007. kac morderca nie ma serca
: czw kwie 23, 2026 5:14 pm
Po tym jak Madox znokautował mnie korkiem od szampana i doznałem lekkiego urazu mózgu, siedziałem na zwolnieniu lekarskim. To znaczy miałem jeszcze nadzieję, że obejdzie się bez tego, ale po tym jak przejebałem sprawę w sądzie bo na sali rozpraw zadawałem świadkom w kółko te same pytania i w ogóle nie mogłem się skupić uznaliśmy, że lepiej będzie jak jednak dam sobie jeszcze kilka dni na odpoczynek. No i co? No i się zwyczajnie nudzę, kręcąc bez sensu po okolicy. Byłem już dzisiaj w warzywniaku na dole, ale właściwie zapomniałem po chuj w ogóle tam poszedłem i po krótkiej rozmowie ze sprzedawczynią wyszedłem z pustymi rękami. Potem zajrzałem do kiosku, żeby kupić tytoń. Potem sprawdziłem skrzynkę pocztową. Potem połaziłem bez celu po klatce schodowej, a kiedy wreszcie wróciłem pod drzwi mieszkania to okazało się, że Peach gdzieś wyszła, a ja nie mam przy sobie kluczy. Bo zapomniałem je wziąć. Więc z braku lepszego pomysłu uznałem, że przeczekam u Madoxa. Tam zawsze ktoś był - jak nie on, to Riczi, jak nie Riczi to Rosa, a w tym momencie nawet towarzystwo Pilar nie wydawało mi się aż takie straszne, byle nie siedzieć sam. W każdym razie zatrzymuję się przed drzwiami z numerem trzynaście i łapię za klamkę - ustępuje, chociaż kiedy wchodzę do środka to w pierwszej chwili mam wrażenie, że nikogo nie ma. Wewnątrz jest strasznie ciemno - wszystkie okna zasłonięte. Mrużę nieznacznie ślepia, próbując przyzwyczaić się do półmroku i po cichu wchodzę dalej - Halo? Jest ktoś? - rzucam w eter, ale w pierwszej chwili odpowiada mi tylko głucha cisza. W drugiej słyszę jakiś szmer na kanapie i to tam kieruję spojrzenie. Faktycznie na wersalce leży jakaś postać owinięta w koc, ponad materiał wystaje tylko ruda czupryna, kompletnie nie pasująca do nikogo, kogo mógłbym znać. To znaczy do nikogo kogo mógłbym kojarzyć z tego mieszkania. Z drugiej strony wciąż mam przecież problemy z pamięcią, które niby ustępują, ale i tak bywają strasznie męczące. Przez myśl przechodzi mi, że któryś z chłopaków musiał przygruchać sobie jakąś nową latawicę i niby zero zaskoczenia gdyby nie to, że a) Ricardo był po pielgrzymce do Guadelupe gdzie przyrzekał, że już nigdy przenigdy nie zdradzi swojej żony, a przynajmniej dopóki śmierć ich nie rozłączy (jego śmierć, bo jeśli Rosa zemrze pierwsza to pewnie i tak będzie go nawiedzać z zaświatów żeby trzymał chuja w spodniach) i b) Madox miał narzeczoną, której był wierny jak pies, o dziwo. Marszczę brwi, po czym pochylam się nad rudym czupiradłem, opierając dłoń na kawałku koca, mniej więcej na wysokości gdzie powinno znajdować się ramię, a kiedy dziewczę odwraca twarz w moją stronę i rozpoznaję w niej znajome rysy to dosłownie staję w osłupieniu - nawiedza mnie cały kalejdoskop mniej lub bardziej wywrotowych wspomnień związanych z tą osobą i sam już nie wiem czy mnie pojebało czy nie. Zaskakujące, że lepiej pamiętałem co działo się lata temu niż choćby w zeszłym tygodniu, ale w tej chwili w zasadzie nie jestem do końca pewien, czy faktycznie kiedyś zniknęła czy to tylko figle, które płata mi mózg. Cofam się o krok, bo już nie wiem czy rzeczywiście nie widzieliśmy się dobre sześć lat czy może widzieliśmy wczoraj, ale zwyczajnie mi to umknęło? Czuję jak neurony pod czaszką zaczynają mi pracować na najwyższych obrotach, tak szybko, że rozbolała mnie głowa, więc mrużę ślepia i unoszę dłonie do skroni, żeby je rozmasować. Na środku czoła wciąż mam zielonkawożółte pozostałości po ogromnym siniaku. Teraz to dopiero nie mam pojęcia co się właśnie odpierdala. A może to tylko jakiś dziwny sen, tyle, że przestała mi się śnić lata temu, więc czemu akurat teraz? Czemu los znowu musi ze mnie kpić? - Szybko, uszczypnij mnie - rzucam, wyciągając do niej jedną rękę. Jeśli rzeczywiście śnię, to może taki bodziec wyrwie mnie do świata realnego? Oby.
Gabriela R. Blais
Gabriela R. Blais