Strona 1 z 1

panic belts, it's red alert

: śr kwie 08, 2026 3:00 pm
autor: caspian marshall
Kobiety.

Na co komu te cholerne kobiety? Nic, tylko mieszają w głowie, powodują uścisk w klatce piersiowej tak niekomfortowy, że aż chce się zejść na zawał. Nie to co dym papierosowy, który rozkosznie rozchodzi się po płucach, dając prawie to wrażenie, jakby dostawało się ciepłe, delikatne przytulenie od najbliższej osoby, a nie rozprowadzało truciznę po organizmie. Marshall nie ogarniał tych uczuć, tego dziwnego poczucia... co to do cholery było? Ach, motylki w brzuchu. Z jednej strony nie mógł przestać myśleć o tej baletnicy, dla której nawet porwał się na romantyczny gest, z drugiej wiła mu się w myślach ta rudowłosa kobieta, która, well, she was a good fuck, alright? Coś w nich obu było takiego, że zabierały całą przestrzeń, jaką miał w głowie, i nie potrafił skupić się na niczym innym. Przechadzał się po Toronto, z laską przy nodze, próbując się uspokoić i jakoś przestać zaprzątać sobie tym głowę. Po prostu się dzisiaj napije, posłucha muzyki, o. To był plan.

Kap. Kap. Kap.

Z każdym krokiem ulewa tylko się nasilała, a on, na dobrą sprawę, z tą laską nie miał gdzie uciec. Rozejrzał się i zauważył jakiś pensjonat. Dobra, najlepsze wyjście. Może jak przenocuje gdzieś poza domem, to będzie mu się lepiej spało i nie będzie sobie nimi aż tak zaprzątał głowy. Check-in poszedł bardzo szybko. W mgnieniu oka miał już pokój hotelowy. Zrzucił z siebie płaszcz, buty, podszedł do okna, bo zajebiście lubił zapach deszczu, i uchylił je na oścież. Jak na złość właśnie przestało padać. No to ten. Fuckers.
Odwrócił się, odpalił telewizor, zalogował się na swoim Spotify, zaczął randomowo przeskakiwać po piosenkach i w końcu wcisnął swoją playlistę starych hitów. 99 Red Balloons Neny rozbrzmiało głośno po pokoju. Podgłośnił na maksa, zagłuszając własne myśli. Wyciągnął paczkę papierosów z kieszeni spodni, odpalił jednego i wsunął sobie do ust, po czym skierował się do barku w pokoju. Otworzył go i wyciągnął butelkę whisky i, trzymając ją w dłoni, zaciskał zębami papierosa, żeby nie wyleciał. Mocniej oparł się na lasce i podszedł do okna, gdzie rozsiadł się na wielkim parapecie tak, że jedna noga zwisała na zewnątrz, a druga zostawała w środku. Swoją drogą, zajebiste okiennice, skoro w ogóle mógł tak usiąść. Oparł się wygodnie o ścianę, czując przyjemny powiew powietrza. Wsunął butelkę whisky między nogi, otworzył ją, zaciągnął się petem, a chwilę później upił porządny łyk złotego trunku.

Nawet nie zdążyło dojść do refrenu, a już słyszał walenie do drzwi, które i tak zignorował. Momentalnie chwilę później prawie dostał zawału, bo jakiś kutas wydarł się na niego przez okno obok. - Kurwa stary, tutaj się własnych myśli słyszeć nie da, ścisz to gówno! - Caspian tylko prychnął i odpowiedział,- O to właśnie chodzi! Typek wyraźnie nie był zadowolony jego odpowiedzią bo tylko odkrzynął - Kontaktuje się z obsługą, składam skargę! - Marshall uśmiechnął się tylko pod nosem i rzucił zimnym - Oh, fuck off. - Wzruszył ramionami, wyraźnie niezadowolony, że jakieś niewychowane świnie nie pozwoliły mu doliczyć do tych dziewięćdziesięciu dziewięciu jebanych balonów.

