiną głowy stojącego przed nią faceta. Nagle nabrała odwagi, jakby obecność Indie na nowo wtoczyła pewność siebie w jej żyły. Skrzyżowała ręce na klatce piersiowej, przewracając oczami na odpowiedź Pana Waltera White — swoją drogą, parsknęła na to porównanie.
— Pan Walter najwidoczniej nie rozumie, że nie jestem zainteresowana spędzaniem z nim czasu, ani z żadnym innym mężczyzną — wyjaśniła, odsuwając się od mężczyzny. Stanęła nieopodal dziewczyny, mierząc zdezorientowanego oblecha przenikliwym spojrzeniem.
— Co za popierdolone czasy! Baby przychodzą tam, gdzie są chłopy, poubierane jak kurwy i jeszcze się dziwią! — podniósł oburzony głos, wymachując rękoma na prawo i lewo, jakby próbował odgonić nimi grupę upierdliwych komarów. Musiał wypić naprawdę dużo. Język mu się plątał i sam chyba nie do końca wiedział, co mówi.

Indie Caldwell

it’s gettin’ sticky in this bitch

: czw kwie 02, 2026 7:16 pm
autor: Indie Caldwell
Jeśli Indie miałaby wybierać między klubem a barem, również nie wybrałaby nic. Nie dlatego, że obie opcje brzmiały równie odpychająco, ale dlatego, że zamiast tego zwyczajnie wzruszyłaby ramionami — wszystko jedno, było jej na ten temat zupełnie wszystko jedno, naprawdę. Była w tej kwestii na tyle niewybredna, że tak długo, jak miała towarzystwo, nie miała większego kłopotu z imprezowaniem gdziekolwiek, ba, bez zastanowienia wlazłaby nawet do najbardziej zapyziałej meliny w całym Ontario, jeśli tylko sądziłaby, że bawiłaby się tam dobrze, więc... w niczym nie przeszkadzała jej więc klejąca się podłoga, obdrapane barowe stołki i przykryte warstwami naklejek łazienki Poor Romeo. W podobnych niewyszukanych okolicznościach na tym etapie swojego życia lądowała średnio ze trzy razy w tygodniu, więc już dawno przywykła do statusu quo miejsc takich jak to, a wraz z tym — do ich klienteli i tego, że bywała... różna? Stąd też zresztą brał się jej całkowity brak zawahania w decyzji, aby bezczelnie wtrącić się w cudzą rozmowę: doskonale znała ten proceder, ten nachalny, protekcjonalny męski ton i widoczny gołym okiem dyskomfort, który budził w Bogu ducha winnej ofierze tych żenujących zalotów. Caldwell wiedziała zatem dokładnie, na co pisała się stając ramię w ramię z brunetką, toteż reakcja mężczyzny nie była dla niej jakimkolwiek zaskoczeniem. Spodziewała się oporu i niezadowolenia, a fakt, że wyraził je tak dobitnie i nieprzyjemnie tylko utwierdził ją w przekonaniu, że jej samozwańcza interwencja była nie tylko na miejscu, ale konieczna.
Tak jak jeszcze chwilę temu była w pełni gotowa dać temu spokój i zwyczajnie się odpierdolić — wrócić do swojego papierosa i dumania o tym, gdzie zamierzała skończyć dzisiejszy wieczór — tak teraz ani jej się śniło odstąpić nieznajomą chociażby na krok. Prędzej własnoręcznie zawiozłaby ją do domu na barana niż zgodziła się zostawić ją samą z łysiejącym delikwentem, ku jego wielkiemu rozczarowaniu.
O tak, fantastyczny. Pokiwała teatralnie głową w wyrazie swojej pełnej zgody. Ten odbijający się księżyc wygląda niesamowicie.
