Strona 1 z 1

007. kac morderca nie ma serca

: czw kwie 23, 2026 5:14 pm
autor: William N. Patel-Noriega
Po tym jak Madox znokautował mnie korkiem od szampana i doznałem lekkiego urazu mózgu, siedziałem na zwolnieniu lekarskim. To znaczy miałem jeszcze nadzieję, że obejdzie się bez tego, ale po tym jak przejebałem sprawę w sądzie bo na sali rozpraw zadawałem świadkom w kółko te same pytania i w ogóle nie mogłem się skupić uznaliśmy, że lepiej będzie jak jednak dam sobie jeszcze kilka dni na odpoczynek. No i co? No i się zwyczajnie nudzę, kręcąc bez sensu po okolicy. Byłem już dzisiaj w warzywniaku na dole, ale właściwie zapomniałem po chuj w ogóle tam poszedłem i po krótkiej rozmowie ze sprzedawczynią wyszedłem z pustymi rękami. Potem zajrzałem do kiosku, żeby kupić tytoń. Potem sprawdziłem skrzynkę pocztową. Potem połaziłem bez celu po klatce schodowej, a kiedy wreszcie wróciłem pod drzwi mieszkania to okazało się, że Peach gdzieś wyszła, a ja nie mam przy sobie kluczy. Bo zapomniałem je wziąć. Więc z braku lepszego pomysłu uznałem, że przeczekam u Madoxa. Tam zawsze ktoś był - jak nie on, to Riczi, jak nie Riczi to Rosa, a w tym momencie nawet towarzystwo Pilar nie wydawało mi się aż takie straszne, byle nie siedzieć sam. W każdym razie zatrzymuję się przed drzwiami z numerem trzynaście i łapię za klamkę - ustępuje, chociaż kiedy wchodzę do środka to w pierwszej chwili mam wrażenie, że nikogo nie ma. Wewnątrz jest strasznie ciemno - wszystkie okna zasłonięte. Mrużę nieznacznie ślepia, próbując przyzwyczaić się do półmroku i po cichu wchodzę dalej - Halo? Jest ktoś? - rzucam w eter, ale w pierwszej chwili odpowiada mi tylko głucha cisza. W drugiej słyszę jakiś szmer na kanapie i to tam kieruję spojrzenie. Faktycznie na wersalce leży jakaś postać owinięta w koc, ponad materiał wystaje tylko ruda czupryna, kompletnie nie pasująca do nikogo, kogo mógłbym znać. To znaczy do nikogo kogo mógłbym kojarzyć z tego mieszkania. Z drugiej strony wciąż mam przecież problemy z pamięcią, które niby ustępują, ale i tak bywają strasznie męczące. Przez myśl przechodzi mi, że któryś z chłopaków musiał przygruchać sobie jakąś nową latawicę i niby zero zaskoczenia gdyby nie to, że a) Ricardo był po pielgrzymce do Guadelupe gdzie przyrzekał, że już nigdy przenigdy nie zdradzi swojej żony, a przynajmniej dopóki śmierć ich nie rozłączy (jego śmierć, bo jeśli Rosa zemrze pierwsza to pewnie i tak będzie go nawiedzać z zaświatów żeby trzymał chuja w spodniach) i b) Madox miał narzeczoną, której był wierny jak pies, o dziwo. Marszczę brwi, po czym pochylam się nad rudym czupiradłem, opierając dłoń na kawałku koca, mniej więcej na wysokości gdzie powinno znajdować się ramię, a kiedy dziewczę odwraca twarz w moją stronę i rozpoznaję w niej znajome rysy to dosłownie staję w osłupieniu - nawiedza mnie cały kalejdoskop mniej lub bardziej wywrotowych wspomnień związanych z tą osobą i sam już nie wiem czy mnie pojebało czy nie. Zaskakujące, że lepiej pamiętałem co działo się lata temu niż choćby w zeszłym tygodniu, ale w tej chwili w zasadzie nie jestem do końca pewien, czy faktycznie kiedyś zniknęła czy to tylko figle, które płata mi mózg. Cofam się o krok, bo już nie wiem czy rzeczywiście nie widzieliśmy się dobre sześć lat czy może widzieliśmy wczoraj, ale zwyczajnie mi to umknęło? Czuję jak neurony pod czaszką zaczynają mi pracować na najwyższych obrotach, tak szybko, że rozbolała mnie głowa, więc mrużę ślepia i unoszę dłonie do skroni, żeby je rozmasować. Na środku czoła wciąż mam zielonkawożółte pozostałości po ogromnym siniaku. Teraz to dopiero nie mam pojęcia co się właśnie odpierdala. A może to tylko jakiś dziwny sen, tyle, że przestała mi się śnić lata temu, więc czemu akurat teraz? Czemu los znowu musi ze mnie kpić? - Szybko, uszczypnij mnie - rzucam, wyciągając do niej jedną rękę. Jeśli rzeczywiście śnię, to może taki bodziec wyrwie mnie do świata realnego? Oby.

