Towarzystwo z wyższych sfer miało jeden, szczególny mankament, którym było zgrabne odwracanie kota ogonem i branie pod włos. Miała wrażenie, że tę umiejętność każdy wypijał wraz z mlekiem matki, aby co pokolenie móc wzrastać w siłę tę zdolność. Blair była wyczulona na takie zachowanie i tak jak sama nie miała problemów z używaniem tego zabiegu, tak dostawała białej gorączki, gdy było to używane przeciwko niej.
— Pytanie nie dotyczyło naszego obecnego miejsca zamieszkania — odpowiedziała, siląc się na spokój. Jej wcześniejsze pytanie było dla Mayfield metaforą, najwidoczniej niewystarczająco jasną dla wszystkich. Już nie chciała pogłębiać tego tematu i wyciągać argumentów odnośnie ich potencjalnej przyszłości. Tak, bo mimo że ślub wisiał ciężko na ich ramionach, mimo że obydwoje pędzili z dnia na dzień za pracą, własną ambicją, sukcesem i obecnymi sprawunkami, to i tak Charlie był dla niej przyszłością. Na wszystko miał przyjść czas, ale raz na jakiś czas myślała o tym, jak kiedyś będzie kształtować się ich życie. Czy symboliczna zmiana ich związku będzie wiązała się z jakimiś większymi zmianami w ich relacji? Czy rodzina w końcu da im upragniony spokój, gdy doprowadzą do tego, o czym ich rodzice tak bardzo marzą? Czy ich życie będzie szczęśliwe? Czy może apartament w centrum Toronto kiedyś nie stanie się dla nich za mały? Miała wiele pytań i myśli, które pozostawiała bez pytania, bo w jej życiu nie było czasu na chodzenie z głową w chmurach. Akcja reakcja, choć w zasadzie jedyne czyny działy się nie z ich własnej woli. Nie potrzebowała rozwijać dalej tego tematu, zwłaszcza teraz, gdy czuła że jakiekolwiek pytanie o ich wspólną przyszłość zadziałałoby na Charlesa jak płachta na byka — i w gruncie rzeczy nie do końca rozumiała, dlaczego przynosiło to taki skutek.
— Nic co przyszłoby mi ot tak do głowy — ucięła temat obrazu, bo była to ostatnia rzecz, na temat której miałaby ochotę teraz rozmyślać. Miała kilku ulubionych artystów, którzy ze swoimi pracami wkomponowali by w ich wnętrza, jednak teraz nie było przestrzeni, aby przywoływać sobie w myślach twórców i tytuły dzieł. Choć może poczułaby się lepiej, patrząc na rozmyte zachodzące słońce i spokojne morze?
To co budowali od lat, przybierało różne formy. Przyjaźń, całkowite zaufanie, lojalność, partnerstwo, aż w końcu miłość. Dotarli do ostatniego etapu poznając siebie i akceptując te wszystkie mankamenty, które drażniły resztę społeczeństwa, a które oni potrafili u siebie wzajemnie opanować. Wszystko jednak co było między dwoma kluczowymi punktami, między przyjaźnią a miłością, w ostatnim czasie skakało góra dół, jakby ktoś zaczepił je na bungee i puścił w bezwład. Ta kłótnia była dołożeniem ognia do pieca, który grzał się od jakiegoś czasu, a jednak nie było sposobności, aby puścić kotłującą się parę.
— Czyli mamy już całkiem przestać rozmawiać? — zapytała, rzucając na niego swoje nieco zmęczone spojrzenie. Wszelkie pretensje powinien kierować do reszty świata, która nie dawała mu chwili wytchnienia, a nie do narzeczonej, z którą już i tak spędzał stosunkowo mało czasu.
— Zarzucasz mi, że cię osaczam? Od kiedy nasze rozmowy są dla ciebie osaczające? — zapytała z niedowierzaniem.
— Charlie, masz rozwiązanie tego na wyciągnięcie ręki. Potrzebuję rozmowy, tak, bo bez tego nie jestem w stanie zrozumieć, o co ci ostatnio chodzi. — Wydawało jej się, że przestaje go rozumieć, co było niespotykane. Wiedziała, że po części stres związany z pracą i poważnym kontraktem robił swoje; było to naprawdę spore przedsięwzięcie, lecz jednocześnie nigdy nie izolował się od niej w ten sposób. Rozmawiali o problemach, dyskutowali i wymieniali się spostrzeżeniami albo milczeli, gdy jedno jasno sygnalizowało temu drugiemu, że potrzebuje ciszy. Jednak zawsze byli obok siebie, gotowi, aby wesprzeć się nawzajem. A teraz? Spięła się, słysząc jego
upomnienie. Chłodnym, oschłym tonem, jakby popełniła właśnie jakąś towarzyską gafę lub błąd, który potrzebował nagany. Poczuła się jak nastolatka, słysząca upomnienie od własnej matki bądź babci.
