Flat tire? Deploy the guy.
: pt kwie 17, 2026 12:50 pm
001
Flat tire? Deploy the guy.
Tego dnia objechała dwa punkty pomiarowe, spędziła za dużo czasu rozmawiając z człowiekiem z lokalnej administracji, który nie rozumiał różnicy między eutrofizacją a, jak to określił – zielonym syfem, a na koniec jeszcze wylądowała kolanem w rowie, kiedy grunt pod nią osunął się.
Wracała więc na do Toronto zmęczona, wilgotna i nieco podśmierdująca. Myślami to była już w domu, pod prysznicem, a dalej z miską ciepłego instant ramyeonu i dobrym serialem.
Jej samochód postanowił jednak mieć własne zdanie na temat planów na wieczór.
Najpierw lekko ściągnęło ją w bok. Na tyle, że przez sekundę uznała to po prostu za nierówność w naweirzchni. Chwilę później kierownica zadrżała po raz drugi, a z tyłu pojawiło się to charakterystyczne ciągnięcie do pobocza, które – choć była blondynką – rozpoznała i sklasyfikowała niemal od razu..
— Nie. Nie, nie, nie.
Ściszyła radio, bo inaczej człowiek nie potrafił się skupić, po czym zjechała ostrożnie na pobocze. Minęły ją dwa samochody. Jeden mrugnął światłami, a drugi zwolnił, by jego kierowca wykonał gest wskazujący tył jej pojazdu, po czym odjechał z energią człowieka, który spełnił obywatelski obowiązek i nie zamierzał angażować się dalej.
Złapała gumę. I to żadną HubęBubę.
Wysiadła z auta, zapięła kurtkę pod szyję i obeszła pojazd. Opona wyglądała dokładnie tak, jak wygląda opona, która straciła wolę życia. Rozlana przy asfalcie, smutna, bezużyteczna i najwyraźniej bardzo, ale to bardzo zdeterminowana utrudnić jej wieczór.
Przez moment stała z rękami na biodrach, patrząc na nią z wyrzutem. Zdradziecki kawał gumy.
— Okej. Dobra. I can do this.
Na pewno była zdeterminowana, by sobie poradzić. Nie zmieniała nigdy co prawda koła, ani nawet nie oglądała o tym filmiku na YouTube, ale teraz był chyba odpowiedni czas.
Otworzyła bagażnik. Koło zapasowe było tam, gdzie być powinno; był nawet klucz i trójkąt ostrzegawczy, który wyciągnęła i odłożyła na bok. Brakowało jej tylko jednego elementu. Zaczęła przekładać wszystko jeszcze raz. Ale lewarka jak nie było, tak nie znalazła. Cudownie.
— No jasne, super. Co jeszcze?
Sięgnęła po telefon i wybrała numer, do jednego rodziców. Kilka sygnałów i odbiła się od poczty głosowej, w dodatku w innym języku. Ach, no tak. Mieli przecież urlop i wyjazd.
Rozłączyła się.
Przesunęła listę kontaktów niżej i z pewnym wahaniem nacisnęła kolejne imię.
Eric.
Jeśli ktoś miałby przyjechać bez zbędnego biadolenia, ogarnąć temat i przy okazji jeszcze pewnie śmiać się z niej przez najbliższe pół roku, to był właśnie on. Co prawda w wirze pracy zghostowała niechcący parę jego wiadomości, ale miała szczerą nadzieję, że to nie będzie dzień, w którym postanowi jej mieć to za złe.
Przyłożyła telefon do ucha, opierając się biodrem o samochód i słuchała kolejnych sygnałów z próby połączenia.
— Błagam, odbierz. Nie chcę być zeżarta przez niedźwiedzia — mruknęła, patrząc na drogę prowadzącą do nieodległego już Toronto. Widziała je nawet na horyzoncie w przygasającym prędko świetle dziennym.
Eric Stones