Strona 1 z 2

I needed you and I'm sorry

: wt kwie 07, 2026 8:25 pm
autor: Victoria Heffernan
#3
Żałowała.
Tak bardzo żałowała, że ją straciła. To uczucie przez te wszystkie lata do niej wracało. Czasami pukało ciszej, a czasami aż odbierało jej oddech. Nigdy nie chciała tego, żeby ta opuściła jej życie. Poznały się w momencie, kiedy Victoria w końcu zaczynała swoje dorosłe życie. Studia, pierwsza praca, pierwsze własne mieszkanie.
Tori pamiętała, jak Ophelia siedziała na podłodze pod jakąś salą wykładową, śmiejąc się do telefonu i jedząc jabłko. Pamiętała, jak wtedy Tori zwróciła uwagę na jej fryzurę, którą skomplementowała, i od tego się zaczęło.
Ophelia była jedyną osobą, która kiedykolwiek była jej tak od początku do końca. Nie była tym innym dzieckiem, które mieszkało raze z nią u rodziny zastępczej. Nie była znajomą znajomej.
Victoria sama nie wiedziała już, kiedy był ten moment, gdy straciła ją ze swojego życia. Wiedziała, że sama do tego dopuściła. Słuchała podszeptów męża mówiących: ona tak naprawdę cię nie wspiera. Nie chcę cię kontrolować, ale źle się czuję, kiedy się z nią spotykasz. Czuję się wtedy nieważny.
Wszystkie te słówka, których w tamtym momencie Tori nie słyszała. Pragnąc miłości, którą przeżywała pierwszy raz w życiu, dawała sobą manipulować, aż w końcu Ophelia zniknęła z jej życia.
Od kiedy się rozwiodła, zbierała się w sobie, żeby zadzwonić do byłej przyjaciółki, przeprosić ją, sprawdzić, czy jest jeszcze szansa na to, że mogłaby ją mieć w swoim życiu. Musiała spróbować. Zbierała się z telefonem od dawna, ale w końcu się zdecydowała, a jej pierwszymi słowami zamiast przywitania i przeprosin było: Rozwiodłam się.
Wiedziała, że Ophelia zrozumie, ale zasługiwała na przeprosiny w cztery oczy, więc poprosiła ją o spotkanie w ich miejscu. Udało się.
Tori siedziała przy ich ulubionym stoliku ze szklanką wody już od piętnastu minut i czuła, że nie może wysiedzieć. Dłonie jej się trzęsły, a w mostku gniotło. Miała ją zobaczyć po tych kilku latach – w końcu całe jej piekielne małżeństwo trwało aż dziesięć lat.
Z nerwów sprawdzała telefon co kilka chwil. W jednym momencie nawet wydawało jej się, że już ją widzi. Podniosła gwałtownie głowę i przez to aż coś jej strzeliło w karku. Żeby tylko Karrion nie zauważył jej nowej kontuzji, bo będzie niezadowolony.
Kiedy tylko zobaczyła ją w drzwiach, machnęła jej i musiała zacząć powstrzymywać łzy. Tak dobrze było ją widzieć i ciężko było myśleć o tym, że ją skrzywdziła, wypychając ją ze swojego życia.
Tak bardzo cię przepraszam, Ophelia – nie powstrzymywała już łez, tylko rzuciła się na szyję przyjaciółki, przytulając ją bez zgody, z nadzieją, że ta jej nie odepchnie. Łzy leciały jej po policzkach, a ona nie przestawała powtarzać:
Przepraszam.

Ophelia Attwood

I needed you and I'm sorry

: śr kwie 08, 2026 1:07 am
autor: Ophelia Attwood
Nie widziały się od tak dawna.
Ten nagły telefon był dla niej ogromnym zaskoczeniem. Nie spodziewała się, że Victoria po tylu latach dalej będzie miała zapisany jej numer. Tym bardziej nie spodziewała się tego, że usłyszy jej głos w słuchawce. Wiedziała, że musiało się coś stać. Coś poważnego.
Rozwiodłam się.

Przynajmniej te słowa mogły ją nieco uspokoić. Chociaż gdzieś w głębi zaczęła drżeć o to, co musiało się stać, aby w końcu do tego doszło. W najlepszym scenariuszu Tori w końcu poszła po rozum do głowy i zobaczyła w jak wielkim bagnie tkwiła, ale Attwood czuła jak sztywnieją jej mięśnie, przeczuwając, że za tym wszystkim stało coś więcej.
Nie potrzebowała zbyt wiele, aby zgodzić się na spotkanie. Nie dbała o to, co miała wpisane w terminarzu. Dla niej była zdolna wyczyścić cały terminarz. Wszystko po to, aby w końcu zobaczyć ją na własne oczy i przekonać się o tym w jakim znajdowała się stanie.
Nie obwiniała jej o to, co się stało. Wiedziała, że to była jego wina. Za bardzo ją kontrolował. Był zazdrosny. Bał się tego, że będzie mogła mu ją zabrać. W zasadzie to Ophelia przez cały ten czas czuła żal do siebie. Czasami zastanawiała się czy nie powinna być wtedy bardziej stanowcza. Może udałoby jej się wyrwać przyjaciółkę ze szponów tego mężczyzny i zapewnić jej szczęśliwsze życie, gdyby tylko tak szybko nie odpuściła? Zaraz jednak uświadamiała sobie, że swoją natarczywością mogłaby też doprowadzić do czegoś o wiele gorszego.
Nerwowy stukot obcasów niósł się od jej kroków, gdy tylko dotarła w końcu do ich ukochanego miejsca. Tego, w którym siedziały nieraz z książkami, gdy czekał je jakiś trudny egzamin. Tego, w którym śmiały się i plotkowały na temat znajomych z uczelni i przeżywały swoje drobne dramaty... Kto by pomyślał, że stanie się ono również sceną ich pojednania?
Dostrzegła ją od razu. To był ich stolik. Chociaż minęło tyle lat to jednak miała wrażenie jakby kompletnie nic się nie zmieniło. Poczuła jak żołądek zaciska jej się z nerwów i przyspieszyła kroków, aby znaleźć się tuż przed nią.
Nie wzbraniała się przed tym w żaden sposób. Chciała ją przytulić. Mocno i najlepiej nie wypuścić już nigdy. Stęskniła się za nią tak bardzo.
Zacisnęła wokół niej ramiona i przycisnęła do siebie. Czuła jak drżą jej mięśnie rąk. Nie zamierzała jednak szybko zwalniać uścisku. Dopiero, gdy uświadomiła sobie, że Tori powtarza przeprosiny niczym w transie odważyła się na to, aby jednak odsunąć się od niej na chwilę, aby móc spojrzeć jej w oczy.
- Wszystko w porządku, Tori. Nic się nie stało - zapewniła ją i ujęła w dłonie jej twarz. - To nie twoja wina.
Czuła jak do jej własnych oczu również napływają łzy z powodu nagromadzonych emocji. Wciąż jednak jeszcze się jakoś trzymała. Musiała. Przynajmniej dla niej, aby obie nie zamieniły się w rozmazany chaos.