Weź głęboki oddech, a potem głowa do góry, plecy wyprostowane. Pamiętaj, kim jesteś. A nazywała się Mayfield i nie miała w swoim życiu miejsca na potknięcia. Zrobiła dokładnie to, co kazały brzmiące w jej głowie słowa rodzicielki. Uniosła lekko podbródek, prostując kręgosłup, a spojrzenie miała chłodne, z przebijającym się gdzieś w tle żalem.
— A co do mnie pasuje? — zapytała gorzko, patrząc mu prosto w oczy.
— Siedzenie cicho i potakiwanie na wszystko, co każdy ode mnie chce? A może spełnianie cudzych oczekiwań i gubienie się w tym wszystkim, bo inni mają już wizję na moje życie? Może ty też masz już gotowy scenariusz na tę rozmowę? Proszę, przedstaw go — wyrzuciła z siebie. Każdy czegoś od niej oczekiwał, a ona powoli zaczynała się gubić w tym, co było jej zachcianką, a co było czymś, co ktoś od niej wymagał. Usłyszenie tego
upomnienia z ust osoby, z którą
podobno jechało się na jednym wózku, było jak wbicie noża w plecy. Równie dobrze mogłaby teraz wyjść, zdenerwowana wszystkim, co do tej pory padło, jednak Blair Mayfield nie opuszcza kłótni w trakcie. Na tym etapie wiedziała, że musi wyłączyć choć część uczuć, bo już teraz kosztowało ją to dużo emocji. A nóż jeszcze usłyszy, że łzy do niej nie pasują — co nie byłoby zaskakujące, bo jednak taka wylewność uczuć nie była u niej często spotykanym zjawiskiem.
— Dziękuje za to spostrzeżenie, zdążyłam już zauważyć po trzydziestu latach życia — stwierdziła, wywracając oczami. Ich życie nigdy nie było proste, choć dla niektórych mogłoby być spełnieniem marzeń. W rzeczywistości żyli w ułudzie i czasami nawet nierealnych oczekiwaniach. Uwięzieni w klatce nie mieli dużego pola manewru, chyba że w końcu uda im się znaleźć klucz albo wyważyć drzwi.
— Fantastycznie, bardzo jestem wdzięczna, że możemy prowadzić rozmowę w tym pięknym miejscu i nigdy nie było inaczej, ale przypominam ci, że również pracuję, również mam milion rzeczy na głowie, projektów, kontraktów, ale nie użalam się nad sobą i nie znajduję w tym przykrywki na odwoływanie większości planów — wyrzuciła z siebie, w tej jednej sekundzie przypominając sobie o dniu, który kłuł ją najbardziej. Dzień, w którym po raz pierwszy najbardziej zwątpiła we… wszystko. Zwątpiła w jego szczerość i po raz pierwszy była w stanie przyznać przed sobą, że nie wierzyła w jego wiadomość.
— Gdzie byłeś w dniu, kiedy w Northland Power było spotkanie zarządu, przedstawiające Hartleya? Mówiłeś, że zostajesz dłużej w pracy, a jednak wyszedłeś z niej szybciej — zapytała, nim zdążyła przemyśleć, czy chce się z nim tym dzielić. Czy chciała znać odpowiedź na to pytanie? Czuła uciążliwą gulę w gardle, ale starała się uspokoić, wmawiając sobie, że przecież i tak odwróci kota ogonem.
Przez chwilę zaczęła zastanawiać się, czy nie przesadzała. Nie chciała okazywać braku szacunku do jego ciężkiej pracy, bo w tej całej dyskusji nie o to jej chodziło — chciała mu uzmysłowić, jak rzeczy, które kiedyś nie były przeszkodą, nagle zaczynały uwierać ich prywatne życie.
