Strona 1 z 4

pact with the devil

: pn kwie 27, 2026 10:36 am
autor: Giovanni Salvatore
008
pact with the devil
Ostatnie tygodnie upłynęły mu w sposób, który dla większości ludzi mógłby uchodzić za spokój, gdyby nie fakt, że w jego przypadku spokój nigdy nie był stanem emocjonalnym, tylko efektem dobrze utrzymanego porządku i harmonogramów, które działały tak, jak powinny, bo ktoś czuwał nad tym, aby działały. Dom funkcjonował bez zakłóceń, interesy nie zwalniały. Wszystko pozostawało więc na swoim miejscu, przynajmniej pozornie, bo jedyna realna zmiana nie dotyczyła biznesu ani układów, tylko tego, że Navi przestała być kimś obecnym obok jego życia, a stała się elementem wpisanym w jego codzienność tak naturalnie, jakby znajdowała się tam od zawsze.
  Sam ślub nie budził w nim emocji, których świat tak desperacko oczekiwał po ludziach stojących u progu małżeństwa. Nie odliczał dni, nie czuł podniosłości chwili, nie rozważał znaczenia przysięgi ani tego, jak bardzo zmieni się jego życie po wypowiedzeniu kilku formułek w obecności świadków. Dla niego był to przede wszystkim ruch strategiczny, formalność o wyjątkowo użytecznej wartości, która porządkowała kilka kwestii jednocześnie. Nazwisko, status, ochrona, oficjalne włączenie Navi podochronny parasol la famiglii.
  Nie oznaczało to jednak obojętności, jak zapewne założyłaby większość ludzi. Obojętność nie poświęcała uwagi Obojętność nie włączała nikogo do własnego świata tak głęboko, aby od tej chwili każde zagrożenie wobec jednej osoby było traktowane jak zagrożenie wobec całej struktury.
  Organizację wydarzenia pozostawił Navi w całości, co dla kogoś z zewnątrz mogło wyglądać jak brak zainteresowania, lecz prawda była zupełnie inna i niezmienna. Było to zaufanie, czyli coś,czego nie rozdawał tak po prostu i zbyt łatwo. Nie sprawdzał dekoracji, nie interesował się odcieniem materiałów, choć bez większego wysiłku potrafiłby znaleźć błędy organizacyjne szybciej niż zatrudnieni do tego ludzie. Nie robił tego, bo uznał, że jej decyzje w tej przestrzeni były wystarczające i były dobre, nie wymagające kontroli, a przecież w jego języku był to komplement większy niż jakiekolwiek, nawet najpiękniejsze słowo.
  Poranek dnia ślubu rozpoczął bez zbędnego pośpiechu i bez ciśnienia; bez tej ciężkiej otoczki. Wstał o stałej godzinie, odbył krótki trening dla własnego ciała, wziął chłodny prysznic, zjadł śniadanie i przejrzał raport z pracy pozostawiony mu jeszcze nocą. Po drodze odpisał na dwa maile, które wymagały odpowiedzi, a potem odłożył telefon; choć nie wyciszył go całkowicie.
  Dopiero później pozwolił służbie wnieść przygotowany garnitur; szyty u tego samego, sprawdzonego krawca, który bezbłędnie od lat spełniał wymogi, jakie stawiał Salvatore. Był droższy, niż którykolwiek z tych, które miał już w garderobie I był perfekcją krawieckiego kunsztu.
Spojrzał w lustro, kiedy wiązał krawat. Nie wyglądał jak człowiek przejęty ceremonią, a prędzej wyglądał jak ktoś, kto za chwilę podpisze kolejny ważny kontrakt. Tyle że ten kontrakt spał obok niego każdej nocy i nosił pod sercem konsekwencję sytuacji, której nie przewidział.
  Opuścił swój pokój i ruszył korytarzem posiadłości w stronę pomieszczenia, w którym szykowała się Navi. Jego, a raczej: ich, rezydencja w Kalabrii z jednej strony wypełniona była ciszą, a z drugiej strony wyczuwalną zmianą czegoś w powietrzu. Po drodze mijał w milczeniu ludzi, którzy zaangażowani byli w ostatnie przygotowania – nosząc skrzynki z winem lub kwiatami; przecierając raz kolejny parapet, aby nie można było znaleźć ani jednej drobiny kurzu. Bo wszystko miało być idealne. Tak, jak pan domu lubił.
  W końcu zatrzymał się pod drzwiami pokoju, w którym przygotowywała się Navi.
  Zapukał w drewno dwa razy, po czym nie czekając w zasadzie na odpowiedź, nacisnął klamkę i uchylił je na tyle, by wsunąć do środka spojrzenie, a siebie połowicznie za nim, nie przekraczając jednak progu.
  — Nie uciekłaś — stwierdził, choć oczywiste, to ton swojego głosu barwiąc suchym humorem. — A niedługo będzie za późno — dodał, z tym samym brzmieniem. Podniósł minimalnie kącik ust, w nikłym, kontrolowanym półuśmiechu. Oboje o tym wiedzieli doskonale. I wiedzieli też, że nawet gdyby uciekła, to nie przestałaby być jego. — Jeszcze masz szansę.

