Strona 1 z 1

Maskarada

: pn kwie 27, 2026 7:33 pm
autor: Max Korhonen
006


Impreza dumnie tytułowana „Spotkanie z autorem”, nie miała w sobie nic z tej cichej, niemal melancholijnej atmosfery, którą sugerowała jej nazwa. Zamiast kojarzyć się z rozmową i spokojną wymianą myśli, była wydarzeniem wyjątkowo by głośnym i pełnym przepychu, którego Maximilian najzwyczajniej w świecie unikał. Była też wydarzeniem, w którym nie brał udziału z własnej nieprzymuszonej woli. Zaciągnięty tu pod pretekstem, ukryty za maską, siedział na niewygodnym krześle i kreślił w kolejnym tomie książki znajome imię i nazwisko, które nie miało nic wspólnego z autentycznością. Tej pozbawione były także uśmiechy, jakie posyłal w kierunku kolejnych fanów, jednocześnie uwagę bardziej skupiając na otworzeniu. Lustrował je z naturalnym dla siebie zainteresowaniem, podsycanym analityczną nutą. Wynajęta przez wydawnictwo oraz sponsorów sala tonęła w ciepłym świetle kryształowych żyrandoli, które zamiast koić zdawało się jeszcze bardziej podkreślać nadmiar i sztuczność całej sytuacji.
Pojedyncze świetlne pasma odbijały się od gładkich powierzchni. Muzyka zbyt głośna i zbyt intensywna, dudniła gdzieś pod żebrami, wręcze idealnie wpasowując się w klimat całego przedsięwzięcia. Elegancko ubrani gości, schowani za fikuśnymi maskami sunęli po parkiecie z niepozorowaną swobodą, której nie dało się wyuczyć. Kieliszki wypełnione drogim alkoholem połyskiwały w dłoniach, a przyciszone rozmowy mieszały się ze śmiechem, tworząc nieco zbyt idealny obraz.
Wszystko było perfekcyjnie dopracowane, poza nim. Nieskazitelność nie była wpisana w naturę blondyna, który od początku przeczuwał, że uczestnictwo w tym wydarzeniu to zły pomysł. W opinii Korhonen’a była to zwykła farsa - maski, światła, tłum udający, że wiedzą kim jest autor. Coś w nim protestowało, cicho, ale uparcie, objawiając się nieprzyjemnym mrowieniem pod skórą i lekko napiętymi mięśniami. Po typowej wymianie uprzejmości sprzeciw ten stał już jeszcze bardziej wyraźny.

Stał przez chwilę, nieco nonszalancko oparty o jeden z filarów, z maską zakrywającą część twarzy i szklanką, zawartości której nawet nie ruszył. Ciemny, dopasowany, by podkreślić jego sylwetkę, garnitur leżał na Maxie zaskakująco dobrze, będąc zgoła odmiennym strojem niż noszone na co dzień stare bluzy i dresowe spodnie. Jasne włosy, ułożone niedbale, opadały swobodnie, kontrastując z ostrzejszymi rysami twarzy, jako jedyne wymykające się z jarzma doskonałości, manifestując sprzeciw dla ogólnie panujących zasad. Zacisnął palce lekko na szkle, próbując zaszczepić w sobie złudne poczucie bezpieczeństwa. Wyglądał, jakby pasował do tego miejsca, jednak nie czuł tego ani trochę.
Bycie w centrum uwagi stanowiło dla Korhonen’a problem, będąc nienaturalnym. Czuł się jakby ktoś próbował wcisnąć go w źle dopasowaną rolę. I nie chodziło o ludzi, z którymi nic go nie łączyło, których w dodatku nie znał, a o te spojrzenia; nie widział ich, jednak czuł gdzieś na karku. Chodziło także o świadomość, że za maskami kryją się osoby, które pojawiły się tutaj dla niego; dla słów spisanych na kartkach papieru, dla historii opowiedzianej jego oczami, które dla nich znaczyły więcej niż potrzeba, by wyrzucić z siebie to, czego nie potrafił powiedzieć na głos. I właśnie to było najgorsze. Odruchowo przesunął językiem po wewnętrznej stronie policzka, czując narastające napięcie i zanim zdążył się nad tym zastanowić, po prostu ruszył. Instynktownie.

