Strona 1 z 1

Dawno temu

: ndz kwie 12, 2026 11:50 pm
autor: Lilian Davenport
001

Tego dnia nic nie zapowiadało nadchodzącej katastrofy, choć nad Toronto od kilku godzin kłębiły się ciężkie, ciemne chmury. Ku uciesze Lilian deszcz spadł dopiero wieczorem, chwilę po tym jak wróciła. Od samego rana krążyła po mieście i załatwiała sprawy związane z zaopatrzeniem pensjonatu oraz mniej istotne rozrachunki rodziny.
W recepcji dowiedziała się od babci, że tej nocy zajęte będą zaledwie trzy z ośmiu pokoi. Niewielki ruch wcale nie zdziwił Lilian, która przywykła do tego, że w środku tygodnia mieli mniej gości. Dolores, która w obyciu była dosyć wymagającą i zrzędliwą starszą kobietą, nie tyle poprosiła, co właściwie oznajmiła, że następnego dnia Lilian dodatkowo miała przygotować śniadanie i pomóc przy sprzątaniu. Nowa pokojówka zachorowała i niezmiennie brakowało rąk do pracy.
Lilian standardowo potaknęła na rozkazy babci i już miała odejść od recepcyjnej lady, gdy ponownie usłyszała za plecami głos Dolores. Tym razem kobieta zawołała, aby zaniosła nowemu gościowi ręczniki, które ona sama zapomniała położyć na łóżku, gdy przygotowywała wcześniej pokój.
Lilian, tak jak stała w wygniecionej białej koszulce i ogrodniczkach, z potarganymi włosami i mocno zmęczonym spojrzeniem, natychmiast ruszyła do pomieszczenia socjalnego. Zgarnęła komplet ręczników i skierowała się na piętro.
Pokój znajdował się na samym końcu korytarza, więc gdy pokonała dzielącą ją od niego odległość, zatrzymała się przed drzwiami i delikatnie, acz wystarczająco stanowczo zapukała w drzwi.
Dobry wieczór, przyniosłam ręczniki — zakomunikowała uprzejmie i poczekała, aż szanowny gość pojawi się w progu. Gdy zamek szczęknął, a klamka powoli opadła, na jej twarzy automatycznie pojawił się ten charakterystyczny uśmiech, którym witała wszystkich przyjezdnych. Zaraz z już znaczącą niecierpliwością skinęła głową i spróbowała zajrzeć przez wąską szczelinę między drzwiami, jaka z każdą sekundą stawała się większa.
Przepraszam, że przeszkadzam o tej porze, ale przyniosłam... — urwała w połowie zdania, kiedy niespodziewanie dostrzegła twarz Nico. Z trudem powstrzymała jęk zaskoczenia. Ręczniki omyłkowo wysunęły jej się z dłoni i intuicyjnie przystąpiła krok do tyłu o mało nie tracąc równowagi. Oczy Lilian zdradzały szok, jednak usta w pierwszej chwili drgnęły, chcąc poderwać się do uśmiechu, świadczącym o skrytej, acz szczerej radości.
Nigdy nawet nie brała pod uwagę, że mogą się jeszcze spotkać. Jednak równie szybko przygasła, a jej twarz momentalnie spoważniała, przypomniawszy sobie w jaki sposób przebiegło ich rozstanie i w jaki sposób była winna temu, że zakończyli znajomość.
Ni...Nico — wydukała, ale prędko spróbowała się otrząsnąć. Nerwowo kucnęła i zaczęła zbierać z podłogi ręczniki. — To znaczy... witamy serdecznie w Willow Heaven. Mam nadzieję, że twój pobyt się uda — wyrecytowała to, co pierwsze przyszło jej do głowy, aby zatuszować skrępowanie, które zawładnęło całym ciałem i sprawiło, że zadrżała.
Nico wyglądał świetnie. Nie mogła oprzeć się, aby zerknąć na niego (niby ukradkiem) jeszcze na chwilę, gdy tak nieudolnie składała ręcznik za ręcznikiem. Wydoroślał. Jego rysy twarzy znacznie się wyostrzyły, a spojrzenie nabrało osobliwej ostrości, której kiedyś nie widziała. Chyba był też trochę wyższy, szerszy w ramionach i naprawdę dobrze prezentowł się w opiętej bokserce oraz luźnych dresach.

