Strona 1 z 1

daisy

: pn kwie 06, 2026 9:01 pm
autor: Luna Rivera-Rosenhall
august winters

Kanada była nudna. Podobnie jak nudne wydawało się teraz jej życie. Nie potrafiła rozgryźć Leo na trzeźwo. Może szczęście w nieszczęściu, że sprzedała mu tę bajeczkę o ciąży. Miał całkiem ładny pensjonat, w którym mogła leżeć. Był też dla niej całkiem miły, kulturalny. Nie była przyzwyczajona do tego rodzaju zachowania, ba wręcz przeciwnie. Dla niej było to coś całkowicie nowego i momentami czuła się nieswojo przy kimś totalnie zdrowym psychicznie. Zaskakujące jak bardzo mogła przy nim oddychać, całą piersią była w stanie odetchnąć, chociażby na jeden krótki moment. Może dlatego wyszła?
Przemierzała spokojnie ulice Toronto. Śnieg, fuj. Temperatura, fuj. Pizganie wiatru, fuj. Nie była w stanie odnaleźć się w tej przedziwnie chłodnej temperaturze. Aż znalazła jedno miejsce. Oczy całe się jej zaświeciły. W tym całym, szarym mieście, które przyćmiewało jej aurę, odnalezienie miejsca rozświetlonego blaskiem, czymś niesamowicie prawdziwym było dla niej czymś niesamowitym. Niemalże namacalnie energię. Zajrzała przez szybę, poszukując ziół, ale postać stojąca za ladą jeszcze bardziej ją zaintrygowała. Podobnie jak stokrotki znajdujące się w jednym z wazonów. Oblizała powoli wargi. Tak, to będzie jej nowe miejsce na mapie Toronto, a ta przeurocza blondyneczka jeszcze nie wiedziała, że spotka swoje przeznaczenie o niesamowicie lepkich dłoniach.
Dzień dobry — rzuciła na samym wejściu, zaciągając się zapachem kwiaciarni. Tak pachniała wolność. Coś na wzór dziesiątej shotowej kolejki odcinającej totalnie mózg oraz resztki myślenia. Uczucie ciepła i woń wiosny skutecznie wprawiły ją w niesamowicie dobry nastrój. Może oto powinna poprosić Leo? O więcej życia w pensjonacie — przepraszam... Poszukuję leczniczych kwiatów. Wiem, że to nie jest zielarnia, ale może ma Pani coś na zbyciu? — zaczęła spokojnym tonem, bo chciała zakręcić kobietę wokół własnego palca — poza tym ma Pani niesamowitą energię jak Demeter — grecka bogini urodzaju, zbóż, płodności ziemi. Czy to określenie nie pasowało do florystki przed nią?

daisy

: wt kwie 07, 2026 6:47 am
autor: august winters
Było już oficjalnie tylko kilka dni do otwarcia jej kwiaciarnio-kawiarni „Seasons”. Czy się stresowała? Niesamowicie. Czy jednocześnie cholernie się cieszyła? Zajebiście mocno. August chodziła od progu do progu, upewniając się, że wszystkie kombinacje kwiatów, które miała w swojej wizji, na pewno do siebie pasują. Kochała różnokolorowe barwy, ale chciała też mieć pewność, że będzie miała tutaj coś dla każdego, dlatego lubiła pobawić się również trochę ciemniejszymi kompozycjami. Ale no... to jeszcze nie było otwarcie, więc żeby choć trochę ochłonąć, postanowiła wskoczyć za ladę i zrobić sobie kawusię, a jakby jeszcze jebnęła na niej ładne latte art, to w ogóle byłby cud, miód i syropik klonowy jeziorkiem Ontario płynący.

