I needed you and I'm sorry
: wt kwie 07, 2026 8:25 pm
#3
Tak bardzo żałowała, że ją straciła. To uczucie przez te wszystkie lata do niej wracało. Czasami pukało ciszej, a czasami aż odbierało jej oddech. Nigdy nie chciała tego, żeby ta opuściła jej życie. Poznały się w momencie, kiedy Victoria w końcu zaczynała swoje dorosłe życie. Studia, pierwsza praca, pierwsze własne mieszkanie.
Tori pamiętała, jak Ophelia siedziała na podłodze pod jakąś salą wykładową, śmiejąc się do telefonu i jedząc jabłko. Pamiętała, jak wtedy Tori zwróciła uwagę na jej fryzurę, którą skomplementowała, i od tego się zaczęło.
Ophelia była jedyną osobą, która kiedykolwiek była jej tak od początku do końca. Nie była tym innym dzieckiem, które mieszkało raze z nią u rodziny zastępczej. Nie była znajomą znajomej.
Victoria sama nie wiedziała już, kiedy był ten moment, gdy straciła ją ze swojego życia. Wiedziała, że sama do tego dopuściła. Słuchała podszeptów męża mówiących: ona tak naprawdę cię nie wspiera. Nie chcę cię kontrolować, ale źle się czuję, kiedy się z nią spotykasz. Czuję się wtedy nieważny.
Wszystkie te słówka, których w tamtym momencie Tori nie słyszała. Pragnąc miłości, którą przeżywała pierwszy raz w życiu, dawała sobą manipulować, aż w końcu Ophelia zniknęła z jej życia.
Od kiedy się rozwiodła, zbierała się w sobie, żeby zadzwonić do byłej przyjaciółki, przeprosić ją, sprawdzić, czy jest jeszcze szansa na to, że mogłaby ją mieć w swoim życiu. Musiała spróbować. Zbierała się z telefonem od dawna, ale w końcu się zdecydowała, a jej pierwszymi słowami zamiast przywitania i przeprosin było: Rozwiodłam się.
Wiedziała, że Ophelia zrozumie, ale zasługiwała na przeprosiny w cztery oczy, więc poprosiła ją o spotkanie w ich miejscu. Udało się.
Tori siedziała przy ich ulubionym stoliku ze szklanką wody już od piętnastu minut i czuła, że nie może wysiedzieć. Dłonie jej się trzęsły, a w mostku gniotło. Miała ją zobaczyć po tych kilku latach – w końcu całe jej piekielne małżeństwo trwało aż dziesięć lat.
Z nerwów sprawdzała telefon co kilka chwil. W jednym momencie nawet wydawało jej się, że już ją widzi. Podniosła gwałtownie głowę i przez to aż coś jej strzeliło w karku. Żeby tylko Karrion nie zauważył jej nowej kontuzji, bo będzie niezadowolony.
Kiedy tylko zobaczyła ją w drzwiach, machnęła jej i musiała zacząć powstrzymywać łzy. Tak dobrze było ją widzieć i ciężko było myśleć o tym, że ją skrzywdziła, wypychając ją ze swojego życia.
– Tak bardzo cię przepraszam, Ophelia – nie powstrzymywała już łez, tylko rzuciła się na szyję przyjaciółki, przytulając ją bez zgody, z nadzieją, że ta jej nie odepchnie. Łzy leciały jej po policzkach, a ona nie przestawała powtarzać:
– Przepraszam.
Ophelia Attwood