Dawno temu

: wt kwie 14, 2026 12:04 am
autor: Nico Rosenhall
001
Przeprowadzka do Toronto wymagała od niego nie lada logistyki. Nie zgromadził jeszcze dużo gratów od przeniesienia się z Nowego Jorku do Vancouver, lecz zyskał jeden dość spory bagaż — złotowłosego golden retrievera, którego nie miałby serca, aby umieścić w luku bagażowym samolotu. Całe szczęście, Nico lubił niestandardowe rozwiązania. Lubił przygody, poznawać świat, choć przez skupienie się na studiach nie miał ku temu wiele okazji. Zawsze w tym temacie podziwiał swojego brata, który podczas swojego gap yeara odwiedzał zakątki świata, o których młodszy nawet nie śnił. Wspomnieniem po tym były dla niego te wszystkie opowiedziane historie oraz magnesy, które dostał na pamiątkę. Teraz jednak rozpoczął swoją własną przygodę — a dokładnie zrobił to tydzień temu, kiedy definitywnie postanowił spakować wszystkie potrzebne do przetrwania rzeczy w auto i wyruszyć na kilkudniową przeprawę z drugiego końca kraju. Nie traktował tego jako przykrego obowiązku, który musiał spełnić jako troskliwy właściciel czworonoga. Cała wycieczka przyniosła mu sporo radości, dużo zwiedzonych miejsc, zajechania do większych miast Kanady, ale poznanie również tych urokliwych mieścinek, o których każdy zapomina. Miał dużo czasu dla siebie, realnie odpoczął, psychicznie i fizycznie. Spacerował, troszkę zwiedzał, ale przede wszystkim jechał; a że motoryzacja prawdopodobnie była w jego rodzinie wyssana z mlekiem matki, to czerpał ogromną przyjemność z jazdy samochodem i urządzania sobie po drodze prawdziwego karaoke.
Do Toronto zajechał już pod wieczór, ostatnią prostą dając sobie do przejechania na jeden strzał, bo w końcu chciał znaleźć się na miejscu. Mógł zrobić najazd rodzicom, zapukać do drzwi starszych braci, ale musiał się do tego uprzednio przygotować. W końcu nikt nie wiedział, że porzucił swoje dotychczasowe życie i w sekrecie przed rodziną, postanowił się przenieść w okolice rodzinnego miasta. Chciał zrobić im niespodziankę, dlatego postanowił spędzić ostatnią noc w pensjonacie po drodze. Nie mógł zatrzymać się gdziekolwiek, w końcu wymogi miał wielkie, bo prawie trzydziesto kilogramowe. Babcinka na rejestracji wydawała się być niesamowicie znajoma, jednak zignorował jakiekolwiek powiązania z przeszłością. Tego najbardziej się obawiał, zwłaszcza podczas odwiedzin w Oakville. Każda wizyta tam w ostatnich latach, wzbudzała w nim niektóre wspomnienia, o których wolałby zapomnieć. Minęło już wystarczająco dużo czasu, aby mógł się z niej już całkiem wyleczyć, a mimo to nie pozwalała o sobie zapomnieć w stu procentach.