Victoria Heffernan

I needed you and I'm sorry

: śr kwie 08, 2026 8:56 pm
autor: Victoria Heffernan
Victoria czuła się, jakby to, co miało zaraz nastąpić, było otwarciem nowego, kolejnego rozdziału w jej życiu. Jednocześnie jej ciało chciało i nie chciało tej zmiany. Rozwód właśnie zakończył jeden tom. Gdyby to była książka, chyba przerwałaby ją w połowie czytania. Próba odbudowania relacji z Ophelią będzie dla niej kolejnym krokiem, kolejnym tomem powieści. Może nawet skusi się na randkę z Karrionem. Chociaż samo to słowo wciąż brzmiało w jej głowie trochę obco. W końcu od pieprzonego rozwodu minęło już pół roku. Chyba najwyższa pora spróbować znowu komuś zaufać. Ewentualnie udawać, że się potrafi. Może powinna działać jak Rihanna – fake it till you make it. Chciała to zrobić. Chciała na nowo zbudować relacje w swoim życiu. Chciała dalej pisać i cieszyć się życiem. Naprawdę. Tylko nie była pewna, czy jeszcze potrafi.
Tori zacięła się, słysząc: To nie twoja wina. Jakby ktoś mówił to, ale nie do niej. Przez moment wpatrywała się w kobietę, jakby próbowała zrozumieć, co ta właściwie do niej powiedziała. Potem powoli pokręciła przecząco głową.
Jest – szepnęła, a jej głos był zachrypnięty od płaczu. – Mogłam coś zrobić, mogłam mu nie pozwolić. Mogłam… cokolwiek. – Głos jej się załamał na tym ostatnim słowie.
Złapała nierówny oddech i odsunęła się od kobiety na długość ramion, tak żeby móc przyjrzeć się jej dokładnie. Jakby sprawdzała, czy to naprawdę ona. Musiała zamrugać kilka razy, żeby odzyskać ostrość widzenia. Próbowała otrzeć je palcem, bo w końcu nie leciały nowe łzy.
Odetchnęła ciężko i odsunęła przyjaciółce krzesło.
Tak dobrze cię widzieć – powiedziała, ale zabrzmiało to ciszej, niż chciała. Przytuliła ją jeszcze raz, tym razem na porządne przywitanie. Naprawdę za nią tęskniła. Brakowało jej w życiu właśnie przyjaciółki, którą kiedyś uważała za swój największy skarb. Wszystko inne jakoś się poukładało. Tylko to jedno nie.
W końcu zdecydowała się usiąść przy stoliku i ochłonąć. Tylko że to wcale nie przychodziło tak łatwo. Z emocji często zaczynała gadać za dużo, a teraz nie miała ochoty wpaść w swój gadatliwy tryb. Chciała wiedzieć, co u niej, pragnęła nadrobić czas, który przez nią straciły. Bywały przecież nierozłączne i w ciągłym kontakcie, ale lata zmieniają ludzi.
Pijemy to, co zawsze, czy twoje preferencje zdążyły się zmienić? – zapytała, sięgając odruchowo po menu. Wieki nie była w tym miejscu, nie potrafiła przychodzić tu bez niej i była ciekawa, co aktualnie było w karcie. Chciała na moment wrócić do normalności i odciążyć ciężar emocji, który zaraz pewnie je przytłoczy.
Na trudne rozmowy jeszcze przyjdzie moment. Pewnie obie wiedziały, że tak będzie. W końcu po to było, przynajmniej w opinii Victorii, to spotkanie. Żeby oczyścić emocje i atmosferę.