Navi Yun

pact with the devil

: śr kwie 29, 2026 7:48 am
autor: Navi Yun
W przeciwieństwie do swojego narzeczonego, ona bardzo przejmowała się nadchodzącą datą. Budziła w niej wiele emocji o które by się nie podejrzewała. Chciała, aby wszystko było dopięte na ostatni guzik. Potrzebowała tego, aby każda najmniejsza rzecz była dopracowana w stu procentach, tak jak to wyśniła. Osobiście zamierzała tego dopilnować. Nawet jeśli mieli zatrudnionych ludzi, to nie siedzieli oni w jej głowie. A jak by to powiedział Salvatore, ludzie popełniają błędy.
Zwolniła tempa w restauracji, zatrudniono kolejnych ludzi, którzy mieli odciążyć ją w obowiązkach, dokładnie tak jak chciał Giovanni. Przez to jednak miała więcej czasu, aby wisieć na telefonie z organizatorami.
To miał być tylko kolejny ślub w jej życiu, zwykła formalność. Wymienienie obrączek i przysięgi, która przecież wcześniej nie miała znaczenia. Dla niej jednak był to pierwszy ślub, którego naprawdę chciała. Nie sądziła tylko, że jak przyjdzie co do czego, to zacznie to przeżywać. Że stanie się tą typową, przyszłą panną młodą, która będzie biegać w szale przygotowań. Chociaż sama ceremonia wcześniej brzmiała dla niej jak podpisywanie paktu z diabłem, tak teraz ten pakt, w dodatku z faktycznym diabłem, był dla niej niezwykle pociągający.
I don’t care if I will fall in love with a devil, as long as that devil loves me the way he loves hell.
Obudziła się wcześniej niż zwykle, w sercu czując narastające napięcie. Było ono związane ze stresem, ale też niecierpliwością i ekscytacją. I chociaż na ten dzień wydawała się mieć milion rzeczy do zrobienia, tak przecież wszystko miało swój zaplanowany czas. Przyrządziła im rano śniadanie, co chociaż chwilowo ją odstresowało, aby w kolejnej chwili rzucić się w wir oficjalnych przygotowań.
Udała się do wydzielonej w rezydencji sypialni, która stała się jej centrum przygotowawczym. To właśnie tam, o umówionej godzinie, pojawiła się stylistka paznokci, która zaczęła pracować jako pierwsza, tworząc piękny, elegancki manicure i pedicure. Niewiele później, do rezydencji przyszła prywatna fryzjerka Navi, u której się już wcześniej pokazała, aby dobrać uczesanie do sukienki, a, gdy fryzura powoli była kończona, w drzwiach sypialni stanęła również wizażystka. Każda z kobiet miała zostać tu do późnego wieczora, aby poprawiać drobne niedoskonałości, które mogły pojawić się na przestrzeni czasu.
Gdy Navi siedziała na szerokim krześle, podczas jej makijażu, służba wniosła jej suknię ślubną, wykonaną przez krawcowe bezpośrednio na jej zamówienie. Odwzorowywała ona jej dokładną wizję. Była perfekcyjnie dopasowana i dopracowana w każdym, najmniejszym szczególe. Drugiej takiej nie było nigdzie.
Powieszono ją zapakowaną na wysokim wieszaku, aby dopiero na sam koniec ją wyciągnąć. Nie chciała ryzykować, że jakakolwiek plama z produktu do makijażu pojawi się na białym, nieskazitelnym materiale. Dzisiaj, zwłaszcza dzisiaj, wszystko miało być perfekcyjne.
Jej delikatna wiązanka kwiatowa niedawno została przyniesiona, aby jak najdłużej utrzymała swoją świeżość, a kupiona specjalnie na tą okazję biżuteria stała jeszcze zapakowana w welurowych opakowaniach. Obrączki dzisiaj rano przekazała osobie, która miała być za nie odpowiedzialna.
Wszystko wydawało się iść dokładnie zaplanowanym, niezmąconym rytmem.
Wstała z krzesła, gdy makijażystka skończyła swój elegancki make-up. I upięcie włosów i umalowanie było dokładnie takie, jak ona. Delikatne, nieprzesadzone, ale wyraźnie zaznaczone. Czarne kosmki były częściowo zaplecione i połączone z delikatnym diademem. Makijaż doskonale podkreślał jej delikatną, azjatycką urodę. Oglądając się w lustrze, była zadowolona z efektów, chociaż do samej ceremonii zostało jeszcze trochę czasu.
A mimo to czas wydawał się lecieć nieubłaganie.
Służba, w tym najstarsza kobieta, która pracowała w tym domostwie, co chwila biegała tam i z powrotem. Zatrudnione kobiety zebrały część swoich rzeczy, porządkując miejsce pracy, będąc jednak w gotowości, aby dołożyć ewentualne poprawki.
Wtedy też rozległo się pukanie do drzwi. Początkowo się nim nie przejęła, ponieważ przez sypialnię przechodziło wiele zatrudnionych ludzi, którzy dokładali przekąski i dolewali wina do kieliszków. Także tego, które miało być bezalkoholowe. Tylko, że w tej sytuacji nawet drobny łyk nie potrafił jej przejść przez ściśnięte gardło.
Odwróciła się odruchowo, gdy drzwi się otworzyły, a jej twarz momentalnie rozpromieniała, kiedy jej oczy osadziły się na doskonale jej znanym człowieku. Diable, którego dzisiaj miała poślubić.
A ty masz szansę jeszcze zmienić zdanie — odpowiedziała, podchodząc do drzwi, ubrana w kremowy, satynowy szlafrok, by spotkać się z nim w progu. — Masz szczęście, że nie jestem jeszcze ubrana. Nie słyszałeś, że oglądanie panny młodej w sukni przed ceremonią, przynosi pecha, zwiastuje nieszczęście i niezgodę? — spytała, na ustach mając swój charakterystyczny, łagodny uśmiech. — Na szczęście nie tyczy się to ciebie i garnituru — dodała, sięgając dłonią do jego idealnie skrojonego ubrania, aby przesunąć dłonią po jego piersi. — Wyglądasz w nim niesamowicie pociągająco. — To, że zawsze tak wyglądał to inna kwestia, ale dzisiaj wszystko było… intensywniejsze.
A może to też kwestia buzujących hormonów.


Giovanni Salvatore

pact with the devil

: ndz maja 03, 2026 4:55 pm
autor: Giovanni Salvatore
  Nie zmieniał zdania. Nigdy. Do samego końca trzymał się swojego wyboru, przekonany co do tego, że był on najbardziej optymalnym, najlepiej skalkulowanym i najbezpieczniejszym dla niego. To nie znaczyło, że nigdy się nie mylił, ale jego własne decyzje i wybory były świętością. Świętością, o której wadach czy niedoskonałościach potrafił po fakcie powiedzieć głośno; potrafił przyznać do porażki, nawet jeśli ta zgrzytała bardzo głośno w jego umyśle przez długi czas.
   Bo wymagał od siebie doskonałości, jeśli chodziło o dobieraną strategię działania i trasę, którą sobie wyznaczał; bo wymagał od swojego umysłu precyzji i niezawodności, idealnych kalkulacji, na podstawie których dokonywał wyborów.
  Ale nie zmieniał zdania. Tak jak i nie zamierzał go zmienić tutaj. Nawet, jeśli wiedział, że to co powiedziała, było pociągniętym przez niego żartem; niewinną prowokacją, na którą sobie pozwolił. Niewinną na pozór – bo w ten sposób badał też nastrój kobiety. Stres związany z wydarzeniem mół być najlepszym buldożerem dla postawionych wokół siebie murów z postanowień.
      Masz szczęście.
  Jakie to szczęście, kiedy to była jego własna decyzja? Jego własny dobór momentu na podstawie solidnej kalkulacji, którą odbył w głowie
  — Nie wierzę w takie zabobony — odpowiedział, płasko i bez tonacji w głosie; tak po prostu, jako konstatację faktu, dotyczącego jego osoby. W żadnym wypadku nie pozwalał, aby jakiekolwiek przesądy zaburzały jego umysł. O tym całym stwierdzeniu, jakoby spojrzenie na pannę młodą w sukni przed ślubem miało nieść złe następstwa oczywiście słyszał – w końcu funkcjonował wśród ludzi, którzy to powtarzali i ludzi, którzy w to wierzyli; niemniej był jednak zdania, że jeśli miało coś nieść niefortunny szereg wydarzeń to prędzej on sam i z wyboru. A nie przez głupie, ludowe założenie, że jeśli spełni się warunek A, to z pewnością wydarzy się kompletnie niezwiązany i zależny od losu warunek B.
  Nie opuścił jednak spojrzenia, na wspomniany przez nią przy okazji garnitur. Zasadniczo przez znaczną część swojego życia od wielu lat, jeśli już coś nosił, to był to właśnie garnitur. Miał ich pokaźną liczbę w garderobie, w różnym kroju, z różnego materiału i w różnym kolorze. Mógł spokojnie mieszać je ze sobą, jeśli pozwalała na to estetyka.
  Ale ten, który miał na sobie dzisiaj, był wjątkowy. Nie w tym sentymentalnym tego słowa znaczeniu – był perfekcją nad perfekcją. Bo choć estetyka by dla niego obowiązkowym aspektem przy wyborze jakiegokolwiek stroju czy elementu, który miałby go dotyczyć, to jednak ten konkretny pochłonął więcej uwagi i zachodu niż normalnie.
  Uniósł za to podbródek, lustrując już uważnie; wyczuwał jak jej palce przesuwają się po jego sylwetce, a jednocześnie widział na jej twarzy ten uśmiech, który – choć sam pewnie tego by tak nie nazwał – kładł go na kolana. Navi była tak kruchą osobą, tak ulotną – jak każde inne życie, a jednocześnie z taką potęgą, której nie spodziewałby się zauważyć i uznać u kogokolwiek.
  — A ty wyglądasz perfekcyjnie.
  Czyli tak, jak lubił. Idealnie, estetycznie, w sam raz. Niczego innego by się po niej nie spodziewał – Navi od samego początku perfekcyjnie wpisywała się w jego definicję idealnego obrazu kobiety – tak samo z wyglądu, jak i – co ważniejsze – w kwestii umysłu.
  Przesunął dłonią po jej talii, ostatecznie zatrzymując się na jej biodrze; jego spojrzenie ani na moment nie spadło z jej twarzy, uważnie analizując układ każdego, najdrobniejszego mięśnia. I chociaż deklarował się, że nie będzie jej czytał tak samo jak innych, w pewnych kwestiach naginał własne, ustanowione prawo. Chociaż jakby na to spojrzeć – nigdy nie obiecał, ani nigdy nie dał słowa.
  W tym momencie było to jednak uzasadnione – dbał o nią; o jej samopoczucie i komfort, jak o swój własny. A czego mu nie mówiła, musiał dowiadywać się sam. Nigdy w końcu nie potrafiłby zaufać w pełną szczerość co do emocji i samopoczucia innych ludzi. Pewnie dlatego, że – jak to mówią – sądził według siebie.
  A on od urodzenia był nieszczery z otoczeniem.
  — Przyszedłem się z tobą pożegnać — powiedział, drugą dłonią sięgając do jej policzka, by wyuczonym, eleganckim gestem przesunąć palcami po jej policzku. — Zobaczymy się dopiero przed ołtarzem. — Kiedy oficjalnie stanie się jego. Nie potrzebował tej oficjalności, tej papierologii, by to wiedzieć i według tego funkcjonować, to był gest wymierzony przede wszystkim w kierunku rodziny. W kierunku instytucji, którą była. Włączeniem Navi do hierarchii, a przez to – nadanie jej immunitetu. Kochanki, metresy, nie były chronione.
  Żony, noszące to samo nazwisko, były jednak nietykalne.
  — Sarai libera solo quando non ci sarà nulla di te che non sia mio.

