Strona 1 z 2

routines in the night

: pt kwie 03, 2026 8:41 pm
autor: Paloma Cortés
walk the layout, routines in the night
some doors have "stay out" spray-painted in white
while all the world's asleep, I walk around instead
through the memories, down the halls of my head

Czarna toyota corolla sunęła gładko po niemal pustej drodze, przez większość czasu z prędkością nieco wykraczającą poza tę dopuszczalną. Słońce dawno już zaszło; jedynie tuż nad linią horyzontu widać było inne barwy, niż rozciągający się już na dobre nad okolicą ciemny granat. Kwietniowy wieczór był chłodny i rześki, lecz wciąż pachnący budzącą się powoli wiosną.
Od powrotu w rodzinne strony minął miesiąc. Cztery długie tygodnie, wypełnione próbami zdobycia informacji o najbliższych jej osobach. Nie mogła teraz przecież liczyć na swoją reputację, którą pogrzebano wraz z pustą trumną już cztery lata temu, a spotkanie twarzą w twarz… z różnych powodów chciała odsunąć w czasie możliwie najbardziej, jak się dało.
Wizje tego, jak zareagowałaby Cassie na jej powrót, były do siebie raczej podobne. Łatwo było się domyślić, że wybuchowy charakter dziewczyny, który już nieraz je poróżnił (nic dziwnego — w końcu żadna z nich nie potrafiła trzymać języka za zębami), i w tej sytuacji doszedłby do głosu. Wiele wyzwisk, wylanych łez, rozbitych szklanek czy talerzy — być może również na głowie Palomy, a potem ulga, obezwładniająca ulga, że kobieta jakimś cudem wróciła zza grobu.
To reakcji Carlosa nie potrafiła przewidzieć i ta niepewność była… męcząca. To na jego twarzy bała się dostrzec zawód tym, że jednak wymknęła się Santa Muerte i pojawiła z powrotem w Toronto, jak gdyby nigdy nic. Wiedziała, że ją opieprzy. Że mogła zostać w swojej dziurze, dalej udawać martwą, bo jej powrót — który w jej mniemaniu miał pomóc — tylko wszystko skomplikuje. W tych zmartwieniach zapominała tylko o jednej rzeczy. Salazar nie wiedział tego, co ona.
Z zamyślenia wyrwał ją czerwony poblask w oddali. Szwankującego neonu nikt nie pokwapił się naprawić od ostatniego razu, kiedy odwiedziła to miejsce. Uśmiechnęła się półgębkiem, ale grymas nie gościł na jej twarzy zbyt długo. Prędko zastąpiła go nieco zacięta, chłodna determinacja. Ho-Oh pamiętał to oblicze kobiety z czasów, gdy była jeszcze Victorią Sánchez.
Zaparkowała przecznicę dalej. Niespiesznie ruszyła w stronę motelu, niemal odruchowo wydobywając z wewnętrznej kieszeni elegancką, srebrną papierośnicę. Zawahała się jednak, kiedy filtr dotknął pociągniętych ciemną szminką warg. Nie chciała nakładać zapachu dymu tytoniowego na starannie dobraną kompozycję perfum. Machinalnie kliknęła zapalniczką, ale papieros wylądował nienaruszony z powrotem w papierośnicy.
Zgrabnie skrojony prążkowany garnitur niezupełnie przystawał do miejsca, w którym miała spotkać się z potencjalnym klientem, ale Paloma nie zadowalała się bylejakością w tej kwestii. By zrobić odpowiednie wrażenie na rozmówcy nie należało jedynie pojawić się o czasie i bezpardonowo przejść do dyskusji. Każde spotkanie, wszystkie negocjacje, a nawet wymiana zawoalowanych gróźb odbywały się według podobnego schematu, w którym najważniejsze miejsce zajmowało wpłynięcie na jak najwięcej zmysłów drugiej strony.
Stukot obcasów zawsze zapowiadał jej przybycie pierwszy, przykuwając uwagę i nadając rytm kolejnym sekundom tuż przed pojawieniem się kobiety w zasięgu wzroku…
…tak jak obecnie, gdy musiał być słyszalny w recepcji jeszcze zanim Paloma wkroczyła na sypiące się schodki.
Niedługo potem pojawiał się zapach — przyciągający aromat migdałów i kawy odświeżonych bergamotką, z biegiem czasu ustępujące słodkiej, dla niektórych niemal zbyt ulepnej tuberozie, by w trakcie rozmów prowadzonych przyciszonym głosem pozostały już tylko otulające nuty wanilii, tonki i piżma, potęgujące wrażenie intymności…
…i teraz musiał zamknąć nielicznych zgromadzonych w jednej ciasnej, dusznej bańce wraz z wyniosłą kobietą o zdecydowanych rysach.
Dobry wieczór.
Wybiła jedenasta.
Oddziaływanie na wzrok było oczywiste. Intensywne spojrzenie podkreślone makijażem, nienaganna prezencja, wystudiowana, chwilami może nawet nieco teatralna gestykulacja, elegancki strój... potrafiła sprawić, by ją zauważono.
Oparła się o odrapany kontuar i niespiesznie przeniosła wzrok na kobietę po drugiej stronie. Gładka, choć niezdrowo blada cera, ciemne oczy błyszczące zmęczeniem, papieros tkwiący zawadiacko w kąciku ust. Unosząca się znad końcówki smużka dymu szyderczo przesłaniała wiszącą nieco krzywo tabliczkę ZAKAZ PALENIA.
Paloma niemal pozwoliła sobie na uśmiech. Być może iskra rozbawienia była dostrzegalna w ciemnych oczach, ale tylko przez chwilę.
Cortés — rzuciła oszczędnie.
Dotykiem również nietrudno było operować, nawet w przypadku obcych — chwilowe, niby przypadkowe przekroczenie granicy, zbyte jedynie uśmiechem czy spojrzeniem. Spotkanie dłoni na blacie stolika lub trącenie czubkiem buta pod nim… jak łatwo byłoby sięgnąć ku szczupłym palcom, które właśnie niespiesznie kartkowały rzuconą na ladę księgę gości. Nie było to jednak ani potrzebne, ani mile widziane.
To nie na niej Paloma miała wywrzeć wrażenie.
Gdzie jest zegar? — spytała nagle, uważniej lustrując ciasne pomieszczenie. — No? — ponagliła, a widząc wyraz niezrozumienia na twarzy recepcjonistki, przewróciła niecierpliwie oczami. — Kiedyś tutaj wisiał i straszył brzydotą. Zegar z kukułką. Czy raczej… z feniksem.


Renley Masters

routines in the night

: sob kwie 04, 2026 9:38 am
autor: Renley Masters
#1 [People say that if you find a feather from one of Ho-Oh's seven-colored wings,
you'll be promised eternal happiness.]


Renley Masters spojrzała we wskazaną stronę bez większego zaangażowania. Patrzyła przez chwilę na poszarzałą ścianę, ale nie przykuwała do niej większej uwagi. Raczej próbowała wyobrazić sobie zegar z kukułko-feniksem w miejscu, gdzie odcisnął się ślad po kalendarzu zdzieranym. Wyrzuciła go w zeszłym roku czy w tym tygodniu? Użyła go jako podpórki pod stół bilardowy czy oddała na makulaturę? Nie pamiętała.
Pewnie się spalił — powiedziała niskim, ale cichym głosem. Wróciła do kartkowania rejestru gości.
Główną zasadą Motelu Ho-OH jest dyskrecja. Menadżer mieszkający na drugim piętrze wpaja ją nowym pracownikom z tak ognistą pasją, jaką widuje się u zdeterminowanych przegranych po wyrzuceniu z ligi korporacyjnej. I faktycznie tak było.
Grigory Zhang, pseudonim Gara, dawny kierownik średniego szczebla koncernu importującego napoje wyskokowe z Chin, założył Ho-Oh w miejscu chińskiej knajpy o tej samej nazwie w odpowiedzi na bunt pracowników. Skorumpowani bossowie naciskali na nich butem, więc Gara uznał, że z uciskanego sam chce, tak dla odmiany, uciskać pachołków. Ukradł fundusz podwyżkowy z kasy menadżerskiej, uciekł z Toronto do Mississaugi i do dziś nikt nie wie, jakim cudem uniknął złości tajpejskiej mafii. Jedni mówią, że najciemniej pod latarnią a inni — że dogadał się z bossami półświatka.
Ren zatrzymała się na stronie pięćdziesiątej czwartej. Wzrokiem wodziła po liście znanych Cortésów, aż natknęła się na stosowny wpis. Jej twarz nie wyrażała nic. Obecne w powietrzu perfumy raziły powonienie. Zaciągnęła się dymem. Lepiej. Odłożyła papierosa do popielniczki obok otwartego laptopa. Wprowadzenie fałszywych danych zajęło jej zaledwie parę sekund, ale system bookingowy potrzebował drugiej wieczności.
Wiedziona profesjonalną ciekawością — za co płacono — rzuciła okiem spod przydługiej grzywki na kobietę. Nie przedstawiła się inaczej niż nazwiskiem. Kojarzyła przeszłość Ho-Oh. To ktoś, z kim nie miała jeszcze do czynienia, ale kto pewnie znał motel lepiej od niej. Wyróżniała się od wejścia — ani nie wyglądała, jak zwyczajowa dziwka Gary, ani nie kroczyła, jak businesswoman szukająca pimpa do współpracy z jej burdel-dziećmi. Była… inna. Zbyt porządna. A może pożądna…?
Na ekranie wyświetlił się komunikat. Pobyt sfinalizowany.
Ren zwróciła się w bok i spojrzała na tablicę za plecami. Zielono-czerwony neon w kształcie feniksa rozpościerał skrzydła nad rzędem kluczy z plastikowymi brelokami niemalże pretensjonalnie — czerwona brama tori pod nim obiecywała, że każdy z pokoi jest boskim doświadczeniem. Sztuczne, szczęśliwe bambusy po obu stronach sprawiały wrażenie, jakby mityczny ptak unosił się nad zabiedzonym, bambusowym zagajnikiem.
Zdjęła trzeci klucz od lewej. Kolejno wyciągnęła formularz „na specjalne okazje” z kuwetki przy segregatorach i wzięła lakierowany, owalny bloczek przypominający szkatułkę.
Doba motelowa kończy się o dziesiątej. — Wróciła przed kontuar. — Bar po lewej. Otwarty całą dobę — wpięła formularz do podkładki z długopisem na łańcuszku i podała Cortés — a śniadania są wydawane do jedenastej. Knajpa w oficynie. — Wypuściła dym nosem. — Polecamy sajgonki warzywne. Lub mango sticky rice. — Sięgnęła po papierosa, strzepała popiół i wskazała nim kierunek. — Lobby, w dół korytarzem. — Monotonny ton nie zdradzał przemyśleń. Kolejna automatyczna formułka, jakich wiele. — Na życzenie dostarczymy do pokoju o ustalonej godzinie. Zamówienia można składać do dziewiątej wieczorem dnia poprzedniego. Dodatkowe ręczniki są dostępne za opłatą. — Otworzyła bloczek. W środku wyściełała go czerwona gąbka tu i ówdzie powciskana od paluchów. — Cisza nocna obowiązuje od drugiego piętra wzwyż. Pokój numer siedem. — Wraz z formularzem położyła przed Palomą Cortés zestaw powitalny: klucz, broszurę z numerami wewnętrznymi, ulotkę z menu Miss Saigon i wyrok. — Odcisk kciuka. Czytelny podpis niżej. — Odsunęła się i naciągnęła rękaw z dziurą na kciuk. — Witamy w Ho-Oh. Mamy nadzieję, że pobyt tu przyniesie pomyślność i zapoczątkuje wieczne szczęście.
Slogan motelu zawsze prowokował ironiczny uśmiech. Czasem torsje.


