playing hooky
: ndz kwie 19, 2026 3:58 am
Kiedy oboje byli piękni, młodzi, zbuntowani i nie chciało im się ani trochę chodzić do szkoły średniej.
Bo na cholerę komu w ogóle była ta szkoła, co? Dobra, mógł zrozumieć, jeśli ktoś miał ambicje, jakiekolwiek chęci stania się w przyszłości porządnym obywatelem dającym dla swojej wspólnoty.. Tyle że on nie chciał. W sumie to niczego tak naprawdę nie chciał, jeśli chodziło o dorosłe życie, to jakby ktoś go zapytał o opinię, wcale mu się nie spieszyło. Lubił się bawić. Lubił być niepoważny. Uwielbiał testować cierpliwość ludzi wokół siebie. Miał zdecydowanie zbyt dużo energii i ani trochę nie mieściła się w jego stosunkowo niewielkim ciele, sprawiając, że częściej niż rzadziej stawał się huraganem. Był dobrymi kolegami dla każdego, z zasady wolał robić przyjaciół niż wrogów i chyba był całkiem charyzmatyczny, bo nawet mu się to udawało. Nie ważne w której sub-grupie szkolnej, znał i lubił kogoś w każdej tak naprawdę. Miał znajomka, który grał w hockeya, znał też kilka cheerleaderek, bujał się kiedyś z jedną z tych dziewczyn, które obracały się jedynie w swojej własnej małej grupce, nie miał nic przeciwko absolutnych księżątek ciemności i potrafił się dogadać z geekami. Żyć nie umierać, każde z nich miało do zaoferowania coś, prawda? Jakieś doświadczenie, jakąś historię, coś, co mogło zająć mu popołudnie albo przynajmniej dłużącą się przerwę między kolejnymi klasami do których nie przyglądał większej uwagi tak czy siak, bo po co? Jego przyszłość należała do rodzinnego biznesu, bo tak miało być, nie? Tak było najłatwiej. Pewna praca, byle tylko mógł się względnie sam utrzymać, prawdopodobnie żyjąc gdzieś w najbliższym otoczeniu swojej starszej siostry, ot, żeby mieć swoją siatkę bezpieczeństwa jakby wyjebał się na głupi ryj bawiąc w dorosłość.
A kiedy jego przystojny kumpel z francusko brzmiącym nazwiskiem pacnął go w ramię, gdy palili kontrabandowego szluga na pół, proponując olać tą budę na ten konkretny dzień, naprawdę nie musiał się nawet wysilać. Tak. Wszystko byle nie zanudzać się na śmierć przez kolejne osiem godzin, jakby nie mieli nic lepszego do roboty. Oczywiście, że mieli. Zawartość ich kieszeni mogła kupić im paczkę fajek i kilka piw z drobną pomocą jakiegoś pana żula, łatwo przekonanego obietnicą poczęstowania jedną z tych fajek albo resztą z zakupów, nie? Totalnie. Ekscytująco nielegalne dwa na głowę, paczka fajek, wszystko schowane w ich plecakach, pozwoliło im znaleźć sobie jakieś wystarczająco obskurne miejsce, bardziej niż pewnie włamując się na ogrodzone boisko, a potem jeszcze odrobinę dalej, do rampy w dół, prowadzącej prawdopodobnie do szatni albo jakiegoś składziku.. Mało istotne. Betonowa nora dawała wystarczającą ilość prywatności dla ich nielegalnego spożywania substancji, znajdując się na tyle daleko od ulicy, by mogli gadać o pierdołach i dawała tyle prywatności, by ukryć ich przed spojrzeniem przechodniów, chroniąc mniej więcej przed ewentualnym policyjnym patrolem. Nadawało się świetnie. - Dobra, cofam to, to nie był dobry pomysł, nie ma nawet gdzie usiąść na dupie, żeby się nie ujebać. - zmarszczył nos, jak przystało na rozpieszczonego gnojka, który naprawdę lubił swoją wygodę.. Ale mimo to odłożył plecak ostrożnie, by nie potłuc butelek. Lepsza brudna, betonowa rampa, niż nic, nie? - A jakby tak wskoczyć na tamtą krawędź? - powierzchnia o której mówił znajdowała się grubo ponad metr nad drzwiami do składziku na samym dole rampy, właściwie stanowiąc cementową krawędź; budynek robił się węższy, dając może ze dwa metry głębokości i cztery szerokości, na których rzeczywiście mogli posadzić dupy.. Tylko trzeba było tam jakoś wskoczyć. Podciągnąć się? I była jeszcze kwestia transportu ich plecaków na górę...