Leo Rosenhall

panic belts, it's red alert

: czw kwie 09, 2026 8:47 am
autor: Leo Rosenhall
Tak, kobiety. Co on, do cholery, sobie myślał? W głowie wciąż słyszał rytmiczną muzykę z kasyna, a przed oczami miał te przeklęte neony, w świetle których… wydarzyły się TE wszystkie rzeczy. Wszystko przez whisky i jej meksykański akcent! Kurwa, to miała być jedna niezobowiązująca noc, w końcu co się dzieje w Vegas, to zostaje w Vegas, tak sobie powtarzał, tak? Tymczasem wrócił do domu z niesamowitym kacem i… z żoną, która nie tylko nie była chętna do rozwodu, ale też obwieściła wszem i wobec, że jest w ciąży. No i co miał teraz zrobić? Siedział w swoim biurze w pensjonacie, przeglądając opinie od klientów i kolejne rezerwacje, no i nie miał zielonego pojęcia, co powinien zrobić. Przecież nie mógł wyrzucić kobiety w ciąży na bruk. No ale nie wiedział, czy chciał tworzyć z nią małżeństwo, bo znał ją ledwie kilka godzin, gdy powiedzieli sobie sakramentalne tak w obskurnej kapliczce w Vegas. Jezu, on praktycznie wcale jej nie znał. Przetarł twarz dłońmi. Boże. Jezu. Święta Maryjo. Dlaczego nagle stał się taki religijny? Jezu, czy on naprawdę wziął ślub z kobietą, którą znał kilka godzin, bo obciągnęła mu jak gwiazdka porno? Boże. Jaki wstyd. Ciary żenady. Nie no, Leo, idziesz do domu. No i pewnie dalej by siedział przy biurku i użalał się nad swoim losem, gdyby nie rozdzwonił się hotelowy telefon. Przekręcił oczami - przecież jasno i wyraźnie poprosił, aby nikt mu nie przeszkadzał. - Tak, słucham? - warknął do słuchawki, nie kryjąc irytacji.

- Panie Rosenhall, przepraszam, że przeszkadzam, ale mamy problem w trzynastce - głos recepcjonistki był cichy i wyraźnie zestresowany. - Gość puścił muzykę tak głośno, że klienci z całego piętra dzwonią ze skargami. Próbowaliśmy pukać i dzwonić na numer wewnętrzny, ale on nas po prostu ignoruje. Albo wyzywa przez zamknięte drzwi. Czy mógłby pan... interweniować? - dziewczyna zamilkła.

Leo westchnął ciężko i potarł nasadę nosa. No tak, brakowało mu jeszcze użerania się z pijanym turystą. Może też dopiero co wrócił z Vegas, nie ma co. - No dobrze, już idę. Zajmij się resztą gości i przeproś ich w moim imieniu - westchnął, po czym odłożył słuchawkę. Nie wstał od razu, bo mu się nie chciało, miał własne problemy na głowie. A tak w ogóle to może powinien uciec do Meksyku Gwatemali i udawać, że przestał istnieć. Po kilku minutach wstał i ruszył schodami na piętro. Już na korytarzu słyszał dudnienie basu i przebijające przez drzwi słowa piosenki. NINETY NINE RED BALLOONS, FLOATING IN THE SUMMER SKY. PANIC BELLS, IT’S RED ALERT. THERE’S SOMETHING HERE FROM SOMEWHERE ELSE. Cholerne balony Neny. Znowu przekręcił oczami. Uniósł dłoń i załomotał w drzwi, nie bawiąc się w uprzejmości. - Otwieraj te drzwi, albo wejdę z zapasowym kluczem i wyrzucę cię stąd razem z głośnikiem! - zawołał, bo po prostu skończyła się jego cierpliwość. Oj, miał dziś zły dzień. Bardzo zły dzień. Kiedy drzwi w końcu się uchyliły, a ze środka buchnął gęsty dym papierosowy, Leo już miał przygotowaną wiązankę, ale… słowa utknęły mu w ustach, gdy tylko rozpoznał twarz przybysza. - Marshall? - wyrzucił z siebie po kilku chwilach milczenia. - Musisz robić chlew akurat u mnie? - dodał i zmarszczył brwi, po czym chwycił pilot i ściszył muzykę. No i stał tak na środku, gapiąc się na kumpla, którego nie widział pewnie.. z dwa lata, ale nagle poczuł dziwną ulgę? Widok mordy starego przyjaciela w obliczu ostatnich wydarzeń (przypominam, że chodzi o żonę Meksykankę i wizję dziecka w drodze) był jak gwiazdka z nieba. - CASSS, CASS, CASSIEEE - zawołał w końcu z ogromnym szczęściem i radością wypisanymi na ryju, po czym rozłożył ramiona, żeby porwać kumpla w prawdziwy, męski uścisk, jak za starych dobrych czasów!

