Strona 1 z 1
gdy śmierć zniszczy nawet ran tych ślady, ran, co niegdyś tak bolały nas?
: ndz mar 29, 2026 4:09 pm
autor: vincent beauregard
008
bo czym zgrozę odkupić zagłady,
łez wysiłek i ten pusty czas,
gdy śmierć zniszczy nawet ran tych ślady,
ran, co niegdyś tak bolały nas?
R a z, ㅤㅤㅤㅤㅤㅤ ㅤㅤㅤㅤㅤㅤ ㅤㅤㅤㅤㅤㅤd w a, ㅤ ㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤㅤt r z y;
rytmicznie wybijane podeszwami eleganckich butów na posadzce, wkradały się nieproszoną melodią w gwar schodzącej się śmietanki towarzyskiej. Ciszej od tego wygrywała się wewnętrzna sonata cierpienie młodego Beauregarda wciśniętego w elegancki frak koncertowy, który został na nim po prostu wymuszony. Bo słodkie p r o ś b y tańczące na ustach ojca dalekie były od podważalnych, zaciskając się silnym ultimatum na szyi młodzieńca niczym starannie zawiązana muszka.
I gdzie pójdziesz, Vincencie?
Skwitowane wymownym spojrzeniem i znudzeniem wybrzmiewającym w tembrze matczynego głosu. W oczach rodziców był wyłącznie tworem ich pragnień; artystą grającym na każde ich zawołanie ku czci rodzinnych wartości. Jątrzyła się w nim nienawiść do nich, a przede wszystkim do samego siebie, gdyż nie potrafił przerwać trwającego latami błędnego koła.
Jeszcze przed chwilą otulony ciasno przez ostre światła skierowane ku jego sylwetce, pochylał się nad biało-czarnym rządkiem klawiszy. I łaknął jak głupiec tych oklasków, by dały mu złudne poczucie podziwu oraz wieczności. Smukłe palce przeskakiwały z czułością po drodze wygrywającej wariacje muzyki klasycznej, zamykając go w chwilowym transie. Przez moment mógłby uznać, że jest naprawdę s z c z ę ś l i w y, bo nic poza nim nie istniało w symfonii otaczających go dźwięków. Z nierównym oddechem dotrwał do końca utworu, zamierając w chwilowej ciszy; wszechświat stracił j e g o dźwięki, by jemu nie pozostało już n i c. Wyłącznie szumiące w uszach te dobrze znane uczucie pustki ściskającej za serce, gdy to magia dodająca lekkoci potępionemu bytu prysła na dobre.
Aplauz; czuł jeszcze na języku posmak wolności, kiedy z zawahaniem się ruszył w głąb sali. Przedzierał się przez niedawną widownię jego próby wyrwania się choćby muzyką z pozłacanej klatki. Nie minęło dużo czasu, by ponownie zalała go fala niezestrojonych dźwięków ludzkich rozmów. Światło tańczyło w zapierających dech w piersiach kryształowych żyrandolach, mieniąc się równie pięknie, jak sylwetki herosów na nocnym nieboskłonie. Tu jednak bawili się wyłącznie zwykli śmiertelnicy, pragnący zagłuszyć wyrzuty sumienia hojnie oferowanymi datkami przekazywanymi do fundacji. Notabene zdaniem Vincenta były to ich własne, lecz na praniu pieniędzy znał się akurat niezbyt dobrze i nie widział powodów na rozpoczynanie podobnych dyskusji. Wszystko zlewało się ze sobą, kiedy desperacko próbował zlokalizować jakikolwiek alkohol roznoszony przez elegancko wystrojonych kelnerów. Przystanął w półkroku z grymasem malującym się na twarzy, gdy dostrzegł na scenie dwóch mężczyzn gotowych do wygłoszenia pompatycznych przemów o dobroci. Momentalnie poczuł, jak śniadanie wywracało mu się w żołądku wraz z alkoholem oraz kilkoma tabletkami wziętymi wcześniej na u s p o k o j e n i e. Od razu rozpoznał jednego z nich; ucieleśnienie wszelkich ludzkich cnót... Pan Beauregard nie zdążył jeszcze dotrzeć do połowy wywodu, a Vinnie wlewał w siebie zawartość trzeciego kieliszka szampana.
Nie waż się nawet narobić mi wstydu...