Ophelia Attwood

I needed you and I'm sorry

: czw kwie 09, 2026 12:04 am
autor: Ophelia Attwood
To mógł być moment przełomowy dla nich obu. W końcu ta relacja znaczyła dla nich naprawdę wiele. Ophelia zawsze ją wyjątkowo ceniła. Mogła przeżywać różnorodne zauroczenia i miłostki, poznać tuzin nowych ludzi, ale to Tori zawsze była dla niej jedną z tych naprawdę najważniejszych osób.
Nie było dla niej nigdy czegoś równie ważnego jak ich przyjaźń. Wszystko jednak musiało runąć niczym pieprzony domek z kart pod wpływem jednego nieostrożnego ruchu. Wszystko przez tego skurwysyna, który miał czelność nazywać się jej mężem. To jednak nie było w tej chwili istotne.
Najważniejsze, że były razem. Może i brzmiało to dramatycznie, ale jak inaczej mogłaby określić sytuację, w której widziały się pierwszy raz od dekady? I to jeszcze w takich okolicznościach.
Przesunęła jeszcze kciukami po jej policzkach, aby jakoś otrzeć jej łzy. To nie był czas na to, aby się rozklejać. Na pewno nie na środku kawiarni, gdzie mogły stać się z łatwością widowiskiem dla innych. Chociaż Attwood tak naprawdę nie dbała o to, co ludzie mogliby powiedzieć. Jednak na pewno przyjemnie byłoby mieć odrobinę spokoju i nie przyciągać niczyjej uwagi.
- Też mogłam zrobić coś więcej. Mogłam nie pozwolić ci się tak odciąć... - powiedziała szczerze, bo obie mogły grać w tę grę.[/akapit]
Każda z nich mogła się obwiniać o to, a prawda pewnie leżała gdzieś pośrodku. Chociaż największą winę za wszystko i tak ponosił on. Cholerny manipulant, który doprowadził do tego wszystkiego.
Dała jej czas, a następnie usiadła naprzeciw, licząc na to, że może dzięki temu uda im się jakoś uspokoić. Emocje powinny już nieco opaść i powinny zostać jedynie te, które wydawały się w tej chwili najistotniejsze. Prawda była taka, że Ophelia martwiła się o nią. Na razie jednak miała wrażenie, że nie dolega jej nic fizycznie. Przynajmniej to było jakąś pociechą.
- Ciebie też dobrze widzieć... Wszystko u ciebie w porządku? - zapytała, nie mogąc już dłużej czekać.
Musiała się upewnić. Jednak mogło jej wystarczyć jedno proste zapewnienie, aby przeszła do czegoś tak prozaicznego jak wybór tego, co chciała teraz zamówić. Zabawne, że musiała się na to zdecydować. Z jednej strony czuła, że przyniesie to pewną ulgę i uczucie normalności, ale z drugiej miała tak ściśnięty żołądek, że nie była pewna czy ma na cokolwiek ochotę.
- Może być. Nie sądzę, aby pozbyli się tego z menu - odparła i nie musiała nawet się silić na uśmiech, bo faktycznie powrót do znajomych schematów był równie kojący, co zapach ukochanej herbaty owocowej.

Victoria Heffernan

I needed you and I'm sorry

: pt kwie 10, 2026 5:41 pm
autor: Victoria Heffernan
Dobrze wiesz, że on jest świetnym manipulantem i mimo dowodów nie pójdzie siedzieć – posłała jej uśmiech, ale nie była pewna, czy to jest dobry moment na to, żeby opowiedzieć przyjaciółce wszystko, co działo się podczas rozwodu. Wiązanie się z politykami takie było. Jest się bez szans. Oczerniła go w opinii publicznej, ale i tak się wywinął. Obawiała się jednego – że będzie szukał zemsty.
Kiedyś mówiła jej wszystko bez zastanowienia. Teraz każde słowo ważyła dwa razy. Chciała się otworzyć, ale nie chciała jej obarczać swoim syfem. Była jej przyjaciółką, nie mogła wylać na nią kubła wody w taki sposób. Zastanawiała się, czy da się wrócić do czegoś, co się tak bardzo rozpadło. Czy to zawsze będzie już trochę inne?
Tak, jestem w trakcie pisania książki. Wydałam już dwie… – nawet nie wiedziała, czy Ophelia o tym wie. I trochę ją to ścisnęło.
Pod pseudonimem, ale on wszystko odkrył i podczas rozwodu moja prawdziwa tożsamość wypłynęła. Mam mieszkanie w Parkdale. Niewielkie, ale swoje. Czuję się tam bezpiecznie. On nie wie, gdzie mieszkam, i wolę, żeby tak na razie zostało. – Wzruszyła ramionami niepewnie, jakby to było coś małego, a przecież wcale takie nie było.
Wszystko, co działo się przed rozwodem, było jedną wielką, bolesną tragedią. Kiedy ich przyjaźń się kończyła, nie bił jej jeszcze tak dotkliwie. Zaczynało się od rzeczy, które łatwo było zignorować. Ona nigdy jej o tym nie powiedziała, bo wtedy ciągle potrafiła go usprawiedliwiać. Znajdowała powody za niego szybciej, niż on sam. Widziała w nim dobro o wiele za długo. Nawet kiedy już go nie było.
A co u ciebie? – Podniosła w końcu wzrok na Ophelię. Naprawdę chciała wiedzieć, gdzie jest teraz w swoim życiu. Czy jest szczęśliwa, czy osiągnęła to, czego pragnęła?
Kelnerka podeszła nagle, a Victoria aż drgnęła z tego zaskoczenia. Ciało zareagowało szybciej niż jej głowa. Zacisnęła palce na krawędzi stołu, jakby musiała się na czymś oprzeć. Nie lubiła tych nagłych ruchów w swoim otoczeniu, bo ciągle wywoływały w niej nieprzyjemne dreszcze. Jeszcze nie wszystko przepracowała na terapii. I czasami ją to złościło. Że to wciąż w niej siedzi. Ciągle walczyła z odzyskaniem poczucia bezpieczeństwa. Krok do przodu, dwa w tył. Tak to wyglądało. Wiedziała, że przed nią jest jeszcze sporo pracy.
Zamówiły dwie owocowe herbaty, które nigdzie nie potrafiły smakować tak jak tutaj. Victoria zawsze zastanawiała się, co oni do tej herbaty dodają, że smakuje właśnie tak. Może nic specjalnego. Może to tylko miejsce i to, z kim tu siedziała.

