unnecessary comment
: sob kwie 11, 2026 10:50 pm
Adeline w końcu dostała pierwszy poważniejszy, duży projekt i potwornie zależało jej na tym, żeby dobrze wypaść. Nie bez powodu poświęcała mu długie godziny poza swoim czasem pracy, analizując statystyki i zastanawiając się, jak dobrze sprzedać nowe osiedle, żeby w krótkim czasie uzyskać wysokie wyniki sprzedaży. Musiała przygotować odpowiednią strategię, która zdobędzie uznanie na spotkaniu na wyższym szczeblu. Czas do tego spotkania zbliżał się wielkimi krokami, na razie jednak należało przeprowadzić spotkanie wewnętrzne w wąskim gronie współpracowników.
Kiedy szła do sali konferencyjnej, postukując obcasami, czuła delikatny stres spowodowany swoją prezentacją. Choć było to tylko robocze spotkanie, wszyscy wiedzieli, że nie była zwykłym pracownikiem. Była córką Thomasa Covingtona, samego szefa firmy, a więc powinna wśród wszystkich budzić respekt. To znaczyło też, że wszyscy patrzyli na jej ręce i czekali, kiedy popełni jakiś błąd. Musiała udowodnić, że znajdowała się w odpowiednim miejscu ze względu na swoje umiejętności, a nie nepotyzm. Najgorsze było to, że przede wszystkim zależało jej na potwierdzeniu swojej wartości przed własnym ojcem.
Czekała u szczytu stołu, aż cały dział marketingu i sprzedaży zasiądzie na swoich miejscach i zerknęła na swój telefon. 15:00. Na próżno było czekać na Reece’a, który jej powiadomienie o spotkaniu skwitował krótką odpowiedzią, że nie będzie go.
Za to w pomieszczeniu znajdował się ktoś, kto świetnie zastępował jej brata. Nie byle jaki ktoś. Mark Rosenhall. Dobry kumpel Ree, a więc kolejny szyderca w loży, na sam widok którego jej zielone oczy wykonywały odruchowy przewrót. Tym razem pewnie też by tak zareagowała, gdyby nie fakt, że patrzyła na nią kierowniczka i było to bardzo nieprofesjonalne. A przecież chciała dobrze wypaść. Rozpoczęła więc prezentację, w przelocie spoglądając po przybyłych, świadomie omijając go wzrokiem. Potrzebowała się skupić, a jego ciemne spojrzenie, którym się w nią wpatrywał, wcale jej w tym nie pomagało.
Do tematu podeszła bardzo profesjonalnie, a kiedy dotarła do ostatniego slajdu, uśmiechnęła się delikatnie, całkiem z siebie zadowolona.
— No dobrze, to teraz czas na pytania i uwagi. Ktoś chce zacząć? - powiodła wzrokiem po twarzach kolegów z pracy, gotowa na dyskusję, choć uważała, że nie dało się do niczego przyczepić.
Mark Rosenhall
Kiedy szła do sali konferencyjnej, postukując obcasami, czuła delikatny stres spowodowany swoją prezentacją. Choć było to tylko robocze spotkanie, wszyscy wiedzieli, że nie była zwykłym pracownikiem. Była córką Thomasa Covingtona, samego szefa firmy, a więc powinna wśród wszystkich budzić respekt. To znaczyło też, że wszyscy patrzyli na jej ręce i czekali, kiedy popełni jakiś błąd. Musiała udowodnić, że znajdowała się w odpowiednim miejscu ze względu na swoje umiejętności, a nie nepotyzm. Najgorsze było to, że przede wszystkim zależało jej na potwierdzeniu swojej wartości przed własnym ojcem.
Czekała u szczytu stołu, aż cały dział marketingu i sprzedaży zasiądzie na swoich miejscach i zerknęła na swój telefon. 15:00. Na próżno było czekać na Reece’a, który jej powiadomienie o spotkaniu skwitował krótką odpowiedzią, że nie będzie go.
Za to w pomieszczeniu znajdował się ktoś, kto świetnie zastępował jej brata. Nie byle jaki ktoś. Mark Rosenhall. Dobry kumpel Ree, a więc kolejny szyderca w loży, na sam widok którego jej zielone oczy wykonywały odruchowy przewrót. Tym razem pewnie też by tak zareagowała, gdyby nie fakt, że patrzyła na nią kierowniczka i było to bardzo nieprofesjonalne. A przecież chciała dobrze wypaść. Rozpoczęła więc prezentację, w przelocie spoglądając po przybyłych, świadomie omijając go wzrokiem. Potrzebowała się skupić, a jego ciemne spojrzenie, którym się w nią wpatrywał, wcale jej w tym nie pomagało.
Do tematu podeszła bardzo profesjonalnie, a kiedy dotarła do ostatniego slajdu, uśmiechnęła się delikatnie, całkiem z siebie zadowolona.
— No dobrze, to teraz czas na pytania i uwagi. Ktoś chce zacząć? - powiodła wzrokiem po twarzach kolegów z pracy, gotowa na dyskusję, choć uważała, że nie dało się do niczego przyczepić.
Mark Rosenhall