Strona 1 z 1

let your heart in, and I'll kiss every pore

: pn mar 30, 2026 11:45 pm
autor: nadir al khansa
009
there's a tune here, but it has no sound
but your heart is where mine lies

Jesteś najpiękniejszą apokalipsą, jaka mogła mnie spotkać, Al Khansa.
Zadrżał wtedy, gdy słowa wypełniły przestrzeń między nimi i - na wszelkie bóstwa - drżał nadal, gdy to zdanie głosem Lazare echem rozchodziło się po jego umyśle. Docierało mrowieniem w zakamarki ciała, które od powrotu zdawało się nie czuć już n i c. Może szarpało nim nadal żyjące pod skórą szaleństwo, kiedy dopuścił do swojego serca ten impuls nadziei, nadający rytm krążącej w jego żyłach krwi. Błogość dla Nadira płynąca od kącików ust jasnowłosego mężczyzny była czymś, co pragnąłby zapisać w swej duszy na wieki, by żyło w niej w kolejnym, kolejnym i kolejnym życiu... ...by wiedział, gdzie powinien powracać. Czyż nie zawsze przecież wracał? W mniejszej lub większej żałości oraz szacunku do siebie swą orbitę wyznaczał gdzieś nieopodal niego. Teraz jednak bez poczucia, iż rości sobie prawa do czegoś, czego nigdy nie powinien, pozwolił mu wciągnąć się do wnętrza taksówki. Wsunął się jednakże na dalsze siedzenie, pozwalając jednak swojej dłoni spoczywać nadal w uścisku palców Lazare. Świat się kończył i zaczynał zarazem, gdy z drżącym oddechem spoglądał na rozmywające się za oknem miasto, bo panował w nim c h a o s. Wyczerpanie życiem upominało się o niego, kiedy odchylając głowę, czuł każdy pracujący przy tym mięsień. Mimo to myśli Al Khansy układały się w pełen zawodu wniosek, że zamiast na zagłówek mógłby pozwolić jej opaść na ramię Lazare.
Zatrzymanie pojazdu szarpnięciem wyrwało Nadira z kotłowaniny niespójnych ze sobą refleksji oraz rozkładania na czynniki pierwsze jednego stwierdzenia; Lazare jest obok... jest ze mną, co t e r a z? Dlatego nadal w połączeniu dłoni z dłonią - które w tych calach stykającej się skóry mogłyby zatrzeć granicę dwóch odrębnych istnień - wypadł bez namysłu wraz z nim na chodnik przed jednym z wieżowców w Distillery District, jakby czyhało nad nim widmo odprawienia przez Moreau. Uniósł momentalnie podbródek do góry, starając się uchwycić spojrzeniem szczyt budynku. Niejednokrotnie zdarzało mu się przypadkiem mijać akurat ten budynek, lecz nigdy nie było mu dane poznanie go od środka; przez lata nie zawędrował korytarzami do tego jednego apartamentu, choć obecność Lazare na zawsze naznaczyła jego mieszkanie. Gdziekolwiek nie skierował swych oczu, to odnajdywał pozostawione po nim wspomnienia.
Czyje znajdowały się u niego? I dlaczego nie moje...
Kąciki ust drgnęły do niekontrolowanego grymasu w niepowstrzymanym za prędko odruchu, będącym pokłosiem po tym nieoczekiwanym ukłuciu zazdrości. Czego tak naprawdę się spodziewał po miejscu zamieszkania starszego łyżwiarza? Niedostępności dla wszystkich? Stojąc przed luksusowym budynkiem, mógł tylko łudzić się, iż natrętnymi podszeptami nie dosięgnie go przeszłość, w której istniał wyłącznie jako persona non grata. Z westchnięciem wyrywającym się spomiędzy warg, niepewnie zbliżył się do drzwi prowadzących do holu, dłoń powoli przybliżając do uchwytu - czy sparzy go za własną zuchwałość? Odwrócił się powoli w kierunku Lazare, starając się wyjść na spotkanie spojrzeniu oczu, w których zdawały się skrywać wszystkie oceany tego świata.
- Nie wolałbyś sam... - Ściszonym głosem wymalował granicę swych wątpliwości; przerwiemy ją? Przerwij, przerwij, prerwij na litość boską... Przybliżając się przy tym do niego tak blisko, czuł wyraźną melodię serca pod falującym materiałem koszulki. Bum; czy to moje własne serce? Bum; a może pozostało już wyłącznie Lazare? Bum; dałoby się rozdzielić harmonię rytów dwóch serc, kiedy tańczyły tak blisko siebie? C z y j e więc? Kiedy szept Nadira zdążył już przejść w zapomnienie w ulicznym zgiełku, on sam nieznacznie cofnął się i wzrokiem powędrował ku mijającym ich nieznajomym. Jakby ta chwila bliskości miała zostać obkupiona pełnymi oburzenia westchnięciami, by sprowadzić ich ponownie na ziemię. Bo gdzież teraz się znajdowali niesieni tym szaleństwem? Czy mogliby porzucić ten świat choćby do pierwszych promieni słońca? Skryć własne grzechy w ciemnościach nocy, a może jutro byłoby dla nich łaskawsze?


lazare moreau

let your heart in, and I'll kiss every pore

: sob kwie 04, 2026 8:16 pm
autor: lazare moreau
Sam.