Ophelia Attwood

I needed you and I'm sorry

: ndz kwie 12, 2026 1:28 pm
autor: Ophelia Attwood
Ten uśmiech w żaden sposób nie był w stanie jej zwieść, a słowa Tori nie potrafiły jej uspokoić. Najlepiej byłoby, gdyby faktycznie mężczyzna został od niej odizolowany i wepchnięty za kratki na naprawdę długie lata. Chciałaby usłyszeć jak najwięcej była tylko w stanie, aby nadrobić w miarę sprawnie te wszystkie lata spędzone osobno.
- Nie przekonasz się jeśli nie spróbujesz. Jeśli istnieją faktycznie twarde dowody to się nie wymiga... Mogłabym nawet pomóc ci ze znalezieniem prawnika jakbyś chciała - zaproponowała, bo jak dla niej wydawało się to być odpowiednim krokiem w tej całej sytuacji.
Nie zamierzała jej do niczego namawiać. Wiedziała, że zapewne nie każdy był gotowy na taką konfrontację. Procesy sądowe mimo wszystko były niezwykle wyczerpujące psychicznie. Niejedna osoba wolała po prostu ruszyć do przodu ze swoim życiem zamiast marnować czas na batalie prawnicze potrafiące się ciągnąć w nieskończoność.
Chciała wiedzieć wszystko. Może faktycznie nie powinna. Może to ją jedynie przytłoczy, ale świadomość tego przez co przeszła Tori mogła być o wiele lepsza od niewiedzy i tego, co byłaby w stanie sama sobie dopowiedzieć we własnej głowie.
- To cudownie, że piszesz - zapewniła ją, wyciągając rękę w jej stronę.
Chciała chwycić ją za dłoń. Pokazać, że wszystko jest w porządku i zapewnić jej dodatkowe wsparcie jeśli tylko tego potrzebowała. Nie bardzo wiedziała, co mogłoby przynieść jej teraz największe ukojenie. W końcu nie chodziło o zwyczajne dramaty przeżywane w czasie studiów: zerwanie z chłopakiem, wredną koleżankę z roku czy zawalenie testu, który miał mieć wpływ na ocenę końcoworoczną.
- Mieszkasz sama czy z kimś? - podpytała jeszcze z prostej ciekawości oraz troski. - Ja mam apartament w financial. Gdybyś kiedyś czegoś potrzebowała lub chciała po prostu towarzystwa to moje drzwi zawsze stoją otworem.
Nie wiedziała wciąż do końca, gdzie właściwie Tori stoi ze swoim życiem ani jak wiele osób w nim miała, na które mogła liczyć, ale Ophelia chciała zdecydowanie znaleźć się w tym gronie. Tak jak kiedyś. Może i nie będzie to tym samym, co kiedyś, ale nic nie stało na przeszkodzie, aby nie spróbowały zbudować czegoś nowego i cudownego.
- Obecnie... - westchnęła cicho, zastanawiając się nad tym co w zasadzie mogłaby powiedzieć. - Jestem singielką z kotem. Adoptowany szary gagatek o imieniu Hamlet... Tak, wiem, trochę to oklepane. Dodatkowo jestem managerką klubu Tranzac. Pewnie spędzam tam więcej czasu niż gdziekolwiek indziej. Czasami spotykam się z jakimiś znajomymi na wino czy lepienie z gliny garnków. Wiesz: wszystko w porządku i nudnie.
Nie uszło jej uwadze to jak Victoria się spięła i wzdrygnęła, gdy tylko obok pojawiła się nagle kelnerka. Domyślała się, że nie reagowała tak bez powodu, ale nie zamierzała dopytywać. Zamiast tego po prostu sięgnęła po swoją herbatę, aby to nie niej skupić swoją uwagę. Nie miała zamiaru jej osaczać anie wprowadzać w stan, gdzie poczułaby się niekomfortowo. W końcu spotkały się jedynie po to, aby mile pogawędzić.