Navi Yun

pact with the devil

: pn maja 04, 2026 10:21 pm
autor: Navi Yun
Kąciki ust jej drgnęły na jego odpowiedź, której oczywiście się spodziewała. Giovanni był człowiekiem twardo stąpającym po ziemi, który nie wierzył w przesądy, horoskopy, numerologie czy inne ustawienia planet. U niego wszystko miało ręce i nogi, a każdy skutek przyczynę. Coś brało się z czegoś, i to zwykle były osoby oraz ich decyzje.
A nie wola wszechświata.
Oczywiście, że nie — odpowiedziała łagodnie, przekrzywiając delikatnie głowę w bok. — Ale co jeśli ja wierzę? — Może i ona również nie była przesądna, ale w takim dniu chciała uniknąć każdego możliwego nieszczęścia. Jak to się mówi - lepiej dmuchać na zimne. Jej poprzednie, a w zasadzie, wciąż aktualne małżeństwo, było traumatyczne ze względu na mężczyznę z którym musiała się związać. Giovanni natomiast udowodniał czynami i zapewniał ją słownie, że jej bezpieczeństwo jest ważne. Że ona jest ważna. I dlatego też zależało jej na tym, aby wszystko było idealnie.
Nawet cholerne ustawienie planet.
On sam też wyglądał perfekcyjnie. Garnitur skrojony na miarę, a jednak pasował zupełnie inaczej. Giovanni zawsze był elegancki. Wszystko układało się na nim doskonale. Dzisiejszy ubiór był jednak o wiele szykowniejszy niż jakikolwiek wcześniej. I z chęcią patrzyłaby na niego w tym wydaniu o wiele dłużej, bo jeden wieczór wydawał się być niezadowalający.
Wygięła usta w uśmiechu na jego komplement. Nie wszystko było gotowe. Chociaż uczesanie oraz makijaż były już dopracowane, tak wiele szczegółów jeszcze brakowało. No i oczywiście nie miała na sobie najważniejszej części.
Poczekaj, aż założę suknię. — Wtedy będzie wyglądać perfekcyjnie. Biały materiał, którego krój doskonale układał się na jej drobnym ciele. Dopracowany w każdym calu. Był to ubiór nad którym pracowano ciężko od kilku miesięcy i z którego była niesamowicie zadowolona.
Jej estetyka była delikatna. Preferowała elegancję, niż ubiór wyzywający czy prowokacyjny. Nawet jeśli odkrywała więcej ciała, robiła to w sposób zmysłowy, a nie wulgarny. Taka była na co dzień i tak też planowała się pokazać podczas swojego dzisiejszego, wielkiego występu, przy setkach ludzi, których prawie nie znała.
Czy się stresowała? Strasznie. Poza zaledwie kilkoma bliższymi koleżankami, które poznała podczas swojego nowego życia w Kanadzie, nie było tu nikogo z jej strony. Rodzina została w Korei i nawet nie wiedziała o dzisiejszym wydarzeniu. Nie mieli przecież nawet pojęcia, że ich córka żyje i wiedzie wspaniałe życie poza granicami kraju. Z dala od codziennej przemocy domowej. Nikt jej nie odprowadzi do ołtarza. Nikt nie powie, że cieszy się jej szczęściem. Jej matka nie popłacze się ze wzruszenia.
Wcześniej zresztą też nie płakała. Możliwe, że wiedziała co ją czeka.
Można więc powiedzieć, że była sama. Jej głównym wsparciem miał być jej przyszły mąż. Tylko domyślała się, że na weselu będzie zajęty raczej biznesami z resztą licznej rodziny. Będzie musiała więc robić to co zawsze - wpasować się w otoczenie, ładnie uśmiechać i kamuflować. Zaadaptować do nowych warunków, środowiska i ludzi, którzy w pewnym sensie mieli stać się także jej rodziną.
Nie pierwszy i nie ostatni raz.
Przylgnęła do niego i przesunęła policzek do jego dłoni, gdy muskał go palcami. To był czas chwilowego rozstania. Navi miała wrócić do przygotowań, aby pojawić się w drodze do ołtarza, pokonując trasę przez wszystkich zaproszonych gości.
Na samą myśl skręcał jej się żołądek.
Nie mogę się doczekać — przyznała. Chociaż cała ta otoczka była tak samo stresująca co ekscytująca, to fakt, że miała go poślubić był w tym wszystkim… niesamowicie uspokajający. Zupełnie jakby to była jej bezpieczna przystań, ta myśl, że wszystko będzie dobrze, bo przecież wiele razy ją zapewniał, że jest chroniona, cokolwiek się dzieje i gdziekolwiek jest.
Dla niego mogła to być tylko papierologia, ale ona podchodziła do tego bardziej emocjonalnie.
Allora prenditi ogni parte di me… — odpowiedziała melodyjnie, aby niewiele później wspiąć się na palcach i ucałować zmysłowo jego usta. Ostatni raz, zanim się rozstaną, by spotkać już na oficjalnym kobiercu, gdzie złożą przysięgi małżeńskie. — Do zobaczenia wkrótce.