Sam Lazare wychował się na pedantycznie zaaranżowanych salonach, u boku matki, która nigdy nie wybaczyła mu, że – nieplanowany przecież, wynik nieprzemyślanej namiętności i naiwności dwudziestopięcioletniej dziewczyny zaślepionej urokiem żonatego mężczyzny – zniszczył jej życie (to, że zniszczyła je sobie przecież sama, było prawdą zbyt gorzką do przełknięcia; o wiele łatwiej było więc obwiniać dziecko złaknione jej miłości, i z tego też powodu zupełnie niezdolne do jakiegokolwiek buntu). Najmłodszy w rodzinie, otoczony dorosłymi, którzy jego wartość mierzyli osiągnięciami, gardząc pojęciem bezwarunkowej miłości tak samo, jak gardzili zatrudnianymi przez siebie służącymi i szoferami.
Sam stawiał też pierwsze kroki na lodowisku – ledwie paroletni, śmiertelnie wystraszony sposobem, w jakim zakute w łyżwy stopy rozjeżdżały się pod nim na gładkiej tafli. Mimo, że Elizabeth Grace wodziła za nim czujnym wzrokiem z trybun, nie tyle opiekuńczo, co raczej po to, by w razie potrzeby wytknąć mu każdy najmniejszy błąd, potknięcie czy niedociągnięcie.
Sam Lazare osiągał pierwsze sukcesy, bo chociaż posiadał umiejętność tańca w parze, to podczas solowych występów czuł się naprawdę sobą, nieograniczony koniecznością, by ruchy ciała i rytm jego pędu dostosowywać do kogokolwiek innego. Zrażony nieskutecznymi staraniami, by zwrócić na siebie uwagę ojca, który – jeśli w ogóle – fatygował się co najwyżej wysłaniem mu generycznej urodzinowej kartki, przychodzącej często parę dni po terminie, i z bezosobowym Wszystkiego najlepszego wypisanym w ewidentnym pośpiechu, Lazare bardzo od wczesnej młodości chełpił się tym, że od nikogo nie zależał, nikomu nie ufał, i na nikogo nie musiał liczyć – zupełnie, jakby ta jego chorobliwa niezależność i nieufność naprawdę były powodami do dumy.
Sam opłakiwał też nieliczne, ale jakże bolesne porażki, nauczony, że proszenie o pomoc jest objawem słabości, a nie oznaką, że ma się na kogo liczyć. Rodzina nigdy nie była dla niego źródłem pocieszenia; trener, z którym pracowało mu się najlepiej, był surowym mentorem starej szkoły, który nadmierną jakąkolwiek czułość i ciepło uważał za zwyczajny zbytek; nielicznych (i często nieprawdziwych przyjaciół Lazare trzymał zawsze na bezpieczną odległość, nawet przed nimi nigdy nie będąc w stanie wyjawić, co naprawdę czuł, czego się lękał, i o czym marzył.
Sam Moreau był więc zawsze z całym swoim smutkiem, ze swoim strachem, i ze swoimi słabościami.

I to wtedy, właśnie wtedy, w samym środku całej tej jego samotności, pojawił się Nadir. Nadir z talentem geniusza i techniką żółtodzioba. Nadir z nazwiskiem, do którego smaku Moreau musiał się przyzwyczaić. Nadir o ciemnych oczach i oliwkowej skórze; jedyny, dla którego Lazare był w stanie zakwestionować wszystkie dotychczasowe zasady rządzące całym jego życiem. Nadir z tendencją do znikania, gdy blondyn potrzebował go najbardziej, i pojawiania się wówczas, gdy p o z o r n i e zaczynał wreszcie odzyskiwać równowagę po jego odejściu.
- Nie – Powiedział, na Nadira spoglądając spod baldachimu własnych rzęs, z ukosa, i niemalże przekornie. Oprócz Egipcjanina - znajdującego się teraz tak blisko, a nadal jakby za daleko - przed Moreau stała teraz także konkretna decyzja. Po jednej jej stronie: bezpieczeństwo jego dotychczasowej izolacji; mniejsze zło, w jakimś sensie, bo zło dobrze mu znane; poranki wypełnione ciszą, noce spuchnięte od tęsknoty, z którymi radził sobie kiepsko, ale nawykowo, i w sekrecie przed okrutnym światem, który przecież nie odpuściłby mu oceny i krytyki. Po drugiej: ta wizja przyszłości, w której ulicami Toronto - na wiosnę, z białym kwieciem drzew owocowych sypiącym im się na ramiona jak śnieg - przechadzać mogliby się z Nadirem nie tylko ramię w ramię, ale i z dłońmi splecionymi palcami jak węzeł gordyjski. W tej fantazji, naiwnej może, niemal dziecinnej, Lazare jakimś cudem udawało się pokonać własny wstyd i wykazać się odwagą, której do tej pory zawsze mu brakowało. W tej wersji, budził się z twarzą wtuloną w ciemne, miękkie kosmyki nadirowych włosów, wijące się jak małe, czarne węże u nasady jego rozgrzanego nocą karku, dzień w dzień, nie zastanawiając się już, który z ich wspólnych poranków będzie ostatnim. Pod osłoną nocy, i po dwóch głębszych, Moreau odkopał nagle we własnej piersi dawno zapomniane pokłady animuszu – Nie wolałbym sam - pokręcił głową, znajdując w kieszeni kartę magnetyczną i pęk kluczy - Wolałbym z tobą.
I trudno było stwierdzić, czy mówił wyłącznie o tym, że to w towarzystwie bruneta chciał przekroczyć dziś próg swojego wieżowca, a potem mieszkania, nie bacząc na subtelne, lecz nadal pytające spojrzenie posłane mu przez portiera...
...czy raczej, że z Al Khansą wyobrażał sobie nagle przeżyć całe życie, jakby było to banalnie proste, i zależało od jednego, d z i s i e j s z e g o wieczora.

Do budynku wszedł drugi, zamiast drzwi obrotowych wybierając te boczne, które - podobnie jak wcześniej te taksówki - mógł przed Nadirem otworzyć w ramach gestu, na który nigdy nie mógł pozwolić sobie względem innych chłopców na szkolnych potańcówkach. Drogę windą aż na własne, dziewiętnaste, piętro, musieli przebyć w milczeniu może nie tyle skrępowanym, co po prostu zaskoczonym nagłą bliskością i prywatnością. I tak trwało to tylko lichą chwilę, jak to bywa w budynkach tak nowoczesnych, jak ten jego.
Dopiero, gdy stanął przed drzwiami własnego mieszkania, Lazare ogarnęła dziwna trema - bo może tylko teraz, z ręką na klamce, dotarło do niego, że role po raz pierwszy się odwróciły, i to on Nadira wpuszczał nagle do własnego, samotnego, zbyt sterylnego i bezosobowego świata. Przecież jego własne progi, umeblowane, ale nie zamieszkane, bo utrzymywane w stanie funkcjonalnego, neutralnego porządku, wolne od personalnych ozdób i dodającego swojskości bałaganu, nie miały prawa rywalizować z adresem Nadira, małym, ale przytulnym, i jakby obdarzonym własną duszą.
- Ja... - Zająknął się, wpuszczając Al Khansę do środka, i jeśli Nadir naprawdę obawiał się, czy znajdzie w mieszkaniu Moreau jakieś pozostałości po wizytach jego innych partnerów kochanków, to teraz mógł przekonać się, że lęk ten nigdy nie był zasadny. Przywitała ich przede wszystkim pustka: duże, czyste okna z widokiem na panoramę miasta i otwarta kuchnia z wyspą, przy której Lazare z rzadka jadał małe, samotne śniadania; droga, obita luksusową skórą kanapa, na której czasami zasypiał z żołądkiem pełnym wyłącznie alkoholu; zbyt miękki dywan, po którym trzydziestotrzylatek ostentacyjnie chodził w butach tak, jakby gardził jego wygórowaną ceną i komfortem; wreszcie - zawieszony krzywo telewizor o pękniętym ekranie, cichy wyrzut sumienia i dowód na to, że czasem nawet Moreau tracił (nad sobą) kontrolę. Poza tym nic co wskazywałoby, że Lazare kiedykolwiek sprowadza tu innych ludzi, a zwłaszcza, że nie wygania ich stąd natychmiast po zaspokojeniu własnych potrzeb, bez szansy na wspólne śniadanie albo powolny, leniwy poranek - Nie byłem przygotowany na... - Na gości? Na Ciebie? - Zwykle bywam tu sam. Ostatnio w zasadzie... W zasadzie zawsze. Możesz zostać w butach, jeśli chcesz - Zaproponował głupio, choć przecież wiedział, że te Al Khansa zostawi przy wycieraczce - Możemy... Nie musimy...


