Strona 1 z 2

007. kac morderca nie ma serca

: czw kwie 23, 2026 5:14 pm
autor: William N. Patel
Po tym jak Madox znokautował mnie korkiem od szampana i doznałem lekkiego urazu mózgu, siedziałem na zwolnieniu lekarskim. To znaczy miałem jeszcze nadzieję, że obejdzie się bez tego, ale po tym jak przejebałem sprawę w sądzie bo na sali rozpraw zadawałem świadkom w kółko te same pytania i w ogóle nie mogłem się skupić uznaliśmy, że lepiej będzie jak jednak dam sobie jeszcze kilka dni na odpoczynek. No i co? No i się zwyczajnie nudzę, kręcąc bez sensu po okolicy. Byłem już dzisiaj w warzywniaku na dole, ale właściwie zapomniałem po chuj w ogóle tam poszedłem i po krótkiej rozmowie ze sprzedawczynią wyszedłem z pustymi rękami. Potem zajrzałem do kiosku, żeby kupić tytoń. Potem sprawdziłem skrzynkę pocztową. Potem połaziłem bez celu po klatce schodowej, a kiedy wreszcie wróciłem pod drzwi mieszkania to okazało się, że Peach gdzieś wyszła, a ja nie mam przy sobie kluczy. Bo zapomniałem je wziąć. Więc z braku lepszego pomysłu uznałem, że przeczekam u Madoxa. Tam zawsze ktoś był - jak nie on, to Riczi, jak nie Riczi to Rosa, a w tym momencie nawet towarzystwo Pilar nie wydawało mi się aż takie straszne, byle nie siedzieć sam. W każdym razie zatrzymuję się przed drzwiami z numerem trzynaście i łapię za klamkę - ustępuje, chociaż kiedy wchodzę do środka to w pierwszej chwili mam wrażenie, że nikogo nie ma. Wewnątrz jest strasznie ciemno - wszystkie okna zasłonięte. Mrużę nieznacznie ślepia, próbując przyzwyczaić się do półmroku i po cichu wchodzę dalej - Halo? Jest ktoś? - rzucam w eter, ale w pierwszej chwili odpowiada mi tylko głucha cisza. W drugiej słyszę jakiś szmer na kanapie i to tam kieruję spojrzenie. Faktycznie na wersalce leży jakaś postać owinięta w koc, ponad materiał wystaje tylko ruda czupryna, kompletnie nie pasująca do nikogo, kogo mógłbym znać. To znaczy do nikogo kogo mógłbym kojarzyć z tego mieszkania. Z drugiej strony wciąż mam przecież problemy z pamięcią, które niby ustępują, ale i tak bywają strasznie męczące. Przez myśl przechodzi mi, że któryś z chłopaków musiał przygruchać sobie jakąś nową latawicę i niby zero zaskoczenia gdyby nie to, że a) Ricardo był po pielgrzymce do Guadelupe gdzie przyrzekał, że już nigdy przenigdy nie zdradzi swojej żony, a przynajmniej dopóki śmierć ich nie rozłączy (jego śmierć, bo jeśli Rosa zemrze pierwsza to pewnie i tak będzie go nawiedzać z zaświatów żeby trzymał chuja w spodniach) i b) Madox miał narzeczoną, której był wierny jak pies, o dziwo. Marszczę brwi, po czym pochylam się nad rudym czupiradłem, opierając dłoń na kawałku koca, mniej więcej na wysokości gdzie powinno znajdować się ramię, a kiedy dziewczę odwraca twarz w moją stronę i rozpoznaję w niej znajome rysy to dosłownie staję w osłupieniu - nawiedza mnie cały kalejdoskop mniej lub bardziej wywrotowych wspomnień związanych z tą osobą i sam już nie wiem czy mnie pojebało czy nie. Zaskakujące, że lepiej pamiętałem co działo się lata temu niż choćby w zeszłym tygodniu, ale w tej chwili w zasadzie nie jestem do końca pewien, czy faktycznie kiedyś zniknęła czy to tylko figle, które płata mi mózg. Cofam się o krok, bo już nie wiem czy rzeczywiście nie widzieliśmy się dobre sześć lat czy może widzieliśmy wczoraj, ale zwyczajnie mi to umknęło? Czuję jak neurony pod czaszką zaczynają mi pracować na najwyższych obrotach, tak szybko, że rozbolała mnie głowa, więc mrużę ślepia i unoszę dłonie do skroni, żeby je rozmasować. Na środku czoła wciąż mam zielonkawożółte pozostałości po ogromnym siniaku. Teraz to dopiero nie mam pojęcia co się właśnie odpierdala. A może to tylko jakiś dziwny sen, tyle, że przestała mi się śnić lata temu, więc czemu akurat teraz? Czemu los znowu musi ze mnie kpić? - Szybko, uszczypnij mnie - rzucam, wyciągając do niej jedną rękę. Jeśli rzeczywiście śnię, to może taki bodziec wyrwie mnie do świata realnego? Oby.

Gabriela R. Blais

007. kac morderca nie ma serca

: czw kwie 23, 2026 6:15 pm
autor: Gabriela R. Blais
trigger warning
przekleństwa, kiepskie poczucie humoru Gabi

Bogu Kurwa Dzięki Za Madox'a.