𝑝𝑟𝑖𝑛𝑐𝑒 𝑐𝑎𝑠𝑝𝑖𝑎𝑛

panic belts, it's red alert

: ndz kwie 12, 2026 4:57 am
autor: caspian marshall
Co to za pensjonat do siedmiu boleści? Miał doznać tutaj jakiegoś relaksu, spędzić przyzwoicie czas, tak żeby potem chcieć wrócić, zostawić pięć gwiazdek na Trustpilocie i rzucić znajomym parę ciepłych słów o tym całym The Rose Garden Inn, a tymczasem co dostaje? Darcie się dobiegające z drugiego pokoju, niezbyt dobre nagłośnienie z telewizora i jeszcze ten fakt, że po prostu miał chujowy dzień, więc wszystko, dosłownie wszystko, co tego dnia nie szło po jego myśli, zwalał właśnie na ten pierdolony pensjonat. Bo to na niego trafił, kiedy zaczęło padać. To na jego widok prychnął pod nosem, myśląc o tych wszystkich niefortunnych zbiegach okoliczności i o samym fakcie, że nie mógł przestać myśleć o tych cholernych dziewuchach. No zabijcie mnie. Jęknął pod nosem do siebie, zmęczony, i przewrócił oczami, gdy usłyszał walenie do drzwi.- Fottutamente fantastico, cazzo, fottutamente fantastico - rzucił po włosku, zsuwając się z parapetu.

Szybko dopalił papierosa i wyrzucił go za okno, pstrykając niedopałkiem palcem. Potem chwycił swoją laskę, w ogóle nie przejmując się ściszeniem telewizora, no bo co mu zrobią? Wywalą go? A nawet jeśli, to nie zapłaci za noc, ha. Doczłapał się do drzwi i wyrzucił z siebie, - Otwieraaam, otwieeraaam... - Przeciągnął to specjalnie, po czym chwycił za klamkę. Już myślał, że ujrzy jakiegoś grubego łysego typa albo ziomka wyglądającego jak wujek Vernon z Harry’ego Pottera, kiedy jego oczom ukazał się... Rosenhall. Zmrużył oczy, odsuwając lekko twarz, jakby naprawdę nie dowierzał. Czy to był jakiś pierdolony żart? Co on, do cholery, tutaj robił? - Rosenhall? - powtórzył, odwzajemniając to samo pytanie, które jego przyjaciel sprzed lat najwyraźniej też miał właśnie w głowie. Wpuścił go do środka, nawet nie wiedząc do końca, co ma zrobić. Przez moment przemknęło mu przez głowę jakieś obce, niewygodne uczucie w stylu... ups, chyba zjebałem. Ale to nie było w jego stylu, więc szybko mu przeszło.

Przyglądał się, jak tamten ścisza muzykę. Położył dłoń na drzwiach i zamknął je za nimi, poprawił laskę w dłoni i podszedł do niego, prychając pod nosem. - Leo Rosenhall, jak zwykle niszczyciel przedniej zabawy. - Przewrócił oczami, ale zaraz urwał, marszcząc brwi. - Poza tym nie wiedziałem, że to twooo... - Otworzył szerzej oczy ze zdziwienia, aż laska wypadła mu z ręki i uderzyła o podłogę. Parsknął śmiechem. - Wow, wow... ktoś ci umarł, stary? - Zaśmiał się pod nosem, ale chwilę później jego spięta mowa ciała chwilę później trochę się rozluźniła. Poklepał kumpla po plecach i przyciągnął go do siebie w krótkim uścisku. Po tym jakże romantycznym momencie schylił się po laskę, poprawił ją i ruszył z powrotem w stronę parapetu. Wysunął papierosa z paczki, wsunął go sobie do ust i spojrzał na niego kątem oka. - Palisz? - zapytał, a potem zaraz dodał, - Czy nie palisz? Czy czekaj... mam zakaz i nie mogę? - Uniósł brew, rozbawiony absurdem całej tej sytuacji. Nie czekając na odpowiedź, oparł się tyłkiem o parapet, odpalił zapalniczkę i zapalił fajkę, zaciągając się porządnie. - To co tam, różyczko? Co się u ciebie zmieniło odkąd ostatni raz widzieliśmy się na jednym z twoich grand prix dwa lata temu?