Skupiony na celu, odstawił szklankę gdzieś obok, nawet nie zwracając uwagi gdzie dokładnie. Lawirując między ludźmi z charakterystyczną dla siebie łatwością, traktując tłum niczym zwykłą przeszkodę do ominięcia, ruszył wzdłuż prostokątnej sali szukając czegokolwiek - drzwi, korytarza, składziku na miotły. Czegokolwiek, co pozwoliłoby mu uciec od chaosu panującego wokół. Znalazł.
Przeszklone, lekko uchylone drzwi, za którymi majaczył taras, skąpany w przygaszonym świetle i nocnym powietrzu. Jego chłód wypełnił płuca niemal natychmiast po przekroczeniu progu, wywołując u Maxa przyjemne uczucie wolności — jakby na nowo nauczył się oddychać.
Zapach wilgoci i świeżość wyraźnie kontrastowały z ciężką, duszną atmosferą sali, a panująca tu cisza działała na niego silniej niż jakiekolwiek spojrzenia czy oczekiwania ukryte za maskami.
Opuścił salę, zostawiając za sobą szum rozmów i ciężar cudzych myśli, jednak nie zdążył w pełni nacieszyć się samotnością, gdy jego uwagę przykuł głos - lekko zdenerwowany, przytłumiony, niosący się gdzieś z boku tarasu. Ruszył w tym kierunku, zanim zdążył przeanalizować własną decyzją. Podążając za dźwiękiem pozwolił, aby prowadził go dalej, ku ciemniejszej części ogrodu. Wystarczyło kilkanaście kroków, aby spojrzenie mężczyzny odnalazło sylwetkę postaci - dziewczyna. Zrobił kolejny, kierując się bezwstydnymi zainteresowaniem, gdy gałąź pod jego butem trzasnęła cicho, zdradzając obecność niespodziewanego - i zapewne niechcianego - gościa, który burzył kruchą iluzję samotności.
- Przepraszam, nie chciałem….. - zaczął, jednak nie potrafił znaleźć właściwego dla sytuacji słowa, jednocześnie pozostając prawdomównym. Wszakże skłamałby mówiąc, iż nie chciał podsłuchiwać, ponieważ to właśnie chęć poznania powodu wymiany zdań zachęciła go do przyjścia w to miejsce. - pójdę już - oznajmił, robiąc krok w tył, wciąż skupiając spojrzenie niebieskich tęczówek, kryjących się za czarną maską, na postaci nieznajomej.




