Strona 1 z 2

Are we still doing this?

: pn mar 30, 2026 6:53 am
autor: Matheo Bachmann
Prawie się spóźnił, a nigdy się nie spóźniał, okay?
Podjechał pod niego, jak miał w zwyczaju, tym razem kierując się do tej zbyt dużej i zwykle zbyt zatłoczonej galerii, która miała chyba każdy sklep na ziemi.. Z jakiegoś powodu, mimo wszystkich zawirowań życiowych Marshalla, wyraźnie nadal planowali jego ślub? No okay, Theo nie miał zamiaru oceniać, nawet jeśli tego konkretnego dnia był w raczej bojowym nastroju. Głęboka zmarszczka między jego brwiami nie znikała, spięta szczęka nie miała wyraźnie zamiaru się rozluźniać, ale to nic; postanowił po prostu skupić się na Charliem i być dobrym chyba-przyszłym świadkiem, a przynajmniej spróbować.
- Więc... Wiesz dokładnie, gdzie mamy iść, czy musimy sprawdzać? - założył, że jego nepo baby przyjaciel nie będzie wybierał z gotowców w średnim marginesie..? Nie zdziwiłby się wcale, gdyby ciągnął go do miejsca, w którym trzeba było się umawiać na konkretną godzinę, mimo że ich książki były otwarte przez idiotycznie wysoką cenę, bo zwykli śmiertelnicy przekręciliby się na widok metki. Absolutnie nie byłby to wybór Theo, ale hey, nie byli przyjaciółmi dlatego, że mieli podobny gust, prawda? - Dzisiaj będą z nas ściągać miary, czy będziesz coś konkretnego wybierał? Absolutnie zapomniałem, że to dzisiaj, wybacz.. - źle mu trochę było z tym, że nie pamiętał i nawet nie miał zamiaru szukać wymówek. Niby jakieś miał, nie? Zaczynał tą nową rzecz ze strażą pożarną, pracował jak zawsze zbyt dużo i do tego wszystkiego przez moment testował, czy może byłby w stanie umawiać się na boku z jakąś kobietą. I w sumie szło mu nieźle! W większości. To ostatnie nie mogło wypalić przez absolutną niezgodność podstaw osobowości i podejścia do świata, ale była to trochę jego wina, że ogarnął się tak późno. Nie można mieć wszystkiego.
Korciło go też, żeby zapytać Charliego o ten ostatni raz, kiedy pisał do niego, prosząc o przykrywkę na noc, jakby mieli znów po szesnaście lat, ale.. Czy rzeczywiście chciał wiedzieć? Ciśnienie tego dnia już sobie podniósł wystarczająco wcześniej i o ile chętnie posłuchałby o jego nowej, ekscytującej przygodzie z panią rezydent, o tyle byłoby to chyba trochę dziwne, zważywszy, że przyjechali odkreślać kolejne rzeczy na liście w przygotowaniach do ślubu Marshalla.. Nie z panią rezydent. Huh. Tak, to było dość problematyczne.

Charlie Marshall

Are we still doing this?

: śr kwie 01, 2026 3:11 pm
autor: Charlie Marshall
To wszystko przez matkę.
Gdyby nie ona i jej obsesja na punkcie ślubu, Charlie siedziałby teraz w biurze i zapoznawał się z ostatecznymi poprawkami do kontraktu, który miał podpisać za dwa dni. No ale nie, w ich rodzinie każdy musiał mieć chorą potrzebę kontroli, bo pani Marshall uznała, że przymiarki garniturowe dzień przed wylotem na Teneryfę są kwestią życia i śmierci, a Charlie - zamiast po prostu jej się postawić - po prostu się zgodził. Uległ dla świętego spokoju, dobra? Tyle że spokój był ostatnią rzeczą, którą czuł, gdy parkowali pod absurdalnie drogą galerią. Więc... Wiesz dokładnie, gdzie mamy iść, czy musimy sprawdzać? - Wiem - odpowiedział krótko. Wyczuwał bojowy nastrój przyjaciela, ale jeszcze nie zamierzał zadawać żadnych pytań. Swoją drogą, nastrój Theo chyba mu się udzielił. Dzisiaj będą z nas ściągać miary, czy będziesz coś konkretnego wybierał? Absolutnie zapomniałem, że to dzisiaj, wybacz… Charlie machnął ręką i poprawił mankiety marynarki, wysiadając z auta. - Tak, będą ściągać z nas miary i tak, też bym chciał o tym zapomnieć, ale matka wysłała mi dziś pięć przypomnień - uśmiechnął się gorzko, po czym udał się przodem, prowadząc Theo do luksusowego krawca na parterze. Na miejscu zostali przywitani z nienaganną, przesadną wręcz uprzejmością przez starszego mężczyznę.
- Panie Marshall, spodziewaliśmy się pana. Pańska matka dzwoniła rano, by upewnić się, że tkanina z jedwabiem dotarła na czas - oznajmił krawiec, gestem zapraszając ich w głąb salonu.
Charlie poczuł ukłucie irytacji. No oczywiście, że dzwoniła. Jedwab sredwab. Nie chciał żadnego sredwabiu. - Cudownie - odparł sucho, mimo że wcale nie czuł się cudownie. Po tych słowach zsunął z ramion marynarkę i podał ją asystentowi krawca. - Miejmy to już za sobą - dodał, po czym stanął na niskim podeście stojącym przed ogromnym lustrem, w którym odbijała się jego sylwetka. Dotarł do niego absurd tej sytuacji - wczoraj zaprosił Ivy na wspólny wyjazd na Teneryfę, a dziś pozwalał niskiemu krawcowi zdejmować miarę ze swojej sylwetki, żeby dopasować idealny garnitur na ślub z Blair. Nie poznawał sam siebie. Pojebało go do reszty. Krawiec akurat zaczął owijać wokół jego klatki piersiowej żółtą miarkę, gdy Charlie zerknął na Bachmanna. - Dziękuję, że tu ze mną przyszedłeś. Wszystko dobrze? - spytał, zupełnie ignorując obecność personelu, za to skupiając się na… hmm... dziwnej minie Theo. Coś tu śmierdziało (niedosłownie!). Tylko jeszcze nie wiedział, co.