Victoria Heffernan

I needed you and I'm sorry

: ndz kwie 12, 2026 5:48 pm
autor: Victoria Heffernan
Victoria przez chwilę patrzyła na wyciągniętą w swoją stronę dłoń, jakby sam ten prosty gest miał w sobie coś, do czego musiała się na nowo przyzwyczaić. Kiedyś nie myślała o takich rzeczach wcale. Brała obecność Ophelii za coś pewnego i wpisanego w rytm własnego życia.
Teraz nawet ta zwyczajna bliskość wydawała jej się jednocześnie kojąca i odrobinę onieśmielająca. Ostatecznie wsunęła swoją dłoń w jej rękę i zacisnęła palce trochę mocniej, niż planowała.
To miłe, że to proponujesz – odezwała się ciszej, wodząc wzrokiem po ich dłoniach, zanim znowu spojrzała na Ophelię. – Naprawdę. Po prostu… chyba nie mam już w sobie siły na kolejną walkę z nim. Na razie nie. Rozwód i tak był jak taplanie się w czymś, z czego nadal nie mogę się domyć.
Spróbowała się uśmiechnąć, ale wyszło jej to krzywo i bardziej bezradnie niż lekko. Przez moment bawiła się jej palcami. Pół roku wolności, a nadal bywały dni, kiedy czuła się tak, jakby tylko wyszła z domu na moment i zaraz miała do niego wrócić. To było najgorsze. To, jak długo strach potrafił mieszkać w ciele.
Mieszkam w sumie sama – odpowiedziała po chwili, już spokojniej. – I dobrze mi z tym. Chyba potrzebowałam najpierw nauczyć się, że cisza w mieszkaniu nie oznacza, że zaraz wydarzy się coś złego.
Na moment odruchowo potarła kark, po czym opuściła rękę, zanim gest zdążył się rozwinąć w jakieś bardziej nerwowe drapanie, które jej się zdarzało.
Ale… – zawahała się, a potem wypuściła powietrze nosem, trochę rozbawiona własną ostrożnością. – Randkuję. To jeszcze brzmi dziwnie, kiedy mówię to na głos. Z trenerem boksu, do którego poszłam na zajęcia. I chyba jest mi z tym… dobrze. Tak zdrowo dobrze, nie chaotycznie. Nadal nie wiem, co z tym zrobić, więc na razie po prostu próbuję tego nie zepsuć samym faktem, że się boję.
To małe wyznanie zostawiło po sobie znajome napięcie pod skórą. Jakby odsłoniła kawałek czegoś, co przez ostatnie lata skrzętnie chowała, choć przecież to nie był wielki sekret. Mimo to powiedzenie tego Ophelii miało znaczenie. Bo kiedyś powiedziałaby jej od razu, po pierwszym spotkaniu, może nawet wcześniej. Ekscytowałaby się przy tym jak dziecko.
Teraz dopiero będzie uczyć się na nowo wpuszczać ją do swojego życia.
Na wzmiankę o Hamlecie parsknęła cicho, pierwszy raz naprawdę, bez wysiłku.
Nie jest oklepane. Jest absolutnie pretensjonalne i właśnie dlatego idealne – stwierdziła, kręcąc głową z czymś na kształt dawnej czułości w spojrzeniu. – I oczywiście, że ty masz kota o imieniu Hamlet.
Ta odrobina lekkości pomogła jej odetchnąć. Czuła, jak mięśnie ramion odpuszczają może o centymetr, może dwa. Niewiele, ale przy dzisiejszym spotkaniu nawet tyle wydawało się czymś ważnym.
Upiła łyk herbaty, która smakowała dokładnie tak, jak zapamiętała, i aż zrobiło jej się od tego dziwnie ciasno w klatce piersiowej. Jakby te wszystkie lata nagle nie zniknęły, ale przestały na moment stać między nimi jak mur.
Wiesz, najgorsze jest chyba to, że długo nawet nie umiałam nazwać wielu rzeczy po imieniu – powiedziała w końcu ciszej.
Nie patrzyła na Ophelię bez przerwy; wzrok co jakiś czas uciekał jej na stół, na parę unoszącą się znad filiżanki, na własne dłonie.
Na początku wszystko wydawało się małe. Do przełknięcia. Jedna uwaga, jedno obrażenie się, jedno „martwię się o ciebie”, które brzmiało prawie jak troska. A potem nagle orientujesz się, że mierzysz każde słowo, każdy ruch, każde wyjście z domu. I już nie wiesz, kiedy to się właściwie zaczęło.
Przełknęła ślinę.
Nie chcę dzisiaj wylewać na ciebie całego tego bagna. Po prostu… chcę, żebyś wiedziała, że gdybym wtedy była bardziej sobą, tobym cię nie puściła.
To było chyba najbardziej nagie zdanie, na jakie była w tej chwili gotowa. Powiedziawszy je, podniosła w końcu oczy na Ophelię. Nie chciała jej przytłoczyć, ale nie chciała też udawać, że wszystko da się zasypać herbatą, śmiechem i wspomnieniem dawnego stolika. Nie po tylu latach.
Jej kciuk przesunął się lekko po uchu filiżanki.
– I trochę nie wierzę, że mówisz o swoim życiu jak o nudnym, kiedy zarządzasz klubem, lepisz garnki i mieszkasz z dramatycznym kotem – mruknęła z cichym rozbawieniem. – Chyba ominęło mnie więcej, niż jestem gotowa przyznać.
Zawahała się na ułamek sekundy, po czym dodała już miękcej:
Byłaś szczęśliwa, Oph? Tak naprawdę? Przez te wszystkie lata?

