Strona 1 z 1

Strike Two!

: czw kwie 23, 2026 9:38 am
autor: Robbie Cole
Robbie sam nie wiedział czy pomysł zakończenia obozu dla dzieciaków wyjściem na kręgle i automaty był dobrym pomysłem. Jednak zarówno kapelanowi drużyny, jak i trenerom młodzieży bardzo się to podobało. Pewnie dlatego tak bardzo namawiali go na to, żeby jednak wpadł na to pożegnanie.
Miał trochę uczucie, że to podkopuje jego przyszły autorytet u tych dzieciaków, które przecież kiedy będą chciały grać w drużynie. Ale z drugiej strony to naprawdę potrafiło zbudować więź. Ostatecznie bycie żywym człowiekiem, a nie tylko starszym panem, którego znały z zajęć i opowiadań o jego sukcesach, jak części z nich jeszcze nie było na świecie, może mieć pozytywny wpływ. Więc dał się namówić i od godziny grał w retro grę: "Cadillacs and Dinosaurs" z dwoma chłopakami. Gra z jego dzieciństwa sprawiała kupę frajdy.
Wreszcie, jak przeszli kolejną mapę przeprosił dzieciaki i poszedł do baru, żeby zamówić sobie lemoniadę, a potem przenieść się do strefy kręgli, gdzie czekali na niego koledzy z trenerskiego zespołu. Robbie nie pijał alkoholu. Oficjalnie jako dobry wzór i przyzwyczajenie z czasów sportowej kariery, ale też dlatego, że nie chciał mieszać ich z lekami. W końcu nie stanowiły one problemu, prawda?
- Wybaczcie... Te gry są wciągające. - zażartował siadając na jednym z siedzisk przy torze.
Nazwijmy to wieczorem integracyjnym z zespołem od spraw młodzieży. No i może dla odmiany moglibyśmy się dobrze bawić, co?
Jeden z trenerów zaczął wpisywać imiona uczestników gry.
- Mike, rzucaj okiem od czasu do czasu na to, co się dzieje, dobrze? - niby część z automatami była wynajęta dla nich, ale jednak ktoś się mógł tutaj kręcić.
Jego spojrzenie powędrowało odruchowo za dwójką ganiających się dzieciaków.
- Hej! - krzyknął za nimi wesołym tonem, próbując ich lekko uspokoić.
Brakowało tylko, żeby któryś rozbił sobie łepetynę. Ale na jego twarzy pojawił się ciepły uśmiech, wręcz serdeczny uśmiech. Nagle płacz sprawił, że wróciła czujność. Ten sam uciekający dzieciak trzymał się teraz za prawe ramie, rozbite przy upadku. Robbie poderwał się ze swojego miejsca...

Iris Valentine

Strike Two!

: pn kwie 27, 2026 7:22 pm
autor: Iris Valentine
Takie miejsca nie były dla niej i wiedziała o tym, gdy tylko przekroczyła próg tego przybytku. To tak trochę jakby Wednesday Adams zamknąć na tym piętrze dużego sklepu z zabawkami, gdzie są same lalki Barbie. Iris Valentine nie była szczególnie rozrywkowa… i zdecydowanie wolałaby iść po pracy do domu, ale czasami nawet ona musi przykleić sobie do twarzy sztuczny uśmiech i spróbować w relacje międzyludzkie. Nie bawiła się wybitnie dobrze… ale zależało jej na ludziach, którzy ją tutaj zaprosili i doceniała rywalizację, gdy dochodziło do gry w kręgle. No i serwowali tutaj zaskakująco dobre mohito, więc go sobie nie odmawiała. Nawet jeśli z każdym kolejnym drinkiem łykiem coraz gorzej było z jej celnością. Ale w ten sposób przynajmniej zaczynała się rozluźniać i przestawało jej przeszkadzać, że to nie jest jej naturalne środowisko. Czego się nie robi dla znajomych, prawda? Tym bardziej, gdy byli to znajomi z czasów, gdy była najszczęśliwsza – nie mogła (i nie chciała) więc odmówić.
Każdy łyk mohito jednak wyparował z jej organizmu, gdy kątem oka dojrzała gwałtowny (i średnio pasujący do miejsca) ruch, a po chwili do jej uszu dotarł płacz. Super. Czy w myślach przeklęła nieodpowiedzialnych rodziców, którzy pozwalali się ganiać dzieciakom bez kontroli? Oczywiście, że tak. W głowie miała ułożoną całą wiązankę na temat tego jakie to nieodpowiedzialne, ale jednocześnie wiedziała, że musi się ugryźć w język. Była prawdopodobnie ostatnią osobą, która powinna udzielać rodzicielskich rad. Za to naturalnym było, że podniosła tyłek, a że chłopak upadł tuż przy ich torze w zaledwie paru krokach znalazła się przy młodym kucając przy nim.
- No hej, Młody… nie ma co płakać, wszystko jest na miejscu. – już na pierwszy rzut oka było widać, że jest cały i zdrowy, a ból wynikał bardziej z samego uderzenia niż jakichś poważnych obrażeń – Pokażesz mi rękę? Dam ci na ten temat bardzo profesjonalną opinię i zapewnię, że nic się nie stało. – i będzie żył! A już na pewno nie będzie musiał do końca życia faszerować się lekami przeciwbólowymi. Heh. Nie, nie przeszło jej to przez myśl – przynajmniej do czasu, gdy nie podniosła głowy, gdy ktoś nad nimi stanął. Czy się zdziwiła? Oczywiście, że tak. Nie przypuszczała, że mogą spotkać się w innych okolicznościach niż szpitalne… ale jak widać Toronto jednak było mniejsze niż ktokolwiek przypuszczał.