Matheo Bachmann

Are we still doing this?

: pt kwie 03, 2026 5:19 am
autor: Matheo Bachmann
Nie, żeby był złośliwy, ale spodziewałby się tego po Charliem. Całe jego życie grzecznie reagował na tupnięcie nogi swoich rodziców, prawda? Nie był pewny, czy każde z jego rodzeństwa tak miało, tak naprawdę trzymał się najbliżej z tym konkretnym gamoniem, ale zawsze miał wrażenie, że życie przyjaciela było z góry ustalone. Jeśli nie matka, to ojciec, jeśli nie ojciec, to zarząd, jeśli nie zarząd to inne co-ludzie-pomyślą... Stresujące to musiało być. Może zaczynał go trochę bardziej rozumieć, dlaczego poszukał rozrywki i odskoczni między nogami jakiejś panienki, która z tym światem nie miała nic wspólnego?... Fuck, on też nie miał z tym światem wiele wspólnego, ale i tak idąc przez galerię, zaczął się po raz setny zastanawiać co oni tu właściwie robili. To, plus, że nie miałby nic przeciwko rozproszeniu w postaci jakiejś ładnej istoty nie wiedzącej o nim dosłownie niczego.... Może. Dzień był jeszcze młody.
Uniósł brwi, ale nawet nie odpowiedział na kulturalne powitanie niczym więcej, niż skinieniem głową, zakładając ramiona na klatce. Jedwab...? Serio...? Panie boże, musiał zapamiętać, żeby przypadkiem nie patrzeć na metki. Może to było jedno z tych miejsc, które metek nie miało? Coś w stylu, jeśli musisz zapytać o cenę, to znaczy, że cię nie stać? Nie zdziwiłby się chyba.
Oparł się bokiem o pilar w pobliżu tak, by móc patrzeć na twarz przyjaciela w odbiciu lustra, grzecznie czekając na swoją kolej. Theo, swoją drogą, pasował do tego miejsca jak pięść do nosa, w bluzie zarzuconej na żonobijkę, starych jeansach i schodzonych butach.. Miał wrażenie, że asystent posyłał mu ciekawe spojrzenia, może zastanawiając się, czy był jakimś nisko opłaconym ochroniarzem dla Marshalla... HA! Zarabiałby pewnie znacznie lepiej jako ochroniarz. Skrzywił się lekko, zaraz parsknął śmiechem. - Zapytałbym co my tu robimy, ale.. Nah, nie ważne, jesteśmy, miejmy to z głowy. - nie on płacił za tą imprezę, nie on decydował, nawet jeśli miał opinie w temacie niewierności Charliego. Już je wszystkie uzewnętrznił, a powtarzać się nie lubił z zasady. Podrzucił lekko jednym ramieniem, zastanawiając się z której strony ugryźć odpowiadanie na jego pytanie. - Byłem u tej dziewczyny, o której ci wspomniałem ostatnio, nie? Długa historia w skrócie, nie będę się już z nią spotykał bardziej niż na pewno. - kolejne wzruszenie ramieniem, ot, dla podkreślenia swojej decyzji. Wypuścił powietrze z płuc trochę, jakby czekał na to od kilku godzin. Tak, w sumie powiedzenie tego na głos było całkiem terapeutyczne.

Charlie Marshall

Are we still doing this?

: ndz kwie 05, 2026 1:33 am
autor: Charlie Marshall
Słowo rodziców było święte, tak samo jak ich portfele, które zapewniły Charliemu dzisiejszą pozycję. Tak naprawdę całe jego dzieciństwo było transakcją - rodzice w niego zainwestowali, więc wychodzili z założenia, że idealny syn im się po prostu należał. Znów poprawił mankiet koszuli, czując na sobie wzrok przyjaciela. Zdawał sobie sprawę, że garnitury szyte na miarę i nadskakiwanie asystentów krawca było dla Theo jak czysta abstrakcja, ale dla Charliego był to chleb powszedni - jak zwykle, zaciskał zęby i dawał im robić swoje. Na szczęście, panowie uwijali się bardzo szybko, bo kwadrans później krawiec zapisał sobie wszystkie wymiary Charliego w swoim grubym notesie i zaprosił Theo na podest. - Tak, miejmy to z głowy - potwierdził Charlie, schodząc z podestu. Usiadł na kanapie obok i sięgnął po kawę, którą w międzyczasie przygotował dla nich personel. Byłem u tej dziewczyny, o której ci wspomniałem ostatnio, nie? Długa historia w skrócie, nie będę się już z nią spotykał bardziej niż na pewno. Charlie zacisnął usta w wąską kreskę - kurczę, pamiętał uśmiech Bachmanna na samo wspomnienie o tamtej kobiecie, a teraz... cóż, szybko poszło. - Chcesz o tym pogadać? - spytał, przechylając głowę na bok i upijając łyk czarnej, gorzkiej kawy. Ciekawiło go, co się zadziałało między nim a tajemniczą panną nieznajomą, której imienia nawet nie zdążył poznać. Nie zdziwiłoby go też, gdyby Theo wolał porozmawiać o tym wszystkim na osobności, gdy pracownicy skończą zdejmować miary z nich obojga. W sumie... miał mu dużo do opowiedzenia, jednak tym razem chyba nie chciał rozmawiać z Theo o Ivy, którą nie tylko pocałował ponownie od ich ostatniego spotkania, ale też zaprosił na Teneryfę. Z Blair też nie porozmawiał. Stał w rozkroku między wejściem a wyjściem i wyglądało na to, że nie zamierzał prędko podjąć decyzji. - Jeszcze jakieś pół godziny i będziemy mogli iść coś zjeść. Sushi? Steki? Co wolisz? - zapytał Marshall, odstawiając pustą już filiżankę na szklany stolik. Przyjrzał się powoli twarzy przyjaciela, próbując wyczytać z niej jakiekolwiek emocje, ale przychodziło mu to z trudem. Theo był ubrany w stare jeansy i znoszone buty, a mimo to wydawał się mniej swobodny niż Charlie w swoim idealnie skrojonym garniturze - dlaczego? Bardzo go to nurtowało. Gdzie się podział ten radosny śmieszek, który jeszcze niedawno mówił mu, żeby podążał za głosem serca? Przecież... to Theo zawsze był tym, który rozładowywał atmosferę, brał życie garściami i nie przejmował się konsekwencjami. - Myślę, że jednak musimy pogadać - powiedział w końcu Charlie po dłuższej chwili milczenia, marszcząc brwi. Nie będzie mu się Theo smucił i wkurzał, no, nieważne co się wydarzyło z jakąkolwiek babą. Miał tylko nadzieję, że nie odezwała się do niego tamta kobieta.