Sama już nie ogarniała czy to było dobre serce jej kuzyna czy to, że waląc strawioną wódą na kilometr i rozmazanym makijażem wzbudzała litość, ale liczył się fakt, że zaległa w mieszkaniu niczym pluskwy. Czy tam karaluchy, czy też inne dziadostwo, którego tak łatwo nie dało się wykurzyć. Kanapa stała się swoistym azylem, gdy zmęczona padła na mebel odciskając niczym pierdolony Picasso resztę makijażu na poduszce. Ktoś nawet łaskawie przykrył ją kocem, tym samym podnosząc jej status majątkowy, bo prócz ubrań na sobie i paczki papierosów nie miała nic przy sobie. Nawet godności, bo tą straciła już dawno.
Ktoś nawet chyba rano sprawdzał jej funkcje życiowe, ale pomarudziła pod nosem i zawinęła się w kocowe burrito licząc, że ten ktoś odejdzie i da jej zdechnąć od wyziewów z jej ust, które prawdopodobnie podnosiły promile w jej krwi. To była ciężka walka, a jeszcze gorsza była pobudka.
Najpierw wysunęła swoją rudą czuprynę spod koca, która była totalnie rozjebana, jak po bliższym spotkaniu z działającym wiatrakiem. A dopiero po chwili ukazała światu obraz nędzy i rozpaczy, gdy ledwo otworzyła przekrwione oczy. Przyłożyła dłoń do opuchniętej twarzy i z obrzydzeniem odkleiła kępek sztucznej rzęsy od skóry.
- O nie… - jęknęła cicho, chowając na sekundę twarz w dłoniach. - Nie mów mi, że moje halucynacje zaczęły mieć ciągłość fabularną… - wybełkotała i spojrzała jeszcze raz na intruza, mrużąc oczy czekając aż jej system załaduje w pełni cały widok. - Czekaj… - zmarszczyła brwi. - Ty to ty? Czy ja po prostu przesadziłam z czymś, czego nie powinnam była mieszać? - koc opadł jej na kolana, gdy z trudem usiadła na kanapie i niemrawo próbowała połączyć pewne wydarzenia z ostatnich nocy.
- Że co mam zrobić? - spojrzała na jego rękę czując, że ta sytuacja zaczyna ją przerastać. - Stary. Ja ledwo ogarniam, że mam ręce. - mimo to wyciągnęła dłoń i uszczypnęła go licząc, że to poświęcenie rozwieje wszelkie wątpliwości. - Jak boli, to znaczy, że żyjesz. Jak nie boli… to ja mam większy problem niż myślałam. - oparła głowę o zagłówek i przez chwilę czekała aż świat przestanie wirować. - To był zły pomysł. Albo bardzo dobry. Jeszcze nie wiem. Wszystko mnie boli. - narzekała wciąż i zmusiła się, żeby znowu otworzyć oczy. - Kurwa ty dalej tu jesteś. Super. Właśnie w takim stanie chciałam cię zobaczyć. Brakuje żebym jeszcze narzygała ci na buty. - prychnęła pod nosem i przyłożyła palce do skroni. - Dobra. Szybki test rzeczywistości. Ja, kac życia. Ty od czapy pytający mnie, żebym cię uszczypnęła, gdy masz jakiegoś ufoludka na czole. Ktoś ci pukał penisem w czoło, że masz tam siniaka? Nie no to brzmi całkiem wiarygodnie. Chyba żyje. Powiedz mi tylko jedną rzecz… Zniknęłam na sześć lat, czy ja po prostu wyszłam na jedną imprezę i coś mi się trochę przedłużyło? - to też brzmiało całkiem wiarygodnie. - Błagam, tylko mów powoli. Daj mi klina. Nie wiem podłącz mnie do kroplówki. Wrzuć mnie pod prysznic... - błagała, żeby zrobił cokolwiek zanim wyzionie ducha.

