Strona 1 z 1

Monachopsis

: pt kwie 17, 2026 7:06 pm
autor: Carlos Salazar
Monachopsis
It's something I could never confront
How to navigate disaster
Sweetheart, come undone
I'm handing you the dagger

Sen nie nadszedł szybko. Granie silnego i pokazywanie, że to wszystko nie jest takie trudne, tak weszło mu w krew, że kiedy w końcu wydawało się, że jest bezpiecznie, on nie potrafił odpuścić. Jakby adrenalina nadal krążyła w żyłach, zmuszając organizm do nieustającej walki. Leżał więc, sprężyny kanapy wbijały się w kręgosłup (nie, kategorycznie naciskał, by nie kładziono go do łóżka jak pieprzonego trupa, jeszcze nim nie był) i wpatrywał się w sufit. Szwy ciągnęły, skóra pulsowała, a w głowie kręciło się od alkoholu i utraconej krwi. Nie powstrzymywało go to jednak, by nadal agresywnie zamęczać się natrętnymi myślami. Cassie pojechała, by odpocząć i żyć swoim życiem, przy okazji próbując utrzymać The Painted Lady w ryzach, zanim Carlos nie dojdzie do siebie. Nienawidził być bezsilny i zależny, a właśnie tak się czuł. Może byłoby lepiej, gdyby została przy nim, w bezpiecznych czterech ścianach? Z dala od latających kul i drapieżników czyhających w mroku? Nie, przy nim też nie było dobrze, bo co sprowadziło na nią kurczowe trzymanie się Carlosa, oprócz niepokoju i bólu? Powinien dać jej działać, tak jak chciała, był jej winny to zaufanie. Czasami zapominał, że nie była już dzieckiem. Ciężko było patrzeć na Cassandrę jak na dojrzałą kobietę, gdy przez lata trzymał się przykazania Martina – opiekuj się moją małą córeczką.
Była jeszcze Joan, którą wplątał w coś, w czym nigdy nie powinna się znaleźć. Stanęła na wysokości zadania i zdała egzamin, zszywając Carlosa. Musiał wyrównać ten dług, a największą zapłatą będzie zniknięcie z jej życia, jakby nic się nie wydarzyło. Wstanie więc rano, założy kurtkę i pomimo wszelkich medycznych przeciwwskazań po prostu wyjdzie z tego domu. Zostanie po nim jedynie nikłe wspomnienie i plamy krwi na panelach. To gorzkie i niesprawiedliwe pożegnanie bez podziękowania, ale może kiedyś Grainier zrozumie, że był to przejaw troski, a nie niewdzięczna bezczelność.

Sen nadszedł, jednak nie przyniósł ulgi. Światło zgasło, ale drzwi zostały uchylone, a zjawom łatwo przecisnąć się nawet przez niewielką szczelinę. Martin nie musiał się starać, Carlos sam by go wpuścił, nawet jeśli napawało go to niezrozumiałym strachem. Wyglądał dokładnie tak, jak tamtej nocy; podziurawiony od kul, mętne oczy pełne niezrozumienia, ręce skąpane we własnej krwi, gdy próbował zatrzymać uciekające z ciała życie. Zawisł przy oparciu kanapy, obserwując Salazara. Dotknął rozgrzanego policzka przyjaciela, jakby chciał zaoferować mu pocieszenie i ulgę.

Obiecałeś.
Wiem – chciał odpowiedzieć, ale nie potrafił wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Powoli przymknął więc powieki i skinął głową, odsuwając policzek od lodowatych palców Martina. Layton uśmiechnął się, ale ten grymas nie przyniósł ze sobą radości i ulgi. Był niebezpieczny i dziki, zupełnie obcy.

Przyjdą po wszystkich, wiesz o tym. Po nią też.
Nie możesz do tego dopuścić, stary druhu. Winy ojców nie powinny dosięgać córek.