Rozmawiać. Udawać, że wszystko jest w porządku. Martwić się, że ktokolwiek nas tutaj zobaczy.
Dziwacznie zdenerwowany, nagle zupełnie nie wiedział, co ma zrobić z rękami, które tak bardzo prosiły się o dotyk drugiego mężczyzny.

nadir al khansa

let your heart in, and I'll kiss every pore

: wt kwie 07, 2026 3:19 am
autor: nadir al khansa
O której wrócisz z treningu? Zrobiłabym salep i opowiedziałbyś mi o tym chłopaku...
Pani Al Khansa zawsze powtarzała, że dom powinien być azylem dla dusz, by mogły do niego wracać zmęczone tułaczką. Dlatego w rozumowaniu Nadira on nigdy nie ograniczał się wyłącznie do kilku ścian zamykających przestrzeń do egzystowania. Dokąd tylko zdołał sięgnąć pamięcią we wspomnieniach, zawsze w powietrzu unosił się silny - typowy dla imigranckiej rodziny, nostalgicznie łapiącej się echa własnej kulturowej spuścizny - zapach przyrządzanych tradycyjnych egipskich potraw. Mroźne kanadyjskie zimy odchodziły w zapomnienie tuż za progiem drzwi rodzinnego domu, gdy dwie Egipcjanki niestrudzenie wnosiły w każdym najmniejszym drobiazgu ciepłe wspomnienia ojczyzny. Bakhoor dymnym szlakiem prowadził korytarzami niewielkiego mieszkania, które nieustannie tętniło życiem swych domowników. Starzało się wraz z nimi kolejnymi kreskami stawianymi na futrynie; Nadirze, musisz być taki wysoki... zaraz zabraknie nam miejsca! Zdjęcia wraz z dziecięcymi dyplomami czy rysunkami tworzyły na ścianach przeogromne mozaiki przeżytych dni; ich matka prawdopodobnie dotąd zachowała większość pamiątek, które dumnie prezentowała swoim gościom. I Nadir poszedł w jej ślady, gdy swoje własne mieszkanie naznaczał również wspomnieniami po innych. Kreślonymi liniami oczu, spoglądającymi ze szkiców przyklejanych dość chaotycznie w wolnych miejscach i pozostawionymi przez nich fantami, które świadczyć miały o tym, że niegdyś po prostu i s t n i e l i.
حبيبي, może zaprosisz przyjaciół na wspólne świętowanie Eid? Bo na przestrzeni lat Nadira nieustannie otaczali inni ludzie, niekiedy tłumnie gromadzący się w niewielkim saloniku. Początkowo młody Egipcjanin na wygnaniu obawiał się przyprowadzania osób spoza ich środowiska, gdy jego odmienności nie dałoby wtedy w żaden sposób ukryć. Jednakże i z czasem w ten świat wkroczyli rówieśnicy, objęci momentalnie bezkresną gościnnością pani Al Khansy. Pamiętał nadal te błogie chwile z dźwiękiem zacinającej się igły w gramofonie na jednej z płyt przywiezionych jeszcze z Aleksandrii, rozmów dorosłych prowadzonych w kuchni podniesionym głosem oraz swego własnego śmiechu wkradającego się coraz pewniej w symfonię rozbawionych kolegów. W tym wszystkim jednak zawsze brakowało mu najbardziej Lazare i idące za tym niewiadome. Czy dałby wmusić w siebie kolejną dokładkę fatteh? A może siłą musiałby odciągać go od gry w tryktrak, gdy bezsprzecznie ogrywała - najpewniej też oszukującą - go egipska babuleńka? Łapał się niejednokrotnie na tym, iż w wyobraźni rysował kontury jego sylwetki przy własnym życiu stole.
Dom zawsze pozostawał otwarty; więc czemu czasami czułeś się samotny, Nadirze? Za drzwiami własnego pokoju, kiedy przygniatały Cię natarczywe myśli i w więzach paraliżującego smutku, gdy odpływałeś ku lodowatym objęciom nicości w wannie; czy wtedy byłeś sam?
Wolałbym z tobą.
Zadrżało między nimi na chłodnym powietrzu w rytm wybijany przez serce Nadira. Nieświadomie wstrzymując oddech, przygotowywał się w myślach przede wszystkim na bardziej oczywisty dla siebie scenariusz. Latami wpajany schemat odtrącenia, kiedy na horyzoncie los kreślił już trudną do przekroczenia granicę. Ciało zalała mu fala ciepła, z którą wpierw nie potrafił sobie poradzić, otumaniony majaczącą mu w duszy nadzieją. Ze mną? Pokonując niepewnie - jakby wszystko, co go teraz otaczało było zbyt delikatne - drogę u boku drugiego łyżwiarza, dłoń zwisającą wzdłuż ciała łaskotała pokusa pochwycenia tej drugiej nienależącej do niego, którą ignorował aż do samych drzwi.
Tutaj żył jego Lazare Moreau; dreszczem wędrowało po skórze Al Khansy, jakby z dobrze znanego profanum wkraczał bezwstydnie do samego sacrum. Za progiem wszystko wydawało się być dobrane do siebie zgodnie z trendami luksusowych katalogów i takie najwyraźniej dotąd pozostawione. Niewygodna dla Nadira stała się myśl, że Lazare prawie każdej nocy wracał do tak sterylnego miejsca. - Myślałem... i pomimo tego czujesz się tu jak w domu? - Z westchnięciem zdał sobie sprawę, jak wzrastało w nim pragnienie pochwycenia ciała Moreau do uścisku, by chociażby przez moment przestał być sam.
- Nie musimy - Przyznał za nim, lecz w opozycji do tych słów sięgnął ku własnym butom, by w nawyku zdjęte po chwili odstawić pod ścianę. Pomimo zapewnienia Lazare on sam nie potrafiłby zapewne pójść dalej w obuwiu, słysząc wręcz w umyśle dźwięczny głos ukochanej babci, która notorycznie strofowała go za to po arabsku... ganiając niekiedy z kuchenną szmatką w ręku. - Ale chciałbym... z Tobą, mogę? Możemy po prostu... - Niewiele myśląc, sięgnął ku niemu, chwytając jednakże tym razem za skrawek rękawa i pociągając go za sobą parę kroków w głąb apartamentu. Gdyby Lazare zamierzał się rozmyślić i wycofać z podjętej wcześniej decyzjo, to przynajmniej oddalił się od tego postanowienia o parę metrów... ponieważ - cholera - pragnął naprawdę zostać.