Odmierzyła odpowiednią ilość ziaren kawy, zmieliła je w młynku, wsypała do kolby i włączyła gorącą wodę. Z maszyny zaczęła lecieć ciemna ciecz, podczas gdy ona spieniała mleko, żeby było idealnie smooth, takie jedwabiste, że aż palce lizać. Po chwili wlała je do kubka, starając się wyczarować jakiś symbolek, ale akurat wtedy, kiedy się skupiała, usłyszała charakterystyczny dzwoneczek oznaczający, że ktoś wszedł do środka. Ręka jej się omsknęła i z latte art wyszło coś bardziej na miarę półksiężyca niż czegokolwiek sensownego. Zmarszczyła nos, mruknęła pod nosem - Dang it - i wychyliła się zza lady, żeby zobaczyć piękną kobietę o opalonej skórze. Uśmiechnęła się, pomachała jej i rzuciła,- Dobry, dobry! - Rozbawił ją fakt, że kobieta kompletnie zignorowała napis informujący, że lokal był jeszcze zamknięty. A może problem polegał na tym, że August ustawiła go tak, że prawie cały zasłaniały kwiaty? Ah, tak. Typowe roztargnienie.
Słuchała kobiety i kiwała głową.- Kwiaty lecznicze? Niezbyt, ale dałaś mi właśnie pomysł, w co powinnam się jeszcze zaopatrzyć na oficjalne otwarcie w sobotę. - Prychnęła pod nosem, a po jej komplementie zerknęła na swoją kawę. - Oh, a ty mi księżyc! - Może nie było to jakieś szczególnie boskie porównanie, ale pomyślała sobie, że w sumie całkiem dobrze do niej pasowało.

nowa klientka?

daisy

: wt kwie 07, 2026 2:10 pm
autor: Luna Rivera-Rosenhall
august winters

Tak, rośliny lecznicze — dla Riviery brzmiało to niczym największa oczywistość na całej kuli ziemskiej. W zasadzie tak właśnie było. Każdy w domu, a zwłaszcza w kwiaciarni, musiał mieć się, gdzie w takie rośliny zaopatrzyć. Czasami potrafiły działać lepiej niż jakiekolwiek tabletki przeciwbólowe. Chociaż Luna mogła aż za bardzo w nie uwierzyć. Zaraz przechyliła głowę, bo nie wierzyła właśnie w to, co usłyszała — mogą być najbardziej standardowe, bo poszukuję osoby, u której mogłabym się zaopatrzyć — stwierdziła, unosząc oba kąciki ust ku górze. Powoli przestawała interesować ją kradzież. Chociaż tamte stokrotki wyglądały zaskakująco ładnie, bardziej skupiła się na zapachu kawy, który powoli dochodził do jej nozdrzy.
Jeszcze nie jest otwarte? — spytała, rozglądając się po całym pomieszczeniu. Może w Toronto mieli jakieś przedziwne godziny otwarcia, o których pierwszy raz słyszała. Dopiero później zrozumiała, że chodziło o otwarcie samego sklepu. Teraz faktycznie wszystko składało się jej w jedną, spójną kupę. Musiała to przyznać bez żadnego bicia — a wygląda, jakby było... żadnej tabliczki nie widziałam, a całe to wypełnienie i światła... — wymruczała, spoglądając na gotowe kompozycje. Niczym się to nie różniło od otwartego lokalu. Sobota? Który był dzisiaj dzień tygodnia? Delikatnie zmarszczyła brwi, zastanawiając się, co powinna ze sobą zrobić — przeznaczenie samo kazało mi tu przyjść — stwierdziła łagodnym tonem. Karma oraz chęć zwędzenia paru stokrotek potrzebnych do rytuałów odprawianych w pensjonacie jej ukochanego męża. Aż zastanawiała się, dlaczego jeszcze jej z niego nie wywalił.
Znasz się na magii? — spytała lekko zszokowana. Nie spodziewała się po kobiecie... odgadnięcia jej imienia. Rivera wolno zlustrowała ją wzrokiem. Wyglądała jak typowa śmiertelniczka, miała w sobie pozytywną aurę, ale czy to było wystarczające — nazywam się Luna. Luna oznacza magię, intuicję oraz fakt księżyc, chociaż w ogóle go nie przypominam — i musiała poznać jej imię. Dowiedzieć się, co dokładnie kryło się za kobietą, którą miała właśnie przed sobą. Ludzie ot tak nie zgadywali jej imienia. Momentami miała wrażenie, że każdy krzyczy Luna, ale wtedy zdała sobie sprawę, że ludzie w ten sposób nazywali psy — a ty?