William N. Patel-Noriega

007. kac morderca nie ma serca

: czw kwie 23, 2026 9:32 pm
autor: William N. Patel
Krzywię się strasznie na ten widok, szczególnie w momencie, w którym odkleja sztuczne rzęsy z twarzy. Z drugiej strony widziałem laski w gorszym stanie, sam zresztą nie będąc lepszym. Wystarczy odpalić filmik z mojego ślubu z Madoxem żeby zobaczyć jak tragicznie potrafiłem wyglądać kiedy narkotyki przejmowały kontrolę nad moim mózgiem. Zaczyna napierdalać jakieś brednie, a ja każde słowo przetwarzam dwa razy wolniej, żeby w ogóle nabrały jakiegokolwiek sensu. Chociaż czy powinienem w ogóle się go tutaj doszukiwać? - Ja to ja - to akurat jasne jak dwa razy dwa. Wywracam oczami, to, że zapewne przesadziła z niejednym miksem również nie budzi żadnych wątpliwości, bo nie wygląda jakby przez te lata rozłąki miała się zmienić. No oprócz tego, że rysy twarzy jej się wyostrzyły, ale to akurat normalne, zestarzała się. Obruszam się kiedy wstaje do siadu i pomimo tego, że właściwie wygląda tragicznie to jakoś nie mogę oderwać od niej wzroku. Wszystko nagle do mnie wraca i w zasadzie sam nie wiem czy bardziej jestem zły, czy szczęśliwy, że ją widzę. Jeszcze się zastanowię. Szczypie mnie w rękę - czuję, więc to nie może być sen - Aj - za mocno. Wyciągam rękę w jej stronę, żeby i ją mocno uszczypnąć w szczupłe ramię, głównie chyba po to żeby sprawdzić czy jest prawdziwa. Była. Była absurdalnie wręcz prawdziwa, w co dalej nie mogłem uwierzyć, szczególnie w stanie, w którym mój zwykle bystry umysł potrzebował czasu żeby przetworzyć jakiekolwiek informacje, tę jedną będzie chyba przetwarzał kolejne sześć lat. Wbijam w nią spojrzenie jak marudzi i kręcę głową z niedowierzaniem - Nie wierzę, kurwa, czemu tu jesteś? - wcinam się jej w ten długi wywód i znowu wzdycham przeciągle, jeszcze raz unosząc dłonie do skroni. Boże, z tego wszystkiego rozbolała mnie głowa, a lekarz kazał mi się oszczędzać, bo już na zawsze zostanę niedorozwojem z zanikami pamięci. W tym momencie na przykład nawet do końca nie wiem po chuj ja tu w ogóle przylazłem? - Tylko spróbuj - mrużę groźnie ślepia, ale kiedy wspomina o teście rzeczywistości to kiwam głową, że okej, po czym opadam na kanapę, wpierw na jej wyciągnięte nogi, ale wyskakuję w górę jak oparzony i wraz z kolejnym klapnięciem jestem już bardziej ostrożny, no nie chcę jej przecież połamać, co nie? Przysiadam na krawędzi wersalki, wlepiając w rudą spojrzenie. Wciąż tak samo zaskoczone, bo chociaż sprawdziłem już, że przecież była bardzo realna, to nadal jakoś ciężko mi w to uwierzyć - Ha-ha, bardzo śmieszne. Dostałem korkiem od szampana - dzielę się z nią tą informacją, chociaż nie sądzę żeby była jakaś istotna. Zadała bardzo dobre pytanie i zanim na nie odpowiem to muszę się zastanowić - Właściwie nie jestem pewien - mrużę w skupieniu oczy, a to przychodzi mi bardzo ciężko. Próbuję pozbierać myśli oraz wspomnienia i zajmuje mi to dłuższą chwilę - A po chuj tutaj przylazłaś, Gaba? - bo tak, zdążyłem już się namyślić, minęło wiele lat od naszego ostatniego spotkania - Chodź - normalnie faktycznie polałbym jej klina ALE wtedy na sto pro język uciekłby mi do dupy bo od tygodnia nie mogę pić. Lekarz kategorycznie zabronił mi jakichkolwiek używek i chcąc nie chcąc musiałem się tego trzymać, szczególnie, że będąc czystym faktycznie z dnia na dzień czułem się coraz lepiej. Ostatni raz na takim detoksie byłem chyba... No chyba nigdy. Co prawda kiedyś nie piłem przez trzynaście lat, ale potem skończyłem trzynaście lat i się zaczęło harcowanie po kątach. Więc z braku laku i może trochę z głęboko skrywanej chęci zemsty, wstaję z kanapy i łapię ją za nadgarstek ciągnąc do góry, żeby podniosła dupsko i poszła za mną. Prowadzę ją do łazienki, gdzie faktycznie wpycham pod prysznic, uprzednio łapiąc za słuchawkę. Puszczam wodę. Zimną. Może nie jakąś przeraźliwie lodowatą, ale taką, która rzeczywiście ją otrzeźwi. Może zmyje też trochę smród przetrawionego alkoholu - Jak mogłaś mnie zostawić, kurwa? - tak, mam jej za złe. Myślałem, że dobrze się razem bawiliśmy, właściwie wtedy wydawało mi się, że już zawsze będziemy. Billy i Gaba, razem do końca świata i jeden dzień dłużej, przeciwko wszystkim i wszystkiemu.

Gabriela R. Blais

007. kac morderca nie ma serca

: sob kwie 25, 2026 9:38 am
autor: Gabriela R. Blais
trigger warning
przekleństwa
Odsunęła się gwałtownie, gdy i on ją uszczypnął, a ten ruch przypłaciła mdłościami, cudem utrzymując na tyle kobiecej klasy, że naprawdę nie zrzygała się na jego buty. - Pojębało Cię? - syknęła rozmasowując ramię, na którym na pewno za kilka godzin pozostanie siniak.
Czemu tu jesteś?
To pytanie wbiło ją w tą pieprzoną kanapę i na chwilę odebrało głos. Nie była w stanie mu odpowiedzieć na to. Nie teraz. Nie tu. Pokręciła głową już znacznie mniej energicznie i przetarła zmęczona dłonią twarz.
A po chuj tutaj przylazłaś, Gaba?
Kurwa, żeby ona to wiedziała. Nie była żadnym pieprzonym detektywem, ani psychologiem, żeby ot tak wywlekać wszelkie fakty i emocje na światło dzienne. Już nawet historia o korku od szampana nie poprawiała jej humoru, ale zamierzała później do tego wrócić. Ledwo dźwignęła się do góry, gdy pomógł jej ruszyć własne zwłoki i poczłapała ciężkim krokiem skacowanego człeka za nim do łazienki.
- Serio, Billy? - zaszczyciła go głośnym prychnięciem oraz się skrzywiła, gdy w jej mniemaniu lodowata woda uderzyła ją prosto w twarz. Odgarnęła mokre włosy do tyłu i spojrzała na niego zła spode łba już bardziej przytomnie. Tak jakby przed chwilą sama go nie prosiła o tak drastyczne metody. - Serio? Terapia szokowa? Co dalej, egzorcyzmy i różaniec? Mogłeś mi chociaż dać się rozebrać. - zmrużyła oczy, gdy odstawiała przed nim striptiz dla ubogich, próbując się pozbyć już mokrych ubrań, które w końcu zrzuciła z siebie z głośnym plaskiem na dno brodzika, pozostając w samej bieliźnie. Nie miała nawet koszulki na zmianę.
- A ty co? Odwalasz wielki dramat pod tytułem, „Gabi mnie zostawiła”? - pokręciła głową z rozbawieniem, ale oboje wiedzieli, że te kiepskie żarty to była kolejna ucieczka przed poważną rozmową. - Proszę cię, jeszcze mi powiedz, że pisałeś o mnie smutne piosenki i płakałeś w poduszkę - zawahała się dosłownie na ułamek sekundy po tych słowach i szybko dodała - Bo jeśli tak, to… Absolutnie nie chcę wiedzieć.
Zsunęła się po ścianie prysznica, krzywiąc się od zimna, ale dalej z tym przyklejonym uśmiechem na ustach. Niby jak miała mu powiedzieć, że to był dla niej gówniany czas? Że cholernie bała się monotonności i tego, że kiedyś w końcu złamie jej serce? Kochała go. Była w nim zakochana i przerażało ją to. - Nie planowałam tego... - wypowiedziała w końcu niemal szeptem. - To miał być tylko tydzień. Szybki reset i powrót do ustawień fabrycznych. Chciałam żebyś ze mną wyjechał, ale... - parsknęła śmiechem, ale to właśnie łzy, które pojawiły się w jej oczach były prawdziwe. - Wiem, że spieprzyłam.