Lilian Davenport

Maskarada

: pn kwie 27, 2026 9:19 pm
autor: Lilian Davenport
Nieskromnie warto dodać, że Lilian uwielbiała czytać książki. Połykała większość gatunków w przeciągu jednego weekendu i starała się uczestniczyć w spotkaniach autorskich — gdy tylko czujne oko Dolores akurat nie patrzyło.
W wydarzeniu, które przypominało bardziej bal maskowy, aniżeli przeciętne spotkanie z idolem, Lilian brała udział po raz pierwszy w życiu. Czuła lekkie podekscytowanie; takie, jakie towarzyszy w momencie, gdy niecierpliwie się na coś czeka i takie, jakie miewa człowiek, kiedy robi coś nielegalnego.
Zatrzymała się w dobrzze dopasowanej, pudrowej sukni na moment, pragnąc nacieszyć się samym pierwszym wrażeniem. Wszystko było dokładnie takie, jak sobie wyobrażała, a może nawet lepsze. Światło śmiało przesuwało się po sali, zahaczając o twarze, maski i szklaną zastawę, tworząc wrażenie czegoś niemal nierealnego. Przez chwilę miała ochotę się roześmiać z czystej świadomości bycia w tym miejscu.
Nie dotykała ustami alkoholu, chociaż przy pierwszym kontakcie ze smukłą nóżką kieliszka, wahała się. Obawiała się, że pod wpływem tych paru procentów mogłaby przegapić dobry moment; moment, aby wśród tłumu przebieranców przyuważyć swojego ukochanego autora. Minuty ciągnęły się jednak nieubłaganie, a wśród iluminacji świateł nadal nie pojawił się nikt konkretny. Anonimowość mężczyzny była poniekąd trudna do ominięcia i Lilian w końcu straciła nadzieję na to, że intuicja pozwoli jej go rozpoznać.
Wyszła wiec nazewnątrz, chcąc nieco odetchnąć od rozhohoconych spojrzeń, brzdęku kieliszków i szampańskich śmiechów, od których czuła się przebodzcowana.
Drewniane deski tarasu zaskrzypiały pod jej stopami, gdy zrobiła kilka kroków przed siebie. Oparła się o balustradę, wciągając głęboki oddech i na moment przymykając oczy, ale właśnie w tej chwili zadzwonił telefon. Mimowolnie, trochę bardziej chaotycznie, niż w rzeczywistości zamierzała, zaczęła szarpać się z kopertówką, aż w końcu udało jej się wyciągnąć urządzenie. Na ekranie widniało jedno słowo: babcia.
Przeczuwała kłopoty, a mimo to przesunęła palcem po ekranie i odebrała, prostując się odruchowo. Początek rozmowy był względnie spokojny. Dolores zapytała, gdzie ona właściwie jest o tej porze i dlaczego nie we własnym pokoju w pensjonacie. Lilian próbowała odpowiedzieć, ale szybko zrozumiała, że to nie miało to większego znaczenia dla kobiety. Zaraz ton babci stał się ostrzejszy. Pojawiły się uwagi o nieodpowiedzialności; o tym, że praca nie będzie rano czekała. W dodatku Dolores mówiła, że Lilian zachowuje się tak, jakby pensjonat i wszystko, co z nim związane, przestawało mieć dla niej znaczenie.
Próbowała polemizować. Próbowała zaprzeczać, jednak Dolores dalej nie chciała słuchać i jedynie mówiła... mówiła... i mówiła...
W końcu dziewczyna nie mogła dłużej słuchać i po prostu odsunęła telefon od ucha. Wtedy dźwięk połamanej gałęzi zagłuszył trajkotanie starszej kobiety. Lilian, zupełnie odruchowo i bez zastanowienia, odwróciła się w kierunku dźwięku i zakończyła połączenie. Przez przypadek.
W porządku — odpowiedziała mimowolnie, zanim zdążyło do niej dotrzeć, że w porządku nie było. Nie była pewna, ile nieznajomy słyszał z jej kompromitującej rozmowy, ale niemal natychmiast poczuła się zażenowana. W dodatku w kąciku jej oczu zebrały się gorące łzy, które ostrożnie, aż pośpiesznie — tak, aby nie odsłonić do końca złotej maski — starła.
Możesz zostać. Ja już pójdę. — Machnęła bezsensownie telefonem w kierunki drzwi tarasowych, choć tak naprawdę tym gestem określała opuszczenie wydarzenia. — I tak miałam już wracać. — Zaśmiała się nerwowo.
Z jednej strony kochała babcię Dolores, a z drugiej jednak nie potrafiła pozbyć się wrażenia, że to właśnie ona najczęściej potrafiła zniszczyć jej najszczęśliwsze chwile, sprowadzając ją z powrotem na ziemię w najmniej odpowiednim momencie.
Lilian czasami miała poczucie, że mimo swojej pełnoletności wciąż stała w miejscu. Czuła się przywiązana do jej decyzji, do pensjonatu, do wszystkiego, co Dolores uważała za słuszne. I choć rozumiała, skąd to się brało, coraz częściej zastanawiała się, gdzie w tym wszystkim kończy się lojalność, a zaczyna coś, co powoli odbiera jej własny głos.

Lilian Davenport

Maskarada

: wt kwie 28, 2026 10:02 am
autor: Max Korhonen
- Na pewno? — rzucił spokojnie, kiedy powiedziała, że wszystko w porządku. Nie do końca wierzył w te słowa; ton, jakiego użyła, zdradzał więcej - niepewność i lekkie zdenerwowanie. W gruncie rzeczy z tamtej rozmowy nie wychwycił wiele, a jeszcze mniej zrozumiał. Mimo to, kierowany zwykłą, naturalną dla siebie ciekawością, naruszył przestrzeń osobistą nieznajomej. Teraz stał już kawałek dalej, starając się odbudować granicę, stawianą przez ogólnie przyjęty zbiór zasad zamkniętą w określeniu „dobre wychowanie”, którym na ogół się charakteryzował.
Niebieskie tęczówki mimochodem zatrzymał na damskiej sylwetce; tylko na moment, lecz wystarczająco długo, żeby zauważyć zbyt szybki ruch dłoni przy twarzy. Łzy. Coś w nim drgnęło na ten widok, poczuł znajomy krótki, nieprzyjemny ucisk gdzieś pod żebrami, jednak nie skomentował ani nie zareagował w żaden inny sposób. Miał wrażenie, że gdyby zrobił choć krok więcej, przekroczyłby tę wyznaczoną przed siebie chwilę wcześniej granicę, do której nie miał prawa.
W następnej chwili jego spojrzenie powędrowało za dłonią dziewczyny wyciągniętą w kierunku drzwi. W palcach ściskała telefon. Złapał się na tym, że obserwuje ten drobny gest z większą uwagą, niż powinien - tylko czego w nim szukał? Miał w sobie tę chorą tendencję do analizowania i poszukiwania odpowiedzi nawet tam, gdzie zdrowy rozsądek nakazywał milczenie. — Już? — zapytał, odrobinę zaskoczony. Ściągnął brwi, a pojedyncza, pozioma linia przecięła jego czoło, jakby w geście krótkiego namysłu, lecz w następnej sekundzie skinął głową.
Czyli dzwoniła matka chrzestna… — mruknął bardziej do siebie niż do niej, z nikłym cieniem rozbawienia. Starał się nadać całej sytuacji lekkości, bo ta nie wydawała się być zbyt komfortowa dla obojga. Zerknął na zegarek, jakby potrzebował potwierdzenia czegoś, co i tak było oczywiste. — 22:01? — powtórzył z lekkim niedowierzaniem, przygryzając wewnętrzną stronę policzka.
Przez moment przemknęła mu przez myśl absurdalna chęć zatrzymania jej tu jeszcze chwilę. — Nawet Kopciuszek mógł zostać do północy, a mało kto wie … - zaczął robiąc krótką, teatralną pauzę - że była niepełnoletnia — dodali jednocześnie, co wywołało u Maxa wyraźne zaskoczenie, lecz trudno było je dostrzec za maską. Uczucie to rozlało się po ciele mężczyzny wyraźnie rozluźniając coś w jego klatce piersiowej. Uśmiechnął się, pozwalając by ciężar tej sceny nieco zelżał.