Choć zatrzymali się praktycznie pośrodku i nigdzie konkretnie, to spojrzenie Nadira wędrowało dalej w poszukiwani choć najmniejszej anomalii w perfekcyjnie urządzonym mieszkaniu. Śladach pozostawionych przez człowieka, zdradzających jego codzienne zwyczaje. Zmarszczył brwi po dopatrzeniu się pierwszej rysy i jak się okazało, w dosłownym znacznie tego słowa. Skonsternowany przyglądał się pajęczynie powstałej od uderzenia na ekranie zawieszonego telewizora, zachodząc w głowie, jak i dlaczego powstała. Owoc kłótni kochanków? - يا خبر! Ktoś się włamał czy wymyśliłeś mu nowe zastosowanie? - Z przejęciem ślizgającym się delikatnie w dźwiękach wypowiadanych słów, wskazał mu głową na zajmującą jego uwagę rzecz.

lazare moreau

let your heart in, and I'll kiss every pore

: sob kwie 11, 2026 1:40 pm
autor: lazare moreau
Jak w domu - ?

Och, tak. Jeśliby dom definiować tym, do czego Lazare przyzwyczaił się w dzieciństwie, lecz nie to, czego naprawdę tak pragnął, jak i potrzebował. W dwuosobowym świecie Moreau, stanowionym przezeń i przez jego matkę, i czasem nawiedzanym tylko przez jakiegoś członka jej dalszej rodziny, lub którąś z (nieszczerych) przyjaciółek o twarzy utrwalanej w stanie wiecznej młodości mnogością kosmetycznych starań, i o oceniającym wzroku brakowało chaotycznego autentyzmu, w którym wychował się Nadir. Ściany były wysokie i jasne, wolne od spękań typowych tańszym, wieloletnim architektonicznym konstrukcjom - jedynym często, na jakie stać było emigranckie familie; najczęściej wypełniała je cisza, wymóg konieczny ilekroć Elizabeth Grace zmagała się z jedną ze swoich teatralnych migren, albo bezosobowe, puste dźwięki - mechaniczny śpiew sokowirówki wyciskającej kolejny zielony eliksir mający młodego sportowca utrzymać w perfekcyjnej kondycji, impersonalny, generyczny jazz odtwarzany z winylowej płyty kręcącej się miarowo pod igłą drogiego, designerskiego odtwarzacza, albo płynący z telewizyjnych głośników monolog sportowych komentatorów, potrafiący potem nieproszenie wkraść się nie tylko w myśli Lazare, ale i w jego sny, jakby nigdy nie było mu wolno zejść z lodowiska, w każdej sekundzie swojego życia będąc nie więcej, niż tylko obiektem medialnej transmisji. Młodemu Moreau zawsze wpajano, że miejsce zamieszkania ma być przede wszystkim praktyczne, i że komfort to nic więcej niż jakiś odcień pragmatyzmu, nie zaś wartość emocjonalna. Łóżko miało sprzyjać spoczynkowi takiej jakości, która pozwalała mu potem odnosić sportowe sukcesy, nie zaś być azylem, w którym można było skryć się przed światem, zwinąć w pozycję embrionu i naprawdę odpocząć; kanapa była po to, by przyjmować na niej wartościowych gości częstowanych drogimi przysmakami i czarowanych tak, by mogli się potem gospodarzowi jakoś przydać, nie zaś od tego, żeby przesiadywać na niej w piżamie, wyjadając słodko-słony popcorn prosto z papierowej torby, brudząc tym samym obicie zatłuszczonymi palcami, nim zdążyłoby się je łapczywie oblizać; w kuchni miało się gotować - szybko, sprawnie - pożywne, niskotłuszczowe potrawy, nie zaś przebywać godzinami, w radosnym zaplątaniu w pełne dygresji rozmowy z bliskimi darzonymi taką miłością, której nie da się zastąpić niczym, a zwłaszcza nie rzędem trofeów. W gruncie rzeczy zatem, dom Lazare niewiele różnił się od pokojów hotelowych. Dopóki znajomość z Nadirem nie zaczęła uświadamiać mu, że dało się... i n a c z e j .
- Powiedziałbym, że to kwestia sporna - odparł dyplomatycznie, z uśmiechem w gruncie rzeczy rozbawionym żałosnością własnej egzystencji plączącym mu się gdzieś na wargach. Co miał mu powiedzieć? Że jak w domu czuł się tylko wtedy, kiedy był -
z nim?
w nim?
obok niego?
Dał pociągnąć się za rękę rękaw, żałując, że zamiast na rancie materiału, smukłe palce bruneta nie owinęły się po prostu wokół jego nadgarstka. Przystanął krok obok Nadira, wówczas, gdy to Egipcjanin się zatrzymał, pozwalając mu tym samym decydować, w którym punkcie mieszkania znajdą sobie chwilową przystań. Dziwaczne to było uczucie, mieć go tu - coś, na co Lazare zawsze czekał, i o czym rozmyślał i rozmarzał się do utraty kontaktu z rzeczywistością, coś, co wyobrażał sobie, powinno być jakimś rodzajem celebracji, teraz nagle zmienione w akt tak przyziemny, tak naturalny, zupełnie, jakby był to po prostu kolejny raz, i jakby Nadir odwiedzał go tutaj w zasadzie codziennie. I może była w tym jakaś logika, zważając na to, że przy częstotliwości z jaką Al Khansa nawiedzał myśli Lazare, w dużej mierze i tak praktycznie już tu mieszkał.
يا خبر ! Lazare mimowolnie, odruchowo przymrużył oczy, delektując się przez moment słodkim, znajomym brzmieniem nadirowego przekleństwa.
- Och, to? - Koncentrując się na zadanym mu pytaniu, rozwarł znów powieki, podążając spojrzeniem w kierunku, w którym skupił się teraz wzrok Nadira. Głupi, głupi, głupi. Nie sądził chyba, że ujdzie mu to na sucho? Ani z matką, która w trakcie niedawnej, niezapowiedzianej wizyty, nie omieszkała wytknąć mu uszkodzonego ekranu, dopytując cóż to, na Boga, się stało? Ani z Nadirem, który po wystroju mieszkania Moreau ciągnął wzrokiem godnym nowicjusza albo dziecka, odkrywcy ciekawego wszystkich otaczających go obiektów i ich krzywizn. Była zresztą może i taka część w łyżwiarzu, która chciała, by Nadir zauważył. Przed paroma dniami z sadystyczną przyjemnością wyobrażał sobie w końcu jak to wytknął by Al Khansie własne cierpienie, własne męki i utratę rozumu, gdy to brunet jakby rozpłynął się w powietrzu tuż po swej spektakularnej, i transmitowanej w telewizji na żywo, klęsce. Ale teraz? Zamiast gniewu czuł tylko miękką czułość i wstyd za samego siebie. Za więcej niż jedno z własnych przewinień, w dodatku - przy czym uszkodzenie telewizora było pewnie najmniejszym na całej ich długiej liście - Nikt się nie włamał - Wyklarował na początek, bo to była najłatwiejsza część całej tej historii - Ja... - Zmarszczył lekko nos i brwi, niewygodnie zakłopotany - To, uhm, stało się w noc twoich zawodów. Tych ostatnich - Wzruszył ramionami. Żaden z nich nie potrzebował chyba tłumaczenia, o którym z występów Lazare mówił - Oglądałem je na żywo... - Ruchem dłoni zatoczył niskie koło, jakby próbował rozsnuć przed nimi tamtą scenę: trzydziestotrzyletni mężczyzna w dresie, samotnie wpatrujący się w ekran telewizora z dłońmi zaciśniętymi w pięści aż do kompletnego pobielenia kłykci, wstawiony whiskey, i buzującym w nim napięciem doprowadzony na absolutny skraj własnej rezyliencji - Próbowałem dzwonić. Potem, do ciebie. Nie odbierałeś - Bez wyrzutu, choć z pytaniem kryjącym się między zgłoskami - Więc...