Matheo Bachmann

Are we still doing this?

: ndz kwie 05, 2026 4:08 am
autor: Matheo Bachmann
Definitywnie nie był w stanie tej "transakcji" zrozumieć. Dzieciaki nie były przedmiotami. Kto o zdrowych zmysłach myślałby o swoich potomkach, jak o biznesowej inwestycji? Zrobić najstarsze, a potem młodsze, tak żeby było zapasowe, gdyby pierwszy naleśnik jednak nie wyszedł..? Smutne? Trochę chore? Nepotyzmem też śmierdziało na kilometr, ale to wiadomo, nikt nawet nie pomyślałby inaczej. Theo wiele razy już mu mówił o tym, że tak się żyć absolutnie nie powinno i prędzej czy później ugryzie go to w dupę, ale efekty przynosiło to takie, jakby gadał do ściany. Nic nie mógł na to poradzić, nie? Był uparty jak osioł.
Ściągnął swoją bluzę przez głowę, odrzucając ją na jeden ze stołków, bo chyba nikt nie oczekiwał, że będzie się ze swoimi ciuchami tak cackał, jak Marshall ze swoim garniakiem, nie? Nie. I rzeczywiście, stojąc na tym śmiesznym podeście i robiąc za obszernego manekina, czuł się absolutnie nieswojo, niekomfortowo i najchętniej zapytałby, czy nie mogą po prostu czegoś wybrać z gotowych opcji. Nie mogli. Wiedział, że nie mogli, wiedział też, że jego wzrost i budowa sprawiały, że szycie na miarę prawdopodobnie było jedyną opcją, by mieć coś dobrze dobranego, bez krótkich rękawów i nogawek, zbyt ciasnego w barkach i zbyt obszernego w pasie.. Więc grzecznie stał na stołku, pozwalając, by krawiec robił swoją robotę. - Niezbyt. - odpowiedział krótko, nie wiedząc właściwie, czy to dlatego, że byli otoczeni obcymi ludźmi, czy może dlatego, że w gruncie rzeczy nie było o czym rozmawiać. Rzeczy między nim, a Ward stały się prędko i równie prędko okazały się najzwyklejszą pomyłką. Jego błąd, że pozwolił sobie na chwilę słabości i odpuszczenie wszystkim hamulcom, które normalnie posiadał.
- Hm.. Coś ciepłego. Jak sushi to wezmę ramen pewnie, jeśli mają? - jedzenie było znacznie przyjemniejszym tematem; uwielbiał jedzenie, uwielbiał je przygotowywać i jeść też uwielbiał. Gorący wywar z proteinami, warzywami, słony, pikantny może trochę tłusty? To było dokładnie komfortowe jedzenie, którego potrzebował. Przynajmniej miał o czym myśleć, bawiąc się w manekina, zanim Marshall postanowił, że jednak muszą porozmawiać, na co Theo przewrócił oczami. - Nie jesteś moją prawdziwą mamą... - burknął, zaraz uśmiechając się lekko, podrzucił też jednym ramieniem, tym, które akurat miał wolne, żeby nie przeszkadzać pracującym. - Światopoglądy sprzecznie różne. To nie mogło wyjść. - odpowiedział pokrótce, mając nadzieję, że tyle mu wystarczy. Właściwie to nie było o czym gadać, prawda..? - Pospieszyłem się, wskoczyłem w to na łeb na szyję, potem spędzając dłużej niż kilka godzin zorientowałem się, że baba niby starsza ode mnie, a emocjonalnie absolutnie ameba, użalające się nad sobą dziecko... Nope. Nie. Nie potrzebuję wiecznego projektu. - skrzywił się lekko, rozwijając temat odrobinę. Nie było szansy, żeby zmienił zdanie, bo.. Tu naprawdę nie było już nic do dopowiedzenia? Powiedziała mu swoją część, przedstawiła swoje poglądy i bazując na tym, podjął swoją decyzję, wybierając wrócić do swojego kawalerskiego życia, zanim wpakuje się w coś poważniejszego, z osobą, z którą absolutnie nie był kompatybilny. Nie było sensu.