Niespodziewanie ciche syknięcie dotarło do młodego pianisty, wkradając się aż pod samą koszulę nieprzyjemnym dreszczem. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, iż został otoczony przez własną matkę wraz z jej ukochaną świtą. Ledwo dostrzegalnie dla nieczujnych oczu współtowarzyszy pani Beauregard w czystej zawiści i dość niepostrzeżenie wbiła palce w przedramię syna. Wykrzyczał w myślach ku niej wiązankę przekleństw, z trudem przy tym powstrzymując grymas wykrzywiający usta. Delikatnie wyswobodził się z bolesnego uścisku, który niewątpliwie na skórze wymalować miał siny ślad matczynej miłości. Z zaciśniętymi do boleści zębami schowanymi za sztucznym uśmiechem skinął głową na pożegnanie do zaciekawionych nim rozmówców i umknął pozostawiając za sobą wyłącznie niezrozumiałe już szepty. Niczym spłoszone zwierzę, schował się w rogu sali z ukradzioną w czasie tej przeprawy butelką drogiego trunku.
Shereen Winfield
gdy śmierć zniszczy nawet ran tych ślady, ran, co niegdyś tak bolały nas?
: sob kwie 04, 2026 9:27 pm
autor: Shereen Winfield
06
Krzywda nasza kończy się na pewno
Życie mija wolno spocząć już
Dzień się nowy na obłoków bieli
Nie zatrwoży, że ciał naszych brak
Lecz to wszystko, cośmy przecierpieli
Niechaj we mgle ma choć drobny znak
Krocząc po sali z uniesioną głową, ubrana w czarną sięgającą do kolan sukienkę, nie czuła się w pełni sobą. Niewygodne obcasy zamieniłaby na wiązane trampki, sukienkę na nieco zbyt luźną bluzę, a spięte w wysoki kok włosy — rozpuściła. Od zakończenia wieczora, notabene dość trudnego, dzieliło ją kilka godzin. Marzyła tylko o łóżku i zakopaniu się pod kołdrą. Wymagano od niej przede wszystkim nienagannego wyglądu i powagi. Ani z jednym, ani z drugim nie potrafiła się pogodzić. Buntownicza natura Shereen przemawiała przez nią za każdym razem, gdy ojciec próbował narzucić jej wygląd i zachowanie. Powtarzał, że jako nowa właścicielka, powinna potrafić zainteresować sobą ważnych gości i kontrahentów, z którymi mogłaby nawiązać współpracę. Mówił, że poświęcił temu miejsca dziesięć lat swojego życia i nie chciał, by jego starania poszły na marne. Starała się go zrozumieć. Miała jednak dość tego, że wciąż mówił tylko o sobie, o swoim czasie, o poświęceniu, o zmarnowaniu kilku miesięcy, o wymaganiach, lojalności. Oczekiwał całkowitego oddania — a ona nie mogła tego zagwarantować. Walczyła ze swoim wewnętrznym chaosem i próbowała dorosnąć do odpowiedzialności, jaką była opieka nad salą. To było trudne. Shereen nigdy nie była odpowiedzialna. Jako najmłodsza z rodzeństwa, była oczkiem w głowie rodziców. Zwłaszcza taty. Buntowała się przeciw zasadom religijnej, zdystansowanej emocjonalnie matki i świadomie utrudniała jej życie. Przychodziła z problemami do taty, to w jego obecności czuła się lepiej — nie potrafił jej odmawiać.
Między nią i Charlesem nawiązała się silna więź, co mogło być nieco nietypowe, bo dzieci na ogół darzył większym uczuciem matkę. Nie nazwałaby się konfliktową — bardziej rozpuszczoną i nieco złośliwą, gdy na linii horyzontu pojawiała się pani Winfield ze swoimi złotymi radami i ograniczeniami. Dziadek Moreau wielokrotnie zastanawiał się nad zachowaniem swojej córki — Evelyn była dobrą dziewczyną. Wychowaną przez rodziców, którzy pracowali jako nauczyciele. Często bywali w domu i mieli czas dla córki. Jedynej córki. Wraz z babcią nie mogli mieć więcej dzieci, więc słodką Eve traktowali jak dar od Boga i tak ją nazywali. Przez pół swojego życia mieszkali we Francji, dokładnie w Nicei. Przenieśli się do Toronto niedługo po ślubie córki. Shereen nie potrafiła zrozumieć swojej matki. Kochała dziadka Moreau, podobnie jak i babcie — na pewno byłaby szczęśliwsza, gdyby Eve przelała na nią część pozytywnych uczuć. Od zawsze pragnęła jej aprobaty, choć nigdy nie mówiła o tym głośno.
Łączyły je tylko więzy krwi.