William N. Patel-Noriega

007. kac morderca nie ma serca

: sob kwie 25, 2026 9:14 pm
autor: William N. Patel
Madox miał taką słuchawkę od prysznica z przyciskiem - jak naciśniesz to woda przestaje lecieć, a jak znowu to leci, więc teraz go przyciskam na moment zatrzymując strumień, żeby dać jej chwilę na zażalenia - Nie pierdol, na egzorcyzmy i różaniec jest już za późno, jak się chcesz rozebrać to masz pięć sekund, raz - zaczynam odliczać, a ona faktycznie zrzuca przemoczone ubrania. Chwytam je w wolną rękę, by przerzucić do zlewu - Obrzydliwe, ile w tym chodziłaś? Sześć lat? - w sumie nie zdziwiło by mnie to. Byliśmy kiedyś tydzień na festiwalu i przez tydzień ani jedno ani drugie nawet się nie przebrało. Znowu zapuszczam wodę, by opłukać jej prawie że nagie ciało, a potem znowu blokuję, kiedy z jej ust wypadają kolejne słowa, tylko tych wcale nie chciałem słyszeć. Marszczę mocno brwi, po czym znowu oblewam ją wodą, tym razem specjalnie celując prosto w twarz. I znowu naciskam przycisk, by zahamować strumień - Wcale tak nie było - zarzekam się, chociaż trafiła w dziesiątkę. Najpierw płakałem w poduszkę, a potem faktycznie napisałem ze trzy piosenki - jedną typowo o niej, drugą o nieszczęśliwej miłości i złamanym sercu i trzecią na takiej bani, że jak przeczytałem potem na trzeźwo to nawet ja nie wiedziałem co autor miał na myśli, ta ostatnia nigdy nie doczekała się muzyki. Niemniej uderza w nią kolejna fala zimnej wody, zanim znowu zatrzymam ciśnienie - Wysłałem ci chyba z milion smsów, szukałem cię w każdym pierdolonym rowie w Toronto i okolicy, myślałem, że nie żyjesz - przez kolejne pół roku czytałem wszystkie lokalne gazety i przeszukiwałem internet w poszukiwaniu jakichkolwiek informacji - czy nie wyłowili jej ciała z jeziora? Czy nie znaleźli zwłok na torach? Czy ktoś nie wpadł przypadkiem pod metro? Potem wreszcie dotarło do mnie, że to co ja miałem za miłość do grobowej deski dla niej musiało być niczym, albo po prostu jakimś przelotnym czymś. Wtedy myślałem, że znalazłem bratnią duszę, ale moja bratnia dusza tak po prostu pewnego dnia zniknęła, a to sprawiło, że nasuwające się wnioski były bardzo bolesne. Potem już nigdy nie związałem się z nikim na poważnie, co rusz wpadając w sidła krótkich romansów albo jednonocnych przygód. No i szybko się okazało, że pasuje mi takie życie, w zasadzie do tej pory myślałem, że całkowicie zapomniałem o Gabi, na swój pokrętny sposób przeżywając po niej żałobę, ale teraz, kiedy siedziała w prysznicu, a ja znowu polewałem ją wodą to wszystko było jakieś takie... Dziwne. W końcu zamykam kran i odwieszam słuchawkę od prysznica, wzdycham przeciągle kiedy odzywa się prawie że szeptem - Ale co? - wtedy, te kilka tak temu pojechałbym za nią na koniec świata. To nie był długi związek, ale bardzo intensywny. Może gdybyśmy pobyli razem trochę dłużej i wpadli w spiralę monotonii oraz nudy to byłoby jakoś łatwiej? Tymczasem postanowiła zniknąć dosłownie w momencie, w którym nie wyobrażałem sobie życia bez niej i jej pojebanych pomysłów. Wbijam w nią badawcze spojrzenie, a widząc łzy napływające do oczu, otwieram szeroko ślepia - Spieprzyłaś w chuj, trzeba było chociaż napisać, że ze mną zrywasz albo żebym się odpierdolił, albo cokolwiek - może wtedy byłoby jakoś łatwiej. A może jeszcze trudniej, bo zamiast zastanawiać się gdzie jest, to myślałbym o tym co zrobiłem źle. Znowu głośno wzdycham, po czym wyciągam do niej jedną rękę, żeby pomóc jej wstać - Dobra, wstawaj, ubierz się, gdzie masz bagaż?