Giovanni Salvatore

pact with the devil

: pt maja 08, 2026 8:49 am
autor: Giovanni Salvatore
  Przyjął pocałunek, tak jak zwykł to robić – tak jak nauczył się robić dla niej. To wciąż była dla niego najintymniejsza część; w końcu ofiarował ją jej i tylko jej. Jako pierwszej i jedynej. Nie przeciągał jednak gestu, bo w tej chwili nie było to rozsądne. Navi wciąż miała przed sobą przygotowania, ludzi czekających na wykonanie swojej pracy i do ubrania suknię, której według jej własnych zasad – przesądów w które miała wierzyć – nie powinien jeszcze zobaczyć.
  — Lo farò – odpowiedział specjalnie cicho, gdy odsunął się od jej ust tylko na tyle, by móc spojrzeniem objąć jej twarz. — Każdą część, Navi.
  Nie było w tym obietnicy wypowiedzianej dla dramatyzmu chwili ani romantycznego ozdobnika, który miał dobrze brzmieć przed rozstaniem, a w które tak świetnie umiał, kiedy chodziło o funkcjonowaniewśród ludzi i owijanie ich sobie wokół palca. W jej przypadku wypowiedziane przez niego słowa, jeśli już zostawały wypowiedziane to przecież zawsze miały znaczenia, bo nigdy nie rzucał ich niepotrzebnie i bez itnencji. Tak samo jak nigdy nie składał obietnic, których nie zamierzał dotrzymać. A w zasadzie, jak to powiedział – on nigdy nie obiecywał, bo obietnice były dla ludzi, którzy wliczali porażkę jako opcję. On postanawiał.
  Przesunął kciukiem po jej policzku jeszcze raz i powoli, równie powoli przesuwając spojrzeniem po jej twarzy
  — Do zobaczenia przy ołtarzu — powiedział, po czym dodał już z tym suchym, humorem, tak charakterystycznym dla niego, a jednocześnie całkiem nowym i nieczęsto też używanym: — Tylko postaraj się nie spóźnić. Jeszcze pomyślą, że to ciebie było trudniej przekonać.
  Gdzie w zasadzie wcale nie było prosto; a jednak z ich dwojga, to raczej on – już nawet przez to, że był mężczyzną – uchodziłby za kogoś, kogo trudniej zachęcić do złożenia ślubów przed ołtarzem.
  Nie czekał na jej reakcję, posłał jej jedynie cień uśmiechu, po czym wycofał się za próg i zamknął za sobą drzwi. Dopiero gdy drewniane skrzydła oddzieliło ich od siebie, jego twarz wróciła do tej charakterystycznej dla niego neutralności i to tak naturalnie, jak gdyby chwilę temu absolutnie nic się nie wydarzyło..
  Dalsze przygotowania nie wymagały już od niego wiele. Większość została dopięta wcześniej, ponieważ nie znosił improwizacji, choć potrafił z niej korzystać i to całkiem dobrze. Wolał jednak, jak wiadomo, kiedy panował porządek. Kiedy wszystko szło zgodnie z planem i kiedy układało się wedle zaplanowanych kroków.
  Na chwilę przed momentem wyjścia na miejsce, poprawił krawat i spojrzał na swoje odbicie w lustrze, aby ocenić jak dobrze – w rozumieniu: estetycznie - wyglądał. Tak jak i w planach, tak i w nim – wszystko musiało być w określonym porządku. Potem sprawdził jeszcze telefon, bo to był u niego wyuczony odruch i potwierdzenie, że on już dawno był zaślubiony. Z pracą. Zobaczył tam dwie wiadomości od jednego z kontrahentów, od człowieka, który najwyraźniej nie rozumiał, że dzień ślubu nie jest najlepszym momentem na testowanie cierpliwości pana młodego, chyba że chciało się później odkryć, jak bardzo finezyjne potrafiły być zgotowane przez niego konsekwencje. Nie odpisał niczego, jedynie wyświetlił, a to można było potraktować jako odpowiedź samą w sobie.
  A potem znalazł się już na miejscu ceremonii, gdzie wszystko było już gotowe. I dopięte na ostatni guzik – tak, jak lubił.
  Jego rodzina zajmowała swoje miejsca, a on doskonale wiedział, że zajmowane rzędy nie były przypadkiem ani wygodą, a kwestią hierarchii. Tej, którą rozumiał bezbłędnie i znał na pamięć. Mógł w tak prosty sposób odczytać, kto z rodziny zmienił swoją pozycję w tym układzie – kto stał najwyżej, kto został odsunięty, a kto był tutaj tylko dlatego, że wypadało.
  Ustawił się przy ołtarzu, nie analizując układu – zrobił to na szybko, kiedy dotarł na miejsce i kiedy przechodził obok nich wszystkich. Zwrócił się jednak do wszystkich plecami, pozornie skupiając swoją uwagę na ołtarzu, przynajmniej do momentu, w którym obok niego stanął Ernest – jego kuzyn, chociaż tak naprawdę wydawało się to być określeniem zbyt płyskim jak na relację. Nazwanie go bratem z kolei byłoby zbyt sentymentalne, a tego przecież nie lubił. Ernest więc był Ernestem – osobą, z którą spędził sporą część życia jako nastolatek, po tragedii, która zabrała mu rodziców.
  — Masz obrączki? — spytał krewnego. Gdy ten tylko potwierdził, że odebrał je od Navi jeszcze dzisiaj, skinął głową; skreślił niemal ostatnią rzecz na liście, która miała dopilnować, by wszystko przebiegło bez zakłóceń i zgodnie z zaplanowanym porządkiem.
  Na moment tylko przeniósł spojrzenie na zamknięte jeszcze wejście, za którym w odpowiednim momencie miała pojawić się Navi. Później, szybkim i prawie bezinteresownym spojrzeniem przesunął wzrokiem po całym pomieszczeniu, tak naprawdę kontrolując rozstawienie własnych ludzi. W tym Damona i wszystkim podległych jemu, jako capo, ludzi. Chociaż oddawał mu w tym decyzyjność, to i tak musiał to wszystko sprawdzić, bo nie ufał. Nie potrafił zaufać. A przede wszystkim – nie chciał nikomu ufać, bo wierzył, że tylko on sam może dać sobie stuprocentową pewność, że ryzyko zostało zminimalizowane.
  Potem już wrócił spojrzeniem do elementów przed sobą, zgodnie z wytyczoną tradycją, pozwalając swojej kobiecie mieć wejście. Wejście smoka.