daisy

: śr kwie 08, 2026 7:20 am
autor: august winters
August słuchała dziewczyny i kiwała głową na znak, że okej, totalnie z nią relowała, tylko że przy całym tym zawrocie głowy i zgiełku związanym z otwarciem nawet ani trochę nie pomyślała o tych cholernych leczniczych zieleninkach. - Jedyne, co mam, to rumianek. Mogłabym ci dać na koszt firmy, o! - odparła dumnie, wypinając pierś i zarzucając ramię na ramię w geście pod tytułem - widzisz, jaka ze mnie zajebista właścicielka? Będziesz wracała po więcej. Obsługa klienta normalnie pierwsza klasa, pięć gwiazdeczek na Google Reviews poproszę.
To, że jeszcze nie było otwarte, a Winters zostawiała drzwi otwarte, żeby ktokolwiek z zewnątrz wszedł, to już była osobna sprawa. Nie ogarniała, że powinna bardziej uważać na siebie i na wszystko, co ją otaczało. Sam fakt, że wylądowała na olbrzymim wikingu w zeszłym tygodniu, potem się z nim całowała, a teraz jakaś kompletnie nieznajoma kobieta wparowuje jej do kwiaciarni? Welp. No ładna była, no co powiedzieć?

Przygryzła policzek i zaśmiała się pod nosem. - Ah, przygotowuję wszystko do otwarcia! Jak widzisz, jestem troszkę roztargniona i czasami potrafię zapomnieć, jak się nazywam. - Machnęła ręką, a na wspomnienie o przeznaczeniu uśmiechnęła się jeszcze szerzej. - Dokładnie tak. Teraz już nie możesz wybrać innej kawiarni, w której będziesz piła kawę, bo przyniesie ci to siedem lat nieszczęść, zaufaj mi… - zmarszczyła nos. - Ja znam się na rzeczy. Na magii nie bardzo, ale jak ty wiesz co nieco, to możesz się śmiało podzielić. - zerknęła na swoją kawę i upiła łyk. - Swoją drogą, chcesz kawę? - Uśmiechnęła się szeroko, czekając, aż dziewczyna coś odpowie. Ah, Luna. No proszę, może jednak znała się na magii. Albo po prostu to jej koślawa konfiguracja ruchowa doprowadziła do tego, że dosłownie odgadła imię dziewczyny. No nic. Trochę scary shit, ale tym razem była w stanie to zaakceptować. - Luna, bardzo ładnie. Miło cię poznać. - swoją drogą taki szybki kurs rozmowy z innymi ludźmi by jej się przydał. W końcu musiała zgrywać profesjonalną, poważną właścicielkę. Ah, kurwa, kogo ja oszukuję? - pomyślała, przewracając oczami sama na siebie. - August Winters. - Wyciągnęła dłoń w kierunku dziewczyny, czekając, aż ta ją uściśnie. Nie była pewna, czy to będzie zwykły uścisk, czy jakiś pakiet krwi bez czerwonej cieczy, który połączy je w dziwny sposób, ale była ciekawa, dokąd ta znajomość ją zaprowadzi.