Właścicielka poinformowała go o przyniesieniu ręczników, co nie stanowiło dla niego problemu. Zabrał swoje najpotrzebniejsze szpargały z auta i ulokował się z Cheetosem we wskazanym pokoju. Cały obiekt był naprawdę przytulny, widać że zadbany i prowadzony w domowej atmosferze. Idealnie, aby wprawić się w nastrój przed rzuceniem się w sidła rodziny.
Zdjął bluzę od szarego dresowego kompletu i rzucił ją na pobliski fotel idealnie w momencie, kiedy ktoś zapukał do drzwi. Nastawił się na wizytę staruszki z ręcznikami, dlatego dość roztrzepanie otworzył drzwi, ale za nimi ujrzał zupełnie kogoś innego. Patrzyły na niego ciemne oczy, które znał lepiej niż cokolwiek innego. Przez chwilę zastanawiał się, czy sobie nie wmawiał, jednak mimo że wydoroślała, lekko zmieniła się na twarzy, to nadal bez problemu ją poznał. Lilian.
Jakie mogło być prawdopodobieństwo, że w pierwszy dzień przyjazdu na stare śmiecie, wpadnie akurat na nią? To nie był przypadek, jeszcze tu pracowała. Patrzył się na nią, stojąc jak słup soli, łącząc wszystkie fakty. Czy staruszka na recepcji to była jej babcia? To dlatego wydawała się tak znajoma… Czy przeniosły pensjonat z Oakville?
— Lilian — odpowiedział, zaraz reflektując się, że przez dłuższą chwilę po prostu się w nią wpatrywał. Szybko ukucnął, aby pomóc jej pozbierać ręczniki z ziemi. Zrobił to odruchowo, taka była jego natura. Nie wiedział, co jej odpowiedzieć. Wyrecytowana formułka jasno zasugerowała mu pracę tutaj, choć podejrzewał, że bardzo angażowała się w to miejsce. Gdy tylko podniosła spojrzenie, utkwił wzrok w jej oczach. Jeszcze kilka lat temu mógł wpatrywać się w nie bez końca — teraz się to nie zmieniło, lecz czuł pewne speszenie całą sytuacją. Wystawiła cię na lotnisku, zerwaliście nagle i boleśnie; mózg brutalnie przypomniał mu o faktach. — Dobrze cię widzieć — odchrząknął, zaraz po niej prostując się na równe nogi. O czym mógł z nią rozmawiać? O pogodzie, o budynku, o tym, dlaczego zrezygnowała z ich wspólnych planów? — Przeniosłaś się z Oakville do Toronto? — zagadnął. Mógł odebrać ręczniki i zniknąć za drzwiami, za którymi z pewnością podsłuchiwał ich jego pies, ale nie potrafił. Nie potrafił przejść bezinteresownie, nawet jeśli żal kuł go w serce.

