Strona 1 z 1

You'll see, I'll get out of this yet

: pn kwie 27, 2026 1:49 pm
autor: Isobel Cameron
III.

Trapped in purgatory
A lifeless object, alive



Piekło od zamierzchłych czasów wzbudzało strach i fascynację. Ludzie, obawiając się potępienia, odsuwali od siebie swoją ciemną stronę, wyrzekając się jej i oszukując samych siebie. Poprzez chodzenie do kościoła, wysłuchiwania kazań księży i spowiedź, wierzyli w odkupienie i zmycie ze swojej duszy grzechów przy pomocy kilku kropel wody święconej i słów boskiego posłańca... Obrazy potępienia, śmierci i diabelskiej obecności przez wieki zatruwały ludzką wyobraźnię, aż piekło przestało być tylko symbolem. Stało się niemal namacalną rzeczywistością. Czeluścią pełną ognia i ciemności, do której trafiają dusze napiętnowane złem. Czasem wystarczy jeden zły wybór, by przypieczętować swój los i do końca życia mierzyć się z konsekwencjami podjętej decyzji. Bóg cię rozliczy za twoje grzechy, za to, co zrobiłaś, zostaniesz potępiona.
Za dużo razy straszono ją piekłem, by zaczęła brać te groźby na poważnie.
Dłużnicy, z którymi obcowała, będąc jeszcze członkinią gangu, lubili zasłaniać się bogiem i spychać swoje niewielkie grzeszki na sam koniec świadomości. Łatwiej rozliczało się czyjeś przewinienia niż swoje własne. W końcu w obliczu większego ⁣zła⁣ to mniejsze nagle przestawało mieć znaczenie — bzdury. Każda podłość zostawiała rysę na duszy i pozbycie się jej było niemożliwe. Słyszała czcze gadanie, coś o odkupieniu zyskanym poprzez przebaczenie samemu sobie. Isobel tak nie uważała. Zdaniem ciemnowłosej dziewczyny droga do odkupienia wiodła przez ogień i zniszczenie. Zmierzenie się z własnym sumieniem i lękami nie miało nic wspólnego z odkupieniem win. Raczej ze świadomością swoich czynów, pogodzeniem się z nimi i odnalezieniem własnej drogi przez pogorzelisko pełne krwi, popiołów i ruin. Odrzucała wiarę w piekło jako w miejsce. Dostrzegała je tutaj, na ziemi, między ludźmi. W miejscu, w którym byli wszyscy, ale każdy toczył batalię ze swoją moralnością. Niewielu wpadło na pomysł, że prawdziwe zło czaiło się w ludzkiej podświadomości, nie w miejscu wymyślonym przez twórców Biblii i zobrazowanym przez malarzy.