Luna

daisy

: śr kwie 08, 2026 6:18 pm
autor: Luna Rivera-Rosenhall
august winters

Rumianek? — zagadnęła, przechylając delikatnie głowę. No tak, tego mogłaby się spodziewać. Widziała białe kwiaty z żółtymi kwiatostanami. Miały w sobie coś przedziwnego, coś czarującego obok, czego nie dało się przejść w obojętny sposób. Przymknęła na moment powieki, zastanawiając się, w jaki sposób powinna złożyć odpowiednio zdanie — nawet mógłby być dobry... — mruknęła finalnie, unosząc kąciki ust. Dodatkowo za darmo, a miała przecież go ukraść. Czy ta drobna kobieta postanowiła w jakiś sposób odgadnąć jej zamiary? Musiała powiedzieć, że była pod wrażeniem — poszukuję kogoś, kto miałby dobrej jakości rośliny, jeśli mam być szczera, bo... jestem zielarką — stwierdziła, przegryzając dolną wargę. Mogłaby zostać stałą klientką, o ile jakość... rumianku okazałaby się dla niej odpowiednia. Część roślin i tak musiała sprowadzać z Chin, bo nie wszystko była w stanie wyhodować, czy dostać na miejscu.
Naprawdę? — zagadnęła, unosząc do góry jedną brew — to jakim cudem otwierasz lokal? — i nie była to skarga, a coś w rodzaju komplementu. Lokal wyglądał porządnie, przykuwał uwagę na szarych ulicach Toronto jego pozytywnością.
Zobaczymy, czy mój mąż nie będzie, kazał mi wracać do Stanów — wymruczała lekko niezadowolona Rivera. Ah, ten Leo Rosenhall, dopiero przyjechała do niego z dużymi, brązowymi tęczówkami, licząc na wielkie przyjęcie, a nic takiego nie miało miejsca — eh, nawet nie wiesz, jakie są wagi — aż musiała machnąć dłonią. Jasne, rozumiała, że zakłócała jego harmonię. Naprawdę była w stanie to zrozumieć. Tylko do cholery ożenił się z nią po piekielnie dobrym seksie, musiał wiedzieć, co robi.
Oh, poproszę — kawa zawsze się przyda zdecydowanie — oczyścić Ci lokal ze złych duchów? Mogę odprawić rytuał oczyszczenia? — zagadnęła Luna, unosząc do góry kąciki ust. Gdzieś na dnie torby miała kadzidła z białej szałwii — szczerze... przedziwna jest tu energia, jakby ktoś tu umarł — kłamstwo. Nie czuła bardziej pozytywnej aury, ale chciała wmówić blondynce, że jest jej potrzebna. Rivera doskonale zdawała sobie sprawę, kiedy zacząć czarować innych ludzi i lubiła to wykorzystywać.
Ciebie też — uścisnęła rękę i przechyliła głowę, mierząc kobietę od stóp do głów — August? Dostojna, majestatyczna, boska — no i oczywiście sierpień — takie jest znaczenie twojego imienia. Co masz w sobie z boga? — spytała poważnym tonem, patrząc jej prosto w oczy. Pozwoliła, by cisza między nimi zawisła, tworząc dziwne napięcie — oh, pewnie chodzi o robienie innym kawę, czy coś więcej? — kolejne niezręczne pytanie, ale z jakiegoś powodu czuła, że blondynka się odnajduje w tej atmosferze. Zresztą Luna nie mogła pozwolić sobie na chwilę normalności.

daisy

: czw kwie 09, 2026 3:49 pm
autor: august winters
Kiwała głową, słuchając Luny, i szczerze próbowała nie parsknąć śmiechem, kiedy tamta zaczęła mówić o jakości roślin. No proszę, zielarka. Oczywiście, że musiała trafić akurat na nią, z jej jednym marnym rumiankiem w całym lokalu.- Rumianek na koszt firmy to rumianek na koszt firmy - odparła z szerokim uśmiechem.- Jak będziesz zadowolona, to wrócisz. A jak nie, to przynajmniej powiesz mi, co było nie tak, żebym następnym razem nie dała dupy.- jak chwilę później kobieta zapytała, jakim cudem w ogóle otwiera lokal, August zaśmiała się głośno i machnęła ręką. - Dobre pytanie. Sama się czasem nad tym zastanawiam. Po prostu… jakoś idzie. Jak widzisz… - rozejrzała się po swoim lekko chaotycznym, kwiecistym królestwie - wygląda to lepiej niż w mojej głowie, więc uznaję to za sukces. - Na wzmiankę o mężu i wracaniu do Stanów August uniosła brew, ale nie drążyła. Mąż? Okej, noted.- Długo jesteście małżeństwem? - zapytała z zaciekawieniem, sięgając po drugą filiżankę. - Zaraz ci zrobię. Mocną czy raczej taką, co nie odstrzeli ci głowy?