Robbie Cole

Strike Two!

: wt kwie 28, 2026 11:32 am
autor: Robbie Cole
Dzieciak ucichł, kiedy zobaczył nad sobą górującą sylwetkę trenera. Jego wielkie oczy patrzyły na Robbiego z lekką obawą, ale nie ze strachem. Natomiast twarz mężczyzny totalnie nie trzymała emocji w tym momencie. Troska to było za małe słowo. On wyraźnie się o małego bał. Dopiero kiedy dostrzegł spojrzenie Iris, opanował swoje rysy i uśmiechnął się uspokajająco.
- Tak, możesz jej zaufać. Ta pani ma oko do trudnych przypadków...
Jego dłoń wylądowała na głowie podnoszącego się dzieciaka i poczochrała go, po czym Robbie oddał przestrzeń specjalistce. Jego spojrzenie przebiegło dookoła, szukając pewnie jej miejsca w tym huku rozbijanych kręgli. Zaciekawiona grupa przyglądała się im uważnie, z lekkim zainteresowaniem. Ktoś coś komentował na temat wiecznie ratującej Iris. Wypad po pracy... Trochę alkoholu. Kilka nieodebranych kieliszków po margericie koło wolnego miejsca. Tutaj jego spojrzenie zatrzymało się na dłuższą chwilę.
Ale z zamyślenia wyrwała go ocena sytuacji. Chłopak będzie żył!
Dopiero teraz poczuł, jak mięśnie na jego ramionach się rozluźniają. Zresztą dzieciak już był w dobrym humorze i był bardziej zainteresowany puszczaniem min do swoich, naśmiewających się z niego kolegów. Wypuszczony z oględzin wystrzelił za grupką kumpli, na co Robbie poprosił niemym spojrzeniem jedną z opiekunek, żeby dopilnowała młodzieży.
- Dziękuję. - powiedział do podnoszącej się Iris i uśmiechnął się do niej. - Więcej płaczu, niż trzeba było. Dzieciaki podobno są z gumy.
Zażartował, gestem dając znać swojej ekipie, że potrzebuje jeszcze chwili, zanim będzie mógł dołączyć i żeby zaczynali bez niego. Spojrzenie wróciło na pielęgniarkę. Jego usta otworzyły się, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, ale koniec końców nie wiedział, co mógłby dodać.

Iris Valentine

Strike Two!

: pt maja 01, 2026 6:42 pm
autor: Iris Valentine
Niewiele brakowało, żeby prychnęła wymownie. Miała oko do trudnych przypadków? Czyli mimo wszystko nazywał się trudnym przypadkiem? Czy sugerował, że szukała ich tam, gdzie ich nie było? Mogła zapytać, ale ugryzła się w język i w żaden sposób tego nie skomentowała, skupiając całość uwagi na dzieciaku, który naprawdę nie odniósł żadnych poważnych urazów. Niepoważnych zresztą też nie. Sam fakt, że już po ułamku sekundy przestał płakać i wyglądał na trochę zirytowanego obecnością dorosłych. Bo dajcie spokój… ile można, prawda? Iris na pewno nie zamierzała dramatyzować i tylko obejrzała się za biegnącym chłopakiem. Wyprostowała się i spojrzała na jego opiekunka, lekko wzruszając ramionami.
- Nie ma sprawy. Zresztą… – nic nie zrobiła – Tak się kończy większość urazów w tym wieku. Im mniej dorośli dramatyzują, tym lepiej dla dzieciaków, które zapominają o bólu w przeciągu kilku następnych minut. – można to było nazywać kośćmi z gumy, ale no cóż… trochę tak właśnie było. I dobrze, że teraz tak właśnie było. Widząc, że chciał coś jeszcze dodać, ale zamilkł… ściągnęła mocniej brwi i spojrzała na niego zaciekawiona. Nawet nie obróciła się na swoich znajomych – zdecydowanie nie tych ze szpitala i może właśnie dlatego nikt poza nią nie zainteresował się pomocą dzieciakowi. Było to męskie towarzystwo, które bardzo szybko straciło zainteresowanie Valentine i jej próbą ratowania dzieciaka, wrócili do gry, bo przecież po to właśnie przyszli. I może powinna obrócić się na pięcie i do nich wrócić, ale z jakiegoś powodu została i ciągle wpatrywała się w mężczyznę. Oh… i zabiłaby, żeby wiedzieć, co chodziło mu po głowie i co chciał powiedzieć...
A jak twoja ręka? – wypaliła nagle, a jej brew powędrowała do góry… była ciekawa i jednocześnie bezczelna, bo przecież to dookoła niej kręciło się ich ostatnie spotkanie. Tylko teraz nie byli w szpitalu, ani nawet w jego pobliżu, więc wyszła z założenia, że może sobie pozwolić na więcej – Leki działają? Czy może widząc jak młody przygrzmocił aż ciebie zabolało? – chociaż nie powinno… jeśli nie siedziało w jego głowie tylko faktycznie w ramieniu. I wiedziała, że powinna ugryźć się w język, ale jakoś nie potrafiła.


Robbie Cole