Gabriela R. Blais

007. kac morderca nie ma serca

: ndz kwie 26, 2026 10:13 am
autor: Gabriela R. Blais
trigger warning
przekleństwa
Rozważała przez sekundę, żeby odebrać mu tą przeklętą słuchawkę i odpłacić mu zimnym prysznicem za to, że wciąż polewał jej twarz strumieniem. Kiedyś bez wahania zrobiłaby to i jeszcze się śmiała, że pobił rekord w rozbieraniu jej. Znaleźliby w chuj niewygodną pozycję, którą skwitowaliby śmiechem, ale to było kiedyś. Dziś miała okrutnego kaca, a pojawienie się dawnej miłości uderzało w rejony, o których usilnie próbowała zapomnieć. Sądziła, że po takim czasie, jeśli ich spotkanie kiedykolwiek nastąpi, to przejdą obok tego obojętnie, ale tak nie było...
- Bardzo, kurwa śmieszne. Dwa dni. - prychnęła niczym kot i oparła zmęczona głowę o ścianę. - Trzy dni.. Jednak trzy dni. - dodała po chwili namysłu, ale nie przejmowała się tym, że znowu to skwituje słowem „obrzydliwe”. Widział ją już nie raz w gorszym stanie, a ona jego. Po prostu kurwa musiał się do czegoś dopieprzyć i całkiem to rozumiała, po tym emocjonalnym rollercoasterze, który mu zafundowała.
- Dupek - skwitowała jego zachowanie w tym jednym pięknym słowie i wypluła wodę, która nagromadziła się w jej ustach przez jego zabawę słuchawką. - Pisałeś do mnie? - odparła zaskoczona i wpatrywała się w niego długo spod rzęs analizując dogłębnie jego słowa. Pisał do niej... Szukał ją... Cóż, jego obawy były słuszne biorąc pod uwagę tryb życia jaki prowadziła. - Sama dziwię się, że nie skończyłam w rowie, okej? - w końcu zaczęła mówić już bez cienia wesołości w głosie, za którym normalnie schowałaby się żeby wszystko przeinaczyć w żart. - Pamiętam jak przez mgłę pierwszy rok. Zgubiłam telefon, a nawet gdybym jakimś cudem go odblokowała, to nie zrozumiałabym sensu twoich wypocin. Później byłam na odwyku. Okazało się, że rozwód rodziców i śmierć... - przełknęła ślinę i przeczesała dłonią mokre, skołtunione włosy czując jak gula narasta jej w gardle. Z nikim o tym nie rozmawiała. Nikomu nie mówiła o swoim psie i jak mocno na nią to wpłynęło, ale on wiedział, że ona i Simba byli jak Flip i Flap. - Zgubiłam się Billy. Po prostu kurwa się rozsypałam, a to co było między nami mnie przerażało. Nie chciałam zrywać. Uciekłam od Ciebie właśnie dlatego, że czułam zbyt wiele do Ciebie. - powiedziała na jednym wdechu i spojrzała niepewnie na jego dłoń. W końcu ją chwyciła i z jego pomocą wyszła spod prysznica. Zaczęła ściągać mokrą bieliznę, którą również wrzuciła do umywalki. I tak już ją widział tyle razy nago, że to była tylko formalność - nie miała czego się wstydzić.
Okryła się znalezionym ręcznikiem, modląc się, żeby inny domownik nie wycierał nim swoich genitaliów czy też dupy - to dopiero byłoby obrzydliwe. Zaczęła kopać w szafkach i znalazła jakąś dodatkową szczoteczkę - odkupi ją - i umyła zęby. Wykorzystując też wacik do demakijażu pozbyła się resztki tapety z twarzy i dopiero wtedy odwróciła się w kierunku mężczyzny. - Bagaż? - uniosła lekko brodę do góry, ale mimowolnie kącik jej ust uciekał do góry w geście rozbawienia. - No jasne, stoi sobie w przedpokoju, obok mojej godności i zdrowego rozsądku. - zrobiła krótką pauzę, po czym wzruszyła ramionami. - Spoiler, żadnego z tych trzech nie przywiozłam...
Nie miała nic.
- Powinnam mieć jeszcze kilka fajek. O ile masz ognia to możemy zapalić. - przynajmniej jej najebany mózg kazał jej wyciągnąć małe opakowanie z kieszeni zanim padła na kanapę. To była odpowiedzialność. Tak samo jak używanie prezerwatywy podczas stosunku.