Serio zadziwiała ją bo po chwili jednak Luna zaproponowała rytuał oczyszczenia i wspomniała o 'dziwnej energii, jakby ktoś tu umarł', August zmrużyła oczy i prychnęła pod nosem. - Serio? - zaśmiała się nerwowo. - No dzięki, właśnie tego mi brakowało do szczęścia. Żeby mi ktoś powiedział, że w moim nowym lokalu śmierdzi śmiercią, zamiast pachnieć kwiatami.- Przechyliła głowę, przyglądając się Lunie z mieszanką rozbawienia i lekkiego niepokoju.- Ale spoko, jeśli chcesz odprawić ten swój rytuał, to wal śmiało. Bylebyś nie podpaliła mi suszonych kwiatów, bo jeszcze nie mam ubezpieczenia. - Luna robiła na niej niemałe wrażenie. Zdecydowanie nie była osobą, którą spotyka się na co dzień w tych okolicach. Ba, nawet w całym mieście.- Dostojna, majestatyczna, boska… - powtórzyła powoli, unosząc kącik ust.- Za bardzo mi schlebiasz. Jestem po prostu roztargnioną blondynką, która rano tak bardzo się spieszy, że zakłada dwie różne skarpetki. - Posłała jej ciepły usmiech. - A ty? Luna… to brzmi, jakbyś naprawdę spadła z nieba. Albo przynajmniej umiała sprawić, żeby człowiek tak pomyślał. - spojrzała na nią mrużąc oczy - Nie próbujesz mnie przypadkiem oczarować, eh?

wróżka

daisy

: czw kwie 09, 2026 10:27 pm
autor: Luna Rivera-Rosenhall
naiwna

Na pewno? Jeszcze nie masz dochodu, a już jesteś gotowa na straty? — spytała wprost, przechylając głowę. Dziewczyna była.. przeurocza, ale też stosunkowo naiwna. Nie wierzyła w takie dobre duchy, coś musiało się za nimi kryć, ale jeszcze nie potrafiła odgadnąć co konkretnie. — naprawdę jesteś gotowa, żebym powiedziała? Wiesz, czy dostał jakiś nawóz? Wpływają one na fitohormony — spytała, ciągnąc temat dalej. O ile Rivera-Rosenhall była osobą... niezbyt wykształconą, to trzeba było powiedzieć, że znała się na własnym fachu. Wiedziała, czego powinna unikać, a co warte było wzięcia pod uwagę — no jest całkiem uroczo, muszę to przyznać — stwierdziła, rozglądając się po lokalu — magia kwiatów zawsze rozbija ludzką szarość betonozy — Luna często mówiła mądrymi słowami, sklejonymi jakby z chatu, ale prawda była niestety gorsza. Przepowiadając ludziom przyszłość, nauczyła się bardzo mydlić innym oczy — może tydzień? Ale tydzień też się znamy — chyba tyle razem byli. Szczerze, nie była tego pewna. Nabrała powietrza do płuc, analizując wszystkie myśli, przechodzące jej przez głowę — mocną. Człowiek nie żyje dla odrobiny wiatru we włosachcarpe diem. Słaba kawa to słabe życie. Mogło brzmieć to prozaicznie, ale Luna wierzyła, że trzeba było żyć na pełnych obrotach, by choć odrobinę docenić ludzką nędzę, jaką gotowało życie.
Tak, zdecydowanie jest tu nie tak. Nie czujesz tego zapachu wilgoci? To zapach śmierci — aż zmarszczyła delikatnie nos. Lawenda. Ją gdzieś musiała tu wyczuć, nie przepadała za jej intensywnym, przebijającym się zapachem — czuć kwiaty, ale śmierć jest przez nie chowana — a tylko jej magiczny, kłamliwy nos był w stanie to wyczuć — spokojnie, to tylko kadzidło białej szałwii. Usuwa ona złą energię, odpręża, a dodatkowo odkaża powietrze — prawdziwa zielarka weszła do kwiaciarni. Szkoda, że August nie wiedziała, co jeszcze Rivera chowała w swojej uroczej torebce — idealna na świeży start — stwierdziła, wyciągając kadzidełko białej szałwii z torebki. Jeśli ktokolwiek myślał, że Luna jest wyjątkowo, to miał rację.
To oznacza twoje imię — aż przechyliła głowę. Faktycznie, nie pasowała do własnego imienia — a dziś masz dwie różne? Jeśli to codzienny rytuał, to nie oznacza on wpadki — zaśmiała się pod nosem. Czasami takie gesty przynosiły szczęście. — ohh, próbuję — od razu na jej twarz zawitał zadziorny uśmiech — jestem też wróżką, potrafię przepowiedzieć twoją przyszłość — odkrywała własne karty, ale może liczyła na darmową reklamę? Sama nie wiedziała. Za to wyczuwała powoli energię kwiaciarki — rak, prawda? Empatyczna, opiekuńcza i wrażliwa — spytała wprost — woda, rządzona przez księżyc — zabawne, bo przecież przed August stała właśnie Luna— jesteś pewna, żeby odprawiać rytuał? — nie żeby miał on jakieś konsekwencje — chyba, że nie wierzysz w złe duchy — Luna wierzyła. Tyle  że w tym miejscu czuła jedynie pozytywną energię, której nie dało się w żaden sposób zaprzeczyć. Ale co trzeba sprzedać kit, to trzeba sprzedać.

