I’m not okay, you’re alright, she says nothing
: ndz kwie 12, 2026 12:21 pm
I.
Sracja, a nie resocjalizacja — powtarzała na głos, rozrywając kolejną kartkę z zaleceniami od psychiatry. Obowiązkowa terapia. Opieka psychiatryczno-terapeutyczna. Przyjmowanie leków wyciszających. Unikanie triggerów. Samokontrola. Pierdolenie. Przyjazd do Toronto miał być próbą, cholernym testem wymyślonym przez sądowniczych, który uważali, że mogą wszystko, bo mieli papierki podkreślające ich status. Papierki, a wraz z nimi przyzwolenie na decydowanie o czyimś życiu. Złość krążyła w jej organizmie, zatruwając go jak toksyna. Zalewała myśli. Przysłaniała zdrowy rozsądek, albo raczej jego resztki. Mierzyła się z niekontrolowaną wściekłością. Lubiła mieć kontrolę nad sytuacją i działać według swoich zasad — nie tych narzuconych przez kogoś. Wymagano od niej stabilności i pełnej kontroli, którą miały wspierać leki i terapia. Przeszła testy psychologiczne, została dopuszczona do życia w społeczeństwie i uznano ją zasadniczo za niegroźną dla innych. Nikt nie wspominał o niej samej, prawda? Isobel zawsze była największym zagrożeniem sama dla siebie — ludzie z zewnątrz cierpieli tylko dlatego, że traciła kontrolę nad wewnętrznym chaosem i ogniem. Wzniecała pożar dla własnej rozrywki. Później go podsycała. Uważała, że ludzkość powinna przestać istnieć, by świat mógł wyleczyć się z toksyny. Nosiła w sobie tę chorobliwą nienawiść i nie chciała się jej pozbywać — negatywne emocje były jej główną siłą napędową. Dostała szansę od losu na nowe życie i odcięcie się od przeszłości. Wszak teraz z rodziną Cameron nie łączyło jej n i c, poza nazwiskiem. Antykwariat został sprzedany, a wraz z nim cały przemyt. Mężczyzna, na którym chciała się zemścić, również odszedł z tego świata. I tutaj pojawiał się problem. Zabrakło jej celu, była skołowana. Odnosiła wrażenie, że przeniosła się do zupełnie innej sfery. Odnalezienie się w niej sprawiało jej problemy.
Przywykła do ciągłych zmian, adrenaliny i chaosu — nie do normalności.
Porwana kartka zsunęła się po kołdrze, opadając z niegłośnym szelestem na podłogę.
Isobel wsuwając palce we włosy, pochyliła się do przodu, próbując stłumić ten przypływ złości.
Nowe mieszkanie, nowe miasto, nowy początek. Nie miała problemu z nawiązaniem znajomości ze współlokatorkami, choć wolała spędzać czas w swoim pokoju. Zachowywała się jak nieufny kot porzucony przez właściciela — musiała nauczyć się, tolerować towarzystwo innych, nie tylko swoje własne. Zza drzwi dobiegał do niej głos Chloe. Nie wiedziała, o czym opowiadała, ale była pewna, że nie mówiła po prostu o pogodzie. Albo jej się wydawało, albo w głosie ciemnowłosej dziewczyny czaiły się silne emocje. Pół godziny? Czterdzieści? Może potrzebowała tak naprawdę trzydziestu pięciu minut, żeby zsunąć stopy na podłogę, narzucić na siebie ciemną bluzę, wyjść z pokoju i przejść do aneksu kuchennego. Nigdy nie przypuszczała, że przyjdzie jej mieszkać w centrum miasta. Czuła się pewniej na swoim odludziu, bez dodatkowych bodźców, bez zbędnego hałasu. Przechodząc obok czarnego kota rozłożonego pod drzwiami, zrozumiała, że tylko ona ma problem z adaptacją. Szatan, choć z początku zestresowany podróżą, w tym momencie spał sobie spokojnie na podłodze, poruszając łapkami. Najwidoczniej coś mu się śniło. Dla Isobel to miejsce było obce. Nie było małej Lucy, nie było zabawek rozrzuconych po podłodze, nie było niczego, w czym mogłaby zakotwiczyć pozytywne myśli i poczuć się jak w domu. Napawało ją to niechęcią do życia.
— Wilson, dzięki tobie nie muszę nastawiać budzika. Jeszcze chwila i zacznę ci płacić za pobudki. Obudziłabyś zmarłego — rzuciła na przywitanie luźną uwagą, przeciągając się w drzwiach, jakby faktycznie dopiero co wstała. — Kto cię wkurzył? — zapytała, zasiadając przy okrągłym stole z wczorajszą kawą, której wieczorem nie dopiła. Teraz była zimna, ale jej to nie przeszkadzało. Właściwie było jej wszystko jedno, czy piła ciepłą, czy zimną. Kawa to kawa.
— I jak długo trwa ta debata? — zatrzymała spojrzenie na Jasmine, przekonana, że jeśli oczekiwała konkretów, dużo więcej dowie się od Sparrow. Nie lubiła tych momentów, w których musiała nawiązywać jakąkolwiek rozmowę. Mogła po prostu wejść, wypić w ciszy kawę i wyjść — kilka dni temu, świeżo po przyjeździe, działała według tego schematu. Była obecna gdzieś w tej próżni mieszkaniowej i wszyscy o tym wiedzieli, choć fizycznie jakby nie istniał w innym miejscu, niż zaciszu pokoju, który należał do niej.
Chloe Wilson