Catch me if you can
: pn kwie 06, 2026 8:38 pm
Five.
Westchnął głęboko po schowaniu telefonu z powrotem do kieszeni, zerkając z utęsknieniem w kierunku krzątającej się po odsłoniętej kuchni kucharki. Odłożył kartę restauracyjną, nim zdążył ją dokładnie przejrzeć. Chciał zamówić krewetki w tempurze. Te z obrazka wyglądały naprawdę dobrze. Zerkały na niego idealnie przypieczone i k u s i ł y, by je zamówić. Goście restauracyjni wchodzili i wychodzili, zbyt zajęci dyskusjami przez telefon, lub rozmowami z osobami, z którymi przyszli, by zwracać uwagę na inne rzeczy. Zaledwie pięć minut temu do budynku wszedł mężczyzna rozmawiający przez telefon. Strącił ruchem dłoni szklankę z pobliskiego stolika, której zawartość rozlała się po podłodze. Nawet tego nie zauważył. Zareagował, gdy klientka, której szklankę strącono, podniosła się z miejsca i zwróciła mu głośno uwagę. Mężczyzna z początku nie zrozumiał, o co chodzi. Przysłonił dłonią telefon i zerknął na nią pytająco. Zakończył rozmowę i dopiero wtedy poświęcił jej swoją uwagę. Enzo przestał przysłuchiwać się głośnej wymianie zdań. Zajął się przeglądaniem karty. Wahał się między krewetkami i kurczakiem w jakiejś kokosowej panierce. Lubił jadać w restauracjach — głównie przez klimat. Obecność ludzi nie sprawiała mu problemów. Angażowanie się w niewiele znaczące rozmowy nie należało do jego ulubionych zajęć. Nie nadawałby się do rozmów o pogodzie, czy ulubionej kawie — wolał konkrety. Wymyślanie na bieżąco tematów przychodziło mu z niemałą trudnością — być może dlatego unikał randek i spotkań zapoznawczych. Niektórzy mieli problem z prowadzeniem prostych rozmów, Enzo był idealnym tego przykładem.. Wolał ciszę od zbędnego bełkotu i to w niej odnajdywał się najlepiej. Bywało, że brano go za kogoś zgorzkniałego i nieszczęśliwego, choć tak naprawdę to nie był jego problem. Po bliższym poznaniu okazywało się, że Enzo potrafił rozmawiać bez obrażania się i wyrażał szczerze swoją opinię. Unikał linii ognia nie dlatego, że nie potrafił się kłócić i przerzucać argumentami. Robił to doskonale, dlatego czasem wolał coś przemilczeć, niż wejść w niepotrzebną dyskusję. Raczej starał się nie wchodzić nikomu w drogę i nie prosił się o problemy — po prostu wykonywał swoją pracę.
Telefon od jednego z kontrahentów wybił go z rytmu i sprawił, że Lorenzo od razu zmarkotniał. Rzadko miał uśmiechniętą minę, bo z reguły przybierał poważny wyraz twarzy, ale w tym momencie poczuł prawdziwe rozczarowanie.
— Serio, kurwa? Naprawdę teraz? — mruknął do siebie z niezadowoleniem. Wizja zjedzenia obiadu w restauracji rozmywała się z każdą chwilą coraz bardziej, gdy podnosząc się od stolika, zaczął iść w stronę wyjścia z budynku. Nieprzyjemne burczenie w brzuchu wzmagało irytację. Wychodząc za drzwi, dotknął dłonią do brzucha, masując go z niemałym grymasem wymalowanym na twarzy. Będzie musiał zajechać na stację benzynową po hot-doga, albo burgera z frytkami w zestawie. Zamierzał zjeść go w drodze na lotnisko, słuchając radia z muzyką alternatywną.
Jadąc w stronę lotniska, mijał stojące po obydwóch stronach drogi samochody. Wstrzymany ruch oznaczał wypadek na głównej trasie. Zaklął siarczyście, podpierając ze znudzeniem głowę wewnętrzną stroną dłoni. Przedramię ułożył wzdłuż podszybia czarnej, matowej mazdy. Rzadko bywał zniecierpliwiony, ale teraz, gdy spieszyło mu się na lotnisko, poruszał nerwowo głową i rozglądał się na boki, szukając skrótu. Zależało mu na jak najszybszym opuszczeniu głównej trasy. Zerkając w tylne lusterko, zmarszczył lekko brwi, dostrzegając miejsce zjazdowe. Problem tkwił w tym, że z tyłu stał inny samochód, zastawiający pętle. Nie miał jak go wyminąć. Policjanci nie mówili o wypadku śmiertelnym, więc istniało wysokie prawdopodobieństwo, że po przyjeździe służb ratunkowych, kierowcy będą mogli nadepnąć na gaz. Stał piętnaście minut. W tym czasie zdążyły mu się skończyć frytki. Sięgając palcami do torebki, przesunął opuszkami po szeleszczącym dnie. Pusto. Aż zerknął w stronę opakowania, żeby się upewnić, czy ABY NA PEWNO nie było tam żadnej frytki. Nie było. Nacisnął mocno na pedał gazu, ruszając z miejsca, gdy policjant ruchem ręki wydał na to zezwolenie.