Carlos próbował dostrzec wyraz jego twarzy, ale była skąpana w mroku. Wiedział o tym wszystkim, doskonale zdawał sobie sprawę jakie było jego zadanie i jak istotna jest rodzina. Nie musiał tu przychodzić i o tym przypominać. Nie był nieproszonym gościem, ale zawsze gdy się pojawiał, przynosił ze sobą poczucie winy i niepokój. Nie tak chciał go pamiętać. Martin Layton był przyjacielem, a nie aniołem zemsty.

Jeśli będzie cierpieć to wrócę i sprawię, że sam przyłożysz sobie pistolet do głowy, rozumiesz?
Zaciągnę cię do piekła.

Chłodne palce znów pogładziły policzek, prawie troskliwie i czule, by kilka sekund później zacisnąć się na gardle Carlosa i odebrać mu dech.


Sen urwał się gwałtownie. Próbował złapać powietrze, ale nie mógł oddychać. Powędrował dłońmi do szyi, potarł wilgotną skórę, ale nie było tam śladu po nacisku. Chciał podeprzeć się na kanapie i usiąść, jednak zapomniał, że prawa ręka stała się zbyt słaba, by udźwignąć taki ciężar. Poczuł ból promieniujący wzdłuż obojczyka i opadł z powrotem, łapczywie nabierając tchu. Było mu gorąco, było mu zimno, wszystko wydawało się tak lepkie i wilgotne, całe to trzęsące się słabe ciało, zupełnie bezużyteczne i nieposłuszne. Ubrania kleiły się do skóry, krew krzepła pod opatrunkiem, tworząc niewygodną skorupę. Nie miał siły wstać, ale nie chciał tam być, w tym salonie, na tamtej kanapie, z duchem Martina, którego chłód cały czas czuł. Dlaczego za każdym razem, gdy się pojawiał, wydawał się koszmarem? Nie był nim, był jego bratem i najlepszym przyjacielem. Umysł Carlosa postanowił jednak wypaczyć ten obraz, sięgając głęboko do wyrzutów sumienia, szarpiąc za najdelikatniejsze ze strun. Nienawidził go za to tak bardzo, że czasami chciał uciszyć go całkowicie; rozgrzanym ołowiem, gorzką kokainą, ostrym whisky i znajomym bólem. Zbyt często miał jednak wrażenie, że nawet to nie mogło wystarczyć. Co, jeśli gdzieś daleko stąd, poza ziemską pokutą, czekało na niego jeszcze większe piekło?
Przełknął gulę, która urosła w gardle. Ponownie obrócił się na plecy i zaczął wpatrywać się w sufit. Krople potu spływały po czole, mieszając się z rzadkimi strużkami łez. Nie płakał, niemal nigdy tego nie robił. To tylko mimowolna reakcja ciała na napięcie, które nie mogło znaleźć ujścia. Pozwolił wodzie zbierać się w kącikach oczu i płynąć, aż w końcu źródło się wyczerpie, a on pozostanie pusty.


joe grainier

Monachopsis

: sob kwie 18, 2026 12:18 am
autor: joe grainier
W domu pełnym duchów Joe Grainier żyła w zasadzie od zawsze.

Jeszcze w dzieciństwie, ich obecność traktowała jak pewnik. W końcu jej matka potrafiła mówić do pustych krzeseł tak przekonująco, że przez chwilę naprawdę wydawało się, że ktoś na nich siedzi, a Johnny, ponoć odkąd tylko nauczył się mówić, często opowiadał o obecności przyjaciół, których nie widywał nigdy nikt oprócz niego. Jako kilkulatka Joe czasami zastanawiała się, czy i ją w takim razie sobie wymyślił, a jeśli tak, to jakim cudem uda jej się kogokolwiek innego przekonać, że w ogóle istnieje naprawdę!?
Z czasem nauczyła się żyć w dwóch światach równolegle: tym, w którym egzystowała jej matka i ukochany brat, i tym, który rozciągał się za progiem ich skromnego domu, jakby naprawdę stała jakimś rodzajem medium, mostem łączącym dwie różne rzeczywistości.
Gdyby ktoś - Carlos? - powiedział jej zatem, że teraz w jej salonie panoszył się Martin Layton, ten sam, który przecież (nie)dawno pożegnał się z życiem, Joe tylko skinęłaby głową i wzruszyła ramionami, może, ale tylko może pozwalając sobie na sceptyczne uniesienie jednej brwi. Duchy przecież nie znikały tylko dlatego, że ktoś upierał się, że w nie nie wierzy.