🌹

panic belts, it's red alert

: śr kwie 15, 2026 2:00 pm
autor: Leo Rosenhall
Leo Rosenhall, jak zwykle niszczyciel przedniej zabawy. Wypuścił przyjaciela z objęć i posłał mu szeroki uśmiech. Miło było zobaczyć tego powsinogę Marshalla po tylu latach. Nic się nie zmienił - to samo dziarskie spojrzenie, ten sam skrzywiony wyraz twarzy. - Odziedziczyłem ten pensjonat w spadku po ciotce, no i… - zawiesił głos i zerknął na laskę, którą Caspian właśnie podniósł z podłogi. Zmarszczył brwi. Wyglądało na to, że w tym pomieszczeniu Leo nie był jedyną pokiereszowaną osobą. Co mu się stało? - No i chyba jedziemy na tym samym wózku, Marshall - dokończył, wskazując najpierw na jego nogę, a potem na swoją. Normalnie dajmy im chwilę i zaraz będą stać jak dwa Spidermany, wskazując na swoje nogi i mierząc się wzrokiem. Ktoś ci umarł, stary? Leo żachnął się i machnął ręką. - Wręcz przeciwnie, podobno będę… yyy… ojcem - wypalił wesoło, ale niemal od razu po wypowiedzeniu tych słów mina mu zrzedła. Pierwszy raz użył słowa "ojciec" i było mu z tym… dziwnie. Leo? Ojcem? Nah. - Hm… ojcem… - powtórzył, jakby chciał sprawdzić, czy za drugim razem to słowo nie wywoła u niego ataku paniki. Nie wywołało, ale przyniosło za to całą lawinę uczuć, których nie rozumiał. Był to skok na głęboką wodę? Zdecydowanie. Ledwo ogarniał własne życie, a teraz miał być odpowiedzialny za małego człowieka? Za istotę, która będzie miała jego oczy, albo - co gorsza - temperament Luny? Na samą myśl o tym, że po świecie może biegać mała kopia tej meksykańskiej wariatki, Leo poczuł jednocześnie przerażenie i… i… dziwne ciepło? Logika podpowiadała mu, że to była katastrofa, ale instynkt już budował dookoła pensjonatu schron przeciwlotniczy, żeby maleństwu - teraz w rozmiarze… yyy… planktonu? - nic się nie stało. Wyglądało na to, że gdzieś wewnętrznie Leo chciał mieć dziecko, jednak nie był przygotowany, że stanie się to tak szybko. Może gdyby znalazł żonę w inny sposób to lepiej zniósłby tę informację, no bo wszystko odbyłoby się po kolei, po bożemu?

Palisz? - A daj, zapalę z tobą, bo nie wytrzymam - rzucił, po czym poczęstował się papierosem i nachylił się nad zapalniczką kumpla, żeby mu odpalił faję. Usadowił się wygodnie obok Caspiana na parapecie i zaciągnął dymem w zadumie. Pojebane to wszystko było. Posłał Marshallowi spojrzenie, gdy spytał, co u niego słychać. No cóż, lepiej, żeby mieli tę rozmowę za sobą. - Siedzisz? Zajebiście. Cóż, Grand Prix to już dla mnie prehistoria, Marshall. Od tamtej pory sporo się "pogięło". Dosłownie i w przenośni - wskazał podbródkiem na swoją nogę. Nie lubił wracać do tematu wypadku, ale MUS TO MUS, przecież nie będzie czegoś takiego przed nim ukrywał, to była dość publiczna informacja. A poza tym Rosenhall i Marshall spędzili razem sporo czasu za granicą, głównie we Włoszech, wymykając się nocami na potajemne picie dziwnych trunków, a jak powszechnie wiadomo, jest to jeden z najlepszych sposobów na zyskanie nowego przyjaciela. - Cud, że mnie wyciągnęli. Lekarze powiedzieli: "Ciesz się, że żyjesz, Leo". No to się cieszę. Tak się, kurwa, cieszę, że od tygodnia mam żonę, stary - dodał, po czym wybuchnął histerycznym śmiechem. Nie no, pojebało go, co on zrobił najlepszego? Od dwóch lat jego życie przypominało równię pochyłą. Wypadek. Pensjonat. Siedzenie w jednym miejscu zamiast gromadzącego się pod skórą uczucia adrenaliny. Vegas. Żona z Vegas. Dziecko z Vegas. No debil. Pokręcił głową z niedowierzaniem i znów zaciągnął się papierosem. - Dobra, dość o moich katastrofach - posłał Marshallowi badawcze spojrzenie. - Gadaj, co u ciebie, zanim zacznę opowiadać ci o tym, jak Luna próbuje mi wywróżyć przyszłość z fusów po kawie - powiedział. - Luna, moja żona w sensie - dodał, a zaraz go olśniło. - Wolisz się przejść do mojego gabinetu? Mam tam jakieś whisky - zaproponował. W sumie to by mu się przydała szklaneczka. Albo dwie.

𝑝𝑟𝑖𝑛𝑐𝑒 𝑐𝑎𝑠𝑝𝑖𝑎𝑛