Charlie Marshall

Are we still doing this?

: pt kwie 10, 2026 3:10 pm
autor: Charlie Marshall
Tak naprawdę... przez stulecia dzieci rzadko bywały czymś więcej niż dobrze skalkulowaną transakcją. Niezależnie od stanu posiadania, mechanizm pozostawał ten sam. Król potrzebował dziedzica, żeby jego linia przetrwała. Rolnik potrzebował kolejnej darmowej pary rąk do pracy na polu (a jak któremuś dzieciakowi coś się stało, to robiło się nowego, lol). Tak samo Christopher Marshall nie wymyślił niczego nowego. Spłodził dzieci, żeby w przyszłości jego fotowoltaiczne imperium przetrwało. To był mechanizm stary jak świat - każdy rodził się z jakimś przeznaczeniem. Prawdziwe, bezinteresowne uczucie było domeną dzisiejszych czasów, ale - jak już ktoś miał szczęście tego doświadczyć - dalej było zjawiskiem dość rzadkim. Charlie przyglądał się w ciszy odbiciu Theo w lustrze, odpływając na chwilę myślami do tego, co czekało go kolejnego dnia, ale Bachmann w końcu postanowił się odezwać. Niezbyt. Cóż, nie był zbytnio rozmowny. - Rozumiem, ale jakbyś czegoś potrzebował… - odparł od razu Charlie, nie kończąc zdania, bo wiedział, że Theo wiedział. Mogli na siebie liczyć, niezależnie od dzielących ich różnic. Charlie wsparłby Theo nawet w momencie, gdyby wszem i wobec ogłosił, że jest Marsjaninem. Hm.. Coś ciepłego. Jak sushi to wezmę ramen pewnie, jeśli mają? O, to już było coś! - Świetny pomysł, zjadłbym ramen. No to ustalone, idziemy na ramen, znam dobre miejsce - zadecydował Charlie i rozsiadł się wygodniej na kanapie w oczekiwaniu, aż panowie z obsługi skończą swoją część pracy. Często przychodził tu po garnitury, zazwyczaj w towarzystwie Blair, bardzo lubił też tutejszych pracowników, ale… Dziś czuł się tutaj bardzo nieswojo, bo wizja zbliżającego się ślubu powoli zaczynała się urzeczywistniać, a przez to z kolei zaczął sobie powoli uświadamiać, że… nie chciał tego wesela. Jednak odkręcać też za bardzo teraz już nie chciał. Theo znów przybył z odsieczą, bo wyglądało na to, że jednak postanowił się uzewnętrznić. Nie jesteś moją prawdziwą mamą… - Do matki mi daleko, ale widzę, że masz kiepski nastrój, więc chętnie cię wysłucham - powiedział, rzucając szybkie spojrzenie na krawca, który prawdopodobnie zapisywał w notesie już ostatnie miary. - No cóż, tak też bywa. Lepiej wcześniej niż później, Theo - zauważył, po czym zmarszczył brwi, bo uświadomił sobie właśnie kolejną rzecz. On chyba właśnie znalazł się w później i coraz ciężej będzie mu się wykręcić z... obecnej sytuacji. Przechylił głowę na bok, gdy usłyszał teksty o absolutnej emocjonalnej amebie i użalającym się nad sobą dziecku. Skrzywił się. - Ekhm… taka do ciebie nie pasuje. Dobrze zrobiłeś - stwierdził, marszcząc brwi. Według Charliego do Theo pasowała kobieta, która wiedziała, czego chce i sama po to wyciągała ręce. Theo nie potrzebował dziecka do niańczenia. - Zobaczysz, znajdzie się taka, która nie będzie amebą. Pewnie prędzej niż myślisz - skomentował na koniec. W tej samej chwili krawiec wyprostował się i odłożył centymetr na stół. Charlie zerwał się z kanapy. Chciał już stąd wyjść.

- To wszystko na dziś, panie Marshall - zwrócił się do Charliego. - Będziemy dzwonić do pani Marshall za jakieś dwa tygodnie, żeby umówić termin pierwszej przymiarki.

Charlie przekręcił oczami. - Możecie dzwonić do mnie - pożegnał się odrobinę chłodno, wręczając zaskoczonemu krawcowi swoją wizytówkę. - Chodźmy - rzucił do Theo, po czym wyszedł przez szklane drzwi, nie oglądając się za siebie. Westchnął. Jezu, jak te przymiarki go przytłoczyły, jak dobrze, że mógł zapomnieć o temacie przynajmniej na dwa tygodnie. - Ramen? Ramen - odezwał się do Bachmanna, po czym zaczął zmierzać ku wyjściu z galerii. Miejsce, o którym mówił Charlie, znajdowało się zaledwie przecznicę stąd, więc postanowili przejść się spacerkiem. Kilka minut później już rozsiedli się wygodnie w małej knajpce, ukrytej w bocznej uliczce. Charlie poluzował krawat i westchnął ciężko. - Nie wytrzymam dłużej z moją matką, do wszystkiego się wtrąca - zaczął, przeglądając menu, czyli dość sponiewieraną ulotkę. - Jakiś czas temu myśleliśmy z Blair o ślubie w Vegas, wiesz? Ale im dłużej o tym myślę, tym bardziej sobie uświadamiam, że nie chcę żadnego ślubu - przyznał, dalej wnikliwie studiując menu, zupełnie jakby... rozmawiał z Theo o pogodzie.

Matheo Bachmann

Are we still doing this?