Uświadomiła to sobie już dawno temu. Czymkolwiek było to, co czekało na nią po drugiej stronie, będzie musiała się z tym zmierzyć. Własne sumienie potrafiło przytłoczyć. Podobnie jak wspomnienia i przeszłość, którą chciało się zostawić za sobą, ale ona zawsze wracała. Przychodziła pod osłoną nocy, jako sen, albo w ciągu dnia, jako przedmiot działający niczym zapalnik do sumienia. W teorii Isobel zostawiła ten zły czas za sobą. Wyjechała z poprzedniego miasta, by zacząć od nowa. Domknęła wszystkie sprawy i zadbała o to, by zamknąć za sobą ten tragiczny rozdział. Nie odczuwała czegoś takiego jak żal czy tęsknota. Miała to gdzieś. Nie zależało jej na powrocie; właściwie nie zależało jej na niczym. Przeprowadziła się do obcego miasta, które, choć tętniło życiem, było puste. Zupełnie jak Isobel. Miała czystą kartę, choć nie potrafiła cieszyć się tą wolnością — przecież była martwa. Martwi nie odczuwali emocji. Nie znali radości, nie znali smutku — może tylko gniew, jeśli ktoś wierzył w życie pozagrobowe i mściwe duchy.
Stojący na parkingu, stary samochód zmusił ją do refleksji nad tym, co zostawiła za sobą. Złapała głęboki wdech i podeszła do auta, wiedziona w jego stronę przez niewidoczną, nieznaną sobie siłę. Wszędzie rozpoznałaby cechy tego modelu, choć samej nazwy nie potrafiła sobie przypomnieć. Samochód. Zwykły pickup, jakich wiele — a jednak wyróżniający się budową i kolorem. Składając dłonie na klatce piersiowej, obeszła go dookoła. Wiatr szarpał czarnym płaszczem sięgającym do połowy ud, gdy się poruszała, a stukot wojskowych botków w tym samym kolorze, przerywał ciszę. Logika i zdrowy rozsądek, podpowiadały jej, że to niemożliwe, by właściciel przyjechał tutaj za nią — tablica rejestracyjna się nie zgadzała. A jednak poczuła ten nagły zryw złości wewnątrz ciała, bezczelnie przypominający jej o tym mężczyźnie — o swoim porywaczu. Zacisnęła palce na ramieniu, zupełnie niewzruszona bólem — wzburzona natomiast tym, że skoro nawet durny samochód wzbudzał nieprzyjemne wspomnienia, to nie mogła liczyć na spokój ducha. Przyjechała tutaj, by wrócić do normalności, ale normalność okazywała się trudniejsza, niż zakładała.
— Pierdol się. Ty i ten twój samochód. Ciebie tutaj nie ma — fuknęła przez zaciśnięte zęby, odwracając się tyłem do auta.
Unosząc butnie podbródek, zamierzała po prostu o d e j ś ć. I zapewne by tak zrobiła, gdyby nie pogrążyła się w swoim rozgoryczeniu. Oczywiście, że nie zauważyła mężczyzny idącego w jej stronę, na którego omal nie wpadła. Nie była pewna, czy to ona zatrzymała się pierwsza, czy może on. Nie miała czasu się nad tym zastanawiać.
Naturalnie, zamiast wcześniej pomyśleć, przeszła do ofensywy.
Zmierzyła blondyna zimnym, pretensjonalnym spojrzeniem, jakby to o n zawinił.
— Uważaj, jak łazisz — upomniała nieprzyjemnie, strosząc się, jak rozzłoszczony kot, który nie zamierzał ustąpić z drogi.