William N. Patel-Noriega

007. kac morderca nie ma serca

: ndz kwie 26, 2026 6:45 pm
autor: William N. Patel
- A sztywne jakby minęło przynajmniej kilka tygodni - albo jak mokre gacie na mrozie. Zresztą nieważne, to było akurat najmniej istotne. Wywracam oczami, bo mógłbym o niej powiedzieć to samo, albo nawet coś dużo gorszego, ale gryzę się w język żeby jednak nie dolewać oliwy do ognia. W zasadzie to ja nawet nie chcę się kłócić, chciałbym tylko... Sam nie wiem czego, chyba jakiś sensownych wyjaśnień. Tylko czy znając Gabe mogłem się po niej spodziewać czegokolwiek co miało sens? Wystarczyła chwila, kilka wymienionych zdań bym mógł uznać, że w zasadzie w ogóle się nie zmieniła. A może właśnie zmieniła? Chlać jak widać lubiła dalej, po herbacie nie ma się kaca - A dziwi cię to? Po prostu rozpłynęłaś się w powietrzu - a właśnie, znając jej tryb życia to miałem w głowie najgorsze scenariusze. Teraz do mnie wracają ze zdwojoną siłą, wypełniając te luki w moim mózgu, które jeszcze nie doszły do siebie po chwilowej amnezji. Milczę kiedy zaczyna się coraz bardziej uzewnętrzniać i wbijam w nią spojrzenie, teraz zdecydowanie bardziej łagodne, bo chyba pierwsza fala totalnego wkurwienia zdążyła mi już przejść. Teraz w zasadzie sam nie wiedziałem co dokładnie czuję względem jej osoby, mogłem przyznać tylko jedno - zdecydowanie nie była mi obojętna, wciąż jednak chyba bardziej odległa niż bliska, na pewno niegodna zaufania, nawet jeśli jej słowa sprawiają, że mięknę - Przykro mi, Gabi - czy mogę powiedzieć coś więcej? Chyba nie, chyba nie mam słów, które mogłyby ją pocieszyć. Poza tym to wszystko były sprawy z przeszłości, Gabriela z teraźniejszości pewnie miała już furę innych problemów. Wzdycham lekko, ale nie pytam o nic więcej, uznając, że i tak zebrała się na szczerość, której się raczej nie spodziewałem. Uśmiecham się lekko, kiedy łapie mnie za rękę - W sumie fajnie cię znowu widzieć, zamierzasz zostać w Toronto? - pytam i czuję znowu jakiś dziwny ścisk w żołądku. Pomagam jej wyjść spod prysznica, a kiedy zaczyna się ogarniać to opuszczam klapę od kibla i opadam na nią ciężko. Przesuwam spojrzeniem po jej nagiej sylwetce, czekając aż się oporządzi, a kiedy znowu odwraca się w moją stronę i rzuca kolejnym żarcikiem, tak bardzo dla niej charakterystycznym to i ja wyciągam usta w uśmiechu - No tak, mogłem się tego spodziewać - wywracam oczami, powoli zbierając się z kibla - Dobra, to zapalmy, a potem może znajdziemy ci jakieś ubranie, Pilar pewnie ma już tu jakieś swoje szmaty - no a co by nie mówić o Stewart to miała całkiem niezłą stylówkę. Jest jeszcze Rosa i ona też zawsze wyglądała powalająco, ale była strasznie drobna, jej seksi sukieneczki pewnie nawet nie zakryłyby Gabi dupy. Nie to, żeby mi to miało przeszkadzać. Wracamy do salonu, a ja zaczynam odsłaniać wszystkie zasłony, żeby wpuścić do pomieszczenia trochę światła, uchylam jedno z okien, natomiast potem wyjmuję ze zlewu jakiś brudny kubek, żebyśmy mieli do czego kiepować - Kurwa, jebani syfiarze tu mieszkają czy jak? Jak można zostawić brudne gary i wyjść z chaty, ohyda, zaraz przecież to wszystko zaschnie - wkurwiam się i jestem bliski pozmywania, żeby tylko zaspokoić swoje pedantyczne zapędy, ale zamiast tego opadam ciężko na wysoki stołek przy kuchennej wyspie, ten sam zresztą na którym siedziałem podczas tamtego felernego rozwodowego popołudnia. Czekam aż da mi fajkę, w zamian oferując ognia - Opowiedzieć ci coś śmiesznego?

Gabriela R. Blais

007. kac morderca nie ma serca

: śr kwie 29, 2026 10:00 am
autor: Gabriela R. Blais
Chodząca katastrofa.
To właśnie pomyślała, gdy zerknęła na swoje odbicie w lustrze. Nie chciała żeby było mu przykro. Uciekła z dala od Toronto, bo chciała przeskoczyć ten głupi etap, gdy każdy pyta: co tam? lepiej ci już? Czasem znikanie jest łatwiejsze niż tłumaczenie się z rzeczy, których i tak nikt nie chce słuchać. Wolała być zapamiętana jako ta szalona ruda, która wywraca innym życia, niż smutna złamaska, która zaczęła zamulać gorzkimi żalami na imprezie. Było minęło, ale ten moment szczerości była mu winna. Oboje byli zbyt trzeźwi na tą rozmowę, więc lepiej było pozostawić pewne niedomówienia na kiedyś, albo i nigdy.
- W Toronto? - powtórzyła za nim głupio, dopiero ogarniając w swojej głowie fakt, że wróciła do tego miasta. - Zobaczymy. Na razie żyję, to już jakiś plan, nie? Kiedy ten koleś wyrzucał mnie na parking, to mu chyba mówiłam, żeby nie sprzedawał moich organów, bo niewiele na tym zarobi. - zmrużyła oczy analizując urywki wspomnień ze swojego wielkiego powrotu do miasta. To było najgorsze w imprezowaniu. Urwany film i pierdolone wyrzuty sumienia, bo nie do końca było się pewnym co tym razem się odjebało. A w jej wydaniu to mogło być dosłownie wszystko. Przynajmniej tym razem obudziła się w znanym sobie mieszkaniu.
- Pilar? - przekręciła głowę na bok niczym zainteresowany czymś szczeniaczek, ale machnęła dłonią, bo kolejna dupa Madoxa nie powinna jej dziwić. Chociaż najwidoczniej było to coś ważniejszego skoro William znał jej imię. Mogłaby przysiąc, że powinna coś pamiętać o niej, ale może była w innej czasoprzestrzeni, gdy jej szanowny kuzyn wyjątkowo spowiadał się ze swojego życia. Zbyt wiele informacji jak na jeden poranek.
Kiedy wrócili salonu, obserwowała jego poczynania kątem oka nie mogąc powstrzymać uśmiechu. - Dalej ten sam... - zamruczała pod noskiem bardziej do siebie niż do niego - Beyonce zgarnia kolejne statuetki, świat się wali, a ty się zesrasz o kubek w zlewie. - chciała jeszcze dodać, żeby zadzwonił po służby, bo na bank był na to jakiś paragraf, ale darowała sobie już to. Jeszcze faktycznie jacyś komandosi wlecą im na chatę i okaże się, że pod kanapą leżą stosy takich brudnych garów.
- Trzymaj, królu porządku. Jeszcze mi tu zaraz zaczniesz dezynfekować powietrze. - wsunęła pomiędzy wargi fajkę i skierowała sfatygowane pudełko po przejściach podróży w jego stronę. Nachyliła się w jego kierunku, żeby poratował ją ogniem i posłała mu te niecierpliwe spojrzenie. - No dawaj. - mamrotała dalej z papierosem pomiędzy wargami czekając aż w końcu wyciągnie zapalniczkę. - Opowiadaj. Tylko błagam, niech to faktycznie będzie śmieszne, bo naprawdę skończę w rowie. Ma to związek z tym? - wskazała palcem na jego czoło, na którym dalej widniał potężny siniak, który w dalszym ciągu kojarzył jej się z ufoludkiem. Tak, ta historia mogła być dobra. Oby.