narzeczona

pact with the devil

: pt maja 08, 2026 2:39 pm
autor: Navi Yun
Jak raz nie mogła się doczekać stanięcia na ślubnym kobiercu.
Wszystko do tej pory szło dokładnie po jej myśli. Każdy szczegół był dokładnie zaplanowany i w jej scenariuszu nie było możliwości na jakiekolwiek potknięcia. Ludzie dookoła uwijali się jak mrówki, bo nikt nie chciał być tą osobą, która czegoś, nie daj boże, nie dopilnuje. Cena była zbyt wysoka, jeśli doszłoby do jakiejkolwiek pomyłki czy opóźnienia.
Gdy tylko pożegnała się z, jeszcze narzeczonym, wróciła do pokoju, aby rzucić się w ponowny wir przygotowań. Wydawało się, że jest w połowie. Makijaż i uczesanie dokładnie takie, jakie chciała, a jednak i makijażystka i fryzjerka co chwila do niej podchodziły, aby poprawiać drobne detale.
Założyła drogą, doskonale pasującą do ogólnego zarysu oraz jej osoby, biżuterię. Kolczyki delikatnie zwisające z ucha, subtelną kolię oraz bransoletkę z tego samego zestawu, które dopełniały cały, ślubny wygląd. Dopiero na sam koniec ubrała długą, białą suknię, która była idealnie dopasowana do jej drobnej sylwetki. Materiał opływał jej ciało, kształtował talię i za biodrami delikatnie się rozszerzał, tworząc lejącą się spódnicę w której dało się swobodnie poruszać. Koronka przeplatała się z materiałem oraz prawdziwymi kryształkami, które zostały wszyte, aby mienić się na jej osobie. Jej welon wyglądał jak kaptur. Był niezwykle elegancki, gdy zaczepiony o diadem w jej włosach, spływał po plecach na ziemię.
Każdy szczegół w tej wyjątkowej sukni był dopracowany, a dodatek nieprzesadzony. I chociaż suknia w niektórych miejscach prześwitywała, to nie była wulgarna, nawet jeśli eksponowała jej niewielki biust. Ramiączka sukni rozchodziły się na boki, podkreślając obojczyki.
Suknia była wymarzona i dokładnie taka, jak ona. Subtelna, elegancka, ale jednocześnie niesamowicie kobieca.
Concetta nie odstępowała jej na krok. Biegała dookoła Navi, co chwila jej pomagając, podpowiadając i nawadniając, bo Koreanka była w takim stresie i tak zalatana, że zapominała pić. Nie mówiąc o jedzeniu, które praktycznie nie chciało jej przejść przez gardło.
Stresowała się, a im bardziej gotowa do wyjścia była, tym mocniej żołądek jej się ściskał.
W końcu nadszedł ten moment, gdzie setki gości zgromadziło się na siedzeniach, a jej narzeczony czekał przy ślubnym kobiercu na jej osobę. Stanęła za przeszklonymi drzwiami osłoniętymi białymi firanami, obserwując ludzi, których nie znała, a którzy czekali na jej pojawienie się. Zdecydowana większość z nich zobaczy ją po raz pierwszy.
I była w tym sama. Bez rodziny, jedynie z kilkoma najbliższymi koleżankami. Z czego jedna z nich, ta z którą była najbliżej, uchodziła za jej świadkową. Nie miała ojca, ani brata, który mógłby odprowadzić ją do ołtarza. Musiała to zrobić sama.
Jej palce mocniej zacisnęły się na ułożonym bukiecie świeżych kwiatów.
Wyglądasz pięknie — włoski akcent Concetty wyrwał ją z jej własnych myśli. Przeniosła spojrzenie na kobietę i uśmiechnęła się łagodnie.
Dziękuję. — Ten jeden komplement wystarczył, aby wróciła z nakręcających się myśli.
No idź już, idź — mówiła kobieta, poganiając ją. Ostatni raz przejechała dłońmi po jej sukni, układając ostatnie, drobne nieprawidłowości. — Wszyscy czekają!
No właśnie. Wszyscy.
Ostatni głębszy oddech, aby uspokoić rozszalałe serce. Nawet nie wiedziała czemu się tak stresowała, skoro chciała tego ślubu i była nim podekscytowana. Poprzednim razem myślała jak uciec, ale teraz? Teraz chciała tam iść i nawet setki osób z mafii dookoła miało jej nie powstrzymać.
Muzyka na żywo zaczęła grać. Na znak panny młodej, Concetta otworzyła dwuskrzydłowe drzwi budynku. Momentalnie poczuła na sobie spojrzenie wszystkich. Każdej jednej osoby, która oceniała jej wygląd, postawę, figurę. Absolutnie każdy szczegół. Jej spojrzenie jednak skupiało się tylko na jednej osobie. Tej samej, która czekała na nią na końcu tej długiej, ciągnącej się trasy.
Miała wrażenie, że każdy słyszy jak mocno bije jej serce. Jej drobny, charakterystyczny uśmiech nie schodził jej z twarzy, a poszerzył się nieznacznie w momencie, jak stanęła przed Giovannim. Gdy była obok, wszystko nagle przycichło i nie było już tak strasznie.
Ksiądz zaczął mówić. Msza się rozpoczęła, a wszystko wydawało się trwać zaledwie chwilę. Cała ceremonia, włoskie kazania i psalmy. W końcu nadeszła pora na przysięgi. Oficjalne przyrzeczenia wierności, aż do końca. Nawet głos się jej nie zająknął w momencie składania obietnicy, którą wypowiadała po włosku. Trenowała ją tyle razy, że obudzona w środku nocy byłaby w stanie ją wyrecytować.
Nie umiała jednak ukryć rozemocjonowanego, delikatnego drżenia dłoni w momencie, jak Giovanni wsuwał złotą obrączkę na jej palec. Wcześniej symbol paskudnego zniewolenia, a teraz znak partnerstwa. Bezpieczeństwa. Przynależenia do tego konkretnego człowieka, z własnej nieprzymuszonej woli. Ta sama dłoń jej drżała, gdy zakładała obrączkę na jego dłoń.
I w tym jednym momencie, wszystko stało się oficjalne.
Złoto paliło jej skórę w przyjemny, namacalny sposób, dokładnie na tym samym palcu, co kiedyś znajdowała się obrączka po Subinie. Teraz ten niesmak został zastąpiony czymś o wiele potężniejszym.
Delikatny, rozczulony uśmiech nie schodził jej z twarzy, a oczy zalśniło od wzruszenia. Nawet nie wiedziała dlaczego, ale nie kontrolowała pozytywnych emocji, które teraz przepływały przez jej całe ciało.
Ksiądz spojrzał po parze młodej. Gdy obrączki zostały wymienione, a przysięgi złożone, podjął:
Vi dichiaro marito e moglie. Ciò che Dio ha unito, l'uomo non separi. Ora puoi baciare la sposa.