Paloma Cortés

routines in the night

: sob kwie 04, 2026 12:08 pm
autor: Paloma Cortés
Znajoma formułka z pewnymi zmianami — z których największą był zdecydowanie monotonny głos, wyrażający absolutną obojętność wobec, zdawałoby się, wszystkiego, począwszy od gościa stojącego po drugiej stronie kontuaru, a skończywszy na obowiązkach samych w sobie — pozwoliła Palomie na moment przenieść się do czasów, kiedy rolę recepcjonistki pełniła inna kobieta. O jakieś dwie dekady starsza od tej tutaj, pewnie z trzydzieści kilo cięższa i o pięćdziesiąt decybeli głośniejsza. Szczerze uwielbiała panią Cheng i jej akrylowe szpony, które ta przeklinała w rodzimym języku za każdym razem, gdy miała wyklikać coś na klawiaturze komputera lub stacjonarnego telefonu.
Zęby Palomy błysnęły w przelotnym, nieco szyderczym uśmieszku. Banknot z podobizną pierwszego premiera Kanady dyskretnie opuścił jej dłoń, lądując na kontuarze obok kluczy — i równie sprawnie został przejęty.
Również mam taką nadzieję.
Szybkie dopełnienie formalności, zgarnięcie wszystkich świstków i klucza do pokoju, w którym prawdopodobnie nie spędzi nawet minuty. Nie miało to jednak żadnego znaczenia — była nastawiona wyłącznie na dobicie targu. Poprawiła chwyt na rączce skórzanej aktówki i bez słowa ruszyła dobrze znaną trasą. Po kilku krokach odwróciła się przez ramię, nie na tyle jednak, by spojrzeć na recepcjonistkę.
Gdyby ktoś o mnie pytał, będę przy barze.
Coś jej podpowiadało, że mimo obojętności i pozornego braku zainteresowania, recepcjonistka dobrze zapamiętała jej nazwisko.
Stukot szpilek powoli zanikł w specyficznie głośnej ciszy recepcji, wypełnionej brzęczeniem przepalającej się jarzeniówki nad wejściem, szumem popsutego radia i stłumionym gwarem rozmów dochodzących z głębi budynku.

***

Nie tylko recepcja motelu Ho-Oh przytłaczała duchotą. Ich bar od lat udowadniał, że na mikroskopijnej przestrzeni można pomieścić wyposażenie przewidziane na pomieszczenie przynajmniej dwukrotnie większe. Nikt nie kwapił się oddzielić od siebie strefy dla palących i niepalących — zresztą nie było czego dzielić — więc domyślny zakaz palenia, obowiązujący w całym motelu, był sukcesywnie łamany i tutaj. Chociaż jedynym właściwym słowem, nasuwającym się na myśl po przyjrzeniu się odrapanej, popękanej skórze, którą obite były hokery, klejącej się powierzchni baru i naburmuszonemu barmanowi, była speluna, to mgliste powietrze wypełnione dymem, miękko rozpraszającym światło tandetnych neonów, nadawało wnętrzu w pewien sposób filmowego charakteru.
Musiała przeciskać się między ciasno stłoczonymi stolikami. Bar nie był pełen ludzi, ale ogólny gwar i wybuchające tu i ówdzie śmiechy byłyby w stanie przykryć dyskretną rozmowę. Dobrze.
Co będzie?
Charakterystyczny dla języków tonalnych nieco śpiewny akcent ujmował powagi barczystemu mężczyźnie, wycierającemu od niechcenia kufel. Sądząc po stanie bawełnianej ścierki — wcale nie polepszał tym sytuacji.
Podwójny gin z tonikiem.
Jej usta miały ochotę złożyć się w „to, co zwykle”.
Była świadoma ryzyka, jakie niósł ze sobą powrót tutaj, nie potrafiła się jednak powstrzymać, gdy przez telefon ustalała miejsce spotkania. To to miejsce miała na końcu języka i to je zaproponowała bez cienia wątpliwości, choć nawet nie sprawdziła, czy wciąż funkcjonuje. Motel Ho-Oh i jego załoga, świetnie wytresowana wyszkolona w ignorowaniu podejrzanych sytuacji, byli świadkami niejednej udanej transakcji i równie licznych zaciekłych negocjacji, które niemal skończyły się sięgnięciem po broń. Na wzór tego klaustrofobicznego lokalu wybrała swój gabinet osobliwości, równie ciasny, mroczny i pachnący starociami. Jak mogłaby zdradzić miejsce, które przez lata obserwowało jej mozolną wspinaczkę po szczeblach półświatka?
Szklanka z drinkiem spoczęła bezdźwięcznie na korkowej podkładce, która była chyba tylko picem na wodę (lub miała zapobiec przyklejeniu się naczynia do blatu, a nie zostawieniu śladów). Paloma odliczyła w głowie każdą sekundę, która minęła od podania jej alkoholu do momentu sięgnięcia po niego. Trzynaście. Wystarczająco długo, by poczuła nagłą suchość w gardle. Wystarczająco długo, by jeszcze nie wyglądać na zdesperowaną.

***

Wśród aut zaparkowanych wzdłuż wąskiej uliczki pojawiło się jedno, zupełnie niepasujące nie tylko do nich, ale i do całej okolicy, którą można było określić jednym słowem — szemrana. Wypolerowany lexus wyglądał tak, jakby za chwilę z wnętrza miał wytoczyć się czerwony dywan, ale tak się nie stało. Kierowca — elegancko ubrany mężczyzna około trzydziestki — wysiadł sekundę po tym, jak zaciągnął ręczny hamulec. Zdawało się, że aportował się przy tylnych drzwiach od strony pasażera, otwierając je z usłużnym skinieniem głowy. Chwilę później samochód odjechał, a w stronę motelu ruszyła samotna postać.
Recepcja powoli się wyludniała; było to może stwierdzenie nieco na wyrost, bo miejsce dla interesantów ograniczało się do dwóch rozkładanych metalowych krzeseł, wciśniętych przy niedziałającym grzejniku żeberkowym, którego wściekle czerwona barwa pięknie korespondowała z bramami tori i stanowiła kontrast dla sztucznych roślin. Ktokolwiek urządzał to wnętrze musiał dojść do prostego wniosku, że jeśli jakiegoś brzydactwa nie da się zakryć, to należy je wyeksponować — a odrapana farba olejna, spod której w niektórych miejscach wyzierała rdza lub grube warstwy poprzednich barw użytych do ekspozycji, z pewnością zwracała uwagę.
Specyficzny wystrój wnętrza zadziałał na Vincenta Dubois jak płachta na byka, bynajmniej z powodu mnogości elementów czerwonych. Mężczyzna po pięćdziesiątce nie przywykł do załatwiania poważnych interesów w miejscach tego pokroju, więc w pierwszej chwili miał ochotę po prostu wyjść, sądząc, że został — kolokwialnie mówiąc — wydymany na sucho. Nie byłby to pierwszy raz, gdy jego chęć poszerzenia kolekcji balansowała na granicy legalności i kombinacji z szarej strefy, a to aż prosiło się o oszustwo. A jednak…
Szukam kogoś — oświadczył niechętnie, dostrzegając w końcu coś innego, niż tandetne neony, sztuczne bambusy i pożółkłe od czasu i dymu tytoniowego kartki z informacjami — wciśniętą w wysłużony fotel recepcjonistkę. Owionął go zapach dymu z tanich papierosów.
Dubois zakaszlał ostentacyjnie.