Lilian Davenport

Dawno temu

: śr kwie 15, 2026 6:31 pm
autor: Lilian Davenport
Lilian nigdy nie zamierzała unikać Nico, ale jednocześnie nie sądziła, że kiedykolwiek się jeszcze spotkają. Może i Oakville nie znajdowało się niewiadomo jak daleko, jednak Nowy Jork, w ktorym studiował chłopak i każdy inny zakamarek świata, były dla niej już niemal nieosiągalnym miejscem. Samo Toronto również nie należało do najmniejszych, a według Lilian prawdopodobieństwo zobaczenia się w pensjonacie wynosiło zero.
I... gdzieś mimowolnie pomyślała, że była naprawdę fatalna z matematyki, skoro Nico Rosenhall stał właśnie przed nią w pełnej krasie, w zupełności przyjezdny i ubrany w zwykły, szary dresz; dokladnie w taki, w jakim widywała go wielokrotnie w szkole.

O, ironio!

Drgnęła, gdy z jego ust padło jej imię, które, choć pozbawione czułości, niosło ze sobą znajomą nutę i ogrom sentymentu. W porę nerwowo schyliła się po ręczniki, zanim purpura objęła jej policzki i zdradziła, ile emocji wywołało w niej to spotkanie. Ferment w sercu narósł, gdy nie wiedząc jak się zachować, wyrecytowała powitalną formułkę oraz w chwili, w której Nico nachylił się, aby pomóc w sprzątaniu. Wówczas ruchy Lilian nabrały jeszcze większej nerwowości, a kiedy przypadkiem dotknęła jego dłoni, poczuła, jak piecze ją skóra.
Znowu niepewnie poderwała spojrzenie, aby przez kolejną, długą chwilę popatrzeć Nico w oczy. Miała wrażenie tonąć w ich głębokim kolorze i we wspomnieniach, które zaczęły przemykać przez jej głowę.
Pomyślała o tym samym, że wystawiła go na lotnisku i przekreśliła ich romantyczną znajomość, skazując siebie na porządny, miłosny zawód.
Och — westchnęła z wyraźnym zaskoczeniem, po czym odgoniła mgłę tych dobrych i tych złych wspomnień. Kiedy oboje stanęli prosto, przywołała dobre maniery, nad którymi pracowała przez minione kilka lat. — Ciebie również miło widzieć.
Czuła, że nie mogła żyć przeszłością; czuła, że Nico nie zasłużył, aby traktowała go z rezerwą, dlatego uśmiechnęła się uprzejmie, acz wciąż z wyraźną niepewnością, jakby dopiero nastrajała swoją postawę względem niego. Niegdyś, chwilę przed tym jak zostali parą, najpierw obdarzyli się przyjaźnią. Chyba właśnie na tym powinna się skupić. Na tym oraz na fakcie, że obecnie był gościem pensjonatu.
Z nieco większą śmiałością wręczyła mu ręczniki.
Tak. — Nabrała oddechu, zastanawiając się, jak dobrze ująć resztę wypowiedzi. W końcu problemy w starym hostelu sięgały czasów, kiedy byli jeszcze razem i poniekąd przyczyniły się do decyzji Lilian o pozostaniu w Oakville. Nerwowo schowała ręce do kieszeni ogrodniczek i zanim kontynuuowała, zakłopotana przygryzła dolną wargę. — Babcia przeniosła biznes do Toronto, więc nasza cała rodzina musiała się przeprowadzić. Pracuję i mieszkam tutaj — poinformowała zgodnie z prawdą, przy czym sugestywnie znowu uniosła dłonie, aby tym gestem objąć przestrzeń budynku.
Lubiła pracę w pensjonacie. Odnalazła w tym sens, jednak głęboko w podświadomości nadal pragnęła czegoś więcej. Przez psioczenie babci nie wyrwała się z Oakville, a teraz czuła się w podobny sposób zakotwiczona w Toronto.
A co z tobą? — zapytała, chociaż doskonale wiedziała gdzie był. Czasami rozmawiała z panią Rosenhall; czasami, przypadkiem kobieta napomknęła coś o swoim synku. Mimo tego była ciekawa. Skoro rozmawiali, to zapragnęła się dowiedzieć, jak sobie radził; czy podobał mu się Nowy Jork i czy tamtejszy uniwersytet dał mu w kość. To przecież ten ułamek świata, który był dla Lilian niedostępny. Zupełnie jak Nico. — Jest fajnie? Jaki kierunek ostatecznie wybrałeś?
Lilian nie pozostało nic prócz ciekawości, dlatego ponownie posłała w kierunku chłopaka uprzejmy uśmiech, po czym zaalarmowana nagłym hałasem, zerknęła na jego nogi. Tam, między futryną a łydką Nico pojawił się pokaźny, psi łeb. Na widok zwierzęcia natychmiast zadarł brwi, po czym mechanicznie uklękła.
Uwielbiała czworonogi, chociaż dotychczas babka nie pozwoliła jej żadnego zaadoptować.
Ojej! Słodki jesteś! — Rzuciła uradowana. Następnie ponownie spojrzała na chłopaka. — Jak ma na imię?

