Strona 1 z 1

routines in the night

: pt kwie 03, 2026 8:41 pm
autor: Paloma Cortés
walk the layout, routines in the night
some doors have "stay out" spray-painted in white
while all the world's asleep, I walk around instead
through the memories, down the halls of my head

Czarna toyota corolla sunęła gładko po niemal pustej drodze, przez większość czasu z prędkością nieco wykraczającą poza tę dopuszczalną. Słońce dawno już zaszło; jedynie tuż nad linią horyzontu widać było inne barwy, niż rozciągający się już na dobre nad okolicą ciemny granat. Kwietniowy wieczór był chłodny i rześki, lecz wciąż pachnący budzącą się powoli wiosną.
Od powrotu w rodzinne strony minął miesiąc. Cztery długie tygodnie, wypełnione próbami zdobycia informacji o najbliższych jej osobach. Nie mogła teraz przecież liczyć na swoją reputację, którą pogrzebano wraz z pustą trumną już cztery lata temu, a spotkanie w twarzą w twarz… z różnych powodów chciała odsunąć w czasie możliwie najbardziej, jak się dało.
Wizje tego, jak zareagowałaby Cassie na jej powrót, były do siebie raczej podobne. Łatwo było się domyślić, że wybuchowy charakter dziewczyny, który już nieraz je poróżnił (nic dziwnego — w końcu żadna z nich nie potrafiła trzymać języka za zębami), i w tej sytuacji doszedłby do głosu. Wiele wyzwisk, wylanych łez, rozbitych szklanek czy talerzy — być może również na głowie Palomy, a potem ulga, obezwładniająca ulga, że kobieta jakimś cudem wróciła zza grobu.
To reakcji Carlosa nie potrafiła przewidzieć i ta niepewność była… męcząca. To na jego twarzy bała się dostrzec zawód tym, że jednak wymknęła się Santa Muerte i pojawiła z powrotem w Toronto, jak gdyby nigdy nic. Wiedziała, że ją opieprzy. Że mogła zostać w swojej dziurze, dalej udawać martwą, bo jej powrót — który w jej mniemaniu miał pomóc — tylko wszystko skomplikuje. W tych zmartwieniach zapominała tylko o jednej rzeczy. Salazar nie wiedział tego, co ona.
Z zamyślenia wyrwał ją czerwony poblask w oddali. Szwankującego neonu nikt nie pokwapił się naprawić od ostatniego razu, kiedy odwiedziła to miejsce. Uśmiechnęła się półgębkiem, ale grymas nie gościł na jej twarzy zbyt długo. Prędko zastąpiła go nieco zacięta, chłodna determinacja. Ho-Oh pamiętał to oblicze kobiety z czasów, gdy była jeszcze Victorią Sánchez.
Zaparkowała przecznicę dalej. Niespiesznie ruszyła w stronę motelu, niemal odruchowo wydobywając z wewnętrznej kieszeni elegancką, srebrną papierośnicę. Zawahała się jednak, kiedy filtr dotknął pociągniętych ciemną szminką warg. Nie chciała nakładać zapachu dymu tytoniowego na starannie dobraną kompozycję perfum. Machinalnie kliknęła zapalniczką, ale papieros wylądował nienaruszony z powrotem w papierośnicy.
Zgrabnie skrojony prążkowany garnitur niezupełnie przystawał do miejsca, w którym miała spotkać się z potencjalnym klientem, ale Paloma nie zadowalała się bylejakością w tej kwestii. By zrobić odpowiednie wrażenie na rozmówcy nie należało jedynie pojawić się o czasie i bezpardonowo przejść do dyskusji. Każde spotkanie, wszystkie negocjacje, a nawet wymiana zawoalowanych gróźb odbywały się według podobnego schematu, w którym najważniejsze miejsce zajmowało wpłynięcie na jak najwięcej zmysłów drugiej strony.
Stukot obcasów zawsze zapowiadał jej przybycie pierwszy, przykuwając uwagę i nadając rytm kolejnym sekundom tuż przed pojawieniem się kobiety w zasięgu wzroku…
…tak jak obecnie, gdy musiał być słyszalny w recepcji jeszcze zanim Paloma wkroczyła na sypiące się schodki.
Niedługo potem pojawiał się zapach — przyciągający aromat migdałów i kawy odświeżonych bergamotką, z biegiem czasu ustępujące słodkiej, dla niektórych niemal zbyt ulepnej tuberozie, by w trakcie rozmów prowadzonych przyciszonym głosem pozostały już tylko otulające nuty wanilii, tonki i piżma, potęgujące wrażenie intymności…
…i teraz musiał zamknąć nielicznych zgromadzonych w jednej ciasnej, dusznej bańce wraz z wyniosłą kobietą o zdecydowanych rysach.
Dobry wieczór.
Wybiła jedenasta.
Oddziaływanie na wzrok było oczywiste. Intensywne spojrzenie podkreślone makijażem, nienaganna prezencja, wystudiowana, chwilami może nawet nieco teatralna gestykulacja, elegancki strój... potrafiła sprawić, by ją zauważono.
Oparła się o odrapany kontuar i niespiesznie przeniosła wzrok na kobietę po drugiej stronie. Gładka, choć niezdrowo blada cera, ciemne oczy błyszczące zmęczeniem, papieros tkwiący zawadiacko w kąciku ust. Unosząca się znad końcówki smużka dymu szyderczo przesłaniała wiszącą nieco krzywo tabliczkę ZAKAZ PALENIA.
Paloma niemal pozwoliła sobie na uśmiech. Być może iskra rozbawienia była dostrzegalna w ciemnych oczach, ale tylko przez chwilę.
Cortés — rzuciła oszczędnie.
Dotykiem również nietrudno było operować, nawet w przypadku obcych — chwilowe, niby przypadkowe przekroczenie granicy, zbyte jedynie uśmiechem czy spojrzeniem. Spotkanie dłoni na blacie stolika lub trącenie czubkiem buta pod nim… jak łatwo byłoby sięgnąć ku szczupłym palcom, które właśnie niespiesznie kartkowały rzuconą na ladę księgę gości. Nie było to jednak ani potrzebne, ani mile widziane.
To nie na niej Paloma miała wywrzeć wrażenie.
Gdzie jest zegar? — spytała nagle, uważniej lustrując ciasne pomieszczenie. — No? — ponagliła, a widząc wyraz niezrozumienia na twarzy recepcjonistki, przewróciła niecierpliwie oczami. — Kiedyś tutaj wisiał i straszył brzydotą. Zegar z kukułką. Czy raczej… z feniksem.


Renley Masters