— Gdybyś posłuchał mnie uważnie, to zrozumiałbyś, że chodzi mi o wtykanie Teneryfy w każde możliwe uzasadnienie do przełożonego spotkania albo spóźnienia. Już w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy to na pewno ona jest powodem — parsknęła gorzko, tracąc kontrolę nad tym, co naprawdę myślała, a nad tym co chciała mu powiedzieć. Nie zarzucała mu nic wprost, nie był w stanie udowodnić jej, że oskarża go o cokolwiek po tej dość niejasnej wypowiedzi; ale to co pomyślała to jej, prawda?
— Kiedy zmuszałam cię do przeprosin? Wtedy, kiedy ciągle ci powtarzam, że nie masz mnie przepraszać? — zapytała, twardo stojąc przed nim i chłodno prowadząc tę dyskusję. Już zaczynała podejrzewać siebie o chorobę dwubiegunową, bo może w momencie, gdy wykazywała mu ogrom zrozumienia, mózg robił jej psikusa i z ust wydobywały się słowa zupełnie inne, niż chciała powiedzieć? Patrzyła teraz na człowieka, który stał naprzeciwko niej i zastanawiała się, skąd wyniknęło między nimi tyle nieporozumienia. W którym momencie zaczęła podważać większość jego słów, część biorąc do siebie z pewną dozą wątpliwości? Oczekiwała na jego słowa jak na wyrok. I z jednej strony miała świadomość, że ślub w tej formie nie był tym, czym chcieli i że najchętniej odłożyliby go w czasie, a mimo to zakuło ją to gdzieś w sercu.
— Dobrze, po powrocie porozmawiamy na ten temat z rodzicami — odpowiedziała z chłodnym, ale pozornym spokojem. Potrzebowała wyłożenia niektórych spraw jak kawę na ławę, sprzeciwienia się i odetchnięcia z ulgą, że choć coś odpadło z jej barków. Na ten moment czuła, że problemów i spraw do ogarnięcia było tylko i wyłącznie coraz więcej.
Blair, ja po prostu nie mam już siły. Sama była zmęczona tą całą przepychankom. Oprócz tej pojedynczej łzy, udało jej się schować pozostały smutek do kieszeni, choć gdzieś w podświadomości wiedziała, że gdyby nie jej psychiczna bariera to z bezradności mogłaby mu się tu po prostu rozpłakać. Nadal miała w sobie dystans, wywołany przez te wszystkie słowa, które padły w przeciągu ostatniej godziny. Jednak wewnątrz siebie chciała, aby ją przytulił, dzięki czemu wszystko, co w ostatnim czasie się rozsypało, nagle odnalazłoby swoje prawidłowe miejsce.
— Charlie… chce od ciebie tylko rozmowy i szczerości, tak jak zawsze. Nie oceniam cię, nie chcę gotowych odpowiedzi na wszystko, chcę po prostu żebyś był i nie uciekał. Staram się wspierać ciebie na każdym kroku i gdy myślę, że naprawdę jestem wyrozumiała, to nagle dowiaduję się, że jestem jędzą i manipulantką. — Stawia go pod ścianą, wymusza przeprosiny, nie docenia tego, że jest ambitny i zaangażowany w pracy. Nie docenia tego, co jej daje i tego, jak mogą spędzać czas. To wszystko nie mieściło jej się w głowie. Nie ruszyła się nawet kiwnięciem małego palca, gdy się do niej zbliżył. Znajome ciepło dłoni na jej policzku było palące, przez ilość gorzkich słów, które dziś padły, a jednocześnie przynosiło ulgę i chwilowe upewnienie, że był tutaj i nigdzie się nie wybierał. Milczała przez dłuższą chwilę, nie wyrywając się z jego uścisku a jedynie opierając czoło o jego tors. Jej wzrok był idealnie skierowany na dłoń z pierścionkiem zaręczynowym, która lekko zacisnęła palce na materiale jego koszuli. Przyglądała się chwilę biżuterii, która była symbolem ich lojalności. Symbolem miłości i tego, że w przyszłości razem przejdą przez wszystko, co złe. Po paru sekundach oderwała spojrzenie od przedmiotu, i dopiero po dłuższej chwili objęła go w pasie, przytulając się. Oparła policzek o jego klatkę piersiową, słuchając niespokojnego bicia serca, a w jej głowie huczały jego słowa.
Po prostu już sam nie wiem, co czuję.
— Kochasz mnie jeszcze? — zapytała cicho, nie mając odwagi spojrzeć mu w oczy, żeby nie dopatrzeć się w nich czegoś, czego nie chciała widzieć.
my happiness