Max Korhonen

You'll see, I'll get out of this yet

: wt kwie 28, 2026 10:54 am
autor: Max Korhonen
Nigdy nie zastanawiał się nad istnieniem Boga, nie podejmował nawet próby takich rozważań. Pojęcia nieba, piekła czy czyśćca pozostawały mu obce i odległe. W dużej mierze wynikało to także z jego fińskiego pochodzenia. Dorastał w kulturze, w której religijność nie była czymś oczywistym ani wszechobecnym, a duchowość częściej miała charakter prywatny, częściej osadzony w naturze niż w dogmatach. W jego domu nie mówiło się o wierze w sposób kategoryczny, raczej o świecie takim, jaki jest, bez potrzeby dopisywania mu metafizycznych wyjaśnień. Dlatego sam również częściej używał słowa „stwórca” niż odwoływał się do imienia Boga. Z tego też powodu nie czuł strachu przed piekłem ani potrzeby „odkupywania” własnej duszy.
Starał się żyć w zgodzie z własnym sumieniem, nie rozprawiając nad wagą swoich decyzji ani nie sprowadzając ich do prostego pytania o zbawienie czy potępienie. Choć będąc w obecnym stanie, czując pulsujący ból głowy i palącą potrzebę ugaszenia pragnienia, potępiał samego siebie. Ilość wypitego poprzedniego wieczoru alkoholu zdecydowanie wykroczyła poza granice umiarkowania, pozostawiając po sobie nieświeży oddech, lekko przekrwione oczy i nieco niepewne ruchy. Nie pomogły nawet dwie tabletki aspiryny, które połknął w akcie desperacji, próbując pozbyć się ciężkości i sprawić, by umysł na nowo odzyskał rozsądek. Ten zdrowy.
Pierwsze, delikatne otrzeźwienie przyszło wraz z lekkim podmuchem porannego chłodu, który wdzierał się pod materiał ubrań, kiedy opuścił mieszkanie Adeline. Jego obecność objawiła się gęsią skórką na ciele, a Max instynktownie schował dłonie do kieszeni, w której spoczywały klucze od starego pickupa zaparkowanego nieopodal. Drugie otrzeźwienie, nieco brutalniejsze, pojawiło się wraz z przekleństwem opuszczającym czyjeś usta, wymierzonym w jego ukochane auto. Zatrzymał się, zaskoczony widokiem, zupełnie nieświadomy tego, że niepozorny samochód może wywołać w kimś tak wiele emocji. Instynktownie przejechał językiem po wewnętrznej stronie policzka, nieco zdenerwowany faktem wyładowywania własnych frustracji na samochodzie, a jednocześnie zaintrygowany tym, co zmusiło dziewczynę do takiej reakcji.
Ruszył dokładnie w tym samym momencie co nieznajoma. Prawdopodobnie nie myślał do końca rozsądnie, kiedy z premedytacją, choć pozornie przypadkiem, trącił rozjuszone „stworzenie” ramieniem, nie czekając długo na jej reakcję. Patrząc na nią z oddali, dostrzegł, że jej postawa i zachowanie przywodzą mu na myśl dziką klacz. Nie był to jednak dla niego widok obcy. Miał już do czynienia z podobnymi „charakterami”, a im większe stanowiły wyzwanie, tym silniej działały na niego jak magnes, zamiast ostrzeżenia.
— Mam nadzieję, że to nie twoja standardowa forma porannej komunikacji — odpowiedział przybierając odrobinę karcący ton głosu, ale nad wyraz spokojny, zupełnie nie pasujący do podstawy jaką przyjęła ciemnowłosa. Przesunął wzrokiem po niej krótko, oceniając sytuację, po czym zrobił krok w przód, stojąc przed nią. Wyraźnie górował nad drobną sylwetką, dzięki czemu mu się lepiej przyjrzeć; chłodne spojrzenie niebieskich oczu, lekko napięta szczęka, z wyraźnie zaznaczonymi rysami. - Jeśli mam się pierdolić, to tylko z tobą - rzucił nagle, z chłodną stanowczością, pozwalając słowom paść bez pełnej kontroli, chociaż w rzeczywistości były czystym odwetem za wcześniejszą sytuację przy samochodzie. Przez ułamek sekundy brzmiało to poważnie, jednak w spojrzeniu Korhonen’a czaiła się wyraźna prowokacja, nie intencja.