Giovanni Salvatore

pact with the devil

: pt maja 08, 2026 6:44 pm
autor: Giovanni Salvatore
  Kieddy muzyka wybrzmiała stał jeszcze wciąż skierowany frontem do ołtarza. Pozwolił, aby moment wejścia Navi rozwinął się poza jego spojrzeniem. Aby ludzie wstali, skupili się na niej, aby ona mogła oswoić się z tym, w co właśnie wchodzi. I nie odwracał się, jakby zostawiał jej jeszcze moment, gdyby chciała zawrócić i zmienić własną decyzję. Dopiero po chwili przesunął spojrzenie w stronę drzwi, bez większego pośpiechu i bez emocji – nie jak ten mężczyzna z idealnych opowieści, który czeka, aby ujrzeć cud i zalac się łzami, a bardziej jak ktoś, kto czeka na wykonanie ostatniego punktu z własnego, ułożonego harmonogramu.
  A jednak – kiedy ją zobaczył, nawet jego procedury na moment przestały mieć pierwszeństwo.
Nie była to jednak widowiskowa zmiana, bo nic w nim nie drgnęło na tyle, by można było to jakkolwiek uznać za wzruszenie, zachwyt albo jedną z tych ckliwych reakcji, których później uczepiliby się goście przy winie, próbując udowodnić sobie, że nawet Giovanni Salvatore był ostatecznie człowiekiem jak każdy inny. Bo nie był i oni o tym wiedzieli. Ale jego spojrzenie zatrzymało się na niej odrobinę dłużej. Dłużej, niż sam zamierzał i dłużej, niż było to jego.
A nie miał przesadnego szacunku do ceremonii jako takich. Zbyt wiele w życiu widział rytuałów, które miały przykrywać brud, porządkować kłamstwa i nadawać elegancką formę rzeczom, które bez świadków wyglądałyby znacznie mniej przyzwoicie. Małżeństwo było kolejną instytucją i zagraniem, a te z kolei były użyteczne wtedy, kiedy wiedziało się, jak z nich korzystać. Tu dawało nazwisko, a wraz z nazwiskiem – ochronę. Tę, której chciał dla tej kobiety.
  Tyle że Navi, stojąc przed nim w tej sukni, zdawała sięmieć znaczenie większe niż mechanizm, który właśnie mieli uruchomić. Więc gdy znalazła się obok obdarzył ją spojrzeniem i złamał, całkowicie nieświadomie układ swojej twarzy uśmiechem. Niewielkim, niewidocznym z daleka, ale takim, który mówił więcej za niego samego niż kiedykolwiek on sam byłby w stanie przekazać.
  Gdy przyszła jego kolej na przysięgę, wypowiedział ją bezbłędnie i bez zająknięcia; przekonująco – tak dobrze, jak potrafił to robić. Jednak bez przesadnej teatralności. Niemniej to wystarczyło, by poruszyć starsze i młodsze kobiety w rodzinie. Ale to była włoska, wyidealizowana formułka. Taka, która miała pasować do ślubu, do całej tej otoczki, do wyniosłości. Nie było tam nic z niego, ani nic, co naprawdę chciał jej przekazać. To było to, co miało pasować do okoliczności i być kupione przez publiczność. To, co się miało dobrze sprzedać.
  Dopiero gdy skończył i zanim ksiądz poprowadził dalej ceremonię, przechylił się nieznacznie w kierunku Navi – tak subtelnie, że niewprawne oko mogłoby to uznać za zwykłą chwilę skromnej intymności między parą młodą. Wypowiedział jednak słowa – nie po włosku, nie po angielsku, a po koreańsku. Z oszlifowanym niemal do perfekcji akcentem.
  — Wiesz, że ne potrzebuję nikogo, Navi, a jednak ciebie nie zamierzam oddać światu.
  Wszystko to wypowiedział cicho. Na tyle, by ta skromna na pozór deklaracja, pozostała tylko pomiędzy nimi. Niemniej jej forma, jej treść, jeśli się go znała, pokazywała, że Navi nie była dla niego tylko przypadkowym elementem, który włączył do swojej codzienności i tak po prostu zaakceptował. Świadczyło to, że była czymś, a raczej – kimś, znacznie więcej.
  Bo była nim.
  Złota obrączka ze stopu, w którym znajdowała się jego ostatnia, żywa i namacalna, osobista pamiątka po rodzicach, znalazła się na jej palcu, gdy przyszedł na to moment. Sam gest nie miał dla niego wielkiego znaczenia, nie był dla niego skrajnie sentymentalny, bo ta sentymentalnośc, o ile już się jej doszukiwać, miała miejsce na Malediwach, o wiele wcześniej. Kiedy to przekazywał jej materiał na obrączki.
  Niemniej czuł pod palcami drżenie jej drobnej dłoni; gdyby mógł – poczułby dokładnie to, co ona w tym momencie; zrozumiałby dokładnie, jak ważne to dla niej wydarzenie i jak wielkie zaufanie w nim pokładała. Ale mógł mieć tylko wyobrażenie tego zrozumienia; nic więcej.
  Co wcale nie znaczyło, że w żaden sposób to na niego nie oddziaływało. Czuł pod czaszką coś, czego nie potrafił przyporządkować niczemu; co było trudne do interpretacji, a przez to uwierało go. Jednak nie w ten całkowicie niewygodny sposób.
  Resztę ceremonii spędził obserwując ją i tylko ją.
  Gdy w końcu ta dobiegła końca, na moment przełamał tylko ciągłość tego spojrzenia, zerkając w stronę zebranych, później kapłana, w ciągu ułamka sekundy orientując się we wszystkim, co mogłoby się zmienić, a następnie przysunął się do Navi na tyle, by móc ją ująć i za słowem kapłana złożyć na jej ustach pocałunek; z czułością, która może i była fałszywa, bo sztucznie przez niego narzucona – ale prawdziwa w intencji, gdy ją przywoływał. Szczerość w nieszczerości.
  — Finché morte non ci separi — powiedział, przywołując znaną z ceremonii zaślubin maksymę. — Ma neanche la morte ti porterà via da me — dodał, znacznie ciszej, a jednocześnie niższym głosem. Nie jako obietnicę, tylko właśnie – postanowienie. Bo przecież Giovanni nie składał obietnic, a na pewno nie składał ich wobec Navi. — Tu sei mio. Sei stato mio. E sarai sempre mio. — Zacisnął nieco mocniej swoje ramię, którym wcześniej otoczył ją w pasie przy pocałunku.
  Potwierdzeniem tego, że nie rzucał słów na wiatr było to, że niedługo po tym, jak ją poznał, powiedział, że jest jego. I od tamtej pory nic się nie zmieniło.
  Przesunął dłoń z jej pasa, w górę i zakręcił na ramię, by zsunąć się po nim do nadgarstka i później dłoni, którą ujął delikatnie. Drugą dłonią wskazał niewielkim gestem na przestrzeń, drogę pomiędzy ławkami, zapraszając ja do wyjścia, dodając przy tym:
  — Pani Salvatore.
  After you.