William N. Patel-Noriega

007. kac morderca nie ma serca

: śr kwie 29, 2026 7:04 pm
autor: William N. Patel
- Zarobi? Prędzej musiałby dopłacić żeby ktoś je chciał - wywracam oczami, krzyżując ręce na piersi. Jej bebechy musiały być w fatalnym stanie, skoro wciąż prowadziła się tak samo jak tego dnia kiedy odjeżdżała w siną dal nie oglądając się za siebie. Ale fakt jest taki, że byłem chyba ostatnią osobą, która może to komentować, sam nie byłem lepszy przecież, co więcej oprócz alkoholu wrzucałem w siebie jeszcze tony prochów - na dobry humor, na rozluźnienie, na empatię, na energię i na bolączki życia codziennego. Cała galaktyka rozśmieszaczy i przymulaczy krążąca w krwiobiegu. No i chuj, na coś trzeba było umrzeć - Narzeczona Madoxa - tłumaczę pokrótce, bo faktycznie ją ominęło, bądź co bądź, nie byli razem długo, ale chuj z tym i chuj z Pilar - Co mówiłaś? - pytam, bo już się zaczynam spuszczać nad tymi garami jakby to był koniec świata i nic więcej do mnie nie dociera - Słuchaj, nie mam wpływu na statuetki Beyonce ani na walący się świat, ale mam wpływ na to jak wygląda przestrzeń wokół mnie, a to wygląda jakby ktoś się zrzygał - wiadomo, że to dosyć mocna hiperbola, bo oprócz tego kubka, który zgarnąłem na popielniczkę były tam może jeszcze ze dwa inne i kilka talerzy, ale mnie nawet taki widok doprowadza do szewskiej pasji i Gabi doskonale o tym wie - A zresztą, po co ja się denerwuję, nie mój cyrk, nie moje małpy - nie moje brudne naczynia, chociaż aż ręce swędzą, żeby się tym zająć. Biorę sobie fajkę i umieszczam między wargami. Wyjmuję swoją ciężką zapalniczkę benzynową z grawerowanym lwem na przedzie, po czym otwieram ją z głośnym klikiem i podsuwam Gabie, patrząc jej przy tym w oczy. Było coś intymnego w tym geście, zawsze. Potem zgarniam płomień dla siebie i zamykam zapalniczkę z kolejnym głośnym klikiem. Powoli zaciągam się dymem, równie niespiesznie wypuszczając z ust pierwszą chmurę - To jest właściwie konsekwencja tej historii - zaczynam. Myślę, że jej się spodoba, to było ostro pojebane, a ona lubiła pojebane akcje, co myśmy razem odpierdalali to głowa mała - No to słuchaj - kolejny buch, dobrze, że chociaż tytoń mogłem spożywać bo chyba by mnie popierdoliło doszczętnie - Byliśmy niedawno z Madoxem w Vegas. Ot tak, zabawić się, byłaś kiedyś w Vegas? Kompletnie pokurwione miasto, musimy się tam kiedyś wybrać - rzucam, zanim się zdążę zastanowić nad swoimi słowami. Musimy się wybrać? Jakby nic nas już nie łączy przecież, może oprócz jakiś dziwnych sentymentów - No w każdym razie polecieliśmy ostro, zamówiliśmy u typa z taksówki w chuj koksu, trawę, piguły, a w barze morze alkoholu. Dostaliśmy takie pomarańczowe grochy z mordą Trumpa, śmieszne, ale mocne jak skurwysyn, chyba najmocniejsze gówno jakie żarłem, a nie zapominajmy, że mam wieloletnie doświadczenie jako ćpun - dla potwierdzenia kiwam głową - Do tego koksik, alko, wiesz, standard, nie? No i wyobraź sobie, że skończyliśmy razem w kaplicy - milknę na moment, choć za takim wyznaniem może kryć się kilka interpretacji. W jakiej kaplicy? Może takiej, gdzie odbywały się ostatnie pożegnania - W sensie wzięliśmy ślub. Ceremonia bomba, dwóch naćpanych facetów, dwie striptizerki jako świadkowe, mistrz ceremonii w przebraniu Szreka, a obok niego osioł grający na keyboardzie I'm a believer, żałuj, że tego nie widziałaś - potem sobie przypominam, że w zasadzie mogłaby - Chcesz zobaczyć filmik? - pytam, unosząc nieznacznie jedną brew - Potem, nie wiem w sumie jak, wylądowaliśmy w jakiejś komunie na środku pustyni, gdzie wszyscy chodzili nago i pieprzyli się ze sobą jak króliki, nawet niezła miejscówka, spodobałoby ci się, a potem grupa motocyklistów zabrała nas na stopa spowrotem do miasta - daruję sobie więcej szczegółów, bo już prawie skończyłem palić papierosa - A to - pukam się palcem w czoło - Jak Pilar się o tym dowiedziała to mi wjebała - rzucam całkiem poważnie, ale ostatecznie macham wolną ręką - Żartuję, świętowaliśmy podpisanie papierów rozwodowych i przyjebałem sobie korkiem od szampana - gaszę kiepa w resztkach zamokniętych fusów po kawie - Dobra, poszperajmy po szafkach w sypialni Madoxa - właściwie to chyba powinienem powiedzieć pogrzebmy w rzeczach Pilar, heh.

