I've been waiting for someone like you
: wt kwie 07, 2026 7:32 am
Czy to była randka, czy zapraszanie ludzi do swojej jeszcze nie otwartej kawiarni, na kolację, było normalnym, całkiem platonicznym, przyjacielskim gestem...? Szlag by trafił jego brak doświadczenia, ale tak zupełnie szczerze liczył na to, że może chciała go przetestować (znów) czy mógłby się nadawać na ewentualną randkę.. Ugh, okay, to słowo nosiło dla niego absolutny niesmak po jego ostatniej przygodzie z pewną lekarką. Miał szykować randeczki i się starać, goniąc za własnym ogonem, prawdopodobnie w nieskończoność. Przynajmniej nie stracił aż tak dużo czasu i generalnie może i dobrze, że stało się, jak się stało. Nie był już tak uparcie przekonany, że związki nie były dla niego.. Lubił pomysł gotowania dla kogoś, budzenia się przy kimś, lubił ten pomysł, w którym spędzał z kimś czas, preferowanie bez uczucia, jakby ciągle musiał nad czymś pracować... Nad Ward musiał pracować non stop. Czytać w myślach i domyślać się, chodzić na palcach po rozbitym szkle, uważać, by przypadkiem nie powiedzieć czegoś nieodpowiedniego, żeby... A, chuj, nie ważne. Nie chciał o niej myśleć, w sumie życzył jej jak najlepiej, byle nie w jego najbliższym otoczeniu.
Z wykształcenia był Sous Chef, dosłownie spędził kilka lat w kulinarnej szkole ucząc się jak przygotować menu i ślęcząc nad logistycznymi pierdołami, próbując udawać, że obchodzi go managment. Nie obchodził. Lubił gotować, tak i jako ledwo dorosły gówniarz stwierdził, że to będzie dobra ścieżka zawodowa. Wybrać coś, co lubił robić, co nie miałby nic przeciwko robić przez następne kilka lat i co do tego mógł iść studiować, dla świętego spokoju, żeby rodzice nie zagadali go na śmierć o tym jak ważny jest dyplom. Na tamtą chwilę nadal swojego dyplomu nie użył, odmawiając wspinania się po szczeblach kariery, a o pomyśle zmiany pracy nawet nie powiedział matce, nie chcąc, żeby dostała zawału przedwcześnie.. Powie jej, jak już się dostanie, zanim zniknie na trzy miesiące? Tak, to był znacznie lepszy pomysł.
Prosta kolacja, tak naprawdę. Danie główne, pieczona Lasagna z sosem z włoskiej kiełbasy, na deser panna cotta, a w oczekiwaniu na to, aż danie główne przyrumieni się w jej piekarniku, świeże caprese.. Nawet się postarał i zrobił mozarellę, okay? Przygotował wszystko z samego rana, składniki na caprese skroił, zapakował do osobnych pojemniczków z kratkami do odsączania, odłożył na bok małą butelkę swojej ulubionej oliwy, by na pewno nie zapomnieć, himalajską sól i podręczny, w sumie dość mały moździerz do przypraw. Lasagne przyrządził od początku do końca, pilnując czasu, by nie przedobrzyć; chciał, by ostatnie 15 min piekła się już na miejscu. Panna cotta właściwie robiła się sama, jedyne co musiał zrobić, to dać jej czas, żeby się zsiadła. Pod wieczór wszystko zapakował do podróżnej lodówki i tyle go widzieli.. Swoją drogą, był ogromnie zadowolony, że w ich planach nie było niczego wskazującego na potrzebę przynoszenia alkoholu; uznał, że jeśli koniecznie chciała, by coś przyniósł, to by mu napisała, prawda? Byłby jak najbardziej zadowolony, popijając herbatę, albo okropnie słodką kawę.
- Hey! Dostawa. - jak zawsze, dziesięć minut wcześniej, bo nie byłby sobą, gdyby było inaczej. Wyszczerzył się do niej szeroko, serce podskakiwało mu z ekscytacji w klatce na jej widok. Zanim tak na dobrą sprawę pomyślał, co robił, pochylił się do niej, dotykając swoim policzkiem jej policzka; na swoją obronę miał w sumie to, że był Europejczykiem.. Ale i tak jego twarz oblała się rumieńcem. Brawo Theo.