nadir al khansa

let your heart in, and I'll kiss every pore

: czw kwie 16, 2026 3:25 am
autor: nadir al khansa
Kwestia sporna,
teraz czuł, jakby wpatrywała się w niego palącym spojrzeniem z każdego idealnego kąta apartamentu. Intruza rozbijającego spokój świata wznoszonego w ramach perfekcji. Tutaj ktoś - L a z a r e - przeżywał prawdopodobnie te wszystkie chwile, będące jedną wielką niewiadomą w umyśle Nadira. Pozostawały nieodkrytym obszarem w granicach jego osoby, w których dotąd czuł się wyłącznie jak persona non grata. Niekiedy w śmielszych myślach tworzył scenariusze, w których zjawiał się u niego niespodziewanie i desperacką melodią własnej dłoni uderzającej w drzwi przerywał własną niedolę w cieniu niewiedzy oraz odtrącenia.
Tylko
z ㅤㅤㅤa ㅤㅤㅤw ㅤㅤㅤs ㅤㅤㅤz ㅤㅤㅤe
w splotach wyobraźni powstawał jeden obraz. Nieważne jak usilnie starał się własnymi pragnieniami wymalować sprzyjającą mu wizję, to ostatecznie kończył sprowadzony brutalnie na ziemię z pełnych rozmarzenia przestworzy. Zawsze po skrzypnięciu zawiasów drzwi spływało na niego przepełnione oburzeniem i niechęcią spojrzenie, gdy egoistycznie postawił swe uczucie ponad wszystko. I raz za razem wyrywszy się z tych myśli, czuł dreszcz przerażenia wędrujący po swojej skórze.
A pragnął przecież być obecny w jego przestrzeni, myślach i sercu do utraty własnych granic, by nic na tym świecie nie zdołało wskazać, gdzie kończy się melodia wybijana przez jedno serce, a zaczyna przez to drugie. W dodatku, kiedy znajdował się tak niebezpiecznie blisko, iż do kompletnego chaosu wystarczyło jedno spięcie mięśni własnego ramienia, by pod palcami wyczuć ciepło skóry Lazare.
- Och, oglądałeś? - Speszony uzyskaną odpowiedzią, wpatrywał się nieruchomo jeszcze przez chwilę w pajęczynę pęknięcia. Nie pojmował wielu aspektów w przedstawionej mu scenerii; Lazare był zły na niego czy p r z e z niego? Usta Nadira prawie poruszyły się do wypowiedzenia; powinieneś tam być... nawet jeśli nie przy mnie, to na lodzie. Równie nierozsądne majaczyło mu w sercu pragnienie skrycia - przed całym światem - własnej twarzy w zgłębieniu jego szyi. Wszelkie te tęsknoty szarpiące jego ciałem spopieliło jednakże przywołanie w pamięci obrazu olimpijskiej klęski. - Rozwaliłem wszystko... nie wiem, na co liczyłem- Palące uczucie wstydu łaskotało go delikatnie w policzki, kiedy we wspomnieniach mimowolnie odtwarzał ten jeden feralny występ. Chłód pędu wkradający się między pasma włosów, ułożenie rąk do skoku i nagłe zawahanie, które poprowadziło do chwiejnego lądowania. Zapragnął niepisanego mu losu, a bezwstydnie po niego sięgając, ściągnął na siebie należytą mu karę za ten zuchwały akt. Nigdy nie wygrasz z sobą, Nadirze.
- Ja... musiałem go gdzieś zap... - zapodziać, zgubić? Momentalnie cofnął się od niego o krok, gdy uczucie rodzącej się paniki wskazywało mu jedną dobrze znaną drogę. Szlak wydeptany latami bezskutecznej walki z ciężarem noszonym w duszy; u c i e c z k ę. Półprzytomnie wzrokiem powędrował na moment nad Lazare, obserwując drogę dzielącą go od wyjścia z apartamentu.