: sob kwie 11, 2026 12:08 am
autor: Matheo Bachmann
Okay, okay, ale Theo po prostu uważał, że dzieci powinno się traktować jako przyszłych dorosłych, okay? Dawać im opiekę i szacunek, miłość, uczyć o świecie i pozwalać odkrywać ten świat pod bacznym okiem rodziców i opiekunów.. I był to absolutny kontrast z tym konceptem w którym żył Marshall, okay? Jego życie było wiecznym przycinaniem się, zmniejszaniem, kuleniem, układaniem dokładnie w taki sposób, żeby zmieścić się w formę przygotowaną specjalnie dla niego jako "jego przyszłość". Bez sensu. I tak, w gruncie rzeczy to nie była sprawa Bachmanna jak żył swoim życiem, ale jego personalnie szlag by trafił, gdyby nie mógł się wyprostować i robić ze swoim życiem co chciał. Musiał zapamiętać, żeby kiedyś podziękować swojej matce za to, że nie była tak sztywna i chłodna jak ojciec.. mimo że, podobnie jak Theo, pochodziła z chłodnej północy. Chłodne terytorium kultywowało ciepłych ludzi pełnych pasji; jej po prostu była nauka i przekazywanie wiedzy kolejnym pokoleniom, co jak najbardziej szanował.
Skinięciem głowy podziękował, tym samym dając mu do zrozumienia, że w istocie, wiedział. Charlie był dobrym przyjacielem i blondyn nawet przez moment w to nie zwątpił. - Nie ma o czym gadać tak naprawdę.. Wspomniałem jej, że chcę zmienić profesję i zamiast ze mną porozmawiać jak dorosły człowiek, tupnęła nogą i zamknęła się w łazience? Huh? A potem generalnie to przemyślałem i zdałem sobie sprawę z tego, że ignorowałem wszystkie małe pokazy tego samego zachowania wcześniej. Weź, daj spokój, jakbym chciał mieć dziecko, to bym sobie zrobił. - parsknął krótko na końcu, zaraz marszcząc brwi, uświadamiając sobie, że przyjacielowi też zapomniał powiedzieć o zmianie zawodu. Westchnął, rzucił krótkie spojrzenie na uwijającego się przy nim krawca, który równie dobrze mógł być ścianą; wyraźnie przyzwyczajony do bycia absolutnie niezauważalnym, robiąc swoje.. Dziwne. Absolutnie dziwne. - Zacząłem proces dołączania do straży pożarnej. - rzucił lekko, jakby mówił o pogodzie dnia poprzedniego, zaraz zeskakując z tego śmiesznego podestu i przerzucając sobie przez ramię własną bluzę. Było mu i tak zdecydowanie zbyt ciepło.. Ubierze się jeśli wyjdą poza kompleks tej fancy galerii. Miał też zapytać Marshalla, czy miał gdzieś krystaliczną kulę do przepowiadania przyszłości, ale ugryzł się w język. Będzie co ma być. Może miał być sobie sam, strażakować, zrobić tyle dobrego ile mógł, a potem paść gdzieś zanim nawet osiągnie emerytalny wiek, zjedzony przez jakiegoś raka płuc.. Może. Taka opcja też by się końcem końców z nim zgadzała.
Grzecznie pozwolił Charliemu się prowadzić. Bluza wróciła na grzbiet Theo, który absolutnie się nie spodziewał niepozornej, schowanej knajpki.. Przywykł do tego, że Marshall zwykle wydawał mu się naturalnie ciągnąć do tych miejsc, które miały przynajmniej cztery znaczki dolara na google..? Może się mylił i może to ta fancy shmancy kamizelka sprawiała, że wydawał się generalnie mieć bardziej kij w dupie, niż rzeczywiście miał. - Co innego jest nowe... - mruknął pod kątem pani Marshall, lekko wzruszając ramionami, szczerze nie spodziewając się po niej niczego innego. Złapał jedną z ulotek, obrócił ją w palcach, właściwie tylko krótko zerkając; wiedział dokładnie co chciał zamówić i w gruncie rzeczy był bardzo elastyczny jeśli chodziło o szczegóły. Gorące, ostre, słone, tłuste; a reszta naprawdę była mu obojętna. - Rozmawiałeś z Blair, czy jeszcze nie? - odłożył ulotkę na stolik, przenosząc pytające spojrzenie na Charliego. Już i tak znał opinię Bachmanna w temacie.. Nie wydałby go przez względu na lojalność, ale też Marshall musiał się liczyć z faktem, że gdyby rzeczywiście chciał się wpakować w to małżeństwo, to blondyn musiałby jednak zgłosić obiekcję. Nie przyłoży ręki do takiego małżeństwa. Nie podpisze papierów mówiących o tym, że jest świadkiem przysięgi wiążącej tą dwójkę do końca ich życia. Nie było takiej opcji. - Ja bym naprawdę nie chciał, żebyś popełnił ten błąd.. - dodał, chociaż w jego głosie zabrakło stanowczości. Był zmęczony, nie miał siły się z nim kłócić, przekomarzać i po prostu chciał mu dać znać, że miał jego wsparcie, ale sam musiał podjąć jakąś decyzję. In or out.

Charlie

Are we still doing this?