Zabawna była. Spodobała jej się.
Oj, Walter — westchnęła tonem pełnym politowania, kręcąc głową z rozczarowaniem, co najmniej tak, jakby karciła sześciolatka za bieganie z nożyczkami, a nie dorosłego faceta za nieprzyzwoitą natrętność. — Może słuch na starość słabnie? — spytała troskliwie. Nie miała okazji kontynuować, bo w zadaniu kolejnego kąśliwego pytania przerwało jej oburzenie łysego i komentarz, który pod jego wpływem wystosował.
Mogłaby rozegrać to z klasą. Taktownie. Na spokojnie, bez zbędnych uniesień, może złapać dziewczynę za rękę, odwrócić się na pięcie i uciec pod pretekstem nagłej sytuacji awaryjnej. Coś o domagającej w kiblu koleżance, której do rzygania pilnie trzeba było przytrzymać kucyka, tak na przykład? Albo, nie wiem, o podjeżdżającym za trzy minuty Uberze? Mogłaby powiedzieć dosłownie cokolwiek i zmyć się szybciej, niż Łysy zdążył zaprotestować, ale przecież nie nazywałaby się Indie Caldwell, gdyby zachowała pełen spokój.
Słucham? — Tym razem ton miała szorstki, daleki od rozrywkowego. Nagle na jej twarzy nie było śladu po dotychczasowym rozbawieniu: wpatrywała się w mężczyznę nieustępliwie z poważną miną i surowym spojrzeniem, ani trochę onieśmielona jego oburzeniem. — Poubierane jak co? — Gdyby była odrobinę mądrzejsza, może wiedziałaby, że trzeba było się po prostu ugryźć w język i sobie darować, ale... był powód, dla którego Indie nigdy jeszcze nie zasłynęła ani z bycia mądrą, ani taktowną.
Słyszałaś mnie, Mała — odburknął niechętnie.
Co taki nieśmiały nagle? — naciskała, ledwo powstrzymując się przed niewyszukanym komentarzem na temat tego, co tak naprawdę było małe. Kusiło, kurwa, strasznie ją kusiło. Darowała sobie tylko i wyłącznie dlatego, że w tym wszystkim przyświecała jej przecież obawa o bezpieczeństwo nieznajomej — bezczelna prowokacja, zwłaszcza takiego formatu, raczej przyniosłaby efekt odwrotny od zamierzonego i naraziła na jeszcze większe ryzyko. Szkoda. — Powiedziałeś, to powtórz.
Nie trwało to długo — tymi kilkoma słowami Caldwell ewidentnie zdołała podnieść mu ciśnienie, bo przez twarz mężczyzny krótko przemknęło zawahanie, zanim górę wzięła frustracja i wykonał pół chwiejnego kroku w ich kierunku.
Poubierane... — zaczął, ale przerwało mu czknięcie, po którym nie omieszkał powtórzyć: — jak kurwy. Chcecie wyglądać jak dziwki, to macie. — Omiótł pogardliwym spojrzeniem najpierw ją, a zaraz potem nieznajomą, to właśnie na niej finalnie zatrzymując wzrok. — Sama się prosiłaś — warknął w jej kierunku.
Całe szczęście Indie przyglądała się temu wszystkiemu na tyle uważnie, że mogła zareagować natychmiast, gdy wraz z tymi słowami dłonią odnalazł nadgarstek brunetki i zacisnął na nim palce. Nie dała mu szansy szarpnąć dziewczyny w swoim kierunku — niewiele myśląc wcisnęła się w dzielący ich dystans, stając pomiędzy ich dwójką z mocnym uchwytem dłoni na jego nadgarstku.
Słuchaj no, M... — odpalił się, ale na to też nie dała mu okazji.
Puszczaj. Już.