Isobel Cameron

You'll see, I'll get out of this yet

: wt kwie 28, 2026 1:57 pm
autor: Isobel Cameron
Zdrowy rozsądek był przereklamowany dla kogoś, kto zawsze wybierał chaos i działał zgodnie ze swoimi emocjami. Rozważanie, czy coś było odpowiednie czy właściwe zawsze zostawiała na sam koniec. Zdrowy rozsądek przychodził z reguły po fakcie. Tkwił zawieszony między jednym i drugim oddechem, między krokiem w przód i w tył, gdy stała na krawędzi, patrząc w dół, na rozbijające się skały o ostrych krawędziach. Żyła chwilą, spychając gdzieś w głąb podświadomości moralność i wartości, których prawdopodobnie nie miała. Dawno postawiła na sobie krzyżyk. Zrobiła to, gdy pierwszy raz przekroczyła drzwi siedziby organizacji, która na odmieniła jej życie. Zapomniała gdzieś po drodze o tym, kim była dawniej, kreując na nowo tożsamość, która przeobraziła się w monstrum zamieszkujące jej ciało. Isobel była zlepkiem dwóch różnych osobowości, które prowadziły między sobą zawziętą walkę — żadna z nich nie chciała odpuścić. Obydwie były tak samo zawzięte, jak dziewczyna wyładowująca swoje frustracje nad samochodem. Powtarzała sobie w myślach, że tylko spokój ją uratuje i próbowała podejść do zbiegu okoliczności z chłodnym dystansem. Problem tkwił w tym, że Cameron popadała ze skrajności w skrajność, bo nie potrafiła znaleźć niczego pomiędzy — czyli znów odsuwała od siebie zdrowy rozsądek, przysłaniając go wrzącą pod skórą furią. W takich momentach próbowała rozładować złość — agresywnie zrzucała rzeczy z biurka, tłukła kubki, albo rozcinała poduszkę. Teraz musiała po prostu zacisnąć zęby i wyciszyć natłok emocji.
Obecność właściciela samochodu — jak mogła się domyślić — nie pomogła.
Chłodny wiatr muskał piegowatą twarz Cameron, jakby poprzez zimny dotyk, próbował załagodzić sytuację. Porywał ciemne, niesforne włosy i układał je wedle własnego widzimisię, dając Isobel znać, że powinna odpuścić. Nawet pogoda wystawiała ją na próbę. Drażnił ją chłód, jak i kosmyki łaskoczące jasną skórę. Poprawiała je z każdym podmuchem, niemalże nałogowo i próbowała doprowadzić je do względnego porządku. Dlaczego, do cholery, tutaj było tak zimno? I dlaczego ten mężczyzna próbował nawiązać r o z m o w ę, podczas gdy ona chciała, żeby po prostu przeszedł obok niej i zostawił ją w spokoju. Była pewna, że trącił ją specjalnie — czegokolwiek by nie zrobił, w tym momencie nie uznałaby tego za przypadek. Była na tyle podirytowana, że wszystko odebrałaby jako zamach na swoją osobę. Ciemnowłosa nie emanowała dziewczęcym, ani kobiecym wdziękiem, choć fizycznie niczego jej nie brakowało. Słyszała kiedyś paplaninę, że każda kobieta powinna się uśmiechać, bo to dodawało uroku — jej też, ale uroku psychopatki. Nie potrafiła wdzięczyć się na zawołanie, a jeśli już uśmiechała się sama z siebie, robiła to bezwiednie.