: pn kwie 13, 2026 7:44 pm
autor: Charlie Marshall
Dobrze, że na chwilę obecną Charlie nie chciał mieć dzieci i w przyszłości nie będzie musiać stawać przed takimi dylematami. Miał trzy siostry i brata, więc chyba mógł sobie pozwolić na ten luksus bycia bogatym, ekscentrycznym wujaszkiem Charliem? Co prawda, teraz sytuacja Cory stała pod znakiem zapytania, dlatego cała nadzieja na chwilę obecną pozostawała w Cherry, Cassie i Caspianie. W międzyczasie Charlie zamówił dla siebie i Theo wybrane dania przy barze, bo w tym przybytku ktoś taki jak kelner nie istniał. Głosem nieprzyjmującym sprzeciwu poinformował Theo, że stawia dzisiejszy posiłek - między innymi w podziękowaniu za udział w tej całej szopce u krawca. Nawet jeśli Theo protestował, to Marshall nawet nie chciał o tym słyszeć. Mógł posłuchać natomiast o rozterkach miłosnych przyjaciela. Skrzywił się nieznacznie, wysłuchując jego opowieści, z której wynikało, że koleżanka miała duże problemy emocjonalne. No i słuchałby dalej tego, co Theo ma do powiedzenia, gdyby nie jeden mały, istotny szczegół. - Chwila, moment... zmienić profesję? O czymś nie wiem, Theo? - zmarszczył brwi akurat w momencie, gdy Azjata zawołał go do baru po odbiór zamówienia. - Poczekaj, zaraz mi dokończysz - uniósł rękę do góry w geście, że zaraz tutaj wróci i dokończą rozmowę. No i już po chwili Charlie przyniósł tacę z jedzeniem - dziś to miał gest, nie tylko stawiał, ale też serwował, Theo normalnie miał obsługę pięciogwiazdkową. Usadowił się wygodnie na krześle i już chciał zacząć jeść, kiedy zorientował się, że nie przyniósł sztućców i pałeczek. Przekręcił oczami. - Aaa, już idę po pałeczki - poderwał się, zanim Theo zdążyłby chociaż zauważyć brak pałeczek. Zgarnął je z baru i szybko wrócił do przyjaciela. No dobra, w końcu mogli zacząć jeść... Charlie chwycił przepiękne, półpłynne jajko pałeczkami i otworzył szeroko buzię, żeby je pożreć, a tymczasem Theo poinformował go, że rozpoczął proces dołączania do straży pożarnej. Charlie przeżuwał w ciszy, procesując otrzymaną informację, a kiedy już w końcu do niego dotarło, co powiedział Bachmann, rozpromienił się. Humor od razu mu się poprawił od takiej zajebistej informacji! - Zaskoczyłeś mnie, Bachmann, gratulacje! Czemu nie mówiłeś wcześniej? Teraz to już musisz do mnie wpaść na to wino z mojego rocznika - rzucił Charlie, kończąc przeżuwać jajko i biorąc się za makaron. - Opowiadaj, jak do tego doszło? Kiedy idziesz do szkoły? Mów mi tu wszystko - poprosił, albo raczej zażądał Charlie, pałaszując przepysznyyy ramen. Swoją drogą, tę knajpkę pokazał mu Caspian, bardzo dawno temu, kiedy chodzili jeszcze do szkoły. Początkowo Charlie był zszokowany, w jakich miejscach pokazywał się jego młodszy brat, ale ostatecznie te rameny były warte siedzenia na niewygodnych krzesłach i braku obsługi kelnerskiej. Rozmawiałeś z Blair czy jeszcze nie? Charlie westchnął, gdy tylko usłyszał to pytanie, ale nie mógł się dziwić przyjacielowi, że chciał wiedzieć. Nie zamierzał kłamać. - Jeszcze nie, ale spędziliśmy razem weekend i... nie był miły. Nie chciałem pogarszać sytuacji - wyjaśnił niechętnie. Wiedział, że powinien zagryźć zęby i w końcu stanąć twarzą w twarz ze szczerością, no ale... no właśnie, zawsze było jakieś "ale". Tylko czekał na opierdol ze strony Theo. Jednak skoro Charlie powiedział A, powinien powiedzieć również B. - Wiesz... jadę jutro na Teneryfę, podpisać ten kontrakt, o którym ci mówiłem... - zaczął, jeszcze bardziej niechętnie niż wypowiedział swoje poprzednie słowa. Zacisnął usta w wąską kreskę i odłożył pałeczki na bok. - No i... Ivy zerwała ze swoim partnerem... więc... jakoś tak wyszło, że ją zaprosiłem, a ona zgodziła się polecieć ze mną - dodał ciszej, patrząc Theo prosto w oczy, bo chciał dokładnie zaobserwować jego reakcję, każde drgnienie mięśni i każde zmarszczenie brwi, żeby choć próbować się domyślać, co Theo o tym wszystkim myślał. Z drugiej strony, przecieł Charlie doskonale wiedział, co Theo myślał - że Charlie był debilem. No ale nie miał racji? Miał rację. Marshall przekręcił oczami. - Stary, wiem, że to chujowe, ale kiedy jej to zaproponowałem, to nie myślałem logicznie - rzucił na swoją obronę, zanim Theo zdążył się chociażby odezwać, ale nie brzmiał na przekonanego o swojej racji i Bachmann na pewno to zauważył. - Jak tylko wrócę z Teneryfy to powiem o wszystkim Blair - powiedział po dłuższej chwili milczenia, znów chwytając za pałeczki, mimo że trochę stracił apetyt. - Postanowiłem już - dodał, jakby chciał przekonać do tego postanowienia nie tylko Theo, ale również siebie. No cóż... Hmm... Ramen był dobry.

Theo

Are we still doing this?