W towarzystwie zjaw, czy też bez ich obecności, teraz Joe zaparzyła sobie kawę — czarną, mocną i kompletnie niepotrzebną. Mimo desperackich próśb i zachęt Cassandry, by odpoczęła i nabrała sił przed jej nieobecnością, za żadne skarby i tak nie zmrużyłaby dziś oka. Nie miała też teraz ani czasu, ani siły na takie luksusy jak długi, gorący prysznic; ulgę, jaką w mig przyniosłaby jej chłosta wodnych strumieni, mogła sobie na razie tylko wyobrazić. Zdołała natomiast przebrać się w szare dresowe spodnie i zbyt luźną koszulkę, na stopy wsuwając grube, ciepłe skarpetki antypoślizgowe, w których czuła się jak mała dziewczynka.
I tak też pewnie teraz wyglądała w materiale przepastnych ubrań połykających jej szczupłe ciało, i z kosmykami zmatowiałych włosów okalających policzki w nieładzie mysiej barwy. Zarówno młodziej, jak i starzej. Jak dziecko, które dojrzawszy przedwcześnie, przeskoczyło w życiu kilka etapów, nie mając szansy, by się do nich naprawdę przygotować.

Stojąc w progu własnego domu, na granicy z wąską werandą, odprowadzała samochód Cass wzrokiem aż do momentu, gdy błysk tylnych świateł zniknął za zakrętem. Wzdrygnęła się i wycofała do wnętrza, zamknąwszy wcześniej drzwi na klucz i na zasuwę. Głupie to, pomyślała. Była pewna, że ludzie, którzy mogli mieli przyjść po Carlosa, świetnie radzili sobie i ze znacznie bardziej imponującymi barykadami.
W kuchni, nad zlewem, w którym zwykle myła naczynia i płukała owoce przed starannym, dorosłym ułożeniem ich na jedynej posiadanej przez Grainierów platerze, po raz kolejny umyła teraz ręce. Który to już? Trzeci? Piąty? Siódmy? Czuła, jak skóra na jej kłykciach piecze i pęka od podrażnienia, a jednak wciąż miała wrażenie, że pod jej cienką warstwą, i pod krótko przyciętymi paznokciami, nadal nosi zgromadzoną tam krew. Ciepłą, lepką, cudzą.
Było to uczucie tak irracjonalne, że aż wstydliwe. Jak wszystko, co bolesne i niewygodne, postanowiła je zatem zignorować.

Usiadła przy kuchennym stole, z plecami wspartymi o pałąkowaty kształt oparcia, podwinęła stopę lewej nogi pod pośladek — dokładnie tak, jak Pani Bloomfield w czwartej klasie zabraniała jej tego robić (bo nabawi się wady postawy, dysplazji biodra i stu innych tragicznych przypadłości, których nazw Joe nie rozumiała i którymi naprawdę się nie martwiła, szczególnie jako ośmiolatka) — i otworzyła krzyżówkę. Była to jedna z tych rzeczy, które z jakiejś przyczyny Grainierowie zawsze posiadali w domu, choć ani Joe, ani Johnny nie byli szczególnie sumiennymi fanami tego typu intelektualnych łamigłówek. Większość ze stronic nosiła tylko kilka odpowiedzi, urywających się dokładnie tam, gdzie jedno z rodzeństwa straciło zainteresowanie głowieniem się nad tym, jak nazywa się mitologiczna rzeka zapomnienia, albo kto był autorem "Zbrodni i kary".
I dokładnie wtedy, z ołówkiem o karykaturalnie obgryzionej końcówce wpisującym pierwsze z haseł w rubryczki krzyżówki, usłyszała go przez przepierzenie ściany. Nie musiał jej nawet wołać, ani tym bardziej krzyczeć. Ciało Joe i tak zawsze czuwało — napięte gdzieś głęboko, gotowe na nagłe dźwięki, na trzask, na oddech za ścianą. Lata życia w cieniu cudzych kryzysów, a potem miesiące szpitalnych praktyk, nauczyły ją słyszeć to, co inni przegapiali. Uniosła głowę, rejestrując cichutki szelest. Ruch. Nierówność oddechu.
Wstała. Wylała do zlewu przestygniętą kawę; napełniła za to nową, czystą szklankę wodą, dziękując sobie w duchu, że ledwie parę miesięcy wcześniej uparła się, by zamontować w kuchni silny filtr. Strach pomyśleć, jak wyrzuty sumienia zżarłyby ją od środka, gdyby miała poić rekonwalescenta nieoczyszczoną kranówką. Owinięte dookoła szkła, jej palce były teraz równie zimne jak wypełniająca szklankę ciecz.