Renley Masters

routines in the night

: sob kwie 04, 2026 2:46 pm
autor: Renley Masters
Ren nie podniosła wzroku. Mężczyzna dopadł ją w trakcie czyszczenia bebechów trzeszczącego radia Panasonic i nie zanosiło się prędko na zmianę uwagi. Jego perfumy roznosiły się od wejścia a pretensjonalna aura — w głośnym silniku na zewnątrz i to jeszcze zanim się pojawił.
Dubois zakaszlał wtóry raz.
Jeszcze mi się tu zrzygaj — zasugerowała w duchu.
Wwiercał wzrok w nią uparcie, męczliwie. Oparł łokcie na kontuarze i sapnął głośno. Szturchnął srebrny dzwonek, postukał palcem, jakby groził, że zaraz z niego skorzysta. Jak każdy krawaciarz, który nie przywykł do okoliczności oferowanych przez obskurne motele w zaułkach z chińszczyzną na wynos, chciał się stąd wydostać. Natychmiast.
Szukam kogoś — powtórzył głośniej.
Renley ściągnęła brwi. Palce wepchnęła pomiędzy kabelkowe spaghetti Panasonica i wykrzywiła usta w skupieniu właściwym wszystkim majstrom z podwórkowego garażu. Zadarła lekko głowę, mrużąc jedno oko — powoli, jakby musiała sobie przypomnieć układ budowy radia, a nie że ktoś jeszcze istnieje poza tą nocą i jej własnymi myślami. Kawałek plastiku strzelił jej pod paznokciem.
Kogo? — spytała.
Merszanda.
Kto szuka?
Dubois. — Niewielki wentylator buczał za plecami Renley, podwiewając sztuczne bambusy. W równym interwale odbił powoli z lewa do prawa i rozwiał szarą mgłę. Dubois skrzywił się, gdy dym z popielniczki połaskotał go w nos. — Vincent Dubois.
Nie znam.
Podbródek mu zadrgał, jak indycze korale, a twarz zarumieniła się. Renley nawet nie drgnęła. Kolejny trzask plastiku. Obudowa w końcu odpuściła. Przyjrzała mu się bez pośpiechu. Płaszcz. Buty. Postawa. Za czysty na to miejsce. Za spięty. Za bardzo „nie stąd”.
Vincent uśmiechnął się krzywo. Po środku czoła wybrzuszyła się gruba pręga żyły — wprost o krok od udaru krwotocznego.
Powiem subtelniej… — Pochylił się a jego krawat liznął księgę gości. — Chuj mnie obchodzi, czy mnie znasz. Merszand mi tu obiecał deal. Szybki i sprawny. Nie wspominał nic o kurewskiej grze w zgaduj zgadulę z jakąś smarkulą.
Większość ludzi, którzy tu trafiają, raczej próbuje się nie znaleźć — dodała już spokojniej. — Albo liczy, że nikt ich nie znajdzie. — Oparła się wygodniej w fotelu, który jęknął pod jej ciężarem. Przez moment milczała, pozwalając ciszy zrobić swoje. Gdzieś w tle grzmiała piosenka z Chunking Express co wieczór puszczanego na małym ekranie w Miss Saigon. Światło neonu mrugnęło raz, drugi. — Ma pan pecha… — Lekko przechyliła głowę. — Albo wiesz dokładnie, gdzie przyszedłeś, albo nie. — Ren nachyliła się minimalnie do przodu, opierając łokcie o blat. Radio z flakami odłożyła na księgę gości, obok zardzewiałego śrubokrętu. Nie była nachalna. Po prostu… obecna bardziej niż przed chwilą. — Nazwisko. Albo opis. Cokolwiek, co nie brzmi, jak problem dla mnie.
Słuchaj, ty…!
I od razu uprzedzam — wcięła się — jeśli to ktoś, kto nie chce być znaleziony… to zwykle ma ku temu powód.
W ciemnym korytarzu, rozciętym tylko neonem chińskiego smoka, zamajaczyła smukła sylwetka. Kolejne obce perfumy wkradły się do recepcji.
Ren wyciągnęła czarnego papierosa z paczki i odpaliła od żarzącego się w popielniczce. Wstała. Powoli. Fotel odjechał kawałek na chybotliwych kółkach do tyłu.
Dopiero teraz Vincent dostrzegł, że jego imponujący wzrost stu sześćdziesięciu ośmiu centymetrów w butach ma się nijak do tej dziwaczki.
Więc? — podjęła. — Nazwisko. Albo opis.

Paloma Cortés

routines in the night

: ndz kwie 05, 2026 1:41 pm
autor: Paloma Cortés
Ostrożna kalkulacja weszła jej w krew już dawno.
Nie należała do osób nieświadomych swojego problemu; wręcz przeciwnie, wyczulona na każdą oznakę słabości u innych i u siebie, potrafiła rozpoznać momenty, w których uzależnienie zaczynało brać górę. Nie mogła sobie pozwolić na to, by ktoś inny to dostrzegł, więc pokazywanie się publicznie z alkoholem zamieniło się w serię cichych wyliczeń. Ile łyków drinka jest akceptowalnych w ciągu minuty, a ile w ciągu pięciu czy piętnastu? Kiedy wbijanie wzroku w pustoszejącą szklankę zaczyna być postrzegane jako obsesyjne czy niemal tęskne, a do którego momentu przejdzie jako zwykłe szukanie obiektu, na którym można przez moment skupić uwagę, by spokojnie zebrać myśli? Kiedy ulga, widoczna po pociągnięciu z naczynia, przestaje być interpretowana jako zwykłe ugaszenie pragnienia lub zadowolenie ze smaku, a zaczyna przypominać nadzieję na rychłe otumanienie zmysłów i wyciszenie emocji?
Gin z tonikiem znikał zbyt szybko w stosunku do ruchu wskazówek zegarka, ukrytego pod rękawem marynarki, a zerkanie na nadgarstek stawało się coraz bardziej nerwowe. Oznaka zmęczenia i lekkiego stresu; to pierwsza transakcja, co do której poczuła potrzebę, by omówić ją poza antykwariatem. Być może od początku wiedziała, co się święci, a mimo postanowienia, że nie będzie znowu pchała się z własnej woli w interesy z pogranicza legalności, coś ją do tego podkusiło. Poszukiwanie adrenaliny czy jednak słabość w próbach odcięcia się od dawnych ścieżek?
Być może i to, i to. Wybrane miejsce też nie pozostawało przecież bez znaczenia, trochę jak wyraz cichej akceptacji, że z raz obranej drogi nie jest tak łatwo zboczyć.
Ostatni łyk. Nikt jeszcze nie zauważył kurczowości, z jaką chwytała szkło.
Gdzie się ten skurwiel podziewa?
Dwadzieścia pięć po jedenastej zamówiła drugiego drinka.

***

Vincent Dubois przywykł w swoim wygodnym życiu do wielu rzeczy. Pełne angielskie śniadanie — o ile można tak nazwać jego dietetyczny odpowiednik z bekonem z indyka i fasolką w sosie o obniżonej zawartości sodu — podawane do łóżka równo piętnaście po ósmej, jedwabne kapcie i świeże ręczniki, zawsze czekające ciepłe i pachnące lawendowymi perfumami do tkanin to tylko drobiazgi, które przypominały mu w codzienności, jak daleko dotarł i na co mógł sobie pozwolić. Oczywiście zapominał w tych rozważaniach nad własną wspaniałością o wielopokoleniowej fortunie i funduszu powierniczym, z którego czerpał przez dobre trzydzieści lat życia, ale o tym nikt poza nim nie musiał przecież wiedzieć.
Przyzwyczajony był też do tego, że gdy się przedstawiał, robił wrażenie na wszystkich zgromadzonych. Mało było drzwi, których nazwisko Dubois nie byłoby w stanie otworzyć; nie tylko w Ontario, ale i w całej Kanadzie, a prawdopodobnie i w Stanach. Nic dziwnego, że dyskusja z jakąś bladą dziewuchą z worami pod oczami wyczerpała jego cierpliwość dużo szybciej, niż można by zakładać po normalnej osobie.
Sam fakt, że został zaproszony w takie miejsce, uwłaczał jego godności. Gdyby nie przyświecający mu wyższy cel — prześcignięcie Angeli Montgomery w kwestii wielkości ich niszowych kolekcji — prawdopodobnie nawet nie wysiadłby z samochodu, widząc obskurny budynek. Ale… ta głupia kurwa z kilogramem wypełniaczy w twarzy nie mogła się przecież okazać lepsza od niego.
Chyba tylko ta myśl powstrzymała go przed wyszarpaniem recepcjonistki za krótkie włosy; to i może jej wzrost, który choć może niezbyt imponujący dla mężczyzny przeciętnej budowy, wskazywał jej jasną przewagę nad Vincentem.

***

Przedłużająca się nieobecność jej klienta zaczynała działać Palomie na nerwy. Choć sama żonglowała czasem w kwestii eleganckich spóźnień, które od razu ustanawiały jej status jako osoby rozdającej karty, tak półgodzinna obsuwa była po prostu żenująca. Drugi drink zniknął szybciej niż poprzedni. Nie dodał jej odwagi, nie otumanił zmysłów, raczej pomógł pomyśleć — o, ironio — trzeźwo. Jeśli Dubois zamierzał w ten sposób okazywać jej brak szacunku, to równie dobrze mógł się pocałować w dupę.
Najwyraźniej pokój numer siedem jednak się przyda. Nawet Cortés nie zamierzała ryzykować zatrzymania za jazdę pod wpływem.
Przy jednym ze stolików w głębi baru dało się nagle słyszeć podniesione głosy. Grupa mężczyzn o okrągłych, zaczerwienionych od alkoholu twarzach przekrzykiwała się po mandaryńsku. W motelu Ho-Oh można było spotkać całą masę ludzi z różnych grup społecznych i etnicznych, ale dla stałych bywalców było oczywiste, że to lokalna mniejszość azjatycka uznała miejsce niejako za „swoje”.
Wystarczył rzut oka na charakterystyczne punkty, ledwie dostrzegalne wybrzuszenia pod ubraniem, by wiedzieć, gdzie każdy z mężczyzn trzyma broń.
Nie jej problem.
Na barze wylądował napiwek dla barmana. Nieliczne, lecz uważne spojrzenia odprowadziły szczupłą postać aż do przejścia do wąskiego korytarza.