: wt kwie 14, 2026 4:50 am
autor: Matheo Bachmann
Nie było mowy o żadnych miłosnych rozterkach, bo nie było mowy o żadnej "miłości". Może to pochodzenie Bachmanna, może po prostu sposób, w jaki był wychowany, ale nie rzucał tego słowa na wiatr i generalnie uważał, że było przeznaczone dla najbliższej rodziny, bliskich przyjaciół i życiowych partnerów. Zdecydowanie nie kobiet, z którymi popełnił błąd, wchodząc im do łóżka najebany, które w gruncie rzeczy nie chciały się angażować, ale wciąż wymagały, by się za nimi uganiał i całe starania były po jego stronie. Nope. Nie chciał oddawać swojego serca tak łatwo. Złapał oddech, otwierając usta, by opowiedzieć mu o zmianie profesji, ale zaraz się zamknął, kiedy Charlie śmignął po ich jedzenie i.. Zaśmiał się pod nosem. Okay, nie wiedział dlaczego, ale było coś naprawdę uroczego i prze-zabawnego w tym, jak ten przyzwyczajony do obsługi facet uwijał się, goniąc za ich zamówieniem, serwował i podawał. Kochany. Theo mógłby go wyręczyć, przecież miał doświadczenie, ale jednak nie, po prostu przyglądał się przyjacielowi z wyraźnym rozbawieniem. - Nie ma jeszcze czego gratulować. Dopiero zacząłem proces starania się o wolontariat? Strasznie długo to wszystko trwa.. - zaczął robiąc pauzę, by zatkać sobie gębę noodlami. Wydał z siebie nawet ciche, gardłowe, bardzo zadowolone westchnienie, bo Marshall jednak miał rację, to były najlepsze kluchy na świecie. Złapał miskę w dłonie, upijając z naczynia kilka łyków; przyjemne ciepło ogrzewające jego ciało od środka, pikantny wywar przyjemnie szczypiący język i gardło. Przymknął nawet na moment oczy, odetchnął, odkładając naczynie na miejsce, odnotował w głowie, by przychodzić do tego miejsca częściej, zwłaszcza kiedy będzie potrzebował prostego pick-me-up. - Ale też się zastanawiałem, czy po drodze nie załapać się do ambulansu, wiesz? Na ratownika medycznego? Bo mógłbym w teorii być wolontariuszem, wrócić do szkoły i zrobić dyplom, żeby zostać ratownikiem..? Moi starzy zawsze chcieli, żebym robił coś bardziej ambitnego, więc nawet jakby to trwało rok czy dwa, to pewnie by się zgodzili mnie utrzymywać. - prychnął pod koniec, kręcąc lekko głową, oczyma wyobraźni już sobie wyobrażał swoją uhahaną mamę i arogancki uśmiech ojca, to, jak Theo musiałby się przed nim płaszczyć, żeby pójść z nim na taki układ... Nie wiedział czy chciał. Czy raczej chciał, ale nie wiedział czy był gotowy odstawić swoją własną dumę na bok, żeby płaszczyć się przed swoim ojcem, spośród wszystkich ludzi... - Musiałbym więcej o tym przeczytać. - w gruncie rzeczy wydawało mu się, ze do ratownictwa pasowałby nawet bardziej, niż do wbiegania do palących się budynków.. Ale chciał sprawdzić obie te rzeczy. Powrót do szkoły nie był specjalnie zachęcający.. Z drugiej strony zawsze wychodził z założenia, że sytuacje przepełnione dyskomfortem budowały najsilniejsze osobowości..
Słuchał go uważnie, kiedy mówił o swoim weekendzie z Blair i planach na Teneryfę z kochanką i... Z jakiegoś powodu znów poczuł się autentycznie rozbawiony. To była tak idiotyczna sytuacja, że mimo zmarszczonych brwi, zaczął się śmiać. Laugh or cry? Pewnie tak. - Przepraszam. - rzucił, ale jego klatka nadal podskakiwała w tłumionym śmiechu, który naprawdę mocno próbował zdusić, przyglądając się mu. Charliemu nie było do śmiechu, ale... No cholera, sam się w to wpakował, sam się musiał z tego jakoś wypakować, nie? I jakoś nazwanie wszystkiego po imieniu, nawet jeśli tylko we własnych myślach, sprawiło, że Theo był ubawiony po pachy. Weekend z narzeczoną. Biznesowe wakacje z kochanką. No przecież to brzmiało jak coś wyjęte z podręcznika młodych, pięknych i bogatych, prawda? Dokładnie to życie, którego nigdy dla siebie nie chciał i któremu raz po raz odmawiał za młodu, wybierając swoją własną, skromną ścieżkę. - Tak, tak, myślałeś tym innym mózgiem. - w jego głosie nadal brzmiało rozbawienie, nawet już po tym, jak zagryzł wnętrze własnego policzka, by przestać głupio rechotać. Skinął głową, nieco poważniejąc, gdy Marshall postanowił twardo wszystko wyjaśnić po powrocie i.. Hey, może kilka porządnych nocy z kochanką to była dokładnie ta motywacja, której potrzebował, co? - Będziesz potrzebował się zatrzymać u mnie na jakiś czas? Bo w sumie możesz spać na kanapie, to dobra kanapa. - pięciogwiazdkowy hotel to nie był, ale darmo i w pakiecie z dobrym, profesjonalnym kucharzem, którego lodówka zawsze była pełna domowych posiłków gotowych do odgrzania. Brakowało w jego mieszkaniu komfortów, do których Marshall na pewno był przyzwyczajony, ale podstawy były więc... No, postanowił, że zamiast pitolić mu kazania o moralności, po postu zaoferuje mu kąt do przeczekania burzy z jego familią, ile tam będzie potrzebował.

Charlie

Are we still doing this?