- Mam jedno główne, które potrzebuje może 15 min w 190', ale żeby nie czekać na pusty żołądek, to mam też przystawkę! I deser. Tak, trochę śmiesznie, bo przecież pieczesz i masz tu pewnie lepsze rzeczy, ale pomyślałem o tym dopiero jak już zacząłem robić.. - nieogarnięty, jak zawsze i cierpiący na nałogowe staranie się nieco za bardzo. Odstawił swoją lodówkę, wyciągając na blat lasnagne i wszystko, co mu było potrzebne do przystawek, deser zostawiając, żeby się za bardzo nie ogrzał. - Oh i... Nudziło mi się, jak czekałem, więc.. - wyciągnął, również z lodówki, kawałek papieru, złożony na pół... Menu! Odręcznie napisane, przygotowane profesjonalnie, jak mogła by się tego spodziewać w restauracji, tyle że zamiast fancy druku na jeszcze bardziej fancy papierze, po prostu długopis na najprostszej, białej kartce jak do ksero. Złożonej na pół. I musiało mu się nudzić naprawdę, bo w kątach na każdej ze stron wykonał małe, ozdobne szlaczki, które zwykle były pieczątką, albo zdobieniami w sztucznej skórze, poznaczone złotkiem... Nope. Czarny długopis. Tak czy siak, dał jej to menu, rozbawiony niesamowicie swoimi marnymi umiejętnościami.
słonko
Z wykształcenia był Sous Chef, dosłownie spędził kilka lat w kulinarnej szkole ucząc się jak przygotować menu i ślęcząc nad logistycznymi pierdołami, próbując udawać, że obchodzi go managment. Nie obchodził. Lubił gotować, tak i jako ledwo dorosły gówniarz stwierdził, że to będzie dobra ścieżka zawodowa. Wybrać coś, co lubił robić, co nie miałby nic przeciwko robić przez następne kilka lat i co do tego mógł iść studiować, dla świętego spokoju, żeby rodzice nie zagadali go na śmierć o tym jak ważny jest dyplom. Na tamtą chwilę nadal swojego dyplomu nie użył, odmawiając wspinania się po szczeblach kariery, a o pomyśle zmiany pracy nawet nie powiedział matce, nie chcąc, żeby dostała zawału przedwcześnie.. Powie jej, jak już się dostanie, zanim zniknie na trzy miesiące? Tak, to był znacznie lepszy pomysł.
Prosta kolacja, tak naprawdę. Danie główne, pieczona Lasagna z sosem z włoskiej kiełbasy, na deser panna cotta, a w oczekiwaniu na to, aż danie główne przyrumieni się w jej piekarniku, świeże caprese.. Nawet się postarał i zrobił mozarellę, okay? Przygotował wszystko z samego rana, składniki na caprese skroił, zapakował do osobnych pojemniczków z kratkami do odsączania, odłożył na bok małą butelkę swojej ulubionej oliwy, by na pewno nie zapomnieć, himalajską sól i podręczny, w sumie dość mały moździerz do przypraw. Lasagne przyrządził od początku do końca, pilnując czasu, by nie przedobrzyć; chciał, by ostatnie 15 min piekła się już na miejscu. Panna cotta właściwie robiła się sama, jedyne co musiał zrobić, to dać jej czas, żeby się zsiadła. Pod wieczór wszystko zapakował do podróżnej lodówki i tyle go widzieli.. Swoją drogą, był ogromnie zadowolony, że w ich planach nie było niczego wskazującego na potrzebę przynoszenia alkoholu; uznał, że jeśli koniecznie chciała, by coś przyniósł, to by mu napisała, prawda? Byłby jak najbardziej zadowolony, popijając herbatę, albo okropnie słodką kawę.
- Hey! Dostawa. - jak zawsze, dziesięć minut wcześniej, bo nie byłby sobą, gdyby było inaczej. Wyszczerzył się do niej szeroko, serce podskakiwało mu z ekscytacji w klatce na jej widok. Zanim tak na dobrą sprawę pomyślał, co robił, pochylił się do niej, dotykając swoim policzkiem jej policzka; na swoją obronę miał w sumie to, że był Europejczykiem.. Ale i tak jego twarz oblała się rumieńcem. Brawo Theo.
- Mam jedno główne, które potrzebuje może 15 min w 190', ale żeby nie czekać na pusty żołądek, to mam też przystawkę! I deser. Tak, trochę śmiesznie, bo przecież pieczesz i masz tu pewnie lepsze rzeczy, ale pomyślałem o tym dopiero jak już zacząłem robić.. - nieogarnięty, jak zawsze i cierpiący na nałogowe staranie się nieco za bardzo. Odstawił swoją lodówkę, wyciągając na blat lasnagne i wszystko, co mu było potrzebne do przystawek, deser zostawiając, żeby się za bardzo nie ogrzał. - Oh i... Nudziło mi się, jak czekałem, więc.. - wyciągnął, również z lodówki, kawałek papieru, złożony na pół... Menu! Odręcznie napisane, przygotowane profesjonalnie, jak mogła by się tego spodziewać w restauracji, tyle że zamiast fancy druku na jeszcze bardziej fancy papierze, po prostu długopis na najprostszej, białej kartce jak do ksero. Złożonej na pół. I musiało mu się nudzić naprawdę, bo w kątach na każdej ze stron wykonał małe, ozdobne szlaczki, które zwykle były pieczątką, albo zdobieniami w sztucznej skórze, poznaczone złotkiem... Nope. Czarny długopis. Tak czy siak, dał jej to menu, rozbawiony niesamowicie swoimi marnymi umiejętnościami.
słonko