newlywed

pact with the devil

: sob maja 09, 2026 5:15 pm
autor: Navi Yun
Na swoim pierwszym ślubie chciała przede wszystkim płakać ze smutku. Z przymusu i konieczności jego wzięcia, w dodatku z mężczyzną, który od samego początku jej nie szanował. Nie miała jednak wtedy większego wyboru i zmuszona była żyć w tym patriarchacie przez lata.
Dzisiaj była wzruszona. Emocje, które przez nią płynęły były w pełni pozytywne. Poza stresem związanym z włoską rodziną, która wypełniała kościółek oraz sporą część poza nim, odczuwała głównie ekscytację, radość i tą dziwną euforię.
Nie sądziła, że będzie to tak bardzo przeżywać.
Przysięgi ją wzruszały, a także ta oficjalna wymiana obrączek. Tak wiele wiary i emocji pokładała w tym jednym człowieku, w tej całej relacji, że aż bolało.
Początkowo zaskoczyła się, słysząc tak doskonale jej znany, koreański język. Szybko jednak kąciki ust uniosły się jeszcze wyżej w rozczulonym uśmiechu. Nie tylko dlatego, że jego akcent był doskonały. Jego deklaracje znaczyły więcej, niż cokolwiek innego. Bo wiedziała, że nie były to zwyczajne, puste słowa, by kogoś omamić. Nie mówił takich rzeczy, nie musiał. To namacalne wręcz poczucie przynależności, jak raz nie było przekleństwem, a ekscytującym, nowym etapem w jej życiu.
Przez całą ceremonię, skupiała się przede wszystkim na nim. Nie zwracała uwagi na dziesiątki osób, które znajdowały się w kościele. Mimo, że czuła na sobie ich spojrzenia, wydawała się nie słyszeć żadnych szeptów. Dopóki znajdowała się w pobliżu Giovanniego, nie obawiała się ludzi za jej plecami, a także tego co miało nadejść.
Oficjalny pocałunek był tak samo ciężki, wiedziony przysięgą małżeńską, co czuły. I spotkała się z nim w połowie drogi, pieczętując całe złożenie ślubów sobie nawzajem.
E io ti ho scelto allora, ti scelgo oggi… e ti sceglierò in ogni vita — odpowiedziała, tak samo dyskretnie, gdy zebrani zaczęli celebrować oklaskami złożoną przysięgę i oficjalne małżeństwo pary młodej.
Pani Salvatore.
Uśmiechnęła się szczerze na to określenie. W Korei zostawała przy swoim nazwisku, więc na szczęście nie musiała nosić tego, po Subinie. Nazwisko Salvatore zamierzała jednak nosić z wysoko podniesioną głową, bo tu nie miała się czego, ani kogo wstydzić.
Zacisnęła palce drobnej dłoni na jego i ruszyła jako pierwsza trasą pomiędzy ławkami, gdzie stali goście. Wszyscy elegancko ubrani, z uśmiechami na ustach. Mniej lub bardziej szczerymi. Teraz musiała przede wszystkim przetrwać resztę wesela pośród ludzi, których miała dopiero poznać. Wokół rodziny w którą właśnie się wżeniła.
Przed kościołem oczywiście wszyscy im gratulowali. Wszystko wyglądało zwyczajnie, naturalnie. Obok nikt by się nie spodziewał, że ci ludzie, którzy się tu zgromadzili, byli powiązani z mafią. Byli mafią. Kobiety się szeroko uśmiechały, a dzieci rozmawiały między sobą, łapiąc poszczególne płatki kwiatów, które ktoś wyrzucił w powietrze. Gdyby się jednak przyjrzeć, to dookoła zbiegowiska znajdowali się ludzie dokładnie wypatrujący ewentualnych zagrożeń. Z rosłym Koreańczykiem na czele, który co chwila mówił coś przez słuchawkę w jego uchu, czujnie rozglądając się dookoła.
Po przyjęciu wszelkich gratulacji i poznaniu części rodziny po raz pierwszy, należało przetransportować się do miejsca w którym miało odbyć się włoskie wesele. Wsiadła do auta, które było oznaczone jako to przeznaczone dla pary młodej i dopiero tam pierwszy stres z niej zszedł. Nie jechali jednak długo.
Goście dotarli na wielki, doskonale przystrojony ogród. Każdy przedmiot i ozdoba miały swoje miejsce. Wielkie stoły z przygotowanymi przekąskami oraz różnorodnym alkoholem. Przez Aperole, drogie wina czy prosecco, do desek serów, oliwek, przekąsek czy owoców morza. Kolacja weselna, tak znana we Włoszech, miała być dopiero później. Tu jedzenia nie miało zabraknąć.
Gdy para młoda dotarła, goście już się wymieszali. A było ich mnóstwo.
Czas na dalsze przedstawienie, mężu — powiedziała, zanim jeszcze wyszli z auta na ogród, gdzie wszyscy już na nich czekali. Teraz dopiero zacznie się prawdziwe show. To tu przyjdzie jej oficjalnie zmierzyć się z włoską rodziną.
W kościele chociaż nie musiała z nimi rozmawiać.

Giovanni Salvatore

pact with the devil

: czw maja 14, 2026 9:20 am
autor: Giovanni Salvatore
  Mężu.
  Słowo zostało przez niego odnotowane tak samo precyzyjnie, jak odnotowywał wszystko, co miało znaczenie. Nie wywołało w nim tej gwałtownej, ckliwej reakcji, której oczekiwaliby ludzie po świeżo poślubionym mężczyźnie. Nie zatrzymało oddechu, nie zmiękczyło spojrzenia, nie zmieniło układu jego twarzy. A jednak zajęło miejsce w jego porządku. W tym całym układzie odniesienia, który nosił w sobie i który był mu tak potrzebny. Mąż. Żona. Nazwisko. Status. Ochrona. Wszystko w końcu zostało nazwane właściwie.
  Spojrzał na nią, a później na miejsce, w którym się znajdowali. Z zewnątrz wyglądało to jak zwyczajne wesele. Eleganckie, rodzinne, pełne kwiatów, muzyki, alkoholu i ludzi, ale wciąż – zwyczajne wesele. W rzeczywistości było także próbą i jednym z najważniejszych przedstawień. Pierwszym oficjalnym wejściem Navi w strukturę, która nie wybaczała słabości, ale jednocześnie uznawała pewne wartości, którymi on teraz rozgrywał.
   — W takim razie nie każmy publiczności czekać – odpowiedział spokojnie. — Część z nich już i tak udaje cierpliwość wyłącznie z grzeczności.
   Przez krótką jeszcze chwilę przyglądał się jej uważnie. Czytał napięcie w jej twarzy, drobne sygnały w ciele, sposób, a nawet sposób w jaki trzymała dłonie. I chociaż kiedyś powiedział, że nie będzie czytał jej tak samo jak innych, to w tej kwestii najwyraźniej naginał własne zasady. Bo zajmowała w jego układzie zbyt istotną rolę, aby mógł pozwolić jej kłamać bezkarnie w sprawach własnego komfortu.
   — Zaczniemy od starszych kobiet — powiedział, sięgając do klamki. — Są bardziej wpływowe, niż udają ich mężowie. — I to był fakt, choć bardzo częsty wypierany. Przez tych samych mężczyzn. Niemniej nie było to świeżą informacją, że nierzadko to kobiety pociągały za sznurki – potrafiły rozegrać swojego partnera nie siłą, a finezją i sposobem. Część z tych właśnie facetów była bardziej podatna i omamiona, niż pewnie chcieliby przyznać. I pewnie bardziej, niż w ogóle byli tego świadomi.
  Wysiadł pierwszy, po czym obszedł samochód i sam otworzył jej drzwi. Wyciągnął do niej dłoń, uważając na materiał sukni, gdy pomagał jej wysiąść i stanąć na ziemi. Już wtedy można było dosłownie poczuć na sobie spojrzenia innych. Ale na nim nie robiło to wrażenia – od urodzenia był przecież aktorem w spektaklu życia. I wychodziło mu to całkiem dobrze.
  Rozmowy ucichły na moment, ale tylko do pierwszego ich kroku. Potem tę krótką ciszę zastąpiły kolejne oklaski i wiwaty, ale i te dość prędko rozpłynęły się, gdy on w towarzystwie Navi pokonał te kilka kroków w głąb ogrodu.
  Dłoń osadził nisko na plecach Navi, kiedy szli dalej. Naturalnie dziękował każdemu, kto jeszcze ich zaczepiał – nawet nie podchodząc – z krótkim ‘jeszcze raz gratuluję’. Ale nie zatrzymywał się, bo cel miał zupełnie inny.
  Poprowadził Navi do ciotki Aurelii, siedzącej przy jednym z bocznych stołów. Nie była najstarsza, ale należała do tych kobiet, których opinia znaczyłą więcej niż rozkaz wydany przez mężczyznę. Giovanni pochylił głowę z szacunkiem, którego w jej wypadku akurat nie musiał udawać.
  — Zia Valentina. Chciałem przedstawić ci moją żonę – Rheę Salvatore.
  Moja żona.
  Starsza kobieta zmierzyła Navi dokładnym spojrzeniem. Takim, przy którym miało się wrażenie, że ktoś prześwietla cię na wskroś.
  — Wygląda delikatniej, niż się spodziewałam — powiedziała w końcu.
  Uniósł minimalnie kącik ust.
  — A to jednocześnie bardzo niebezpieczne — odpowiedział, spoglądając krótko na swoją partnerkę. — Bo delikatność często też jest utożsamiana ze słabością. — A Navi słaba nie była. Od początku to zauważał – że pod jej filigranową, drobną sylwetką było więcej siły, niż ktokolwiek się spodziewał. A jednocześnie więcej ciężaru i traumy, niż ktokolwiek powinien w takim wieku nosić.
  — Witamy w rodzinie, moja droga — odpowiedziała kobieta, nie spuszczając wzroku ze świeżo upieczonej małżonki. — Mam nadzieję, że ułożysz sobie tego briccone jak należy. Wszyscy mamy.
  Gdyby się nie kontrolował to by prychnął. Nie z rozbawienia, a ironicznie i z pewną pogardą. I nie na samo twierdzenie, jakoby to Navi miała go sobie układać, a bardziej na drugą część wypowiedzi kobiety.
  Wszyscy mieli nadzieję, że ona go ułoży. Wszyscy mieli nadzieję, że ktokolwiek go ułoży. A szkopuł tkwił w tym, że on cały czas był ułożony, a jednak niekoniecznie w sposób, który podobałby się całej tej wewnętrznej otoczce.
  — Piękna i egzotyczna — stwierdziła bezpośrednio Valentina. — Gdzie i jak się poznaliście? — zapytała, swoje spojrzenie lokując w Navi, jakby to od niej wyczekując odpowiedzi.