Gabriela R. Blais

007. kac morderca nie ma serca

: czw kwie 23, 2026 6:15 pm
autor: Gabriela R. Blais
trigger warning
przekleństwa, kiepskie poczucie humoru Gabi

Bogu Kurwa Dzięki Za Madox'a.

Sama już nie ogarniała czy to było dobre serce jej kuzyna czy to, że waląc strawioną wódą na kilometr i rozmazanym makijażem wzbudzała litość, ale liczył się fakt, że zaległa w mieszkaniu niczym pluskwy. Czy tam karaluchy, czy też inne dziadostwo, którego tak łatwo nie dało się wykurzyć. Kanapa stała się swoistym azylem, gdy zmęczona padła na mebel odciskając niczym pierdolony Picasso resztę makijażu na poduszce. Ktoś nawet łaskawie przykrył ją kocem, tym samym podnosząc jej status majątkowy, bo prócz ubrań na sobie i paczki papierosów nie miała nic przy sobie. Nawet godności, bo tą straciła już dawno.
Ktoś nawet chyba rano sprawdzał jej funkcje życiowe, ale pomarudziła pod nosem i zawinęła się w kocowe burrito licząc, że ten ktoś odejdzie i da jej zdechnąć od wyziewów z jej ust, które prawdopodobnie podnosiły promile w jej krwi. To była ciężka walka, a jeszcze gorsza była pobudka.
Najpierw wysunęła swoją rudą czuprynę spod koca, która była totalnie rozjebana, jak po bliższym spotkaniu z działającym wiatrakiem. A dopiero po chwili ukazała światu obraz nędzy i rozpaczy, gdy ledwo otworzyła przekrwione oczy. Przyłożyła dłoń do opuchniętej twarzy i z obrzydzeniem odkleiła kępek sztucznej rzęsy od skóry.
- O nie… - jęknęła cicho, chowając na sekundę twarz w dłoniach. - Nie mów mi, że moje halucynacje zaczęły mieć ciągłość fabularną… - wybełkotała i spojrzała jeszcze raz na intruza, mrużąc oczy czekając aż jej system załaduje w pełni cały widok. - Czekaj… - zmarszczyła brwi. - Ty to ty? Czy ja po prostu przesadziłam z czymś, czego nie powinnam była mieszać? - koc opadł jej na kolana, gdy z trudem usiadła na kanapie i niemrawo próbowała połączyć pewne wydarzenia z ostatnich nocy.
- Że co mam zrobić? - spojrzała na jego rękę czując, że ta sytuacja zaczyna ją przerastać. - Stary. Ja ledwo ogarniam, że mam ręce. - mimo to wyciągnęła dłoń i uszczypnęła go licząc, że to poświęcenie rozwieje wszelkie wątpliwości. - Jak boli, to znaczy, że żyjesz. Jak nie boli… to ja mam większy problem niż myślałam. - oparła głowę o zagłówek i przez chwilę czekała aż świat przestanie wirować. - To był zły pomysł. Albo bardzo dobry. Jeszcze nie wiem. Wszystko mnie boli. - narzekała wciąż i zmusiła się, żeby znowu otworzyć oczy. - Kurwa ty dalej tu jesteś. Super. Właśnie w takim stanie chciałam cię zobaczyć. Brakuje żebym jeszcze narzygała ci na buty. - prychnęła pod nosem i przyłożyła palce do skroni. - Dobra. Szybki test rzeczywistości. Ja, kac życia. Ty od czapy pytający mnie, żebym cię uszczypnęła, gdy masz jakiegoś ufoludka na czole. Ktoś ci pukał penisem w czoło, że masz tam siniaka? Nie no to brzmi całkiem wiarygodnie. Chyba żyje. Powiedz mi tylko jedną rzecz… Zniknęłam na sześć lat, czy ja po prostu wyszłam na jedną imprezę i coś mi się trochę przedłużyło? - to też brzmiało całkiem wiarygodnie. - Błagam, tylko mów powoli. Daj mi klina. Nie wiem podłącz mnie do kroplówki. Wrzuć mnie pod prysznic... - błagała, żeby zrobił cokolwiek zanim wyzionie ducha.