Powinien dlatego;

- Nie powinienem wracać, przepraszam... - wypuścić wraz z resztkami tlenu z płuc, by łamiącym się między dźwiękami głosem utkać granicę, za którą ponownie skryłby się w pośpiechu. Następnie chwiejnym krokiem wymijając drugiego mężczyznę - zapewne już po raz ostatni w tym życiu, bo kolejna szansa nie mieniła się między jego gwiazdami - udałby się do drzwi wyjściowych. W tym ściągnąłby na nich k o n i e c, znikając gdzieś bezpowrotnie tuż za progiem obcego mu świata.

Powinienem?
- Nie pamiętam... - Wybrzmiało krótko i nagle jak uderzenie serca, gdy stanął naprzeciw strachu żyjącemu w nim od lat. Jednakże gdyby teraz po tych słowach urwał swój poryw prawdomówności, wybrzmiałby zapewne między nimi bezpieczną wymówką. Dlatego niewiele myśląc, pozwolił palcom zacisnąć się na krawędzi własnej koszulki, by sprawnym ruchem podciągnąć ją na wystarczającą wysokość. Na tyle, by odsłonić blednącą konstelację zanikających już żółtawo brązowych siniaków rozsianych po skórze okrywającej delikatnie zarysowane żebra. I akt tego dramatu kończąc muśnięciem kciukiem po świeżo tworzącej się bliźnie tuż na krawędzi rzędu łukowatych kości. Kilku centymetrowej pamiątce po ostatnich dniach własnego szaleństwa. Opuścił po z b y t długiej chwili kurtynę z materiału ciemnej koszulki, kończąc to nieszczęsne przedstawienie, w której odgrywał najgorszą z możliwych ról. Siebie. - Nic z tego... jestem dowodem, że nawet tyle do mnie nie należy. Ani pamięć czy życie umykające spod mojej kontroli...
Po ostatnim słowie zachłysnął się wręcz przy nabieraniu powietrza do płuc, kiedy skończył swoją wypowiedź na jednym wdechu. Od czasu swego u p a d k u składał się w większości wyłącznie z mglistych urywków wspomnień. I choć pamiętał duszący ból płynący wraz z krwią z rany, gdy ze śmiechem plączącym się na ustach spoglądał na gwieździste niebo malowane między koronami drzew, to reszta pozostawała niewiadomą. Czyż taka śmierć nie byłaby mu pisana?
- Jestem chory, Lazare - Ostatnie zdanie słodkawą goryczą rozeszło się po języku Nadira, iż zdołałby uwierzyć, że upił łyk z kielicha wypełnionego cykutą. Wszak ze wstrzymanym od emocji oddechem w środku cały drżał od kotłujących się w nim emocji. Gdzieś głęboko z okrucieństwem skierowanym w samego siebie, oczekiwał dostrzec w oczach Lazare błysk obrzydzenia. Coś, co potwierdziłoby pielęgnowane przez lata obawy, którymi trzymał się w bezpiecznych granicach od Moreau. D l a c z e g o to sobie robisz, Nadirze? Mógł po prostu przeprosić kolejny,
kolejny
i kolejny raz.... ...lecz złudne wybaczenie dusiłoby go wyłącznie strachem każdego następnego dnia, gdy obawiałby się własnego potknięcia.

lazare moreau

let your heart in, and I'll kiss every pore

: ndz kwie 19, 2026 12:23 pm
autor: lazare moreau
Nie w wizji, malującej się być może w wyobraźni bruneta technikolorowymi barwami, wszystko zdającej się oddawać w przesadzony, teatralny sposób, w której w geometrii własnego mieszkania Moreau stawał się niczym, jak tylko aktorem na scenie, bezkrytycznie odgrywającym scenariusz napisany mu przez ciążące nad nim(i) fatum -
lecz w rzeczywistości, znacznie bardziej przyziemnej, i sprowadzającej się do samotnych wieczorów w trakcie Igrzysk spędzanych przez blondyna przed ekranem w szarym dresie i poczuciu kompletnej degrengolady -
Lazare był zły za niego. Nie na Nadira, i nie przez Nadira, lecz w jego imieniu. Jakby złością, której sam Al Khansa być może nie mógł wyrazić - nie przynajmniej nie kierując jej wyłącznie ku samemu sobie - starszy łyżwiarz obrywał od losu rykoszetem.
Wściekły, nagle, na wszystko. Na taflę lodu, zdradliwie prowadzącą stopę Al Khansy po nieodpowiedniej trajektorii; na trenerów, którzy na finalną figurę olimpijskiego popisu przygotowali go niewystarczająco; na błysk świateł, z chirurgiczną precyzją oddających chłopięcy błąd, prosto na pożarcie filmujących go na żywo kamer; na publikę wstrzymującą dech, a potem wypuszczającą powietrze z piersi z przerysowanym świstem. Na cały świat dokoła: na rozmigotane światłami nocy miasto majaczące za oknem jego własnego mieszkania, na milczący firmament nieba, na szmer lodówki i kończącą cykl obrotów pralkę, której mechaniczny śpiew docierał do uszu Lazare z łazienki; tak kretyńsko obojętne na skalę toczącego się na jego oczach dramatu.
I, przede wszystkim, na siebie. Najbardziej, najsilniej. Za własną nieobecność - tam, bliżej Nadira, nieważne już, czy postawić miałby stopę na lodzie, czy tylko tęsknym wzrokiem wieść za odgrywającymi się na jej tafli igrzyskami z więzienia trybun. Powinien. Powinien być przy nim, gdyby na manowce nie zwiodła go siła jego własnego tchórzostwa.

Rozwaliłem wszystko...

Lazare prawie się uśmiechnął, z gorzkim witaj w klubie zapodzianym gdzieś w zaciśniętym emocjami przełyku, ale przed wypowiedzeniem tych słów powstrzymał go jakiś zupełnie nowy, obcy mu dotychczas rodzaj pokory. Chciał powiedzieć Nadirowi, że go rozumie -
Ale czy rozumiał go naprawdę?
Lazare również rozwalił sobie karierę, to prawda: utracił serię kontraktów ze sponsorami oraz zaproszeń na konkursy i towarzyszące im wydarzenia, feerię wywiadów i kilka kampanii reklamowych. Rozwalił sobie parę błahych relacji z tymi, którzy i tak nie widzieli w nim wiele więcej niż przedmiot zrodzony po to, by generować zyski. I, ostatnimi czasy, rozwalił sobie także telewizor. Jak zagniewane dziecko, w reakcji na sprzeciw rodziców urządzające na salonowej podłodze dantejską scenę infantylnej furii.
Ale nawet złapany w szpony własnego narcyzmu i trzymany w nich wybitnie ciasno, Lazare Moreau w głębi duszy zdawał sobie sprawę, że stawka była dla niego zupełnie inna. Był przecież zamożny. I biały. Z nazwiskiem wskazującym na przynależność do klasy co najmniej średniej, o ile nie wyższej, nie zaś swoim brzmieniem natychmiast zdradzającym emigranckie korzenie. Do własnych sukcesów dojść musiał katorżniczą pracą, to prawda, ale wspinając się na szczyt kariery - nie licząc już nawet tego pierdolonego dopingu, po który sięgał jak idiota, i bez większej potrzeby - otrzymał przecież niejedno uprzejme popchnięcie ku górze, czy to w formie finansowego zastrzyku od takiego lub innego protektora, czy też matczynych dłoni na salonach pociągających za odpowiednie sznurki. W porównaniu do Nadira, jego zawodowa ścieżka była usłana różami. Nie miał prawa zatem porównywać się do niego, i po raz pierwszy w pełni zdawał sobie z tego sprawę.