Shereen Winfield

it’s gettin’ sticky in this bitch

: śr kwie 08, 2026 2:01 pm
autor: Shereen Winfield
Shereen była aż za bardzo — brzydziły ją kluby, brzydziły ją bary, nie lubiła nagłego dotyku, ani zagabywania. Sytuację pod barem koktajlowym uważała nie tylko za niesmaczną, czy niestosowną, ale przede wszystkim za taką, która wydarzyć się n i e p o w i n n a. Rzadko przychodziła do lokalów o wątpliwej opinii i jeśli się to zdarzało, zawsze wychodziła bardziej uprzedzona niż przyszła — głównie wobec mężczyzn mylących mordę ze szklanką. Niektórzy aż prosili się o kłopoty po alkoholu. Podbijali do losowych kobiet, szukali problemów, bo ktoś krzywo spojrzał, albo awanturowali się z obsługą, jakby byli na stanowisku Karola III co najmniej i oczekiwali specjalnego traktowania. Była przyzwyczajona do nieco innych standardów, bardziej restauracyjnych. Niby nic zaskakującego, kolejny pijany delikwent z przerostem ego nad statusem i najwidoczniej testosteronem podburzonym krążącym we krwi alkoholem. Niepewność? Odczuwała ją, gdy była z nim s a m a, a on natarczywie próbował zatrzymać ją w miejscu, odgradzając jej drogę do samochodu. W takich sytuacjach wolała reagować spokojnie, żeby nikogo nie podburzać, ani nie prowokować agresywnych zachowań. Potrafiła trzymać buzię zamkniętą na kłódkę, gdy sytuacja tego wymagała — a ta ewidentnie taka była. Odszczeknęła się nieco, zerknęła na niego bezczelnie, ale wciąż go respektowała. W starciu z mężczyzną jego postury nie miałaby zbyt dużych szans — ze swoimi umiejętnościami bojowymi mogłaby co najwyżej pobić się z dzieckiem z podstawówki o łopatkę w piaskownicy. Może z kobietą w swoim wieku, chociaż tego nie byłaby aż tak pewna.
Obecność drugiej kobiety dodała jej odwagi. Poczuła, że teraz, jeśli pan Walter zechciałby się rzucać, miałby większy problem do rozwiązania. Nawet jeśli Shereen nie była zbyt zdolna, bo wchodzenia w pyskówki, czy przepychanki, nieznajoma wydawała się zupełnie otwarta na takie potyczki. Ucieszyła ją reakcja ciemnnowłosej, ale nie była pewna, czy chciała, żeby Caldwell mieszała się w sprawy, które w teorii jej nie dotyczyły. Nie chciała ściągać kłopotów na kogoś, kogo nie znała tylko dlatego, że nie umiała zagrać paskudnymi kartami. Słysząc komentarz łysego, zamrugała z niedowierzaniem. Dziwnie się poczuła, słysząc tę obelgę z ust pijanego napaleńca — gdyby usłyszała to słowo od kogoś innego, zareagowałaby podobnie. Dziwnie, to było dobre słowo — w teorii nie powinna poczuć się urażona, w praktyce ją to ubodło. Poczuła złość i nieprzyjemne ukłucie złości w klatce piersiowej. Zacisnęła palce na materiale kurtki najbliżej palców, ciskając w łysawego mężczyznę zirytowanym spojrzeniem.