Gabriela R. Blais

007. kac morderca nie ma serca

: ndz maja 03, 2026 3:14 pm
autor: Gabriela R. Blais
Chciała to jakoś skomentować, ale miał rację. Prędzej to ona żebrałaby o organy niż ktoś śmiałby skorzystać z jej wnętrzności. Taki już był jej urok, że każdy obstawiał kiedy wyzionie ducha. Wielu już przegrało ten zakład, ale najwidoczniej rodzinne geny działały cuda, bo przecież Madox również jeszcze się trzymał. Dobrze się konserwowali od środka czy też tam dezynfekowali, więc większe szkody pewnie wywołałby koktajl z jarmużu niż kolejne kolorowe tabletki. Na całe szczęście, bo zielone papki źle jej się kojarzyły.
- A może to performance apokaliptycznych meneli? - spojrzała jeszcze raz w stronę brudnych naczyń w zlewie i cicho westchnęła. Zapomniała już jak męczące były zapędy Billego w stosunku do porządku. Normalnie nie przeszkadzałoby jej to, ale na kacu ostatnią myślą jej egzystencji było zmuszać się do ogarniania czyjegoś syfu. Szczególnie, że coś jej przebłyskiwało przez neurony, że Ricz coś truł jej nad uchem, że kuchnia należy do niego. Kim była, żeby wpierdzielać się w czyjeś kompetencje? I tak wiedziała, że Bill nie wytrzyma i wepcha gąbkę w ten stos.
Miał jej uwagę.
Zaciągnęła się dymem, który wypuściła powoli ze swoich płuc, odchylając delikatnie głowę na bok i słuchała jego historii z uśmiechem na ustach. Uwielbiała to, że tak pokurwione historie były dla nich jak normalny wypad z rana po bułki. W pewnym momencie już nawet się nie zaciągała, pozwalając papierosowi się tlić w smukłych palcach. Skupiła swoje spojrzenie na mężczyźnie, a jej mimika idealnie oddawała to jak bardzo żałowała, że jej tam nie było.
- Romantycznie. - skwitowała w końcu i przyssała się do jego telefonu, żeby zobaczyć na własne oczy jak te dwa gamonie mówiły sobie sakramentalne TAK. Prawie udusiła się śliną, gdy wybuchnęła śmiechem i wytarła łzę z policzka cudem nie przypalając sobie włosów papierosem. Złoto. - Co? Już rozwód? Nawet nie zdążyliśmy się umówić na rodzinny zjazd. Tylko pomyśl jakbyś z tą swoją prawniczą powagą siedział obok mojego wujka i tłumaczył mu, że wasza miłość do grobowej deski oznaczała zjazd po Trumpie. - ta wizja była zbyt piękna. - Ja wiem, że za mną tęskniłeś, ale żeby szukać substytutu w mojej rodzinie? Byłeś na górze czy na dole podczas waszej namiętnej nocy poślubnej? - poruszyła sugestywnie brwiami i wrzuciła niedopałek do kubka, odtwarzając w kółko ten filmik. - Szkoda, że jeszcze nie adoptowaliście po drodze dzieciaka. Jeszcze mi powiedz, że ktoś wam tam dał błogosławieństwo na otwarty związek z całym jebanym plemieniem na tej pustyni. Masz jeszcze odbyt cały? Czy już nosisz pieluchy, bo zwieracze nie wytrzymały? - dalej kręciła bekę z tej historii. - Mam ci mówić braciszku? A może od razu Daddy? Co na to twój mąż, że posuwałeś mu kuzynkę? - w dalszym ciągu żyła w mniemaniu, że Madox nie wiedział, że spotykała się w ten sposób z jego kumplem. Nie dało się ukryć, że razem grubo imprezowali, ale jak para ułomnych nastolatków kryli się z tym, że byli razem. - Zajebałeś nazwisko Madoxa czy on tobie? - zrobiła wręcz niezadowoloną minkę, gdy zmienił temat.
- A co ci przeszkadza w moim outficie? Moda plażowa idealna na wasz trip nudystów. - pomarudziła pod nosem, ale zwlokła się ze swojego miejsca i na partyzantce wbiła do pokoju Madoxa. Była lekko rozczarowana, bo spodziewała się sypialni Ruchacza Naczelnego, a nie zwykłego wystroju. Nawet żadne murzyńskie dildo nie leżało na szafce. Skandal. - Boże, nie mów mi, że Madox chodzi w tych okropnych pstrokatych koszulach? - jęknęła zaglądając do pierwszej szafy.

William N. Patel-Noriega