Ophelia Attwood

I needed you and I'm sorry

: śr kwie 15, 2026 12:34 am
autor: Ophelia Attwood
Nie narzucała jej się. Dawała jej opcję. Nie chciała, aby Victoria czuła jakąkolwiek presję z tego tytułu. Po prostu oferowała to, co zawsze starała się jej zapewnić w przeszłości. Potrzebowały jednak z pewnością czasu na to, aby powrócić do starych i znajomych schematów. Musiały na nowo się poczuć pewnie w swojej obecności. Uśmiechnęła się jednak, czując w końcu jej dłoń w swojej. Nie przeszkadzał jej nawet ten zdecydowanie zbyt mocny uścisk. Najwyraźniej potrzebowała tego.
- Oczywiście, że proponuję - potwierdziła, bo to przecież było naturalne. - Wiem, że to może być dużo, skarbie. Obiecaj tylko, że jeśli coś się wydarzy w związku z nim to dasz mi znać.
Spodziewała się, że taki kompletny pojeb łatwo nie odpuści. Gdyby faktycznie coś się stało to Ophelia wolała być o tym poinformowana. Może udałoby jej się pociągnąć za kilka sznurków i zrobić coś, aby zadbać o przyjaciółkę. Na pewno nie dopuści, aby znowu ją skrzywdził i zniszczył to, co właśnie starały się odbudować.
- Brzmi całkiem dobrze - stwierdziła i nie mogła jej się zbytnio dziwić. - Taka przestrzeń wyłącznie dla ciebie na pewno też pomaga ci w skupieniu się na pisaniu. Nikt ci się nie kręci niepotrzebnie po domu i nie męczy o pierdoły.
Posłała jej lekko rozbawiony uśmiech, starając się nieco rozluźnić atmosferę. W rzeczywistości zakładała jednak, że pewnie po tych wszystkich przeżyciach z mężem Victorii mogło być zwyczajnie trudno dopuścić kogoś tak blisko siebie. Attwood nie miała w zasadzie nigdy szczególnie bliskiej styczności z kimś kto przeszedłby przez coś podobnego. Lub też nie miała o tym pojęcia. Mogła zatem jedynie się domyślać tego jak mogło to wpłynąć na pisarkę pod względem psychicznym.
- Okay, randkujesz.... - powtórzyła, odnotowując w głowie fakt, że chodziło o trenera boksu. - Opowiesz o nim coś więcej? Kto to, jak wam idzie i takie tam?
Usłyszała wyraźnie, że Tori się boi, ale wolała teraz skupić się na tych bardziej pozytywnych rzeczach. Potrzebowały tego. Jeszcze chwila i faktycznie poczują się tak jak na studiach, gdy regularnie toczyły rozmowy na temat tego kto ostatnio zwrócił im w głowie w czasie przyjacielskiej wymiany plotek.
Każdy taki drobny szczegół, którym się wymieniały był niczym pojedynczy krok człowieka uczącego się na nowo chodzić podczas procesu rehabilitacji. Coś, co kiedyś przychodziło z łatwością i bez żadnego zastanowienia teraz wyglądało niczym prawdziwy sukces.
- Kochana, zdaję sobie sprawę jakie to pretensjonalne. No, ale proszę cię... - sięgnęła nawet po spoczywający w kieszeni spodni telefon, aby odszukać na nim w galerii zdjęcie szarego kocura, który może i był zwyczajnym dachowcem, ale na fotografiach prezentował się nadzwyczaj wytwornie. - Jak można nie mieć słabości do takiego przystojnego kawalera, który wskakuje ci o trzeciej w nocy do łóżka, aby toczyć długie monologi? Zaczynające się od miau czy nie miau.
Sama się uśmiechnęła na swój własny żart. Tym bardziej, że chyba faktycznie pomógł on pisarce się rozluźnić. Przez moment przypatrywała jej się z czułością, którą miała zarezerwowaną wyłącznie dla najbliższych osób i nie mogła uwierzyć, że powoli wszystko zdawało się wracać do pewnej stabilnej normalności.
Wysłuchała jej, popijając łyk herbaty. Ostrożnie, aby nie poparzyć sobie języka wciąż gorącym owocowym naparem. Naprawdę nie mogła uwierzyć w to jak jakaś kobieta mogła sobie pozwolić na to, aby tkwić w tak toksycznej relacji. W końcu Tori nie była głupia. Jednak istniały osoby zdolne do tego, aby uwięzić kogoś przy sobie. Uzależnić od siebie, zastraszyć i przekonać do tego, że tak powinno wyglądać ich życie. Przynajmniej tyle dobrego, że w końcu się z tego wyrwała... Póki nie było już zdecydowanie zbyt późno.
- Nie potrafię sobie tego nawet wyobrazić... Nie tak w pełni - przyznała szczerze, bo mimo pełnej świadomości nie mieściło jej się w głowie, że jednak coś takiego mogłoby się dziać tak blisko niej. - W końcu to brzmi tak... Zwyczajnie.
A potem się wpadało w sidła... Takie, które zaciskają się coraz bardziej i sprawiają, że z czasem jest trudniej uciec przez zaciskające się wokół ciała pętle. Właśnie tak to widziała w tej chwili.
- Tori, wiesz... Chętnie tego wysłucham, ale faktycznie może jeszcze nie teraz. Chyba sama musisz poczuć się z tym nieco pewniej - stwierdziła, bo o siebie jednak się nie martwiła tak samo jak o nią. - Wystarczy mi zapewnienie, że teraz jest wszystko w porządku i kiedyś o tym porozmawiamy... Wiem, że... Gdyby nie on to byłoby inaczej.
Nie winiła jej. Może gdzieś po trosze w miejscu głęboko ukrytym we wnętrzu, ale wiedziała, że był to całkowicie nieracjonalny głos pozbawiony sensu, który chciał ją zmusić do tego, aby zwątpiła i doszukiwała się winy w kimś kogo najłatwiej wziąć na celownik... Zwłaszcza, że to Tori ją zraniła bezpośrednio. Odtrąciła ją. Może przez manipulacje przemocowego męża, ale to był fakt. Wybrała jego ponad nią.
Musiała się zastanowić dłużej nad jej pytaniem. Sprawiało jej problem. Uśmiech, który został wywołany komentarzem Heffernan na chwilę przygasł, gdy raz jeszcze przekontemplowała swoje dotychczasowe życie.
- Chciałabym powiedzieć, że tak, ale... Czasami mi się wydaje, że jestem szczęśliwa, ale nie tak naprawdę - przyznała w końcu, bo chyba obie powinny postawić na szczerość. - Jasne, wiele rzeczy mnie cieszy i podoba mi się w moim życiu, ale mam wrażenie, że je zmarnowałam i stałam się kimś kim powinnam, a nie kim chciałam, a teraz nie da się już tego odkręcić po tych wszystkich latach.
Mogła dalej próbować odkrywać siebie. Pójść jednak w kierunku sztuki, a nie biznesu. Odkryć, co tak naprawdę ją pasjonowało i rozwijać się w tej dziedzinie. Chociaż Ophelia była przekonana, że była tym konkretnym przypadkiem, który interesował się wszystkim po trochu, ale niczym na tyle mocno, aby uczynić to swoim. Ciągnęło ją do zbyt wielu rzeczy na raz. Może powinna za to winić swoje stwierdzone już w dorosłości ADHD? To mogłoby wyjaśniać ten chaos i pewne niestałości.