: ndz kwie 26, 2026 6:53 pm
autor: Charlie Marshall
Podziwiał Theo, że w ogóle miał odwagę o tym myśleć - o byciu strażakiem lub ratownikiem - bo Charlie nigdy nie wyobrażał sobie życia z taką profesją, mimo że wiedział, że odnalazłby się w takiej roli (pod przymusem). Po prostu brakowało mu jednego - bezinteresowności, która sprawiała, że strażak albo ratownik odnajdywali się w swoich zawodach. W końcu Marshall nie bez powodu przygotowywał się do roli członka zarządu rodzinnej firmy od najmłodszych lat, bo to było jego przeznaczenie, a nie wybór (chociaż poniekąd ten brak buntu był jego wyborem). No i gdy tak patrzył na przyjaciela, uświadomił sobie jedną ważną rzecz. Theo miał coś, czego Charlie nigdy nie miał. Bachmann miał czystą kartę i luksus posiadania pasji, którą chciał rozwijać. Charlie co najwyżej mógł pójść na tenisa raz w tygodniu, żeby poodbijać piłeczką w jakiejś hali i porozmawiać z innymi bogatymi dziedzicami rodzinnych fortun. No i naprawdę podziwiał, że Theo wciąż wierzył w możliwość bycia kimś, podczas gdy Charlie bez żadnych sprzeciwów po prostu przyjął swój los i nie uważał się za nikogo ważnego. Był tylko kolejnym wiceprezesem jednej z wielu firm, który nie miał wpływu na nic wielkiego. - Jest czego, przyjacielu, gratuluję ci odwagi do podjęcia decyzji, w końcu idziesz po marzenia - zaoponował Charlie z ustami pełnymi pysznych noodli. Normalnie nigdy nie pozwoliłby sobie na jedzenie z pełnymi ustami, ale mała knajpka na uboczu wypełniona zapachem przypraw sprawiała, że luzował krawat. No i dosłownie to zrobił. Poluzował krawat i podwinął mankiety koszuli. Gdyby był młodszy, pewnie wyglądałby jak student po wielu godzinach na uczelni, gdyby tylko student miał buty warte dwa tysiące dolarów. Przełknął porcję makaronu i utkwił wzrok w Theo, uważnie słuchając jego możliwości. To wszystko były możliwości, które Bachmann mógł wcielić w życie, zupełnie jakby znowu cofnęli się do czasów szkolnych i dyskutowali o wyborze kariery z doradcą zawodowym. - Jakbyś potrzebował mojej pomocy to wystarczy jeden sms lub telefon, pamiętaj - dodał, słysząc wzmiankę o rodzicach. Chętnie wspomógłby kumpla w potrzebie, a że nie narzekał na brak gotówki, to ta gotówka stawała się jedynie środkiem do realizacji celów... albo wsparcia bliskich mu osób. Nie traktował tego jako jałmużny tylko jako inwestycję w dobre samopoczucie swoich przyjaciół, z różnym skutkiem, bo w większości przypadków odmawiali jego pomocy pieniężnej. No ale zawsze warto było spróbować, prawda?

If you've got troubles, I've got 'em too
There isn't anything I wouldn't do for you


Gdy Theo wybuchnął śmiechem, Charlie westchnął i odłożył pałeczki. Pozwolił przyjacielowi na ten nagły wybuch pozytywnych emocji, rejestrował w ciszy każdy ruch klatki piersiowej i uniósł brwi na rzucone przeprosiny. Przyglądał się Theo w ciszy i wcale mu się nie dziwił, tak szczerze. Ten śmiech był jedyną poprawną reakcją na bagno, w które wpakował się Charlie - na własne życzenie. Sam pewnie również wybuchnąłby śmiechem, gdyby nie był głównym bohaterem tej farsy. Nie czuł złości, co to, to nie, raczej pewnego rodzaju gorzką ulgę - wolał taką reakcję Theo niż kazanie o moralności. - Przestań, nie przepraszaj - zaczął, znów sięgając po pałeczki, choć apetyt na moment go opuścił. - Masz pełne prawo się śmiać. Wiem, jak to brzmi. Wiem, że zachowuję się jak ostatni debil - dodał i wzruszył ramionami. Tak, tak, myślałeś innym mózgiem. CÓŻ, NO NIE MÓGŁ ZAPRZECZYĆ. Ivy była dla niego odskocznią w każdej odsłonie i chciał poznać każdą z tych odsłon. - No… - mruknął jedynie w odpowiedzi, nie mogąc zaprzeczyć. No nie mógł zaprzeczyć, ni huhu. - Wiesz co jest najgorsze? Że wiedząc, jak bardzo to jest głupie i ryzykowne, ani przez sekundę nie pomyślałem, żeby przestać, hmm - mruknął pod nosem, biorąc miseczkę w dłonie i unosząc ją do ust, aby wypić resztki znajdującego się na dnie bulionu. Skoro wszyscy dookoła tak robili, to on też mógł. Gdy skończył, odstawił pustą miseczkę na stół, czując, jak gorący bulion rozgrzewa jego żołądek, ale nie uspokaja szalejących w głowie myśli. Ciekawe, jak długo da radę funkcjonować w rozkroku, pomiędzy Ivy i Blair? Pewnie dopóki się nie przewróci, w jedną albo drugą stronę. Gdy Theo wspomniał o noclegu, Charlie posłał mu spojrzenie pełne wdzięczności. - Nie wątpię, że kanapa się przyda.... po tej rozmowie z Blair, jak już wrócę z Teneryfy - westchnął, po czym zerknął na stojące przed nimi puste miseczki. - Ale to było dobre. To teraz zielona herbata, piwo czy taiyaki? Widziałem, że mają takie z kremem - kiwnął głową w stronę barowej lady, gdzie kryły się japońskie desery i wyglądały zajebiście. Niby powinien wracać do domu, ale nie miał na to ochoty. Dobrze mu się siedziało z Theo, nawet jeśli śmiali się z jego życia osobistego.

Theo