daisy

: ndz kwie 12, 2026 5:23 am
autor: august winters
Nie myślała o tym jak o stracie, a raczej jak o dobrym uczynku, który mogła zrobić dla innej osoby. Takim, przez który może tamta jeszcze kiedyś wróciłaby do tego miejsca, co swoją drogą sprawiało, że była to całkiem niezła inwestycja, no nie? Pars­knęła śmiechem, przyglądając się jej. - Na pewno. Proszę, zaufaj mi w tej kwestii i nie kwestionuj mojej życzliwości, mkay? - uśmiechnęła się szeroko. Po chwili jednak wyraz jej twarzy zmienił się bardziej w zaciekawienie. Serio była cholernie ciekawa, co to za duch czaił się w ścianach jej kawiarni. Jeżeli coś w rodzaju Beetlejuice’a, to sign her the fuck up, bo był nawet hot. Ale jeżeli coś na miarę Babadooka, to wolała spierdalać gdzie pieprz rośnie. - Nawóz? Fitohormony? - zapytała, kompletnie zbita z tropu. Nie była pewna, co za pierdostoły tamta do niej mówiła, ale i tak przytakiwała głową, mimo że chwilę później przyznała, - Nie mam pojęcia, co do mnie mówisz, ale nawóz powinnam gdzieś mieć. - zaśmiała się.

Dziewczyna przez moment zaczęła robić się coraz bardziej creepy... like next level creepy - taki, gdzie gęsia skórka powolutku przechodzi ci przez przedramiona, sprawiając, że włoski stają ci dęba. Sam sposób, w jaki się rozglądała, jak wypowiadała te kurewsko mądre słówka, które August możliwe, że kiedyś napotkała randomowo przy wypełnianiu krzyżówek albo podczas porannego siedzenia na kiblu między scrollowaniem TikToka, ale to już nieważne. Słuchała jej uważnie, dalej kiwając głową i udając, że totalnie wie, o co chodzi. Że dokładnie tak, pełna zgoda w kwestii kwiatów. Dlatego szybciutko rzuciła pytaniem o jej małżeństwo, a chwilę później omal nie zeszła na zawał. - Tydzień?! - wyrzuciła z siebie, szybko zakrywając usta.Do jasnej Petronelki. Holy Macaroni, o co chodzi z tą kobitką? Z jednej strony było to naprawdę coś godnego podziwu, ale z drugiej, the fuck!? - Myślała, że tylko to pomyślała, a nie powiedziała na głos.- Jak to tydzień? - dopytała, wciąż będąc cholernie skonfundowana tymi wieściami.