Victoria Heffernan

I needed you and I'm sorry

: ndz kwie 19, 2026 9:25 pm
autor: Victoria Heffernan
Victoria uśmiechnęła się, słysząc słowo skarbie. Dawniej było tak naturalne, że nawet go nie rejestrowała. Teraz wybrzmiało inaczej — cieplej, bliżej, a jednocześnie trochę obco, jak coś odnalezionego po latach w starej szufladzie.
Obiecuję – powiedziała w końcu cicho, ale wyraźnie. – Jeśli coś się wydarzy… dam ci znać.
Nie dodała „na pewno”, nie chciała składać deklaracji, których nie była jeszcze pewna, czy potrafi dotrzymać. Ale samo wypowiedzenie tego na głos już coś zmieniało. Na jej kolejne słowa skinęła lekko głową.
Tak… chyba tak właśnie jest – przyznała. – Ta cisza… na początku była nie do zniesienia. Teraz czasami jest jedyną rzeczą, która mnie uspokaja. – Kącik ust drgnął jej delikatnie.
Kiedy Ophelia podchwyciła temat randkowania, Victoria uśmiechnęła się tajemniczo, jakby zaraz miała opisać coś, co nie powinno ujrzeć światła dziennego. Przesunęła kciukiem po brzegu filiżanki.
Karrion – odpowiedziała po chwili, trochę ciszej. – Tak ma na imię. Jest właścicielem klubu bokserskiego i prowadzi zajęcia, na które trafiłam trochę z desperacji, trochę… żeby coś zrobić ze swoim ciałem, nie tylko głową. Vincent - mój agent mnie wysłał.
Zawahała się, dobierając słowa ostrożnie.
Jest… spokojny. Nie naciska. I to chyba jest dla mnie najważniejsze. – Spojrzała z powrotem na Ophelię. – Nie wiem jeszcze, dokąd to prowadzi. Na razie uczę się przy nim nie panikować przy każdym kroku. Czuję się jak nastolatka.
Na zdjęcie kota nachyliła się odruchowo bliżej. W jej spojrzeniu pojawiło się coś miękkiego, prawie rozbawionego.
Okej, przyznaję. Wygląda jak ktoś, kto naprawdę ma dużo do powiedzenia o trzeciej nad ranem – mruknęła. – I absolutnie wierzę, że zaczyna od „miau”, a kończy na egzystencjalnych rozważaniach i różnicach między filozofią Kanta a Nietzschego.
Atmosfera między nimi robiła się coraz swobodniejsza i bardzo ja to cieszyło. Tak bardzo chciała jej na nowo w swoim życiu. Oparła się wygodniej o oparcie krzesła.
Kiedy Ophelia zaczęła mówić o sobie, Victoria słuchała uważnie, nie przerywając ani razu. Chciała chłonąć każdy szczegół o niej.
To nie brzmi jak zmarnowane życie. – odezwała się cicho, gdy tamta skończyła. Przechyliła lekko głowę, przyglądając jej się uważniej.
Brzmi jak ktoś, kto po prostu szedł w stronę, która wydawała się bezpieczna. – Na moment urwała, szukając słów. – I może dopiero teraz zaczyna się zastanawiać, czy to była ta właściwa droga. To, że masz takie myśli… chyba znaczy, że jeszcze nic nie jest zamknięte. Gdyby było, nie zadawałabyś sobie tych pytań.
Na chwilę uciekła wzrokiem gdzieś w bok, jakby złapana własną refleksją.
Ja przez lata nawet nie miałam przestrzeni, żeby się nad tym zastanawiać – dodała ciszej. – Więc… to, że ty ją masz… to nie jest coś straconego. Wcale nie wierzę, że nie da się tego odkręcić. Może nie wszystko. Ale wystarczająco dużo.
Na moment zamilkła, jakby zastanawiając się, czy powinna powiedzieć coś jeszcze. W końcu odetchnęła lekko.
Wiesz… mam niedługo spotkanie autorskie – rzuciła niby od niechcenia, ale w jej głosie było coś bardziej miękkiego. – Małe, nic wielkiego. Ale… mogłabyś przyjść, jeśli chcesz.
Uniosła lekko ramiona.
Chyba… chciałabym, żebyś zobaczyła, co robiłam przez te wszystkie lata. Tę część, która jakoś przetrwała.
Na koniec jej spojrzenie na moment zatrzymało się na Ophelii dłużej, niż powinno. Nie było w tym nic nachalnego, raczej cień dawnej bliskości.
I… jeśli twoje życie jest „nudne”, to chyba potrzebuję dokładnej instrukcji, jak do takiego dojść – dodała ciszej, z lekkim uśmiechem. – Bo z mojej perspektywy brzmi całkiem… twojo.

