When I walk on the field, it's the horses I see
: sob kwie 11, 2026 3:51 pm
006.
czasy licealne
Nie od początku pasjonowała się końmi, choć od zawsze te zwierzęta zdawały się być dla niej na swój sposób wyjątkowe. Jeźdźców uważała za naprawdę interesujących, a nawet dość tajemniczych. Często dumała nad tym, jak musieli się czuć na konnym grzbiecie. Szczęśliwi? Wolni? Spragnieni przygody? Nie mogła nie przyznać, że konie prawie zawsze kojarzyły jej się z amerykańskimi westernami czy serialami opartymi na czasach średniowiecznych. Było to coś, czego nie znała i dość ciężko było jej sobie wyobrazić cokolwiek z tym związane, zwłaszcza bez udziału odczucia tego samego na własnej skórze.
To również popchnęło ją w kierunku zapisania się na zajęcia do szkółki jazdy.
Jej nowy, spontaniczny cel szybko uzyskał aprobatę rodziców. Carissoni była dobrą uczennicą, więc był to idealny pomysł w ramach nagrody za wzorowe wyniki w szkole. Poza tańcem próbowała wielu rzeczy, ale bezustannie brakowało jej wrażeń. Jazda konna była przy tym czymś nowym, a dodatkowo nieco odstającym od reszty. W trakcie przygotowań i przeglądania wstępnych informacji o jeździectwie jej zapał tylko się pogłębiał, przez co naprawdę nie mogła doczekać się pierwszych lekcji. Jedyne, czego mogła się obawiać, to dość restrykcyjnych instruktorów. Zróżnicowanie wśród nauczycieli często przyprawiało ją o gęsią skórkę, choć nigdy właściwie nie miała się czego bać. Jej najgorszym bossem do tej pory była nauczycielka baletu z dzieciństwa, którą ciężko było przebić pod tym względem.
Tata przywiózł ją na miejsce na umówioną godzinę. Przy wysiadaniu z pojazdu blondynka czuła, jak serce bije jej nieco mocniej na samą myśl o czymś, czego jeszcze nie znała. Wzrokiem zlustrowała całą scenerię, chłonąc nieco mniej miejski klimat i szeroko rozpościerający się krajobraz. To miejsce było inne. Czuła to od samego początku. To tylko skłoniło ją do skierowania swoich energicznych kroków w kierunku stajni, gdzie miał oczekiwać na nią instruktor bądź instruktorka. Wiatr mierzwił jej niesforne włosy, często zasłaniając jej widok. Doszła do wniosku, że chyba jednak będzie musiała użyć jednej ze swoich scrunchies, żeby ogarnąć cały ten rozgardiasz na swojej głowie. Ale to za chwilę.
Weszła do środka, trochę siłując się z drzwiami. W środku, poza rżeniem koni i skrobaniem kopyt o ziemię, nie słyszała właściwie niczego. W nozdrza uderzył ją specyficzny zapach, który od razu powiązała ze stajnią. Nie miała nigdy styczności z takim miejscem w przeszłości, ale potrafiła stwierdzić, że woń zdawała się pasować tu idealnie. Przystanęła tuż za drzwiami, trochę niepewnie kręcąc się w miejscu i w międzyczasie poprawiając włosy. Może była za wcześnie? Albo za późno? Ewentualnie była tylko jedną uczennicą na taką porę, a jej instruktor kręcił się gdzieś w pobliżu.
— Um... Dzień dobry? — rzuciła z lekką obawą, nie za głośno by nie wystraszyć koni, ale i nie za cicho, by ktoś ostatecznie mógł ją usłyszeć.
Reece Covington