***

Cortés — wypluł w końcu z taką miną, jakby za kolejną obelgę uważał to, że kobieta jest tak niezorientowana. Nie tylko nie wiedziała, kim jest, ale i z kim był umówiony, kompletny brak profesjonalizmu! Zwykle nie musiał się nawet odzywać, by ktoś zorientowany doprowadził go na właściwe miejsce i zaserwował ulubionego drinka. — A opis to ty mogłabyś mi podać, bo nawet nie wiem, jak ta pizda…
Dubois — rozległo się od strony lobby z bożej łaski. Mężczyzna drgnął i spojrzał w stronę Palomy, opierającej się nonszalancko o ścianę. Jeden z neonów spowijał kobiecą postać czerwonawą poświatą, pasującą doskonale do mordu w spojrzeniu.
Usłyszała.
Nie dość, że spóźnił się pan — dyskretnie spojrzała na zegarek — trzydzieści siedem minut, to jeszcze pan mnie otwarcie obraża? Nie jest to najlepszy początek negocjacji. — Odbiła się lekko od ściany i ruszyła w stronę schodów na piętro. Obcas uderzył pewnie o pierwszy stopień.
Pani Cortés! — Ton głosu mężczyzny natychmiast się zmienił, a twarz zaczerwieniła się jeszcze bardziej, choć wydawało się to niemożliwe. Natychmiast stracił zainteresowanie recepcjonistką. — Ależ ja nie mówiłem o…
Przewidziałam na nasze spotkanie czterdzieści pięć minut. Przez chwilę planowałam pozwolić panu wykorzystać pozostałe osiem, ale próby kłamstwai bycie zwykłym skurwysynemsprawiły, że przeszła mi ochota. Dobranoc.
Podobieństwo do wkurwionego indyka sięgnęło zenitu, gdy oburzony Dubois zaczął gulgotać coś w odpowiedzi.
Stuk, stuk, stuk.
Kobieca postać niedługo miała zniknąć na półpiętrze.
Świadomość, że jeśli nie dobije targu z nią, to nie znajdzie nikogo równie otwartego na wszelkie środki, powstrzymała Vincenta Dubois przed uniesieniem się dumą. W tej chwili interesowało go tylko jedno.
Proszę zaczekać! Przedyskutujmy to chociaż… może… nowe warunki finansowe mogłyby-…? — wydukał w końcu, posyłając przelotne spojrzenie kobiecie za ladą. Ta zdawała się znów w pełni pochłonięta wnętrznościami popsutego radia.
Na dłuższą chwilę zapanował impas. Roztrzęsiony Dubois spoglądał w górę schodów, Paloma nie odwracała się z kolei, zapatrzona w tandetny gobelin z wizerunkiem feniksa. By zyskać na czasie, wyciągnęła z kieszeni marynarki okulary w wąskich oprawkach. Nasunęła je na nos i zerknęła przez ramię.
Proszę ze mną. Dam panu te osiem minut. Kwadrans, jeśli mnie pan zainteresuje.
Mężczyzna zawahał się tylko przez ułamek sekundy. W chwili zdenerwowania jego krok, wcześniej pełen wystudiowanej pewności siebie, zdawał się nieco kaczkowaty. Wdrapał się na schody i zatrzymał za Palomą, niepewny, co dalej zrobić.
Mogę prosić o przyniesienie nam drinków do pokoju? Oczywiście dopłacę za kłopot — rzuciła w stronę kontuaru, zza którego dochodziło subtelne chrobotanie i stukanie paznokci o plastik. — Dwa razy whisky z lodem.
Niedługo potem drzwi pokoju numer siedem zamknęły się z głuchym trzaskiem.


Renley Masters

routines in the night

: ndz kwie 05, 2026 5:09 pm
autor: Renley Masters
Zwyczajowo między zamówieniem usługi a realizacją mijało około dziesięciu minut. Piętnaście, jeśli ich barman, Aii, miał parszywy humor. Czasami chodziło o przerysowaną karoserię ukochanej vespy — pasującej do rosłego Mongoła, jak pięść do oka — czasami o krzywe spojrzenie klienta. Od dziesięciu minut jojczył w stronę zaplecza, ale na widok nadciągającej Ren przestał. Zmrużył wąskie oczy do granic, jak się mruży, gdy w powietrzu pada wierutne kłamstwo. Minęła go za ladą bezszelestnie Aii odłożył szmatkę na ladę. Oparł się wylewającym spod koszulki tłuszczem o kant i zerknął, jak staje przed wyborem trunków na wysokich półkach. Podłużny wąs na Mistrza Sifu poruszył się pod zadartym nosem.
Coś konkretnego?
Ren potaknęła. Oszczędnie, spokojnie. Jej spojrzenie przesuwało się bez zainteresowania po kolorowych etykietach. Światło neonów odbijało się w odciskach palców i eksponowało grube warstwy kurzu. Nie bez powodu niektórych butelek nie dotykano. Wybrała nieregularną butelkę GOALONG.
Gwailou? — Padło za jej plecami, bliżej. Znów potaknęła. — Najgorzej. — Mrugnęła zgodnie. — To nie jest dobry wybór.
Mhm.
Nie mogła podjąć tej decyzji. Nie lubiła alkoholi. Znała się na nich, kiedy udawała w zastępstwie za barmanów, ale w tej konkretnej sytuacji wpadła w impas: biały, bogaty skurwysyn i kobiece misterium z manierami. Jak wybrać coś, co pogodzi obie strony a nie urazi właściwej? Nie chciała wybierać. Jeśli jednak musiała… wolała wybrać pod gust pani Cortés.
Ostry zapach potu i woń smażonych sajgonek uniosły się w powietrzu. Ren zerknęła do boku. Grube ramię Aii wyciągnięte wysoko nad jej głową. Powiodła wzrokiem wyżej — serdelkowate palce muskały butelki, jakby nie mogły się zdecydować, która faktura etykiety jest milsza. Chropowata, gładka, śliska, matowa…
Weź to. — Aii ściągnął szklaną cegłę z korkiem. — Załatwi sprawę. — W jego dłoni wyglądała bardziej jak zaproszenie — do rozróby, do wybicia szyb w porzuconym samochodzie. Nie do ofiarowania gościom.
Nie podziękowała. Zabrała szklanki i alkohol, i udała się na zaplecze.

***


Im bliżej północy, tym piętra motelu coraz bardziej cichną. Poza pierwszym etażem.
Piętro Pierwsze podtrzymywało atmosferę z lobby. Ciasnota. Duszność. Dym kadzideł i papierosów. Wejście do tej części kojarzyło się z wkroczeniem w gęstą mgłę, ale dla Ren to tylko kolejny dzień. Mistycyzm przestał dla niej istnieć dawno temu.
Stawiała kroki swobodnie, niespiesznie. Dzięki taśmom LED widziała każdy stopień i każde pęknięcie w kamiennych stopniach, a tam, gdzie akurat światło mrugało — kierowała się pamięcią. Ostatnie lata pracy wykształciły w niej coś w rodzaju szóstego zmysłu pająka — unikała upadków, dziur i nieoczywistych zagięć długich lauferów w korytarzach przedstawiających lot Ho-Oh gubiącego pióra. Stanęła na jednym z nich. Przed Siódemką. Nie czuła szczęścia. Nie czuła powiewu pomyślności. Tylko uwieranie w lewym trampku i ciężar na dnie żołądka.
Zacisnęła palce na okrągłej tacce. Nie ze strachu, tylko by coś poczuć. Wąskie krańce wbijały się w naskórek. Za mało. Wyuczonym ruchem przełożyła tacę na lewe przedramię i uniosła wolną dłoń. Ważyła Brick Whiskey wolnym ruchem — raz w górę, raz w dół — jakby szykowała się do rzucenia butelką. Gdy zdała sobie z tego sprawę, przestała natychmiast.
Nie zapukała od razu. Powiedzieć, że Renley Masters ma awersję do numer Siedem, to jak powiedzieć, że baran boi się owcy — niby nic oczywistego, ale możliwe przy odpowiedniej koniunkcji sfer. Co innego Ren. Ren nie boi się numeru Siedem. Ona nie czuje nic na widok złotej kosy wtłoczonej w cienkie drzwi, prócz głęboko wygaszonego żalu. Bo kosa wisi. I nie spadnie. Ani razu, gdy wymieniała pościel po gościach motelu, jej skryte życzenie nie zostało spełnione.
Puk. Puk. Puk.
Room service — oznajmiła cicho. A gdy po drugiej stronie nie odpowiedział jej nikt, powtórzyła. — Pani Cortés. — Puk. Puk. — Zamówienie.
Drzwi otworzyły się. W progu stanął Vincent Dubois. Na widok Ren wydał z siebie groźne sapnięcie. Zmierzył ją od stóp do głów i zatrzymał spojrzenie na alkoholu. Oddychał szybko, nierówno. Jego elegancki strój wyglądał na wymięty, jakby właśnie go odciągnęła od ćwiczeń na bieżni.
Daj mi to — warknął ostro. — Natychmiast. I goń.
Ren bez słowa wyciągnęła tacę przed siebie. Dubois wyrwał ją. Szklanki zachybotały gwałtownie. Butelka zatańczyła i podskoczyła ku krawędzi. Mężczyzna skulił się do przodu. Próbował balansować tacą, więc wygiął się ostro w bok a wtedy jedna ze szklanek zleciała na podłogę. Pękła na drobne. Dubois odskoczył i przytulił się do futryny.
Tanie szkło z logiem Ho-Oh rozsypało się w wejściu, mieniąc refleksami z przytłumionego światła wewnątrz Siódemki. Ren nie mogła pozbyć się wrażenia, że to było najbliższe, co mogła zakwalifikować do kosy.
Co... coś ty zrobiła?! — pisnął Dubois. — Posprzątaj to! I przynieś nowe szklanki! Cholera… To satynowy garnitur! — Szerokim językiem przejechał po wargach muśniętych pomadką ochronną. — Cholera…!
Westchnęła ciężko. Ramiona miała opuszczone wzdłuż ciała nie z rezygnacji, ale ze zbyt dużego wysiłku. Miała dość Vincenta i tej zmiany. W jej spojrzeniu na próżno szukał skruchy czy wstydu.
Głuchaś!?
Chciałaby. Wsunęła od niechcenia lewą dłoń do kieszeni torbowatych jeansów. Coś w niej znalazła.
Palcami sprawdziła podłużny kształt. Chropowata powierzchnia, drobiny wbijające się w skórę.
Zardzewiały śrubokręt. Zapomniała odłożyć na miejsce. Bii, kuzyn Aii i konserwator w Ho-Oh, znowu ją ochrzani, jeśli go nie zwróci do skrzynki z narzędziami.
Na lewym ramieniu poczuła ucisk męskiej ręki. Ciało cofnęło się dwa kroki, ale nacisk nie zelżał. Wróciła do rzeczywistości.
Mówię do ciebie! — Ślina Dubois wystrzeliła wprost na nią. — No? Rusz się!
Ren skrzywiła się i odwróciła głowę w bok.
Kurwa… — mruknęła cierpko — ...ale masz śmierdzącą zgagę.
Ochrypły śmiech.