Nico Rosenhall

Dawno temu

: ndz kwie 19, 2026 12:54 pm
autor: Nico Rosenhall
Nie bez powodu mówiło się, że świat jest mały.
I choć miał gdzieś z tyłu głowy to powiedzenie, to jednak nie spodziewał się, że przekorność losu doprowadzi go do momentu, w którym drogi z Lilian Davenport krzyżują się. Miał w sobie wiele sprzecznych emocji, bo jednocześnie czuł ciepło na sercu, które zaraz zastępowane było bolesnym ściśnięciem na wspomnienie ich wspólnej przeszłości. Może było to przez ból, jaki mu zafundowała, a może przez żal niezrealizowanych planów i przyszłości, która dla nich nigdy nie nadeszła. Miał wobec niej ogrom sentymentu i jednocześnie skrupuły, aby jej to okazać — zupełnie tak, jakby miało to ugodzić w jego dumę. Jednak oczy najczęściej nie potrafią kłamać. Może przez tę chwilę spojrzał na nią zbyt długo, a może przez jego wzrok przebiegł dziwny błysk dawnej czułości, że w jej oczach również dostrzegł coś, czego nie chciał widzieć, a co przypominało mu o ich dawnej relacji.
Zauważał wszystko; przypadkowe muśnięcie jego dłoni, jej nerwowe ruchy i krótkie westchnienie, które nie wiedział, czy powinien odbierać pozytywnie czy negatywnie. Uśmiechnął się krótko na jej słowa. Czy naprawdę się cieszyła? Nie podejrzewał jej o kłamstwo i poniekąd cieszył się, że nie spalili za sobą mostów. Ba, nawet nie mieli ku temu okazji, skoro skończyli ze sobą szybko i nagle. Nigdy nie przygotowywał się mentalnie na nagłe spotkanie z Lilian. Teraz musiał szybko przeanalizować swoje uczucia i stwierdzić, kim dla niego była. A była jego przyjaciółką, pierwszą miłością… patrząc w jej oczy doszedł do wniosku, że ich związek powinien potraktować jak słodki sen, żeby nie oszaleć.
— Rozumiem — stwierdził, kiwając lekko głową. — Od długiego czasu tu jesteś? — zapytał. Nie chciał robić z nią wywiadu, nie chciał, aby czuła się niekomfortowo przez jego wypytywanie, ale jednocześnie… chciał znać odpowiedzi na niektóre pytania. Wielokrotnie zastanawiał się, co teraz robi, jak się potoczyło jej życie. Za każdym razem, gdy matka Nico tylko o niej wspominała, szybko zmieniał temat. Wtedy nie czuł się gotowy na rozmowy o swojej dawnej miłości, później jego rodzicielka zaprzestała podejmować próby. Teraz… został postawiony w sytuacji bez wyjścia, choć czuł, że to był już dobry moment w jego życiu, aby móc z nią porozmawiać. — Podoba ci się w Toronto? — dodał po chwili. Pamiętał, że marzyła o wielkim mieście. W końcu nie ciągnąłby jej ze sobą wbrew temu, co czuła. Czy teraz żyła życiem, którego chciała?
— Ze mną? — zapytał, wyrwany ze swoich chwilowych rozmyślań. Zdziwił się, jakby zapomniał, że nie tylko on może przeprowadzać wywiad. — Ze mną w porządku. Nowy Jork robi wrażenie, był wymagający, ale dobrze wspominam ten czas. — Nie kłamał. Może na początku nieco dramatyzował i przeżywał, ale wiedział, że musi zacząć żyć swoim życiem. Wszystkie plany uległy zmianom, a on musiał się pod nie dostosować. Skoro ona wybrała życie bez niego, to on również musiał podjąć się tej decyzji. — Informatykę. Poszedłem w kierunku programowania gier — odpowiedział od razu. Nie zmienił nagle decyzji, poszedł w kierunku tego, co naprawdę go jarało. Niezmiernie cieszył się, że mu wyszło. — I wróciłem do Kanady. Do Vancouver dokładnie, bo po stażu dostałem tam pracę. A teraz będę mieszkać tutaj. — Akurat te słowa ugrzęzły mu w gardle. Czy powinna o tym słyszeć? To ich pierwsze spotkanie po bardzo długim czasie.
Poczuł, jak pies wtyka się między jego nogę a drzwi, zaciekawiony nową osobą i nieco go przyblokował, żeby z entuzjazmem nie skoczył na Lilę. Szczeniak bywał czasami niesforny i swoje niezadowolenie oznajmił szczeknięciem, na które dziewczyna zwróciła już uwagę. No i co miał zrobić, jak widział, że aż przykucnęła do psa? Odblokował mu przejście i od razu zaczął się cieszyć, jak to w naturze Golden retrievera było, kręcąc wesoło dupką i łasząc się na głaski.
— Cheetos — odparł dumnie, ale też z lekkim rozbawieniem. Wystarczyło jednak spojrzeć na psa, aby wiedzieć, że idealnie to pasuje do jego złoto rudej sierści. — Ma nieco ponad rok i teraz jak zaczęłaś go głaskać, to z pewnością nie odstąpi cię na krok. Jest łasy na pieszczoty — stwierdził z uśmiechem. Jego poprzednia dziewczyna często porównywała, że jaki właściciel taki pies, bo przecież sam Nico zawsze lubił, jak bawiła się jego włosami, co swoją drogą rozpoczęła właśnie Lila. Szybko potrząsnął głowa. Zdecydowanie nie powinien o tym teraz myśleć. — Zatrzymaliśmy się na jedną noc, nie chciałem rodzicom zwalać się na głowę o tak późnej porze — dodał po chwili, odciągając się od niepożądanych rozmyślań. Chciał, żeby wiedziała, że nie będzie jej długo zawracać głowy. Ciężko było mu stwierdzić, w jakim stopniu była dla niej komfortowa jego obecność tutaj.