— Pan Walter powinien wrócić do domu — zasugerowała, nie spuszczając z niego spojrzenia. Wolała trzymać go w zasięgu wzroku, żeby mieć szansę na właściwą reakcję na w razie, gdyby do zakutego łba nieznajomego przyszedł jakiś niewybaczalny pomysł. Świat wciąż pędził do przodu, ale byli ludzie, którzy mimo upływu lat, nie zrobili żadnego postępu. Idealny przykład człowieka niecywilizowanego, brakującego ogniwa, stał naprzeciw niej, rzucając chamskimi komentarzami w stronę jej wyglądu. W normalnych okolicznościach zaczęłaby się zastanawiać, co takiego wydarzyło się w jego przeszłości, że w tym momencie zachowywał się w tak okropny sposób wobec kobiet. Całkowity brak szacunku nie brał się znikąd. Zapuszczał swoje korzenie głęboko w ciele, myślach, światopoglądzie. To ziarenko zasadzało grono najbliższych osób. Później ten chwast zaczynał rosnąć, owijając się wokół filara osobowości jak bluszcz wyciągający swoje łapska w kierunku stojącego obok budynku. Porastał cały teren.
Nie wiedziała, w jaki sposób zareagować na zachowanie Indie — wolałaby uniknąć prowokacji i takiej śmiałości, bo w ten sposób tylko rozwścieczyła delikwenta. Przysunęła się nieco bliżej dziewczyny, układając dłoń na jej ramieniu w uspokajającym geście. Nim zdążyła bardziej zareagować, między Indie i Walterem wywiązała się nieprzyjemna wymiana zdań. Ton Indie, przepełniony szorstkością, dźwięczał nieprzyjemnie w uszach, ale to podniesiony głos mężczyzny sprawił, że zadrżała. To nie był paraliż, ani znana wszystkim forma strachu — raczej efekt ostrego tonu i nagłego hałasu.
— Radziłabym się wycofać, nie wiem, czy była szczepiona — wcięła się między skaczącą sobie wzajemnie do gardeł dwójkę, chcąc jakoś rozładować napięcie, albo zrobić cokolwiek, co mogłoby pomóc w łagodnym zakończeniu konfliktu i rozejściu się w swoje strony. Czy przyniosło to jakiś efekt? Niekoniecznie. Mężczyzna podszedł bliżej. Przysunął się o dwa kroki, wycedzając przez zęby kolejną kurwę, którą rzucił w ich kierunku. — Ostrzegam, że jeśli jeszcze się pan zbliży, zadzwonię po policję — przestrzegła kulturalnie, dając mu jeszcze możliwość zmiany decyzji. Serce dziewczyny załomotało niespokojnie, omal nie wyrywając się z klatki piersiowej. Głos szatynki zadrżał z niepewności, jakby zastanawiała się nad tym, czy w ogóle powinna grozić mu policją.
Czując palce na swoim nadgarstku, automatycznie szarpnęła się do przodu, próbując wyrwać rękę spomiędzy jego palców. Ruch powietrze niebezpiecznie szarpnął włosami dziewczyny, gdy zdecydowała się na tak energiczny ruch, a nadgarstek zapiekł. W tym samym momencie Indie chwyciła jego nadgarstek, tym samym blokując mu możliwość ruchu. Mężczyzna, słysząc groźbę, przesunął wściekłe spojrzenie na twarz Caldwell, wyciągając w jej stronę drugą rękę — najwidoczniej chciał ją odepchnąć, stąd nagły ruch i zmiana obiektu zainteresowania. Wypuścił dłoń Shereen, ale zbliżył się do Indie.
— I co mi kurwa zrobisz?! No dalej, próbuj! Przyjeb mi, skoro taka jesteś odważna — zachwiał się na nogach, rozkładając ręce, by za chwilę w butnym, prowokacyjnym geście, uderzyć otwartymi dłońmi o swoją klatkę piersiową.
Osoby, które wyszły z baru na papierosa, przystanęły nieopodal, obserwując z zaciekawieniem rozwój wydarzeń. Informacja o bójce pod budynkiem rozeszła się dość szybko, bo w następnej chwili pojawiło się więcej gapiów. Shereen spróbowała wcisnąć się między Indie i faceta, lecz ten, zbyt zaabsorbowany Caldwell, po prostu ją odepchnął.