Teraz ta sama kobieta zagadywała gości, używając zwrotów godnych prawdziwej damy. Zachowywała się kulturalnie, była sympatyczna i ludzie naprawdę ją lubili. Gdyby poznali jej prawdziwą stronę, nie byliby tak przyjaźnie do niej nastawieni. Bankiet został sfinansowany przez znane rodziny; polityków i rozpoznawalnych biznesmenów. Pan Beauregard przez dłuższą chwilę zagadywał jej rodziców, dopóki nie został zaproszony na scenę, w celu wygłoszenia przemowy o pomaganiu sobie nawzajem, szacunku i szczerych przyjaźni. Gdzie byli ci wszyscy porządni ludzie, gdy świat potrzebował ich wsparcia? Przyglądała się temu obrazowi farsy i groteski z drugiego końca sali. Wolała trzymać się na dystans. Nie chciała brać udziału w tym przedstawieniu i miała cichą nadzieję, że nikt nie zaprosi jej do rozmowy. Jej rola powinna skończyć się na udostępnieniu sali; niczego więcej nie chciała. Spędziła w tym budynku pół swojego życia. Wciąż nie mogła przejść obojętnie obok wystroju wnętrza; przepełniała je elegancja. Srebro mieniło się w świetle podwieszanych żyrandoli, jakby ktoś przed przyjściem gości oprószył podłogi i meble brokatem. Osoby o grubych portfelach uwielbiały to miejsce. Goście czuli się tu jak w domu i piali z zachwytu, gdy mijali lustra wstawione w posrebrzane ramy. Obserwacja gości poruszających się płynnie po parkiecie umilała jej czas, ale wciąż odnosiła wrażenie, że ten mijał śmiertelnie wolno.
Przesuwając spojrzeniem po obcych twarzach, czuła się jak niechciany gość na ekskluzywnym przyjęciu. I wśród nich, tych wszystkich nieznajomych osób, dostrzegła znajomy cień. Wydawał się znajomy, lecz czas go zmienił.
Przemknął między ludźmi, trzymając w dłoni butelkę drogiego alkoholu.
Vinnie zawsze był cieniem, nigdy człowiekiem.
Odpychający, skryty.
Chłopak — choć teraz bardziej pasowało określenie mężczyzna — którego próbowała lubić, lecz lubienie go nigdy nie było prostym zadaniem. Pamiętała jego butny ton, gdy próbowała z nim rozmawiać — po pewnym czasie po prostu przestała. Nie chciała się narzucać. Vincent wywoływał w niej ambiwalentne uczucia; wahała się między niechęcią i fascynacją. Przebywali w swoim towarzystwie ze względu na rodziców, ale dużo częściej milczeli. Przyłapywała się na myśleniu o tym, w jaki sposób zagadać, ale ostatecznie wybierała mrukliwość lub krótką złośliwość. Cisza była prostsza, przyjemniejsza — choć w tej ciszy dało się usłyszeć krzyk nieporozumienia. Wtedy byli na niego głusi. I może właśnie dlatego to milczenie było tak nieznośne, bo nigdy nie była pewna, czy to obojętność, czy coś, czego nie potrafili nazwać. Wyłapując go spojrzeniem, cofnęła się myślami do czasu, który nie był dla nich korzystny — do przeszłości. Znów byli dziećmi. Znów siedzieli w ogrodzie na tyłach sali. Pochłaniała ich cisza.
Głos ojca, pochwała skierowana w jej kierunku, przywołała ją do rzeczywistości. Odpowiedziała pośpiesznie, zbyt pośpiesznie jak na kogoś, kto w tym momencie powinien być dostępny przede wszystkim dla gości i rodziny. Przeprosiła ojca z delikatnym uśmiechem, przyjmując pochwałę i znów skierowała spojrzenie w róg sali, sprawdzając, czy cień wciąż tam był. Żeby go dostrzec, musiała podejść bliżej. Charles, podążając spojrzeniem za córką, odsunął się od niej i wrócił do swoich zajęć. Skrzywiła się lekko, jakby już żałowała tej decyzji.
Stukot obcasów urwał się nagle.
W powietrzu uniósł się delikatny zapach kwiecistych perfum.
— Sam planujesz to wypić? — zagaiła, opierając się plecami o chłodną ścianę.
Wypowiedziane przez nią słowa zabrzmiały lżej, niż się czuła. Odniosła wrażenie, że należały do kogoś innego — nie do niej. Zatrzymała się na tyle blisko, by wyczuć zapach alkoholu zmieszany z czymś znajomym, trudnym do uchwycenia. Może był to zapach jego ubrań, może pozostałość po zapachu sali koncertowej. Wzrok Shereen sam odnalazł znajome detale — profil twarzy, zarys szczęki, pieprzyk, którego kiedyś mu zazdrościła. Absurdalne wspomnienie, a jednak wróciło bez zaproszenia. Zupełnie, jakby nic się nie zmieniło.
Było zupełnie inaczej.
Byli starsi. Czas zrobił swoje, wyostrzając rysy, przytłaczając doświadczeniem. Wewnątrz poczuła niepokój. Przerażało ją to, że czuła się tak dziwnie w jego obecności, jakby traciła pewność siebie. Naprawdę dawno go nie widziała. I być może dlatego nie odważyła się powiedzieć nic więcej.
vincent beauregard