Paloma Cortés

routines in the night

: pt kwie 10, 2026 3:24 pm
autor: Paloma Cortés
W zależności od punktu widzenia, piętnaście minut może wydawać się mgnieniem oka lub ogromem czasu, z którym ciężko cokolwiek rozsądnego począć. Wskazówki zegara przesuwają się szybciej, gdy upływ czasu zdaje się nieubłaganie prowadzić do jakiegoś przykrego zdarzenia, nie chcą zaś drgnąć ani o milimetr, gdy człowiek oczekuje na ekscytujące wieści.
Kwadrans, który dla Vincenta Dubois rozpoczął się od wpadki w lobby podejrzanego motelu Ho-Oh, miał okazać się jednym z najbardziej specyficznych wycinków czasu w całym jego życiu — bynajmniej przez duszną atmosferę wypchanego neonami i pachnącego dymem tytoniowym oraz starym olejem sezamowym przybytku.
Czas przemykał mu przez palce, gdy stuknięcia obcasów na schodach odmierzały rytmicznie kolejne sekundy. Chcąc, nie chcąc — skupił się na tym dźwięku, próbując wywnioskować, czy w pokoju, do którego prowadziła go milcząca postać w garniturze, czeka go istotnie deal życia, czy — sądząc po zimnej złości, która ogarnęła rysy pani Cortés na ten krótki moment, gdy na niego spojrzała — trzech rosłych Chińczyków czy innych Mongołów, gotowych zakneblować go i lać po piętach i nerkach litrową butelką sosu rybnego.
Szczęknął klucz w zamku zupełnie zwyczajnych drzwi. Żadne słowa nie padły — ni na półpiętrze, ni na korytarzu, a nawet wtedy, gdy ciche trzaśnięcie pozornie odcięło tych dwoje od reszty motelu. Cisza pachniała kadzidełkami — drażniącymi nos pana Dubois, łechcącymi zaś powonienie Palomy i przywodzącymi na myśl dawne, lepsze czasy i niespokojne noce, spędzane pod tym dachem. Spod bogatego aromatu kadzidła przebijała woń tytoniu, alkoholu i stęchlizny, ale i to nie przeszkadzało kobiecie.
Przez dłuższą chwilę zdawała się ignorować obecność Vincenta, który czuł się… nieswojo. Jeśli miałby porównać do czegoś to wrażenie, gdy stał jak ostatnia sierota tuż za progiem niezbyt przestronnego pokoju, a señora Cortés bez skrępowania zajęła miejsce na porządnie zasłanym łóżku, to przywodziło mu na myśl wezwanie na dywanik dyrektora. Próbował odchrząknąć dla dodania sobie animuszu, ale z gardła wyrwało się tylko indycze gulgotanie.
Jeśli czeka pan na ruch z mojej strony, to może się pan przeliczyć, Dubois. Minęła już minuta.
Spojrzał na kobietę i momentalnie zalała go fala wściekłości i czegoś na kształt zakłopotania. Siedziała tam — noga na nogę, ostry czubek buta podrygujący rytmicznie w powietrzu, podparta z tyłu na ramionach. Poza kogoś, kto czuje się swobodnie. Poza kogoś, kto już wie, że ma pełną kontrolę nad sytuacją. Czający się gdzieś w kącikach ust na poły ironiczny, na poły triumfalny uśmieszek nie pomagał.
Dubois poczuł niejasną potrzebę, by warknąć w przestrzeń. Albo przynajmniej pokazać tej głupiej kurwie, że nie jest taka ważna, za jaką się ma…
Señora… — zaczął, zwilżając wargi grubym językiem. Paloma z trudem powstrzymała grymas obrzydzenia. — Może odpuścimy sobie te gierki? Przecież i pani zależy na dobiciu targu… inaczej w ogóle byśmy teraz nie rozmawiali, prawda?
Skinęła krótko głową.
Godna pochwały przenikliwość.
Żyła na czole Vincenta ponownie zaczęła pulsować, jednak nasuwające się na usta przekleństwa po prostu przełknął. To jeszcze nie był moment, by całkowicie odpuścić walkę.
Czas leci, panie Dubois. Proszę się w końcu wysłowić.
Cała pewność siebie, jaką budował jeszcze przed tym spotkaniem, zdawała się ulatywać i sam nie wiedział, dlaczego. Czy to wpływ półmroku pokoju w nieznanym miejscu, mieszanki zapachów, wśród której intensywne perfumy Cortés zaczęły wybijać się na pierwszy plan, a może stoickiego spokoju kobiety, która mierzyła go chłodnym spojrzeniem zza szkieł okularów? Nie wiedział, ale plan na tę rozmowę kompletnie spalił na panewce.
Powiedziano mi, że jeśli chcę dostać coś niemożliwego do znalezienia, powinienem zgłosić się do pani.
Paloma skinęła lekko głową.
Rzeczy określane jako niemożliwe są zwykle po prostu bardzo trudne do osiągnięcia.
No właśnie, no właśnie… otóż widzi pani, pani Cortés, uważam się za człowieka o guście dość niszowym…
Bez imponderabiliów, por favor.
Na litość boską… dobrze więc. Zapewne nieobce jest pani nazwisko Spilliaert?
Niewielka zmarszczka pojawiła się na czole kobiety, a uszminkowane starannie wargi rozchyliły się w wyrazie ostrożnego zaciekawienia. Po enigmatycznej rozmowie telefonicznej i przeciągającym się teraz wstępie była już niemal przygotowana na istotnie niemożliwe zlecenie od tego buraka. Rothko? Monet? Pierdolony Caravaggio? Rozróba niczym z filmu akcji, miesiące planowania i skandal na cały świat? To zdecydowanie nie była już jej liga. Chyba że ktoś odbębniłby brudną robotę dla niej… a ona musiała zająć się jedynie logistyczną częścią przerzucenia wielomilionowego dzieła przez kanadyjską granicę…
Potrząsnęła lekko głową. Miała przecież tylko potencjalnie pośredniczyć w sprzedaży. To i tak wykraczało daleko poza jej planowaną aktywność zawodową.
Nieobce.
Chcę go mieć.
Zabrzmiało to naprawdę bardzo zmysłowo, Dubois, ale ciężko mi wywnioskować, co konkretnie chce pan w swojej kolekcji. Kurczący się czas na tę rozmowę nie sprzyja brakowi konkretów. Nawet nie wiem, czy jestem w stanie cokolwiek dla pana zrobić…
Jak już wspominałem, jestem człowiekiem o guście niszowym — ponowił Vincent obrażonym tonem — dlatego tak uwielbiane i szeroko analizowane przez znawców autoportrety mnie nie ujmują. Dużo bardziej zajmujące jest dla mnie to, jak artysta widzi świat wokół, a nie samego siebie…
Paloma udała zainteresowanie, przygotowując się jednocześnie na starannie przemyślaną mowę, być może ułożoną przez kogoś, kto znał się na sztuce nieco lepiej od Vincenta. Jakoś trudno było jej wyobrazić sobie, że ten wyfiokowany laluś z bujną — notabene sztuczną — koafiurą, gustujący w konkretnym typie blondwłosych prostytutek, rozumiał cokolwiek z tego pseudo-intelektualnego mambo-dżambo, które właśnie próbował jej sprzedać — udając, że to jego własne słowa.
Nie słuchała.
Na dłuższą chwilę zamknęła się we własnych rozmyślaniach.
Czymże belgijski modernizm tak zasłużył na zainteresowanie w oczach kolekcjonerów z Kanady? Tego nie wiedziała. O ile jednak miała jakiekolwiek pojęcie w temacie, to jedynie pojedyncze prace tego niezbyt mainstreamowego artysty trafiły do Ameryki Północnej, o Kanadzie nie wspominając. Czy miał być to jedynie dziwaczny kaprys bogola?
Ukróćmy to pierdolenie, Dubois — odezwała się nagle ostro, krótko, przerywając mężczyźnie w pół słowa. — Dlaczego zależy ci akurat na tym artyście? Tylko odpuść sobie filozoficzne miauczenie o studiowaniu mroku ludzkiego umysłu, bo oboje doskonale wiemy, że nie o to ci chodzi.
Zatkało go. Żyła na czole, która zdążyła już się nieco uspokoić, ponownie nabrzmiała niebezpiecznie, a purpurowy rumieniec objął już nie tylko twarz, a i szyję mężczyzny. Paloma wyciągnęła papierośnicę, nie częstując Vincenta.
Dajmy więc sobie na wstrzymanie, bo najważniejsze dzieła i tak są w posiadaniu europejskich muzeów, leżą więc zdecydowanie poza stawką i poza moimi możliwościami. — Zaczęła krążyć po pokoju, zupełnie nieprzejęta tym, że ostre obcasy zostawiają półokrągłe ślady, zapadając się w wyleniałym dywanie. Automatycznie strzepywała papierosa do stojącej na parapecie popielniczki z ciężkiego szkła, szydzącej w twarz wszystkim zakazom palenia w budynku. — Nie wiem, na ile orientuje się pan w tym, co szepczą szanowani kolekcjonerzy w kuluarach, ale… może nieobcy jest panu również tytuł Intérieur la nuit.
Dubois prychnął krótko.
Obraz-widmo? Niech pani nie będzie śmieszna…
Nie, Dubois. Obraz j e s z c z e nieujęty w żadnym katalogu raisonné przez jego niejasną proweniencję. Obraz-legenda…
Obraz istniejący prawdopodobnie jedynie w wyobraźni ludzi, którzy nie mają już o czym rozmawiać podczas sesji onanizmu słownego przy okazji coniedzielnych spotkań w klubie golfowym… — myślała, gdy kurczący się papieros odmierzał kolejne sekundy ciszy.
I jak niby miałbym potwierdzić jego autentyczność?
Paloma zatrzymała się przy oknie. Żar dotarł już niemal do filtra, zdusiła więc niedopałek w popielniczce. Poczuła, że zarzuconą przynętę coś ciągnie, choć jeszcze bez przekonania koniecznego do zatrzaśnięcia pułapki.
Na mrocznym podwórzu dostrzegła czerwonawy punkcik. Zdawał się migotać lekko, to przygasać, to zyskiwać na intensywności. Ktoś raczył się wyjątkowo szybkim papierosem w rześkim powietrzu.
Nie odwróciła się od razu do Vincenta. Dała mu chwilę na to, by sam doszedł do właściwych wniosków.
Autentyczność to często kwestia dobrej historii, panie Dubois. Dobrej historii i przekonania. Porozmawiamy w końcu poważnie?