Idąc w stronę salonu, przez ułamek sekundy poczuła, jakby mijała kogoś w progu — może Martina, a może własny strach. Nie zatrzymała się jednak i nie obróciła przez ramię; być może z nielogicznej obawy, co mogłaby tam dostrzec.
Półmrok rozlewał się po salonie ciężko i miękko, podbarwiany nikłym światłem w kolorze zjełczałego masła, docierającym do pomieszczenia spod klosza kuchennej lampy.
— Carlos? — zapytała ciszę, szybciej, niż zdążyłaby się rozmyślić albo pozwolić sobie na odczuwanie strachu. Po raz pierwszy w jej życiu wypowiadane pod nieobecność Cassie, imię mężczyzny ułożyło się na jej języku dziwnie, niewygodnie i obco. Jak coś, co nie należało do niej.
Bo przecież nie należało.
Carlos Salazar — choć Grainier przecież doskonale wiedziała o jego istnieniu — zawsze był tą częścią świata Cassandry, do której Joe zwyczajnie nie miała dostępu. Czy nie było bowiem tak, że w przyjaźniach z dzieciństwa istniały klarowne zasady odnośnie tego, kto jest czyj? Tak więc, jak Johnny był Joe, Carlos niemalże stanowił własność Cassie; jej najcenniejszy skarb, zaraz po ojcu. Joe nigdy nie ważyła się przekraczać tych niewidzialnych granic. Aż do teraz, kiedy po prostu nie miała innego wyboru.
Podeszła bliżej, niemal bezszelestnie w tych swoich głupich skarpetkach. Widziała, że brunet nie śpi. Widziała, że —
płacze?
Widok ten sprawił, że coś na wysokości jej sternum zacisnęło się jak ukryty w ciele węzeł. Joe nie wyobrażała sobie jednak, że mogłaby to jakkolwiek skomentować; Carlos nie wyglądał na człowieka, który zniósłby bez słowa czyjąś uwagę o własnej słabości — ani na takiego, który pozwala ją zobaczyć bez konsekwencji.
Uklękła przy kanapie, ostrożnie, jakby gwałtowniejszym ruchem mogła go spłoszyć i zmusić do ucieczki, choć nie wyobrażała sobie, że w tym stanie zdołałby dobiec choćby do drzwi przed utratą nie tylko równowagi, ale i kolejnej, cennej porcji krwi. Na moment zawahała się, zawieszając spojrzenie na jego twarzy — zbyt blisko, zbyt długo. Dostrzegła napięcie w linii szczęki, wilgoć na skórze, ciężar oddechu, który unosił i opuszczał jego klatkę piersiową w nierównym rytmie.
— Przyniosłam ci wodę — powiedziała cicho, nie fatygując się nawet, by spytać go czy śpi, albo czy ją słyszy. Odstawiła szklankę na niski stołek, który jeszcze przed wyjściem Cassandry przyciągnęła do kanapy w roli prowizorycznego stolika — Spróbujesz się napić? Chociaż odrobinkę?


Carlos Salazar