pour another shot
: ndz mar 29, 2026 9:45 am
Do Toronto zawitała wiosna. To znaczy jeśli na zewnątrz było jakieś pięć stopni i nawet nie padało, to wszyscy mieszkańcy nagle wymieniali zimowe kurtki na wiosenne płaszcze i wychodzili na miasto. Szczególnie, że mieliśmy przecież weekend. Ja zresztą nie byłem tutaj wyjątkiem - ledwie tydzień temu wróciliśmy z Madoxem z Vegas, mieliśmy tam zrobić tak srogi melanż, żeby starczyło na najbliższe pół roku i owszem, zrobiliśmy, tylko w kolejny piątek mnie znowu wywiało z chaty w poszukiwaniu okazji. Do czego? W zasadzie wszystko jedno - po prostu od tej całej wiosennej aury zdążyło mi już zaszumieć w głowie. Chyba trochę liczyłem na to, że gdzieś w drodze między jedną miejscówką a drugą spotkam kompana na resztę wieczora. Niestety los zdecydował inaczej i do tej pory nie wepchnął mnie na ścieżkę żadnego znajomego degenerata, chociaż przeszedłem już pół miasta z gitarą na plecach. W każdym razie teraz stoję przy jednej z ławek na placu, gdzieś za moimi plecami szumi woda z modernistycznej fontanny, a w tle majaczy budynek z poprzedniego wieku. Albo jeszcze wcześniejszego, właściwie nie znałem się na architekturze, wygląda trochę dziwnie otoczony nowoczesnymi drapaczami chmur, których nie brakowało w tej części miasta. Pod moimi nogami leży pokrowiec od gitary, w środku kilka dolarów rzuconych na zachętę, albo dlatego, że komuś naprawdę się podobało. Właściwie nie zależało mi na pieniądzach, tych miałem pod dostatkiem, szczególnie, że przecież wróciłem z Vegas cięższy o milion. Z pierścionkiem na palcu i podwójnym nazwiskiem. Heh. Ale to co dzisiaj uzbieram wydam później na alkohol, papierosy i inne smakołyki. Gdzieś za moimi butami, między nogami ławki leży otwarte piwo, które z wolna konsumuję, w obszernej kieszeni płaszcza mam jeszcze piersiówkę. Teraz jednak pora rozgrzać palce, więc szybko sprawdzam czy instrument trzyma strój, podkręcam kilka kluczy o pół tonu i przesuwam kostką po strunach - teraz git. W dłoni zamykam grzechotkę w kształcie jajka, dla lepszych efektów dźwiękowych i zaczynam grać. Utwór znany i lubiany przez całe pokolenia straconych bez przyszłości, czyli Loser pana Beck'a. Nie wiem czy to kwestia mojego talentu czy raczej faktu, że wyglądam jak ten łobuz, który kocha najbardziej, ale szybko zatrzymują się przy mnie jakieś laseczki, na oko pewnie nastoletnie. Jedna nawet wrzuca mi dolara. Generalnie moje granie działa jak lep na muchy - każdy kto usłyszy podchodzi choćby na moment, popatrzeć co się dzieje. I gdzieś wśród tych dosłownie pięciu twarzy zwróconych w moją stronę dostrzegam jedną znajomą. To znaczy do tej pory widzieliśmy się dosłownie raz w życiu i to przez moment, więc nawet nie jestem pewien czy ona w ogóle pamięta kim ja jestem. Niemniej wybrzmiewa ostatni akord, wyciągam usta w szerokim uśmiechu i macham do dziewczyny. Ktoś tam z boku klaszcze, więc kłaniam się lekko jak dama na balu, ale w kolejnej chwili przeskakuję nad pokrowcem i jestem tuż obok znajomej panny - Cześć Vita - niespotykane imię przypisane do niespotykanych, przepięknych oczu. Być może to właśnie była okazja, której poszukiwałem tego wieczora - Gdzie idziesz? - pytam od razu, nie dając jej nawet szansy na zastanowienie się kim ja w ogóle jestem.
vita holloway
vita holloway