***

Po tym, jak po raz pierwszy nieśmiało chwycił przynętę, nietrudno było pociągnąć grę dalej. Dzieło, które oficjalnie istniało tylko w opowieściach szeptanych przez współczesną burżuazję, wzbudziło nie tylko niezrozumiałe pożądanie, ale i zwykłą ciekawość. I, być może, wydawało się niejako pewnym wyborem. W końcu jak ktoś miałby odebrać mu coś, czego nie ma w rejestrach? Nikt go nie wyprzedzi, jeśli nikt nie będzie wiedział, o co toczy się gra. Wystarczyło tylko umiejętnie przedstawić tajemnicę wokół dzieła, dodać kilka haczyków, wbijających się w umysł i kiełkujących w próżność…
A señora Cortés wiedziała, jakich słów użyć.
Intensywny kwadrans Vincenta Dubois zbliżał się już do końca, gdy rozległo się pukanie do drzwi. Pozostała tylko jedna kwestia — kwestia ceny, która niemal zwaliła mężczyznę z nóg. Na przemian szary i bordowy na twarzy potoczył się z zapadniętego fotela do drzwi, gdzie wypadki potoczyły się już bardzo szybko.
Paloma obserwowała całą scenę ze swego wcześniejszego miejsca na łóżku. Prążkowaną marynarkę odłożyła niedbale za siebie, rękawy bluzki z organdyny podwinęła do łokci, but na szpilce balansował gdzieś na czubkach palców. Wyglądała teraz z pewnością mniej sterylnie niż na wejściu — nonszalancka poza może nie ujmowała całkowicie elegancji, ale kobieta w końcu zdawała się wyglądać jak ktoś, kto jest w stanie zasnąć przy światłach neonów i wszechobecnym zapachu chińszczyzny.
Chociaż spojrzenie, które w pierwszej chwili wylądowało na recepcjonistce, było raczej obojętne, tak wybuch Vincenta nie spotkał się z brakiem reakcji.
Jak, kurwa, śmiesz? — zagulgotał Vincent, niewiele robiąc sobie z tego, że drze się na cały korytarz, a tuż za pierwszą szklanką na podłogę spadła druga. Ciężka butelka chyba tylko cudem trafiła na róg dywanu, a grube szkło wytrzymało impet uderzenia. Serdelkowate palce Duboisa, zaciskające się na ramieniu młodej kobiety, nagle nakryła szczupła dłoń z pomalowanymi na czarno paznokciami.
Dubois — wypowiedziała jego nazwisko nieco władczo, bez większego trudu odrywając męską łapę od celu, na którym się zaciskała. Przerośnięty indor nie chciał odpuścić łatwo.
…pierdolone żółtki, rozpanoszyły się jak zaraza…
Proszę się zastanowić nad ostatnim punktem naszej umowy, zanim cena wzrośnie.
…jedzą te swoje nietoperze w pięciu smakach i potem…
Bardzo mi przykro — powiedziała już do stojącej na progu kobiety, szarpnąwszy za tył marynarki Vincenta z wystarczającą siłą, by ten aż zatoczył się do tyłu. Trzasnął materiał; prawdopodobnie porwała się bogato zdobiona podszewka. Mężczyzna dalej przeklinał pod nosem, ale chyba się opanował, przerażony potencjalną wizją utraty szansy. Tego wieczoru już zbyt wiele razy wystawił cierpliwość pani Cortés na próbę.
Paloma machinalnie sięgnęła dłonią ku kobiecie, wygładzając pobieżnie jej pomięty rękaw. Okulary osunęły się nieco na grzbiecie nosa, spojrzała więc sponad wąskich szkieł w taki sposób, jakby dopiero teraz po raz pierwszy naprawdę ją dojrzała. Wzrok miała na podobnym poziomie tylko dzięki obcasom.
Proszę wybaczyć ten bałagan… dopłacę za sprzątanie tego. Proszę tylko… dać nam minutę. Pan Dubois i tak już wychodzi.
Ledwo dostrzegalny gest recepcjonistki można było chyba zinterpretować jako obojętne wzruszenie ramion. Stłuczone szkło uniemożliwiało domknięcie drzwi, Paloma skopała więc tylko co większe skorupy na bok, by zapewnić ostatniej fazie rozmowy chociaż złudzenie prywatności. Zniżyła głos do szeptu, niemal pomruku, likwidując dystans między sobą i wciąż rozdygotanym z wściekłości mężczyzną.
Sześćset to moje ostatnie słowo, Dubois. Nie mam ochoty na dalsze słuchanie twojego skomlenia.
Sześćset tysięcy za kota w worku? — Piskliwy ton musiał być słyszalny na korytarzu.
Twój czas się skończył. Wychodzisz z umową albo bez niej. Tam są, kurwa, drzwi! — Wskazała podbródkiem.

***

Gdy Vincent Dubois, lżejszy o zaliczkę, chciał opuścić pokój numer siedem, za uchylonymi drzwiami ponownie stała recepcjonistka. Niespiesznie zamiatała te odłamki szkła, które poleciały na korytarz zamiast w głąb pomieszczenia. Tym razem nie zaszczycił jej nawet spojrzeniem, po prostu przepchnął się brutalnie obok niej i ruszył kaczkowatym chodem w dół schodów.
Drzwi zostawił szeroko otwarte.
Szkło błyszczało jak diamenty.
Cortés siedziała w zapadniętym fotelu, paląc kolejnego papierosa. Miała niezły widok zarówno na pokój, jak i oporządzany aktualnie fragment korytarza. Widziała ruchy tak oszczędne, że mogły wydawać się się po prostu niedbałe i zbyt powolne. Dostrzegła jednak coś jeszcze. Na ozdobnym stoliczku naprzeciwko drzwi siódemki stała znajoma już taca, a na niej — samotna, cała szklanka, taka sama jak te, których smętne szczątki właśnie zamiatała pracownica.
Ile z końcówki ich rozmowy słyszała?
A ile była w stanie się domyślić?
Chyba nie pracujesz tu zbyt długo.