Lilian Davenport

Dawno temu

: pn kwie 20, 2026 12:11 am
autor: Lilian Davenport
Lilian nigdy nie zapomniała o Nico. Pielęgnowała związane z nim wspomnienia, obiecując sobie, że nigdy nie zapomni tego, co czuła w jego towarzystwie. Jedyne, czego żałowała, to fakt, że nie spróbowała porozmawiać z nim twarzą w twarz o wszystkim, co działo się w tamtym okresie w jej życiu, oraz o presji, jaką niechybnie wywierała na nią rodzina.
Do dziś nie potrafi wybaczyć sobie braku asertywności, a jednocześnie tak bardzo przywykła do życia w pensjonacie obok matki i babki, która się nią wysługiwała, że nie sięgała marzeniami zbyt daleko.
Obecnie perspektywa dalekich podróży była dla Lilian jedynie nieprzyjemną mrzonką.
Słysząc pytanie Nico, mimowolnie przygryzła wargę. Niekoniecznie chciała udzielić mu szczerej odpowiedzi, więc nerwowo wzruszyła ramionami i na krótką chwilę uciekła spojrzeniem od jego twarzy.
Od jakiegoś czasu — rzuciła lakonicznie. Ten ton wyraźnie nie pasował do zazwyczaj pozytywnego nastawienia Lilian. Chyba sama szybko to zrozumiała, bo zaraz ponownie nawiązała z nim kontakt wzrokowy i wymusiła uśmiech, gdy padło kolejne pytanie. — Tak. Zdecydowanie Toronto bardziej mi się podoba niż Oakville.
Nagle zdała sobie sprawę, jak źle to zabrzmiało, przez co natychmiast przygryzła wewnętrzną stronę policzka. W Oakville zostawiła najpiękniejsze chwile swojego życia. Uwielbiała tą miejscowość, jednak od zawsze powtarzała, że duże miasta mają bardziej pociągający, niemal magnetyzujący urok. W dodatku poszerzają perspektywy, które z wiadomych przyczyn dla Lilian wciąż pozostawały zbyt wąskie. Mimo to trudno było odmówić Toronto jego zalet.
Niestety nie było to życie, jakiego chciała. Tamto przepadło w dniu, w którym nie zjawiła się na lotnisku. Aktualnie po prostu dostosowywała się do sytuacji, chociaż lubiła pracę w pensjonacie. Z braku innych perspektyw, realizowała się w tym miejscu.
Z tobą. — Potaknęła od razu.
W duchu odetchnęła, że zboczyli z tematu o niej i gładko przeszli do rozmowy o nim. Była ciekawa. Bardzo ciekawa wszystkiego, choć w dalszym ciągu nie chciała, aby zauważył jak wścibstwo narosło w jej ciemnych oczach. W końcu szablonowi ex partnerzy nie powinni interesować się sobą z taką zawziętością. Lilian jednak nie zamierzała się powstrzymywać, skoro kapryśny los ponownie skrzyżował ich ścieżki. Mogła nie mieć drugiej takiej okazji.
Słuchała więc w absolutnym skupieniu, jakby każde jego słowo miało dla niej szczególne znaczenie. Z początku tylko delikatnie skinęła głową, ale im więcej Nico mówił, tym wyraźniej w jej oczach pojawiał się szczery podziw, który stopniowo rozjaśniał całe spojrzenie.