Indie Caldwell

it’s gettin’ sticky in this bitch

: sob kwie 25, 2026 7:01 pm
autor: Indie Caldwell
trigger warning
przemoc (+ standardowo wulgaryzmy)
Niewykluczone, że tak byłoby słuszniej — na zachowanie mężczyzny reagować ze spokojem oraz należytą ostrożnością, czujnie pilnować własnych słów i liczyć na to, że uległość okaże się bezpieczniejsza niż jej brak. Jak najbardziej prawdopodobne było to, że najlepszą i najrozsądniejszą opcją była próba wycofania się, tyle tylko, że Indie nie była skłonna nawet wziąć tej możliwości pod uwagę. Nigdy nie nauczyła się tej ochronnej, samozachowawczej pokory, której oczekiwano od niej jako młodej dziewczyny w podbramkowych sytuacjach, więc nie czuła się winna Łysemu ani kultury osobistej, ani tym bardziej swojego posłuszeństwa. Z drugiej strony to też nie tak, że nie docierały do niej realia sytuacji — w porządku, Indie może nie odznaczał żaden niespotykany, ponadprzeciętny intelekt, ale głupia znów też nie była, przynajmniej nie na na tyle, żeby nie rozumieć oczywistej przewagi mężczyzny i tego, że nie miał żadnych powodów by poczuć się jakkolwiek onieśmielony jej osobą. Robiła to wszystko świadomie, wiedząc, że na poziomie fizycznym rzeczywiście nie stanowiła dla niego większego niebezpieczeństwa, bo przy takiej różnicy sił nie mogła zbawić jej nawet gruntowna wiedza z zakresu dawania (i dostawania) w mordę. Poważnie zagrożone było chyba tak naprawdę tylko ego Waltera — ewidentnie godził w nie już sam fakt, że nie dość, że miała tupet bezczelnie przeszkodzić mu w tym równie nieudanym co niesmacznym podrywie, to jeszcze nie dawała zastraszyć się żadną groźbą, nijak nie reagując na nieprzyjemny, podniesiony ton. Na podstawie jego reakcji zgadywała, że musiał rzadko słyszeć od innych słowo "nie", bo jej nieustępliwość zdawała się być dla niego wręcz oburzająca, zupełnie jakby nigdy przedtem nie przyszło mu do głowy, że ktoś jej formatu — byle głupia gówniara spod jakiegoś zaplutego baru — mógłby mieć czelność stawiać się komuś takiemu, jak on.
Co prawda nie była pewna, czy z tej sytuacji nadal dało się wybrnąć dowcipem, na to mogło być już odrobinę za późno, ale tak czy inaczej doceniła zarówno próbę rozładowania napięcia ze strony Shereen, jak i sam żart, swoją drogą całkiem zabawny. Bardzo chętnie wyraziłaby wobec niego swoje uznanie, ale okoliczności nieszczególnie sprzyjały wymianom komplementów, więc swoją reakcję zmuszona była ograniczyć do krótkiego, szybkiego przytaknięcia głową.
Ja wiem — wtrąciła bez zastanowienia. — Ani szczepiona, ani odrobaczana — zapewniła mężczyznę z pełnym przekonaniem, w przeciwieństwie do nieznajomej nie siląc się przy tym na humorystyczny ton. Mógł sam zdecydować, czy chciał potraktować to jako żart.
Przyjeb mi, skoro jesteś taka odważna.
Nie miał prawa wiedzieć, że zakwestionował niewłaściwą osobę — nie wyglądała przecież jak ktoś, kto miał chociażby jeden dobry powód ku temu, by tę groźbę potraktować jak wyzwanie. Bo nie miała. Nic nie sprzyjało takiej decyzji, ani fizyczne warunki Caldwell, ani okoliczności, w których się znajdowała, nic, nic zupełnie, bo potencjalnych korzyści tego wyboru nie było nawet w połowie tak wielu, jak jego pewnych konsekwencji. Nie miała żadnego realnego interesu w podjęciu rękawicy. Żadnego.
Tyle tylko, że Indie — niestety — owszem, była taka odważna. Na tyle, żeby do udowodnienia tego nie potrzebować ani dobrego powodu, ani kolejnego zaproszenia; zrobiła to od razu.
Oprócz nietrzeźwości mężczyzny na jej korzyść bezapelacyjnie zadziałał również element zaskoczenia i niewiele więcej poza tym, bo choć zamachnęła się pewnie, czysto, to efektywność tego ciosu finalnie podyktowała jej ograniczona siła. Łysy co prawda zatoczył się w tył, ale potrzebował tylko trzech kroków: pierwszego do odzyskania równowagi, drugiego do pokonania dzielącego jego i Caldwell dystansu, a trzeciego, ostatniego — do tego, żeby się zamachnąć. Mogła tylko zgadywać, jak dokładnie wyglądały kolejne sekundy; w jej pamięci zlewały się w jedną, nie do końca wyraźną całość, z której była w stanie przywołać tylko krótkie wyrywki, czasem nawet pojedyncze stopklatki. W jednej chwili jeszcze trzymała go za fraki, a w następnej tymi samymi dłońmi, którymi dopiero ujmowała materiał jego kurtki, podpierała się już o przymarznięte płyty chodnika, usiłując nie tyle co wstać, co nabrać tchu. Nie była pewna, czy jej los przypieczętowany był już po pierwszym ciosie przyjętym na twarz, ale finalnie położył ją ten drugi, kolejny, wymierzony niżej: wyprowadzona prosto i czysto w brzuch pięść, której uderzenie skutecznie odebrało jej nie tylko równowagę, ale przede wszystkim oddech.
Chwilowo nie docierało do niej więc nic, co działo się nad jej głową — zgięta w pół na zimnym betonie nie zarejestrowała ani dalszych gróźb mężczyzny, ani głosów zgromadzonej widowni, zbyt zajęta desperackimi próbami złapania tchu żeby zwrócić na nich uwagę. Nie była w stanie skoncentrować się na niczym, co nie było uczuciem płonących żywym ogniem płuc i wyraźnym posmakiem metalu w ustach, więc nie miała pojęcia ani kto zaraz klęknął tuż przed nią, ani o co próbował ją pytać. Na nachyloną nad nią postać zwróciła uwagę dopiero wtedy, kiedy uzmysłowiła sobie, że żeński głos należał do dziewczyny, której napraszał się jej przeciwnik; wówczas uniosła wzrok znad betonu, przenosząc go na Winfield, która chyba znów coś mówiła. I chyba nawet do niej?
C-o? — Tylko tyle była w stanie wyrzucić z siebie pomiędzy płytkimi, urwanymi oddechami, błądząc po twarzy nieznajomej rozbieganym spojrzeniem.

Shereen Winfield
(p.s. przepraszam za obsuwę</3)