Czas na lotnisku jakby się zatrzymał. Zaparkował samochód na wolnym miejscu, szukając ochrony, albo innej osoby, która mogłaby mu pomóc w odnalezieniu odpowiedniego samolotu. Dookoła nie było ani jednej żywej duszy, co tylko wzmocniło przekonanie, że pasażerowie i pracownicy lotniska, znaleźli się w beznadziejnym położeniu. Wstrzymane loty. Spanikowani ludzie stojący pod samolotem, robili sztuczny tłum, utrudniając policjantowi wyprowadzającego delikwenta z pokładu podniebnej maszyny. Enzo zerknął przelotem na prowadzonego z pochyloną głową mężczyznę i na mundurowego z grobową miną. Cokolwiek wydarzyło się w samolocie, musiało odbić się niezłym szumem. Był pewien, że niebawem lotnisko zapełni się dziennikarzami, którzy zaczną zadawać niewygodne pytania. Wyciągając wizytówkę, przedstawił się funkcjonariuszowi pilnującego wejścia na pokład. Lawrence przecisnął się obok niego.
Chyba trafił do piekła.
Wewnątrz panował gwar, odbijający się echem w głowie Lorenzo. Panika. Chaos. Hałas. Rozmowy ze świadkami, których za chwilę ponownie będzie musiał przepytać. Obsługa samolotu nie do końca chyba wiedziała, co robić. Po pokierowaniu przez funkcjonariusza przeszedł do odpowiedniej klasy, zapoznając się wstępnie z raportem policyjnym. Mężczyzna lat 34 podawał się za niejakiego Timothy'ego Stewart. Proste nazwisko dla prostego człowieka. Niemal od razu poczuł, że coś jest nie tak. Nie dlatego, że dokument wyglądał źle. Wręcz przeciwnie, był zbyt poprawny. Papier po wzięciu do ręki, okazał się zbyt gładki. Prawdziwe dokumenty, nawet te nowe, miały specyficzną, lekko chropowatą strukturę pod palcami. Ten był niemal śliski, jakby wyszedł prosto z drukarki wysokiej jakości. Druk był idealnie równy, pozbawiony mikroskopijnych przesunięć, które pojawiają się w oficjalnych drukach seryjnych. Uniósł papier, by lepiej mu się przyjrzeć. Brakowało subtelnych zabezpieczeń widocznych normalnie pod kątem, lub pod światło. Fotografia się zgadzała. Największy błąd tkwił w czymś innym — numerze dokumentu. Formalnie był poprawny, ale nie pasował do regionu widniejącego w danych właściciela. Nie musiał go zbyt długo oglądać, by zrozumieć, że wyprowadzony z samolotu mężczyzna na pewno nie miał na imię Timothy Stewart.
Uniósł wzrok, gdy obok przemknęła jasnowłosa stewardessa. Zatrzymał ją lekkim gestem dłoni, zerkając na imienną plakietkę przymocowaną agrafką do firmowej koszuli. Harper. Wrócił spojrzeniem do jej twarzy — nie wyglądała najlepiej. I nie chodziło tu o jej wygląd zewnętrzny. Aparycję miała ładną, nawet bardzo, ale po krótkim przyjrzeniu się jej; niezdrowej bladości i nieco przerażonym spojrzeniu, wywnioskował, że nie czuła się zbyt dobrze. Chciał zapytać ją o pasażera, ale nie był pewien, czy w tym momencie powinien był to w ogóle robić.
— Harper... Dobrze się czujesz? Bo powinienem zadać ci kilka pytań... — zagaił, wpatrując się z ciekawością w jej twarz. Mogła poczuć się niezręcznie, zważywszy na intensywność spojrzenia. Nie miał jednak na celu niczego złego. Przyjechał, by wykonać swoją pracę i potrzebował kogoś, kto mu to zadanie ułatwi. Nie był policjantem, nie znał się na procedurach, nie znał szczegółów — sam musiał dopytywać.