Kiedy wspomniał o studiach i programowaniu gier, usta Lilian mimowolnie ułożyły się w ciepły uśmiech.
Poszedłeś dokładnie w tym kierunku, o którym mówiłeś w szkole — zauważyła, a w jej głosie pobrzmiewało uznanie. — Naprawdę ci się udało i naprawdę się z tego cieszę.
Lilian nie wątpiła, że Nico byłby w stanie przenosić góry, więc wcale nie zdziwiło jej, gdy usłyszała, że zrealizował wszystkie swoje plany.
Bez niej. Sam, w Nowym Jorku.
Jednocześnie była przekonana — nawet jeśli nie powiedział tego na głos — że był to dla niego trudny czas. Ona sama potrzebowała kilku tygodni, aby dostatecznie otrząsnąć się po rozstaniu i przeorganizować całe życie.
Vancouver też brzmi świetnie — skwitowała, nieświadoma tego, co ugrzezło w gardle Nico.
Gdzieś po tej krótkiej wymianie zdań początkowe napięcie zaczęło uchodzić z Lilian. Poczuła, jak powoli wracał znajomy sentymentu, który towarzyszył im kiedyś podczas rozmów na szkolnym korytarzu w liceum, gdy pół żartem, pół serio snuli wizje przyszłości.
I wtedy pojawił się pies, dzięki czemu mogli dalej podtrzymać taką atmosferę.
Cheetos — powtórzyła, aby od razu zapamiętać imię psa. — Nie przeszkadza mi to. — Uradowana przesunęła dłonie z grzbietu psa na jego szyję i z jeszcze większym zaangażowaniem zaczęła drapać zwierzę po skórze. Cheetos prężył się z wdzięcznością i co rusz próbował liznąć policzek Lilian, ale udawało jej się umykać przed mokrym jęzorem.
Rozumiem — powiedziała między jednym głaskiem a drugim. Na pewno nie pomyślała o Nico jak o kimś, kto miałby jej zawracać głowę. Mimo ich relacji nadal był gościem pensjonatu i zamierzała traktować go z takim samym szacunkiem, jak wszystkich.
Wtem z końca korytarza (tam, gdzie hol skręcał) usłyszała swoje imię. Wypowiedziane w ten charakterystyczny, nieprzyjemnie protekcjonalny sposób, który nie pozostawiał wątpliwości, że Dolores znowu czegoś od niej chciała.
Lilian od razu domyśliła się, że babka zaraz zarzuci jej lenistwo, bo od kilku minut jedynie plotkowała z gościem.
Zareagowała instynktownie. Podniosła się z klęczków i działając pod wpływem impulsu pchnęła chłopaka do środka pokoju. Pies wbiegł tuż za nimi, a ona zaraz potem zatrzasnęła drzwi. Ręczniki, ktore przyniosła rozsypały się na wykładzinie.
Dopiero wtedy, w tej gwałtownej ciszy, która zapadła po drugiej stronie, nie zdawała sobie jeszcze sprawy, że jej prawa dłoń wciąż zaciskała się na koszulce Nico. I zamiast ją zabrać, przyłożyła palec do ust chłopaka, błagając go, aby nie zdradziła tego, co wyprawiała.

Nico Rosenhall