Ophelia Attwood

I needed you and I'm sorry

: pn kwie 20, 2026 3:45 pm
autor: Ophelia Attwood
Nawet nie rejestrowała tego w jaki sposób się do niej zwracała. To było naturalne. Podobny ton zresztą przyjmowała setki razy nie tylko z Victorią, ale i z wieloma innymi osobami, którym chciała okazać swoje wsparcie chociaż w ten sposób. Miękki głos, pieszczotliwe słówka... To było coś, co potrafiło jednak rozluźnić nieco rozmówców.
Przyjęła tę obietnicę. Wiedziała, że na razie to tylko słowa, ale liczyła na to, że będą miały faktycznie znaczenie, gdyby tylko nie daj Boże zdarzyło się coś złego. Już raz ją straciła. Nie chciała pozwolić do tego, aby sytuacja się powtórzyła. Dlatego właśnie chciała być kimś do kogo Tori zwróci się w razie potrzeby. Może tym razem dzięki temu wszystko skończyłoby się lepiej?
- To już jakaś realna zmiana, którą da się odczuć - stwierdziła, bo jeśli faktycznie Heffernan czuła się lepiej w zaciszu własnego domu to był to dosyć spory postęp.
Jeszcze nie wiedziała, że dopytując o owego trenera, z którym Tori zaczęła się spotykać usłyszy o mężczyźnie, którego sama poznała jakiś czas temu... i wkręciła w to, aby zaprosił ją na obiad. Niemniej wszystko zaczynało się składać w spójną całość z każdym kolejnym szczegółem.
- Stifler? - zapytała tak jakby chciała się upewnić i ujęła filiżankę, aby upić kolejny łyk herbaty. - Poznałam go przypadkiem jakiś czas temu... Sprawia wrażenie dosyć prostego, ale poczciwego człowieka.
To był ten typ mężczyzny, przy którym można było czuć się bezpiecznie. Określiłaby go nawet tytułem swoistego kochanego wielkoluda. Słuchała spokojnie i rozważała wszystko w głowie. Faktycznie, wyglądało to niczym dobra szansa na to, aby Tori odnalazła jakoś równowagę i szczęście. Mogła też przeżyć rozczarowanie i złamane serce, ale... To również było jakieś doświadczenie. Może wróci faktycznie do tego stanu z lat nastoletnich, gdy wszystko czuło się niezwykle intensywnie, ale wielkie miłości czy bezdenna rozpacz przechodziły równie szybko jak się pojawiały za sprawą jakiegoś innego płomiennego uczucia.
Cieszyło ją, że powoli jakoś odnajdywały swój rytm. Przechodziły płynnie od poważniejszych tematów do tych lekkich. Początkowa niezręczność zdawała się rozwiać gdzieś między jednym łykiem herbaty, a drugim. Naprawdę ją to cieszyło.
- Jeśli cię ciekawią te monologi to zapraszam do siebie. Poznasz Hamleta i może doświadczysz jego geniuszu. Może nawet napisze ci przedsłowie do książki - zaproponowała skoro już pozostawały przy żartach z jej jakże cudownego kota.
Mogły zostać przy tym. Mogły rozmawiać dalej o kocie, który miał potencjał do tego, aby być studentem filozofii w Szklanej Pułapce (bo takim mianem można było określić literackiego Hamleta), ale zamiast tego Victoria wolała się skupić na czymś bardziej... życiowym.
Attwood uciekła gdzieś na chwilę wzrokiem. Miała wrażenie, że naprawdę nie powinna narzekać, bo w porównaniu z przyjaciółką jej życie wyglądało naprawdę dobrze. Nie działa jej się krzywda, nie miała żadnej traumy, którą powinna przepracować, a jednak dalej nie była z niego zadowolona w pełni.
- To nie jest coś nad czym dopiero zaczęłam się zastanawiać. To siedzi we mnie już od dawna... - przyznała szczerze. - Może nie wszystko jest stracone, ale z pewnością im więcej czasu mija tym... mniejsze masz szanse na takie prawdziwe zmiany. Nigdy nie zostanę już baletnicą, ani śpiewaczką operową, bo przegapiłam ten krytyczny wiek, w którym należy pobierać nauki póki ciało się w pełni nie wykształciło... Także niektóre wybory już za mną.
Sama nie miała pojęcia skąd wziął się u niej ten cały pesymizm, ale nie bardzo chciał odpuścić. Może się wypaliła? Była przemęczona i dopadał ją przedwczesny kryzys wieku średniego? W końcu do czterdziestki było jej coraz bliżej, a ona utknęła z poczuciem, że marnowała życie grając bezpiecznie zamiast iść w kierunku, w którym naprawdę chciała.
- Masz rację. Nie powinnam narzekać - przytaknęła, bo przecież niejako użalała się nad swoim losem przed kobietą, która przez wiele lat nie miała w ogóle żadnych szans czy możliwości przez toksycznego męża.
Może powinna zrobić coś więcej? Wykupić kurs malarstwa, zainwestować w książki i przybory do pisania, a potem zaszyć się na miesiąc w jakiejś górskiej chatce z dala od kogokolwiek, aby coś stworzyć i odciąć się od dusznego miasta. Brzmiało jak plan, ale musiałaby komuś przekazać klub na dłużej.
- Spotkanie autorskie? Jasne. Nie ma mowy, abym je ominęła - zapewniła, bo to była jej szansa na to, aby zobaczyć Tori w roli wielkiej pisarki. - Mam zarzucić jakieś mądre pytania, żebyś wyszła na jeszcze fajniejszą przed fanami?
Może i ponownie się uciekała do żartu, ale naprawdę chciała przyjść. Chciała zobaczyć to nad czym obecnie pracowała Victoria i stać się częścią tego małego literackiego światka, który tworzyła wokół siebie. Jeśli przy okazji mogłaby ją jeszcze wesprzeć jakimś drobnym pytaniem czy komentarzem to byłaby dodatkowo przydatna. Chociaż na razie chyba sama obecność była wystarczająca.
Ponownie uśmiechnęła się, gdy tylko usłyszała jej komentarz. No tak. W momencie, gdy jedni dążyli za wrażeniami, inni pragnęli jedynie osiągnąć taki poziom bezpieczeństwa i spokoju, na który ona sama mogła liczyć.
- Mogę ci spisać instrukcję. Ewentualnie możemy się zamienić. Pomieszkasz z moim kotem i zaopiekujesz się klubem, a ja napiszę za ciebie książkę - zasugerowała jakby naprawdę tak proste wyjście było w ogóle możliwe.
A szkoda. Wtedy każda mogłaby odpocząć nieco od swoich problemów.

Victoria Heffernan