Uniósłszy palec, jakby właśnie doznała olśnienia, na wieść o mocnej kawce, rzuciła podekscytowane,- here it goes.- Nalała jej mocnej kawy do filiżanki, a podczas przygotowywania uniosła głowę, słuchając jej dalszych wywodów o śmierci.- Wilgoć? - chwyciła dłonią opadające kosmyki włosów.- Nie, to chyba tylko moje włosy. - Wzruszyła ramionami, po czym przyjrzała się jej i uśmiechnęła szeroko na widok kadzidełka.- Jeju, czad. Ile jestem ci winna? - zapytała, by po chwili znowu niemal dostać zawału, kiedy tamta odgadła jej znak zodiaku.- Jak?! Jak ty to wiedziałaś?! I nie wiem, chyba wierzę, chyba nie? Pozbądźmy się tego czegoś, zanim mi zepsuje otwarcie. - Przejechała dłonią po twarzy, chwyciła kubek i wysunęła go w jej stronę. - Proszę, kawka.

wróżka

daisy

: ndz kwie 12, 2026 9:19 pm
autor: Luna Rivera-Rosenhall
august winters

Niech będzie 一 ale o losie, Luna nie znała czegoś takiego jak ludzka życzliwość. Za dzieciaka musiała kraść, żeby móc przeżyć. Ojca praktycznie nie było, matka nieobecna zamknięta w sobie przez uzależnienie. Rivera miała jedynie siebie oraz własne rodzeństwo, na które mogła liczyć. Opiekowali się nią, a ona młodszymi. W taki sposób ukształtowało ją życie. Ludzka życzliwość zawsze miała drugie dno 一 tak 一 kiwnęła delikatnie głową 一 nie chcę nawozu. Rośliny do ziół powinny być jak najbardziej naturalne, by nie naruszać harmonii organizmu 一 westchnęła cicho, przyglądając się bacznie August. Może jednak zielarka powinna zrobić jej drobny wykład na temat roślin? Nie zawsze chodziło jedynie o piękny wygląd kompozycji. Niektóre rośliny dłużej żyły, gdy nie były dobierane z innymi, a działanie fitohormonów wpływało na przeżywalność bukietów. Cytokininy przedłużały ich kwitnienie i były specjalnie dodawane do wazonów z wodą, by przedłużyć ważność kwiatów.
Tydzień 一 kiwnęła jeszcze raz z poważną miną. Aż uśmiechnęła się szerzej, wspominając ich pierwszą, wspólną noc. Była wręcz idealna. Leo był idealny. Inaczej nawet pijana nie oddałaby mu ręki, pochwy, dupy. Wszystko mogła mu oddać i choć rzeczywistość okazywała się być bardziej chłodna, niż sama się spodziewała, to chciała tego małżeństwa całą sobą 一 magia Vegas, magia zajebistego seksu. Po prostu wiedziałam, że to ten jedyny. To było przeznaczenie 一 i szczerze dalej w to wierzyła. Czekała, by wrócić do domu, by móc wykonać dla niego obiecany striptiz z Vegas. Może nie znali się długo, ale... gdyby nie było między nimi niezrozumiałej chemii, nic by się nie stało, prawda? Ich ciała były jak połączone naczynia, a mimo zejścia z jej organizmów procentów, dalej w to wierzyła.
Dziękuję 一 rzuciła z przepięknym uśmiechem na twarzy. Uwielbiała August z każdą kolejną chwilą, a kawa? Wyborna. Nie potrzebowała więcej do szczęścia 一 nie tylko twoje włosy są wilgotne 一 stwierdziła, mrugając oczyma. Luna już się nauczyła, że kwiaty powodowały wilgoć w domu. Dla niej było to oczywiste, że trzeba było zainwestować w urządzenie do zbierania wilgoci, ale... nie będzie wszystkiego mówiła na raz 一 Nic, kawę mi zrobiłaś 一 czyli Luna wyjdzie bez jakiegokolwiek długu 一 skąd? Mówiłam Ci, jestem wróżką 一 zaćwierkała, unosząc oba kąciki ust ku górze 一 już, już... 一 i zaczęła odprawiać jakaś regułkę po łacińsku, żeby zrobić wrażenie. Przecież wiedziała, jak ogłupiać ludzi, a kolejna klientka brzmiała cudownie. Zresztą gołym okiem dało się wyczuć, że jest rakiem.