Dante Levasseur
Bo na cholerę komu w ogóle była ta szkoła, co? Dobra, mógł zrozumieć, jeśli ktoś miał ambicje, jakiekolwiek chęci stania się w przyszłości porządnym obywatelem dającym dla swojej wspólnoty.. Tyle że on nie chciał. W sumie to niczego tak naprawdę nie chciał, jeśli chodziło o dorosłe życie, to jakby ktoś go zapytał o opinię, wcale mu się nie spieszyło. Lubił się bawić. Lubił być niepoważny. Uwielbiał testować cierpliwość ludzi wokół siebie. Miał zdecydowanie zbyt dużo energii i ani trochę nie mieściła się w jego stosunkowo niewielkim ciele, sprawiając, że częściej niż rzadziej stawał się huraganem. Był dobrymi kolegami dla każdego, z zasady wolał robić przyjaciół niż wrogów i chyba był całkiem charyzmatyczny, bo nawet mu się to udawało. Nie ważne w której sub-grupie szkolnej, znał i lubił kogoś w każdej tak naprawdę. Miał znajomka, który grał w hockeya, znał też kilka cheerleaderek, bujał się kiedyś z jedną z tych dziewczyn, które obracały się jedynie w swojej własnej małej grupce, nie miał nic przeciwko absolutnych księżątek ciemności i potrafił się dogadać z geekami. Żyć nie umierać, każde z nich miało do zaoferowania coś, prawda? Jakieś doświadczenie, jakąś historię, coś, co mogło zająć mu popołudnie albo przynajmniej dłużącą się przerwę między kolejnymi klasami do których nie przyglądał większej uwagi tak czy siak, bo po co? Jego przyszłość należała do rodzinnego biznesu, bo tak miało być, nie? Tak było najłatwiej. Pewna praca, byle tylko mógł się względnie sam utrzymać, prawdopodobnie żyjąc gdzieś w najbliższym otoczeniu swojej starszej siostry, ot, żeby mieć swoją siatkę bezpieczeństwa jakby wyjebał się na głupi ryj bawiąc w dorosłość.
A kiedy jego przystojny kumpel z francusko brzmiącym nazwiskiem pacnął go w ramię, gdy palili kontrabandowego szluga na pół, proponując olać tą budę na ten konkretny dzień, naprawdę nie musiał się nawet wysilać. Tak. Wszystko byle nie zanudzać się na śmierć przez kolejne osiem godzin, jakby nie mieli nic lepszego do roboty. Oczywiście, że mieli. Zawartość ich kieszeni mogła kupić im paczkę fajek i kilka piw z drobną pomocą jakiegoś pana żula, łatwo przekonanego obietnicą poczęstowania jedną z tych fajek albo resztą z zakupów, nie? Totalnie. Ekscytująco nielegalne dwa na głowę, paczka fajek, wszystko schowane w ich plecakach, pozwoliło im znaleźć sobie jakieś wystarczająco obskurne miejsce, bardziej niż pewnie włamując się na ogrodzone boisko, a potem jeszcze odrobinę dalej, do rampy w dół, prowadzącej prawdopodobnie do szatni albo jakiegoś składziku.. Mało istotne. Betonowa nora dawała wystarczającą ilość prywatności dla ich nielegalnego spożywania substancji, znajdując się na tyle daleko od ulicy, by mogli gadać o pierdołach i dawała tyle prywatności, by ukryć ich przed spojrzeniem przechodniów, chroniąc mniej więcej przed ewentualnym policyjnym patrolem. Nadawało się świetnie. - Dobra, cofam to, to nie był dobry pomysł, nie ma nawet gdzie usiąść na dupie, żeby się nie ujebać. - zmarszczył nos, jak przystało na rozpieszczonego gnojka, który naprawdę lubił swoją wygodę.. Ale mimo to odłożył plecak ostrożnie, by nie potłuc butelek. Lepsza brudna, betonowa rampa, niż nic, nie? - A jakby tak wskoczyć na tamtą krawędź? - powierzchnia o której mówił znajdowała się grubo ponad metr nad drzwiami do składziku na samym dole rampy, właściwie stanowiąc cementową krawędź; budynek robił się węższy, dając może ze dwa metry głębokości i cztery szerokości, na których rzeczywiście mogli posadzić dupy.. Tylko trzeba było tam jakoś wskoczyć. Podciągnąć się? I była jeszcze kwestia transportu ich plecaków na górę...
Dante Levasseur