Przesunął się o krok w lewo, tym samym przysłaniając Nadirowi widok na drzwi wyjściowe. Nie jak oprawca, który swojej ofierze odcina drogę ucieczki, ale tak, jakby starał się uspokoić go i oswoić, i powstrzymać od tego, co brunetowi zawsze przynosiło tylko tymczasową ulgę. Wszakże d e z e r c j a, Lazare wiedział to lepiej niż ktokolwiek inny, była rozwiązaniem. Ale również nie musiała nim być.
- To nic - automatycznie pośpieszył z zapewnieniem, ale potem nagle urwał w pół zdania, zatrzymany widokiem, którego się nie spodziewał, i na który nie potrafił zareagować inaczej niż... - Och, kurwa, Nadir. - Nie pojmował przy tym, za sprawą jakiej mitycznej siły Nadir potrafi w tej chwili jeszcze w ogóle budować pełne zdania skoro jedynym, na co potrafił zdobyć się teraz on sam było wyłącznie siarczyste przekleństwo i jakiś rodzaj zwierzęcego niemal w brzmieniu westchnienia wypuszczonego z piersi na granicy z jękiem.
Kto mu to zrobił?

Ty mu to zrobiłeś, Lazare.
Przestań. Przestań! Nie wszystko zawsze musi być o Tobie!

I on się teraz zachłysnął, jakby cykutę spijał z ukochanych warg wraz z kolejnymi słowami Nadira: jestem chory.
Chory. C h o r y . Chory jak? Przewlekle? Nieuleczalnie? Zakaźnie? Śmiertelnie?
I kolejna myśl, nagła jak sztorm, cały umysł blondyna biorąca teraz gwałtem: to bez znaczenia. Przecież i tak by został.

Przecież i tak zawsze się domyślał.
- Kochanie... - Udało mu się tylko wyszeptać, i nadal znajdował się w zbyt dużym szoku by zarejestrować, że nigdy wcześniej nie zwrócił się do Al Khansy tymi słowy. Pod powiekami miał jeszcze powidok zasiniaczenia i świeżej blizny, jak brzydka akwarela rozlewających się na płótnie jego skóry. Chciał ich dotknąć, ale nie wiedział jak. Nikt przecież nigdy nie uczył go czułości. Nikt oprócz Nadira. Zdolność ta była więc u niego w zaniku, zardzewiała jak dawno nieużywane narzędzie - Hej - spróbował zabrzmieć miękko, powstrzymując panikę przed wkradnięciem się w tembr własnego głosu.
Ogarnęło go to samo uczucie, które tamtej nocy kazało mu podnieść butelkę whiskey i cisnąć ją w ekran telewizora, a potem wyjść z domu tak jak stał, bez szalika i bez dokumentów; to samo, jakie pchnęło go w lodowatą noc i w ramiona Johnny'ego Grainiera. Nieopanowany, histeryczny gniew, zdolny by odebrać mu kontrolę nad własnym ciałem, umysłem i zachowaniem.
Różnica była tylko taka, że teraz miał Nadira obok siebie, a więc faktycznie miał jakiś wpływ na to, jak bardzo spieprzy, lub nie spieprzy sprawy. Wciągnął powietrze przez zaciśnięte zęby.
- Ja... - Nie był pewien co powiedzieć, ale wiedział, że nie chce przeprosin, nie chce wytłumaczenia ani usprawiedliwień. Chciał, tak po prostu - Chcę zrozumieć... - Jak ci pomóc. Jak cię kochać, Nadir. - Więcej. - Zbyt zatroskany, że mógłby spłoszyć drugiego mężczyznę jakimkolwiek zbyt pochopnym ruchem, wyciągnął tylko dłoń, sercem do góry, w ramach zaproszenia i błagania jednocześnie - O tobie. - Nie o tym, co się stało, ani kto był temu winny. - Powiesz mi więcej?

nadir al khansa

let your heart in, and I'll kiss every pore

: śr kwie 22, 2026 3:49 am
autor: nadir al khansa
To nic...
n i c
nic? Toż było to w s z y s t k i m. Każdy nieodebrany telefon odkładał się w jego duszy wyrzutami sumienia, gdy przytłaczał go ogrom popełnionych błędów. Kolekcji tych różnorodnych drobnostek kumulujących się pod powiekami, kiedy sen nie przychodził długimi - ciągnącymi się w nieskończoność - godzinami w jednej nocy za drugą. Każdym kłamstwem tkanym na poczekaniu, by łgarstwem przysłonić własne mankamenty. Byłoby niczym, gdyby nie dotykał tym osób tak bliskich jego sercu.
Cholera, przecież nieustannie go ranił. Jak dla Al Khansy mogło stać się to niczym, gdy drżał jak gałązki drzewka oliwnego na wietrze na samą myśl o nieszczęściu rozciąganym również na życie tego drugiego. To n i g d y nie dotyczyło tylko jego.

Przekleństwo uciekające spomiędzy warg Lazare powędrowało palącą trasą po skórze Nadira, a w jego myślach rozchodząc się niszczycielską pożogą. Cóż właśnie uczynił? Wstyd zapiekł go mocniej w policzki, a spojrzenie uciekło jeszcze dalej
dalej,
dalej.

Byleby oddalić się od konfrontacji z własną zuchwałością, lecz on niespodziewanie stanął na drodze jego ucieczki. Zakotwiczył go, bo...
Kochanie.
Mrowieniem ten szept wyznaczał nowe szlaki wzdłuż kręgosłupa Egipcjanina, unoszącego brwi w nieopisanym zdziwieniu. W pierwszym odruchu prawie obejrzał się za ramię, z zamiarem odszukania intruza odbiorcy tej czułości. Wszak niejednokrotnie w myślach wkładał mu te słowa w usta, nim zdążył wybrzmieć jego głos i rozwiać prędko to śmiałe marzenie. Choć Lazare prawie to od początku pozostawał حبيبي niemo lub frywolnie głośno, to on sam znajdował się na wygnaniu poza ramami takich określeń.