Renley Masters

routines in the night

: sob kwie 11, 2026 12:55 pm
autor: Renley Masters
Ren nie odpowiedziała od razu. Właściwie — wcale. Kierowała się prostą zasadę — zrobić i wyjść. Wszystko, co wpadało w międzyczasie, było tylko utrapionym bonusem; poufne pogłoski, plotki i pieniądze. Pracowała wolno, ale nie dość podejrzanie, aby ktokolwiek oskarżył ją o podsłuchiwanie Dziewiątki naprzeciwko Siódemki.
Miotła przesuwała się po podłodze w tym samym, powolnym tempie, jakby podejrzenia Palony nie miało w sobie nic, co wymagałoby reakcji, bo są tylko zbitkiem dźwięków, które przewijają się przez Ho-Oh i znikają, zanim zdążą cokolwiek znaczyć. Dopiero po chwili uniosła wzrok. Spojrzenie było krótkie, ale ciężkie — ani ostre, ani zaczepne. Bardziej puste, które potrafi przycisnąć bardziej niż gniew czy płacz. Patrzyła przez nią, a nie na nią, jakby oceniała, ile z tego wszystkiego jest w ogóle warte zauważenia.
I tyle. Żadnego słowa.
Ren przestąpiła bliżej progu. Miotła zatrzymała się na ułamek sekundy, kiedy coś błysnęło w dywanie. Biało-czarne pasma imitujące tygrysią sierść łapały światło neonów w sposób, który sprawiał, ze szkło wyglądało prawie ładnie. Za ładnie jak na coś, co chwilę wcześniej pękło z hukiem. Zmrużyła lekko oczy. Ślad odłamków prowadził dalej niż powinien. Przesunęła wzrokiem wzdłuż, aż zatrzymała się niżej. Na cienkiej linii czerwieni, która przebijała przez czarne, pół-przezroczyste rajstopy, jak mokra plama. Rozcięcie nie było oczywiste, może nawet nie duże, ale w sztucznym świetle krew wyglądała inaczej. Mniej realnie. Bardziej jak coś, co można zignorować. Jak ostra pasta gochugaru” albo sos chilli na świeżym praniu.
Na moment znieruchomiała. To nie jej sprawa. Nic tutaj nigdy nie jest jej sprawą. Ludzie przychodzą, robią swoje, wychodzą. Zostawiają po sobie bałagan, ciszę albo problemy a ona sprzątała. Odwróciła się bez słowa i zniknęła w korytarzu. Jej kroki były ciche, niemal niesłyszalne na wytartym lauferze, jakby nie ważyła adekwatnie do swego wzrostu.
Nie było jej może kilkanaście minut. Może trochę dłużej. Kiedy wróciła, trzymała w dłoni ręcznik — jeden z tych, które jeszcze nie zdążyły przesiąknąć zapachem dymu i wilgoci, i miały puszek zamiast ostrego włosia. Podeszła bliżej, zatrzymała się na tyle, żeby nie wchodzić w przestrzeń Palomy bardziej, niż to konieczne. Wyciągnęła rękę i podała ręcznik bez słowa. Jej spojrzenie na moment znów się zatrzymało — krótkie, ciężkie, jakby sprawdzała czy to wystarczy — a na pytającą minę Palomy odpowiedziała lekkim ruchem brody w dół.
Na jej nogę.
Jest nowy — powiedziała. — Czysty.
To nie jej sprawa. Tak jak sprawą pani Cortés nie było, czy Vincent Dubois ją pobije, czy rękaw jej bluzy będzie wymięty przez wielkie łapska.
Cisza.
Reszta szkła czeka na pozbieranie.


Paloma Cortés

routines in the night

: ndz kwie 12, 2026 9:34 pm
autor: Paloma Cortés
Złość na pozostawioną bez odpowiedzi uwagę nie przyszła.
Może przez skrytą w półmroku twarz señory Cortés przemknął cień irytacji, ale trwało to zaledwie mgnienie oka, zbyt krótkie, by to zauważyć. Silniejsze emocje należało zostawić na inną okazję; ta konkretna nie była zupełnie warta zachodu. I tylko brwi Palomy drgnęły subtelnie, gdy lekkie kroki poniosły recepcjonistkę poza jej pole widzenia.
Drzwi pozostały uchylone.
Resztka papierosa, porzucona w ciężkiej popielniczce, zdążyła zmienić się w proch bez utraty formy, nim kobieta wróciła równie bezszelestnie, jak zniknęła. Z nowym rekwizytem, który do wypełnionego mgiełką papierosowego dymu pokoju pasował jak pięść do nosa. Biel miękkiego ręcznika zdawała się w niejasny sposób zaburzać przepływ energii, ale Paloma i tak automatycznie wyciągnęła po niego rękę — jeszcze zanim jej wzrok podążył za gestem.
Drobna ranka tuż nad kostką, wyłaniającą się spod materiału spodni, nie krwawiła zbyt obficie, ale wystarczająco, by pojedyncza ciężka kropla wytyczyła szkarłatną ścieżkę na skórze. Cortés nawet nie pamiętała momentu, w którym się skaleczyła; być może była zbyt zajęta powstrzymaniem się od wyrzucenia pana Dubois przez okno na podwórze. Kącik jej ust drgnął w słabym półuśmiechu. Ciężko określić, czy miał to być grymas wskazujący na wdzięczność, czy raczej… pełne ironii niedowierzanie.
Dziękuję — mruknęła, po chwili wahania przykładając ręcznik do skóry. Teraz poczuła pieczenie, zupełnie jakby dopiero zauważenie rany uczyniło ją realną.
Ciemna czerwień na jasnym materiale. Cisza o specyficznym ciężarze i zapachu, wciskająca się w uszy jakoś bardziej niż zazwyczaj. Kolejne puste spojrzenie. Kobieta niby patrzyła prosto na Palomę, ale jakby ta była półprzezroczysta, a wzorzysty materiał, którym obity był fotel, stanowił najciekawszy element pomieszczenia. Pani Cortés nie była do tego przyzwyczajona — owszem, potrafiła wtopić się w otoczenie, jeśli tego chciała, ale nie przywykła do bycia traktowaną jak zbędny element wystroju. Mimo wszystko adaptacja przychodziła jej dość prosto, a niezwykła obojętność powoli przestawała dziwić, kiedy recepcjonistka — a prawdopodobnie i pokojówka, barmanka oraz zastępca managera w jednej osobie — bez słowa wróciła do niespiesznego sprzątania po Vincencie.
Ciszę przepełniło pobrzękiwanie szkła, metodycznie zmiatanego na szufelkę. Była pozbawiona jakiegokolwiek napięcia, po prostu niewygodnie wisiała w powietrzu jak niewypowiedziane pytania i nieudzielone odpowiedzi, wydłużając do wieczności czas potrzebny wskazówkom zegarka do przemierzenia odległości od jednej złotej kreseczki do drugiej.
Fotel skrzypnął cicho, kiedy Paloma podniosła się zeń, jakby pod wpływem nagłego impulsu. Światło z korytarza zatańczyło na grubym szkle wciąż leżącej na skraju dywanu butelki i to wystarczyło. Bez słowa przeszła na korytarz i sięgnęła po przyniesioną wcześniej szklankę, unosząc ją w niemym pytaniu — „To dla mnie?”. Znowu została zignorowana. Nie wiedziała, czy bardziej ją to bawi, czy jednak drażni.
Wpływ wypitych wcześniej drinków był dostrzegalny tylko jeśli znało się zwyczajowy sposób, w jaki nosiła się Paloma. Jej krok nie był może teraz rozchwiany, ale zdecydowanie swobodny, podobnie jak myśli, które zaczęły uciekać w przedziwnych kierunkach. Zastanawiało ją, czy gdyby teraz — specjalnie lub nie — oblała alkoholem zajętą sprzątaniem niemowę, to doczekałaby się jakiejkolwiek innej reakcji, niż ciche, dyskretne usunięcie się ze sceny. Nie przetestowała tego. Słysząc zgrzytanie resztek szkła pod butami, wróciła na fotel z butelką w jednej, a szklanką w drugiej dłoni. Whisky wkrótce zapiekła ją w gardło.
O której otwiera się Miss Saigon?
Żadna z nich nie mogła być pewna, czy pytanie jest podyktowane faktycznym zainteresowaniem, czy chęcią przerwania milczenia.
Jedno było oczywiste — Cortés nie wyglądała na kogoś, kto wcina sajgonki na śniadanie.


Renley Masters

routines in the night

: pn kwie 13, 2026 3:09 am
autor: Renley Masters
Dziewiąta. — I tyle. — Ósma trzydzieści, jeśli to wtorek. — Kucała nad szufelką ze wzrokiem utkwionym w mieniące się odłamki pod jej trampkami. — Jest środa.
I dopiero to, jakby samo określenie czasoprzestrzeni nabrało mocy sprawczej, posunęło Ren do tego, aby spojrzeć trzeźwiej w stronę gościa motelowego. To była — poza zwyczajową formułką powitalną i formalnościami stricte zawodowymi — jej najdłuższa wypowiedź w stronę Palomy Cortés. Oszczędna, ale poza ramami ułożonej derealizacji. Tajemnicza a zarazem prosta. Nie można odczytać tego inaczej, jak wprost.
"Jest środa" — czyli to nie tak, że całkowicie ignorowała czasoprzestrzeń. Raczej nie wykraczała poza strefę Ho-Oh, bo w pokrętnej logice funkcjonowania motelu i przyległych mu struktur mogła wyznaczyć złudny azymut. Od ósmej do ósmej. Dwanaście godzin. Trzynaście, jeśli sprzątanie wymagało dodatkowej pary rąk. Stabilna praca. Kontrola. Może automatyzm.
Wzrok przesunął się beznamiętnie i powoli wzdłuż smukłych nóg. Zatrzymało nieopodal nich. Czerwone smużki. Zastygła krew. Biały ręcznik obok fotela nosił ślady zajścia a Ren wahała się czy zabrać go teraz, czy dopiero następnego dnia, kiedy przyjdzie posprzątać gruntownie Siódemkę.
W nogach czuła ciężar wieczoru oraz sztywność stawów. Lekko poruszyła palcami w butach. Ostatnie szkło chrupnęło pod podeszwami, przypominając o tym, gdzie jest. Jeśli wszystko pójdzie pomyślnie, Dziewiątka opustoszeje do bladego świtu a wtedy sprzątanie obu pokoi przypadnie porannej zmianie.
Postanowione.
Ren podniosła się. Powoli. Niespiesznie. W odpowiedzi w kolanach strzyknęło krótko. Dla kogoś niezaznajomionego mogło to zabrzmieć, jak zapowiedź problemów na przyszłość, ale dla niej to tylko kolejny dowód, że „żyje”. Wspomnienie po szklance i pył wyrzuciła do małego wiaderka z workiem na śmieci w korytarzu. Szufelka i zmiotka trafiły do przenośnego kosza sprzątacza. Ani razu nie spojrzała już na Palomę, nim bez słowa opuściła Siódemkę. Zamek cicho kliknął. W drodze na parter poprawiła mozolnie laufer tam, gdzie Vincent Dubois potknął się, uciekając przed narastającym gniewem Cortés.
Kolejna noc za nią.