Słysząc ton mężczyzny, przygryzła dość mocno dolną wargę — jego spokojny, karcący ton, przypominał ten ojcowski. Nienawidziła go całym sercem. Zarówno ojca, jak i tonu, jakim się posługiwał, gdy próbował do niej mówić.
— Oczywiście, że nie. Znam jeszcze inne zwroty. Chcesz posłuchać? — tylko spokój nas ocali, tak, Cameron? Miała takie ciche marzenie, żeby wziął ją za ostrzeżenie i najwidoczniej starała się zrobić wszystko, żeby go do siebie zniechęcić. Nie znała tego mężczyzny, ale jeśli pod tą powłoką spokoju, kryła się znajoma zawziętość, zaczęłaby sobie współczuć.
Nie odsunęła się, gdy podszedł bliżej. Stała naprzeciw niego, z tą samą intensywnością. Nawet na chwilę nie spuściła go z oczu, ofiarując mu swoją pełną uwagę. Upór dziewczyny właśnie wgniótł ją w ziemię. Bardziej niż osobę, przypominała stojący w tym miejscu od lat głaz, którego nikt nie usunął, bo najwidoczniej aż tak nie przeszkadzał.
Jeśli mam się pierdolić, to tylko z tobą — prychnęła niegłośno, posyłając w stronę blondyna ostrzegawcze spojrzenie. Jeśli próbował ją sprowokować, albo wciągnąć w słowną przepychankę, mogła dotrzymać mu towarzystwa. Odnajdywała się w słownych gierkach i sprzeczkach — nie odpuściłaby takiej okazji. Złośliwość miała wbudowaną w osobowość, wystarczył zapalnik, by uruchomić cały ten mechanizm.
— Świetnie. Bo ja z tobą nie chcę — odburknęła, unosząc kąciki ust w złośliwym uśmiechu.
— Wyglądasz mi na delikatnego. A ja uwielbiam psuć zabawki — pozwoliła śmiałemu spojrzeniu zsunąć się niżej, wzdłuż jego sylwetki. Gest ten wyróżniał się na tle innych wyraźną bezczelnością i brakiem jakiegokolwiek pośpiechu. Była świadoma swojego zachowania, jak i tego, że gdy wróciła wzrokiem do oczu blondyna, miała już wyrobione zdanie na jego temat.
— Zwłaszcza te, które same się podkładają. Więc jeśli nie chcesz zostać przypadkiem zepsuty, to się odsuń — Mistrzynią dyskrecji nie była, podobnie jak pieszczotliwości.
Preferowała bezpośredniość, dopóki nie musiała mówić o sobie. Jeśli miała komuś nawrzucać albo kogokolwiek obrazić, robiła to bez kiwnięcia palcem. Sytuacja zmieniała się o dwieście stopni, gdy druga osoba próbowała poznać ją bliżej. Naturalnie, wycofanie się było lepszym pomysłem, niż rozmowa na niewygodne tematy. Najbardziej uderzające i drażniące w Isobel była to, że każde słowo wypowiadała z przekonaniem o swojej nieomylności. Emanująca od niej pewność siebie była uderzająca, co często zmuszało innych do odwrotu. Niektórzy po prostu z nią nie wytrzymywali, bo potrafiła kogoś obrazić w mniej niż minutę, a w dwie doprowadzić do płaczu kogoś słabszego psychicznie. Później rozkłada ręce, jakby nie wiedziała, co się właśnie wydarzyło i szła w swoją stronę, ignorując to, że sprawiła komuś ból. Czemu miałaby się nad kimś litować, skoro sama tego nie doświadczyła? Zamiast litości, wybierała przemoc.