Navi Yun

pact with the devil

: czw maja 14, 2026 10:45 am
autor: Navi Yun
Nie było to przecież dla niej nic nowego. Posiadanie tytułu żony. Ślub i wesele. Odstawienie przedstawienia, aby pokazać się przed nową, wpływową rodziną do której się właśnie wżeniła. Wcześniej czuła na sobie dodatkowo presję rodziny, która wymagała od niej tego, aby była idealna, grzeczna i posłuszna. Aby nie zrobiła niczego, co mogłoby postawić ich w złym świetle. Jakby sprzedali rodzinie Subina wadliwą część.
A jednak było inaczej.
Czuła presję, ale większą. Nie dlatego, że w głowie powtarzała słowa rodziców, ale przez wzgląd na to kogo właśnie poślubiła z własnej nieprzymuszonej woli… oraz przez fakt, że zaraz miała wejść między stado niebezpiecznych piranii, które oficjalnie stało się jej rodziną. Przynajmniej na papierze i przed katolickim Bogiem.
Znała swoją część. Znała swoją rolę. Ale nie umiała pozbyć się tego dziwnego stresu.
Są bardziej wpływowe, niż udają ich mężowie.
Skądś to znam — mruknęła, wyglądając za przyciemnione okno.
Sama była tą kobietą, która rozgrywała Subina wielokrotnie. Był głupi jak but, więc nie było to wyzwaniem, ale niestety był też agresywny i wybuchowy, a co za tym szło, często wykorzystywał przemoc, gdy coś szło nie po jego myśli. To, że się na niej wyżywał to jedno, ale łatwo szło nim manipulować, aby ugrać to, co mogła w swojej beznadziejnej sytuacji. Nie było to wiele, ale przynajmniej zyskiwała spokój na którym najbardziej jej zależało.
Nie mówiąc o tym, że jego decyzje biznesowe w większości były jej, ale przekazane w taki sposób, aby myślał, że sam na to wpadł. Kobiety były bardziej przebiegłe niż uważano.
Wzięła ostatni głębszy wdech, aby unormować swoje rozszalałe serce. Gdy tylko drzwi się otworzyły, wysiadła z auta, sięgając do dłoni Giovanniego. Ponownie poczuła na sobie spojrzenia wszystkich zgromadzonych. Wydawało się, że słyszała także szepty, które przebijały się przez grającą w tle muzykę. I chociaż wszyscy im klaskali w geście gratulacji, to nawet to wydawało się być sztuczne i fałszywe. Przynajmniej w jakiejś części.
Uśmiechała się w ten swój charakterystyczny, łagodny sposób, podobnie jak jej mąż, dziękując wdzięcznie tym, którzy ich zaczepiali.
Gdy zatrzymali się przy starszej kobiecie, momentalnie poczuła na sobie jej oceniające, przenikliwe spojrzenie. Zupełnie jakby chciała przejrzeć ją na wskroś i dostrzec wszystko to, co ukrywała. Ten wzrok był chyba w tej rodzinie dziedziczny.
Wdzięcznie, jak na nią przystało, dygnęła w geście szacunku, kojąc przed nią częściowo głowę. Koreańskie wychowanie także wciąż w niej było mocno zakorzenione.
Rhea Salvatore.
Czemu to brzmiało tak… dobrze?
Nie wtrącała się między ich wymianę zdań. Zdawała sobie sprawę, że jej estetyka mocno wyróżnia się wśród opalonych, wyrazistych Włoszek. Była delikatniejsza, subtelniejsza, ale nosiła w sobie tą samą przemyślaną elegancję.
Dziękuję, signora — odpowiedziała, nie zmieniając swojego nienagannego, ale szczerego uśmiechu. — Obiecuję nie psuć tego, co już jest dobrze ułożone — dodała.
W końcu nie uważała, że było cokolwiek do układania, chociaż mogła się domyślać, że rodzina miała w tym temacie inne zdanie. Kto jak kto, ale ona doskonale wiedziała o tym, że najbliżsi zawsze znajdą coś, co można poprawić, zwłaszcza, jeśli nie jest się takim, jakim oni by chcieli. Jej rodzina w końcu zmieniałaby w niej absolutnie wszystko. I zawsze znajdowało coś, co im nie pasowało.
Ciekawe co by powiedzieli o niej teraz.
W Korei, signora. Podczas jednej z firmowych kolacji. Mieliśmy okazję usiąść przy tym samym stole — odpowiedziała bez zawahania. W końcu było to prawdą. To, że była wtedy jedynie żoną jego pracownika było raczej mało ważnym szczegółem. — Jeśli mam być szczera, długo byłam przekonana, że to będzie wyłącznie relacja zawodowa. — O ile tak można nazwać chodzenie do łóżka z szefem męża, gdy ten był zajęty czymś innym. — Giovanni ma jednak bardzo specyficzny sposób wchodzenia w życie innych ludzi — przyznała, przenosząc swoje spojrzenie w kierunku Włocha. — Zanim zdążyłam zauważyć, okazało się, że przestał być tylko częścią dnia — dodała, wracając zaraz spojrzeniem do starszej kobiety.
Nie kłamała. Pominęła nieistotne szczegóły, ale wszystko co mówiła było prawdą. Była to po prostu wersja, którą wspólnie z Giovannim ustalili jeszcze przed ślubem.

Giovanni Salvatore