Kochanie, kochanie, kochanie, kochanie, kochanie, kochanie, kochanie, kochanie, kochanie, kochanie, kochanie, kochanie, kochanie, kochanie, kochanie, kochanie, kochanie, kochanie, kochanie, kochanie, kochanie, kochanie, kochanie, kochanie, kochanie, kochanie, kochanie, kochanie, kochanie, kochanie, kochanie... czyżby oszalał? Zdecydowanie tak musiało się zadziać po przekroczeniu progu mieszkania Lazare, gdyż nadal nie dowierzając, wsłuchiwał się w prośbę blondyna ze wstrzymanym oddechem. Oczekiwaną - w odgrywanych w głowie koszmarach - kpinę zastąpiła nieoczekiwana delikatność. Niczym jak w zwolnionym tempie, obserwował wyciągniętą ku niemu dłoń; powiesz mi więcej? Al Khansa pokiwał powoli głową, nim zdążył wykiełkować w nim strach mogący sformułować się w prędką odmowę. Z niepewną czułością ujął ją we własne palce, kciukiem wędrując między liniami życia i serca... do wyczucia delikatnego zgrubienia po zanikającej ranie. Niewiele myśląc dalej, pociągnął go za sobą, opadając na ziemię tuż obok kanapy stojącej nieopodal. Oparł się niepewnie plecami o tył mebla, starając się nie myśleć, jak wiele musiał kosztować.
- Niewiele osób o tym wie - O mnie. Najmniejszych szczegółach układających się w kolejne pęknięcia szpecące jego duszę. Przez lata ze wstydem mocno zakorzenionym w jego myślach, nie potrafił z łatwością odsłonić siebie, gdy na szali spoczywało wyrwane z klatki piersiowej serce. Trzepoczące w ostatnich skurczach, kiedy tak bardzo pragnęło wybijać wspólnie rytm z tym drugim. Był w pełni Nadirem wyłącznie poza wzrokiem społeczeństwa, dla którego obdzierał się sukcesywnie z niewygodnej prawdy. Zaszywał starannie te luki wyjaśnieniami łatwiejszymi do przyswojenia, zostawiając dźwigany ciężar tylko na swych barkach. Nabrał powoli powietrza do płuc, jakby delektował się swoim ostatnim wdechem, nim wszystko runie.
Powiedz to, błagam.
- Gdy byłem nastolatkiem... zdiagnozowali u mnie chorobę afektywną dwubiegunową - Pomimo wypowiadanych słów, starał się nie przywoływać w pamięci tamtego okresu. Niestety akurat te obrazy należały do tych okropnie wyraźnych, wręcz wyżłobionych bólem w jego umyśle. Pamiętał niewygodne plastikowe krzesło pozostawione zdecydowanie zbyt blisko biurka psychiatry, aż jego kolana przy najmniejszym poruszeniu obijały się o drewno. I ciepłą matczyną dłoń zaciskającą szczupłe palce na jego spoczywającej nieruchomo na udzie. Potrafiłby bez wysiłku węglem naszkicować profil jej twarzy, kiedy pochylała się z nadzieją błyszczącą w oczach w oczekiwaniu na werdykt. Tliła się jeszcze przez moment, ten, w którym jej usta układały się w ciąg pytań sukcesywnie coraz bardziej się poddających; czy... można to wyleczyć, jest to poważne, da się z tym żyć, jakie są rokowania na...
Jakby o nim z a p o m n i a ł a, iż nadal siedzi tuż obok niej i sparaliżowany niemocą chłonie każde jej słowo. Tamtego dnia zrozumiał to na chwilę przed nią, z niewidzącym wzrokiem zawieszonym na starszym mężczyźnie siedzącym przed nim. Na rozmazujących się wyhaftowanych na lekarskim kitlu zawijasach jego nazwiska.
Był swoim oprawcą... był więzieniem nie tylko dla siebie? - Wtedy gdy...- ...ciotka w panice wyciągała go nieprzytomnego z wanny, próbując desperacko zawrócić go z obranej drogi w zaświaty. Gdy jego najdroższa siostra niewiele rozumiejąc, została porzucona wtedy samotnie na korytarzu. Gdy... och, waga tego wyznania ciążyła gorzko na języku Nadira po pozwoleniu, by ostatecznie nie wybrzmiało. Mimowolnie zacisnął powieki na dłużej, czując się żałośnie po tym, jak jego własny głos go zawiódł i złamał się mu na ostatniej sylabie. Nie uciekaj...
- Naprzemiennie pojawiają się u mnie epizody depresyjne i manii, czasami to już tylko czekanie aż znowu taki będę - Kontynuował, gdy zdał sobie sprawę, iż pozwolił ciszy zbyt długo oplatać ciasno ich ciała. Nadal trzymając dłoń Lazare w objęciach swoich dłoni, wodził wręcz nerwowo palcem wskazującym po jego bliźnie. Góra-dół, góra- dół, góra- dół, pragnąc półświadomie tym aktem zetrzeć wszystkie bolesne wspomnienia związane z sobą, by zniknęły wraz z delikatnym ze śladem na skórze starszego łyżwiarza. - Czasami są to dni... miesiące po prostu wyrwane z życia, którego innym razem po prostu nie chcę - Wydech.
- Przepraszam, Lazare - Za wszystko; za swoją obecność, nieobecność i zrzucanie tego emocjonalnego ciężaru. Naiwnym było jednak myśleć, że to jedno słowo zadośćuczyniłoby bolączki przeplatające się ich wspólnymi latami. Ponownie zdobył się na odszukanie własnym spojrzeniem jego, tonąc wręcz w błękicie oczu Moreau. - Nigdy od tego nie ucieknę - Ale Ty możesz ode mnie. Odwrócić bieg przeznaczenia, by tym razem to jego porzucić bez słów wyjaśnień. Przejąć zbawienną klątwę dezercji z własnego życia.
Bolał go każdy oddech, wprawiający w ruch to nieszczęsne ciało prawie bezwładnie oparte o obicie luksusowego mebla. O - dość nieznacznie - ramię Lazare swym własnym.
Chciał płakać.
Chciał zniknąć.

Chciał b y ć tu z nim? lazare moreau