William N. Patel-Noriega

007. kac morderca nie ma serca

: czw kwie 23, 2026 9:32 pm
autor: William N. Patel-Noriega
Krzywię się strasznie na ten widok, szczególnie w momencie, w którym odkleja sztuczne rzęsy z twarzy. Z drugiej strony widziałem laski w gorszym stanie, sam zresztą nie będąc lepszym. Wystarczy odpalić filmik z mojego ślubu z Madoxem żeby zobaczyć jak tragicznie potrafiłem wyglądać kiedy narkotyki przejmowały kontrolę nad moim mózgiem. Zaczyna napierdalać jakieś brednie, a ja każde słowo przetwarzam dwa razy wolniej, żeby w ogóle nabrały jakiegokolwiek sensu. Chociaż czy powinienem w ogóle się go tutaj doszukiwać? - Ja to ja - to akurat jasne jak dwa razy dwa. Wywracam oczami, to, że zapewne przesadziła z niejednym miksem również nie budzi żadnych wątpliwości, bo nie wygląda jakby przez te lata rozłąki miała się zmienić. No oprócz tego, że rysy twarzy jej się wyostrzyły, ale to akurat normalne, zestarzała się. Obruszam się kiedy wstaje do siadu i pomimo tego, że właściwie wygląda tragicznie to jakoś nie mogę oderwać od niej wzroku. Wszystko nagle do mnie wraca i w zasadzie sam nie wiem czy bardziej jestem zły, czy szczęśliwy, że ją widzę. Jeszcze się zastanowię. Szczypie mnie w rękę - czuję, więc to nie może być sen - Aj - za mocno. Wyciągam rękę w jej stronę, żeby i ją mocno uszczypnąć w szczupłe ramię, głównie chyba po to żeby sprawdzić czy jest prawdziwa. Była. Była absurdalnie wręcz prawdziwa, w co dalej nie mogłem uwierzyć, szczególnie w stanie, w którym mój zwykle bystry umysł potrzebował czasu żeby przetworzyć jakiekolwiek informacje, tę jedną będzie chyba przetwarzał kolejne sześć lat. Wbijam w nią spojrzenie jak marudzi i kręcę głową z niedowierzaniem - Nie wierzę, kurwa, czemu tu jesteś? - wcinam się jej w ten długi wywód i znowu wzdycham przeciągle, jeszcze raz unosząc dłonie do skroni. Boże, z tego wszystkiego rozbolała mnie głowa, a lekarz kazał mi się oszczędzać, bo już na zawsze zostanę niedorozwojem z zanikami pamięci. W tym momencie na przykład nawet do końca nie wiem po chuj ja tu w ogóle przylazłem? - Tylko spróbuj - mrużę groźnie ślepia, ale kiedy wspomina o teście rzeczywistości to kiwam głową, że okej, po czym opadam na kanapę, wpierw na jej wyciągnięte nogi, ale wyskakuję w górę jak oparzony i wraz z kolejnym klapnięciem jestem już bardziej ostrożny, no nie chcę jej przecież połamać, co nie? Przysiadam na krawędzi wersalki, wlepiając w rudą spojrzenie. Wciąż tak samo zaskoczone, bo chociaż sprawdziłem już, że przecież była bardzo realna, to nadal jakoś ciężko mi w to uwierzyć - Ha-ha, bardzo śmieszne. Dostałem korkiem od szampana - dzielę się z nią tą informacją, chociaż nie sądzę żeby była jakaś istotna. Zadała bardzo dobre pytanie i zanim na nie odpowiem to muszę się zastanowić - Właściwie nie jestem pewien - mrużę w skupieniu oczy, a to przychodzi mi bardzo ciężko. Próbuję pozbierać myśli oraz wspomnienia i zajmuje mi to dłuższą chwilę - A po chuj tutaj przylazłaś, Gaba? - bo tak, zdążyłem już się namyślić, minęło wiele lat od naszego ostatniego spotkania - Chodź - normalnie faktycznie polałbym jej klina ALE wtedy na sto pro język uciekłby mi do dupy bo od tygodnia nie mogę pić. Lekarz kategorycznie zabronił mi jakichkolwiek używek i chcąc nie chcąc musiałem się tego trzymać, szczególnie, że będąc czystym faktycznie z dnia na dzień czułem się coraz lepiej. Ostatni raz na takim detoksie byłem chyba... No chyba nigdy. Co prawda kiedyś nie piłem przez trzynaście lat, ale potem skończyłem trzynaście lat i się zaczęło harcowanie po kątach. Więc z braku laku i może trochę z głęboko skrywanej chęci zemsty, wstaję z kanapy i łapię ją za nadgarstek ciągnąc do góry, żeby podniosła dupsko i poszła za mną. Prowadzę ją do łazienki, gdzie faktycznie wpycham pod prysznic, uprzednio łapiąc za słuchawkę. Puszczam wodę. Zimną. Może nie jakąś przeraźliwie lodowatą, ale taką, która rzeczywiście ją otrzeźwi. Może zmyje też trochę smród przetrawionego alkoholu - Jak mogłaś mnie zostawić, kurwa? - tak, mam jej za złe. Myślałem, że dobrze się razem bawiliśmy, właściwie wtedy wydawało mi się, że już zawsze będziemy. Billy i Gaba, razem do końca świata i jeden dzień dłużej, przeciwko wszystkim i wszystkiemu.

Gabriela R. Blais