Max Korhonen

You'll see, I'll get out of this yet

: śr kwie 29, 2026 1:07 pm
autor: Max Korhonen
Zdrowy rozsądek był pojęciem, które dla niego nigdy nie było tylko słowem. Stanowił coś w rodzaju fundamentu, na którym budował każdą decyzję, każdy krok — nigdy się nad nim nie zastanawiając. Tym bardziej nie kwestionował jego istnienia, jak to często działo się w przypadku Boga, Lucyfera czy ogólnie pojętej wiary, w każdym tego słowa znaczeniu. Zdrowy rozsądek po prostu był. Patrząc jednak na stojącą przed nim dziewczynę, odnosił wrażenie, że dla niektórych ludzi zamiast stanowić punkt odniesienia, był raczej przeszkodą. Czymś, co należało odsunąć na bok, żeby móc oddychać swobodniej, działać szybciej, żyć intensywniej — nawet jeśli oznaczało to balansowanie na granicy, której on sam nigdy świadomie by nie przekroczył. Nie rozumiał tego, a przynajmniej tak mu się wydawało. Natomiast uleganie emocjom uważał za przejaw słabości, który prędzej czy później prowadził do błędów. Tych, według ojca, nie można było popełniać. Każdą decyzję należało przemyśleć, przeanalizować, rozważając za i przeciw, ponieważ dopiero wtedy człowiek mógł dostrzec pełen obraz sytuacji. Wychowano go w przekonaniu, że spontaniczność jest luksusem, na który nie każdy może sobie pozwolić, a kontrola stanowi jedyną gwarancję bezpieczeństwa.
Właśnie takim schematem Maximilian kierował się w swoim życiu — nawet jeśli wydawało się, że decyzje podejmuje spontanicznie, pewnym było, że wcześniej przemyślał je co najmniej dwa razy, zanim przeszedł do działania. Nawet teraz, wciąż lekko otumaniony wczorajszym wieczorem i ilością wypitego alkoholu, zastanowił się, zanim wyszedł naprzeciw nieznajomej. Stojąc naprzeciwko siebie, stanowili niemal idealny kontrast. Ciemne włosy dziewczyny układały się w nieładzie, smagane wiatrem, piegowata twarz nabrała rumieńców, które tylko podkreślały jej urodę — tę Max oczywiście dostrzegł — a cięty język, wbrew pozorom, dodawał jej charakteru. On natomiast był jej przeciwieństwem — blond włosy, tym razem nienaruszone, zachowywały porządek, policzki pozostawały jasne, przyzwyczajone do chłodu, a spojrzenie, choć równie uważne, było znacznie bardziej powściągliwe. Tam, gdzie ona pozwalała sobie na chaos, on trzymał się kontroli.
Oczy blondyna na moment zatrzymały się na jej ustach, odruchowo wychwytując drobny gest, jakim było przygryzanie wargi. Ten szczegół nie tylko przykuł jego uwagę, ale też go zaintrygował. Nijak nie pasował ani do następującej po nim odpowiedzi, ani do postawy, która nie zdradzała speszenia czy niepewności. — Bardzo chętnie — odpowiedział, poddając się krótkiej chwili ciszy, jakby w zastanowieniu, zbyt teatralnej, by wziąć ją za autentyczną. Butna postawa dziewczyny, której celem najwyraźniej było zniechęcenie go do dalszej konwersacji, działała wręcz odwrotnie — zachęcała do brnięcia w tę dziwną, niespodziewaną wymianę zdań z nieznajomą.

W swojej ciężkości było w niej coś zaskakująco lekkiego — szczególnie po wczorajszym wieczorze pełnym przytłaczających wyznań, okraszonych dużą ilością alkoholu. Skrzywił się mimowolnie na wspomnienie, które na moment zalało jego umysł.
Głośne prychnięcie spotkało się z automatyczną reakcją blondyna, który uśmiechnął się nieznacznie. Ostrzeżenie malujące się w niebieskich tęczówkach miał zignorować, lecz zamiast tego rzucił jej nieme wyzwanie, unosząc lekko prawą brew. Pokrętna sytuacja, sprowokowana przez dziewczynę, obudziła w Maxie dziwną potrzebę odkrycia, co kryło się za tą agresją wymierzoną w jego samochód oraz złością kierowaną w jego stronę.
— Teraz będzie mi smutno — skwitował, słysząc przeczącą odpowiedź, i niczym mała dziewczynka, której życzenie nie zostało spełnione, tupnął nogą. Było to na tyle kuriozalne zachowanie, że sam w myślach się z tego zaśmiał, wydymając obrażalsko usta, jakby chciał jeszcze bardziej podkreślić swoją postawę.

Poczuł znajomy dreszcz, objawiający się lekkim spięciem karku, kiedy bezwstydnie i bezczelnie przesunęła spojrzeniem po jego sylwetce. Słowa, które wybrzmiały między nimi, sprawiły, że zaśmiał się na głos. Nie potrafiła oceniać ludzi. — A skąd pewność, że już od dawna nie jestem zepsuty? — zapytał. Nie próbował podważać jej przekonania o nieumyślności, które zdawało się ją charakteryzować. Zamiast tego chciał jedynie pokazać, że nie ocenia się książki po okładce. On sam był dość… ciekawą lekturą. Wyglądał na ułożonego, spokojnego, wręcz cichego chłopaka, który nie wyróżniał się z tłumu. Schowany za maską żartu i uprzejmości, stworzył iluzję, która pozwalała jemu i jego rodzinie pozostać niezauważonymi.
Nie odsunął się - więc co będzie dalej?


Isobel Cameron