***


Pierwszego wieczoru wszystko wyglądało tak samo jak zwykle.
Neon przy recepcji mrugał w swoim rytmie — nierównym, drażniącym, jakby zaraz miał zdechnąć, ale z jakiegoś powodu uparcie się trzymał. Radio SONY na blacie było rozbebeszone na części, wnętrzności wyciągnięte na wierzch, a Ren siedziała nad nim pochylona z papierosem przyklejonym do dolnej wargi i śrubokrętem w dłoni.
Drzwi się otworzyły. Nie spojrzała od razu.
Imię i nazwisko — rzuciła, bardziej do powietrza niż do niego. Padło. Bez zawahania. Bez kombinowania. Bez tej typowej pauzy, kiedy ludzie decydują, jak bardzo chcą kłamać. Ren zatrzymała rękę na moment. Zanotowała. Zdjęła klucz. Podała gąbeczkę. Przesunęła klucz. Nawet nie podniosła wzroku, kiedy go brał. Dopiero gdy minął ją i ruszył w stronę schodów, zerknęła przelotnie. Pachniał farbą. Nie świeżą z puszki, tylko czymś cięższym, głębszym — olejem, rozcieńczalnikiem, czymś, co wywołuje nieprzyjemne torsje przy większym natężeniu.
Wróciła do radia. Nie jej sprawa.

***

Drugiego wieczoru neon świecił jeszcze gorzej. SONY już działało, więc rozkręcała kolejne, tym razem PHILIPSa. Zawsze było coś do naprawienia. Zawsze coś, co można było rozłożyć na części zamiast myśleć.
Ten wszedł głośniej. Telefon w ręce, spojrzenia rzucane bardziej na ekran niż na przestrzeń wokół. Energia nie pasowała do tego miejsca — za szybka, za bardzo „na pokaz”.
Imię i nazwisko.
Podał. Znów prawdziwe. Ren uniosła lekko wzrok. Tylko na sekundę. Drugi strike. Długopis zawisł nad kartką, zanim postawiła gąbeczkę. Spytał, co miał z tym zrobić. Nie skomentowała. Nie pytała. Klucz przesunął się po blacie, uderzając lekko o podkładkę formularza.
Później, kiedy niosła ręczniki, drzwi do jego pokoju były uchylone. Światło wpadało pod kątem, rozcinając przestrzeń na pół. Na łóżku rozłożone płótno. Telefon ustawiony tak, żeby widzieć wszystko. Nagrywał. Ruchy szybkie, pewne, trochę przesadzone — jakby ktoś miał to oglądać później i oceniać. Palce ubrudzone farbą. Kolory zbyt żywe jak na to miejsce. Ren zatrzymała się na sekundę dłużej, niż powinna. Potem popchnęła drzwi stopą, zamykając je cicho.

***


Trzeci przyszedł późno. Za późno jak na kogoś tak młodego. Deszcz już przestał padać, ale wilgoć siedziała w ścianach. Zapach dymu i starej tkaniny był cięższy niż zwykle. Stary GRUNDIG z funkcją dyktafonu trzeszczał na kontuarze. Stercząca antenę Ren wygięła w przedziwny kształt przypominający niedomkniętą gwiazdę.
Imię i nazwisko.
Głos mu lekko zadrżał, kiedy odpowiadał. Też prawdziwe. Ren spojrzała na niego odrobinę dłużej. Nie oceniał. Nie próbował nic udowodnić. Był… za bardzo obecny w tym, co robił. I jednocześnie jakby nie pasował do własnego ciała.
Trzeci. To już nie był przypadek.
Klucz. Gąbeczka. Odcisk.

***


Myśli przychodziły same, między jednym radiem a drugim, między kolejnymi nocami, które zlewały się w jedną. Ren stworzyła proste profile na potrzebę analizy sytuacji, w której znaleźli się nowi mieszkańcy Ho-Oh.
Pierwszy — cichy, skupiony. Ruchy oszczędne. Profesjonalista. Drugi — szybki, pokazowy. Grał pod kogoś. Publiczność ważniejsza niż proces. Trzeci — niepewny. Jeszcze szukał, jeszcze nie wiedział, co robi.
Łączyło ich coś prostego: farba pod paznokciami; zapach rozcieńczalnika; płótna, które nie pasowały do tych pokoi. Malarze.
Z biegiem godzin nocnych i dni zaczęła zauważać więcej. Przy wymianie ręczników — płótno oparte o ścianę, jeszcze wilgotne. Przy dostarczaniu drinków — dziwne zamówienia, jakby każdy potrzebował czegoś innego, żeby pracować dalej. Przy krótkich rozmowach — urwane zdania o świetle, o kącie, o czymś, co „nie wychodzi”.
I to jedno — każdy z nich malował to samo.
Nie znała tego obrazu. Nigdy go nie widziała. A jednak coś się powtarzało — układ, napięcie, sposób prowadzenia linii. Jakby wszyscy próbowali dojść do tej samej odpowiedzi. Kusiło ją, żeby zrobić zdjęcia, ale nie z ciekawości. Z nawyku. Informacje się przydają. Nawet te, które na pierwszy rzut oka nic nie znaczą, ale kiedy Gara rzucił mimochodem, że za dwa dni pojawi się Vincent Dubois... coś w niej się cofnęło. Dno żołądka wypełniły kamienie. Powietrze prześmierdło zgagą. Ostrą. Kwaśną. Za dużo już z nim było, nie potrzebowała więcej.
Kolejna noc dobiegała końca a przez uchylone drzwi Ho-Oh wpadł petrichor. Pomyślała o niej. Bujając się w fotelu do końca zmiany, zastanawiała się, kiedy pani Cortés zaszczyci ich progi. Musiała.

***


Czwartego dnia motel przestał być cichy. Oprócz szału sajgońskiej kuchni z powodu poniedziałkowego wieczoru "Kill Bill" w Miss Saigon (raz w miesiącu) i nadprogramowej liczby Wietnamczyków lubujących Umę Thurman (i jej stopy), atmosfera zdawała się gęstsza niż sos słodko-kwaśny.
Tak, jak Ren przewidziała — pani Cortés przybyła. Spokojna, kontrolowana, ale tym razem od progu było widać, że coś jest nie tak. Jakby coś się przesunęło o milimetr w złą stronę. Zastanawiała się czy to kwestia ubioru. Schludny. Czysty. Krzyczący powagą. Prowokujący. Paloma była dziś tym wszystkim. Poprosiła, żeby jej goście zebrali się w Trzynastce.
Największy pokój. Jedyny, który miał sens na coś więcej niż jedną noc i jedną historię. Ren nie pytała. Stała z boku i patrzyła, jak Gara się uwija, jak pierwszy raz od dawna naprawdę się stara.
Malarze też się zmienili. Z cichych, skupionych — w wymagających. Kapryśnych. Jakby nagle przypomnieli sobie, kim są i co reprezentowali; najbardziej pretensjonalną kastę artystów, od których głowa bolała normalnego człowieka.
To wymagało przemyślenia strategii.
Na dole bar wyglądał jak zawsze.
Lepiący się blat. Światło, które nigdy nie było wystarczające. Zapach alkoholu, który wsiąkł w drewno. I dym. Dużo dymu. Ci, co nie zmieścili się w Miss Saigon na pełnometrażowy seans, raczyli się piwem w ciasnym lobby, jak sardynki w puszce.
Paloma usiadła. Jej ruchy były trochę wolniejsze. Trochę cięższe. Nie wyglądała dobrze. Nie w sposób oczywisty. Bardziej jak ktoś, kto przeliczył coś źle i dopiero zaczyna to rozumieć. Za barem stał barman. Skrzynka z narzędziami obok nogi, ręce jeszcze ubrudzone czymś, co wyglądało jak smar albo melasa.
Panie Aii, nalej mi coś, proszę, dobrego.
Ale Aii tylko pokręcił głową i burknął:
Ja Bii. Aii chory. — Twardy, mongolski akcent grzmiał nad zgiełkiem piszczących Wietnamczyków. — My różni. Biali zawsze mylą. Tfu! Zaraz przyjdzie kto.
Nie był tym kimś. Zabrał skrzynkę i zniknął na zapleczu. Paloma odprowadziła go wzrokiem, poświęcając mu sekundę dłużej, niż powinna. A kiedy odwróciła się z powrotem — Ren już tam była.
Nie było momentu, w którym podeszła. Nie było dźwięku kroków. Po prostu stała po drugiej stronie lady, jakby zawsze tam była wtopiona w staromodną tapetę lub cienie między półkami. Spojrzenie ciężkie. Ciche. Prawie martwe, ale uważne w sposób, który trudno było zignorować. Przez chwilę nic się nie działo. Światło neonu odbiło się w szkle stojącym na blacie. Gdzieś w tle coś stuknęło. I wtedy, bez zmiany wyrazu twarzy:
Co podać?

Paloma Cortés