everyone I know goes away in the end
: pt kwie 03, 2026 6:32 pm
what have I become?
my sweetest friend, everyone I know goes away in the end
Dzięki Bogu za deszcz…
Olbrzymie krople zdawały się zmywać dziwną duchotę popołudnia z przykurzonych fasad budynków, z odjeżdżających w stronę przedmieść samochodów i z przemykających gdzieniegdzie przechodniów, kryjących się pod kapturem lub wbijających głowy głębiej w kołnierz, jakby miało to uchronić ich przed tym nieplanowanym prysznicem. Osiadająca na oknie wilgoć rozpraszała zapalające się powoli światła miasta, przygotowującego się spokojnie do kolejnego wieczoru. Mroczne wnętrze apartamentu rozświetlały tylko reflektory przejeżdżających na zewnątrz samochodów i kilka chybotliwych płomieni świec; to jednak wystarczało, by wydobyć z ciemności pomniejsze szczegóły.
Zwykle uporządkowana przestrzeń tonęła w kompletnym nieładzie. Zmięta pościel kłębiła się w nogach łóżka, a centralne miejsce na nim zajmowała walizka, do połowy wypełniona wrzuconymi byle jak ubraniami. Szklanka z resztką czystego ginu jakimś cudem utrzymywała równowagę na samej krawędzi etażerki, grożąc jednak w każdej chwili rozlaniem alkoholu na panele. Wieże usypane z książek, które nigdy nie doczekały się swojego miejsca na półce w salonie, chybotały się niebezpiecznie, gdy Paloma krążyła między otwartymi drzwiami niewielkiej garderoby, staromodnym sekretarzykiem a fotelem w rogu pokoju, zawalonym jakimiś papierami.
Wciąż było wcześnie, ale czas ją gonił. W ciszy zapadającej między kolejnymi utworami, nienachalnie płynącymi z dyskretnie rozmieszczonych głośników, głowę kobiety zaczynały ponownie wypełniać urywki z przeprowadzonej wcześniej rozmowy. Zimna krew, którą zazwyczaj się cechowała, w tym momencie bulgotała wściekle gdzieś pod czaszką, zagłuszając zdrowy rozsądek i opanowanie, szarpiąc za dawno zapomniane struny i uświadamiając coraz skuteczniej, co się z nią działo. Paloma się bała.
Była cholernie przerażona.
Zaciśnięte w wąską linię usta nie były w stanie przestać drżeć, gdy dorzucała kolejne niezwiązane ze sobą przedmioty do walizki. Dłonie nie odnajdywały należytego celu od razu, a dopiero po kilku próbach, wzrok był zbyt rozbiegany by uznać, że wszystko jest tak, jak zazwyczaj.
Nie było.
Paloma sięgnęła niezgrabnie po szklankę i spłukała zgęstniałą ślinę resztką alkoholu. Skrzywiła się lekko, odstawiając szkło z hukiem na sekretarzyk. Gin był już ciepły, a nierozcieńczony niemal parzył wyschnięte gardło. Przydałby jej się prawdziwy drink.
Przypadkiem napotkała swoje spojrzenie w jednym z luster, których kilka rozstawionych było w całej sypialni. Syknęła z irytacją. Bogato zdobiona, pozłacana rama tylko podkreślała obraz nędzy i rozpaczy, jakim w aktualnym stanie była kobieta; włosy w nieładzie, zmięta koszula wypuszczona ze spodni, rozmazany makijaż — miała skłonność do machinalnego pocierania oczu, kiedy te stawały się zbyt suche. W niczym nie przypominała zwykłej siebie, dla której prezencja była wartością nadrzędną, wszelkie słabości należało dobrze ukryć za dopasowanym ubraniem i perfekcyjnie dobraną biżuterią, a smród strachu przykryć nutami migdałów i tuberozy.
O ileż łatwiej by było, gdyby po prostu była w stanie usiąść i zapłakać — nad losem swoim i tych, którzy ją otaczali, nad szeregiem błędów, które popełniła od momentu, gdy przez laty wkroczyła w ten świat. Nie było to dobre miejsce, a mroczna jama pełna wygłodniałych potworów. Świadomość bycia jednym z nich jednocześnie rozczarowywała i pocieszała; przynajmniej nie była tak zupełnie bezbronna.
Nagłe łomotanie w drzwi wejściowe zagłuszyło ciche dźwięki Thank God for the Rain, płynące właśnie z głośnika.
Sánchez zjeżyła się jak pies postawiony w stan gotowości. Spod wysuniętej szuflady sekretarzyka wydobyła krótki nóż. Bose stopy nie wydały żadnego dźwięku, gdy przemknęła po panelach do salonu, bezszelestnie przymykając za sobą drzwi do sypialni. Czyżby jednak… w końcu…? Przyłożyła ucho do drzwi, bojąc się odsunąć zasłonkę wizjera, by nie ujawnić swojej obecności. Palce zaciśnięte na drewnianej rękojeści wilgotniały, knykcie — pobielały.
Łomotanie powtórzyło się, tym razem okraszone kilkoma wydyszanymi po hiszpańsku przekleństwami. Ciasno przywierała do drzwi, więc spowodowane uderzeniem wibracje rozeszły się echem po jej ciele — wraz z falą ulgi, gdy bez trudu rozpoznała dobiegający z drugiej strony głos.
Otworzyła, zanim zdążył uderzyć w drzwi po raz trzeci.
— Cordero...?
Przydomek Salazara zabrzmiał w jej ustach jednocześnie jak pieszczota i pytanie zbyt straszne, by ośmielić się wypowiedzieć je na głos. Wystarczył jednak rzut oka na twarz mężczyzny, by wiedziała, że przynoszone przez niego wieści nie pozostawią ich tymi samymi ludźmi, jakimi obudzili się tego ranka.
Pleciona mata pod drzwiami stłumiła brzęk noża, wypadającego z bezwładnej dłoni.