Max przez chwilę jeszcze przyglądał się jej w milczeniu, poddając się chwilowemu zastanowieniu, które zaraz ustąpiło miejsca uśmiechowi. Ten wkradł się w kąciki ust blondyna, kiedy wyciągnął dłoń w stronę brunetki; prosty gest, niemal klasyczny. Skłonił się delikatnie, gdy nagle przestrzeń między nimi wypełniły przytłumione dźwięki piosenki, dobiegającej z sali. Zupełnie jakby wszechświat dawał im do zrozumienia, że to powinno się wydarzyć.
— Skoro już łamiemy zasady bajek… — odezwał się nie kryjąc własnego rozbawienia. — To wydaje mi się, że należy ci się ostatni taniec. - dodał, przekrzywiając odrobinę głowę. Kopciuszek i książe nie mogli na niego liczyć. Uderzenia zegara wywołując panikę, zmusiły blondwłosą do ucieczki. Oni mieli szansę.



Lilian Davenport

Maskarada

: wt kwie 28, 2026 11:52 pm
autor: Lilian Davenport
N-Na pewno.
Raczej nie spodziewała się szczególnego zainteresowania od nieznajomeggo, stąd zaskoczenie, kiedy usłyszała pytanie mężczyzny. Nie była skora rozmawiać o swoich problemach, dlatego w tamtej chwili jedyne czego pragnęła, to odrobina samotności, która mogłaby przywrócić dobre samopoczucie Lilian. Tak sądziła, bo prawdopodobnie w takim wypadku myślałaby jedynie o cholernych pretensjach babki Dolores.
Już — odpowiedziała krótko, tego pytania również się nie spodziewając. Zdumiona, wciąż delikatnie szklistymi oczami, przesunęła po sylwetce meżczyzny. Miał na sobie idealnie skrojony garnitur i równie dobrze dobraną maskę, która nie zdradzała jego tożsamożci.
Na tym spotkaniu autorskim nie było nawet mowy o tym, aby ktoś rozpoznał się wśród tłumu gości. Ta świadomość w końcu obuchem uderzyła w Lilian. Postąpiła głupio skoro dotychczas wierzyła, że będzie w stanie porozmawiać z pisarzem twarzą w twarz. Zachowała się jak naiwne dziecko, wymykając się z domu i pokonujac wiele kilometrów, aby dotrzeć na miejsce.
Westchnęła zażenowana własnym zachowaniem i na krótką chwilę skierowała wzrok ku niebu. Wtem dookoła rozbrzmiały się kolejne słowa nieznajomego, czym ponownie zaskrabił sobie uwagę Lilian.
Nie bawiło ją to wcale. Nawet chciała mu to powiedzieć, bo słowa zaszczypały ją w koniuszek jezyka, jednak w porę przełknęła gorycz. Gdy wspomniał o godzinie, aż zwątpiła i przesunęła rozgoryczone spojrzenie na bok. Przecież nie chciała tak szyzbko wracać; chciała się bawić, tańczyć i wiwatować. Pragnęła przez jedną noc poczuć się jak księżniczka, a nie jak ten nieszczęsny Kopciuch, który notorycznie pucował kafle dla babki.
Wciągnęła powietrze z cichym, niemal bolesnym świstem. Miała wrażenie, jakby świat na moment się zatrzymał i zadrżał, podczas gdy ona gorączkowo próbowała zdecydować, co powinna zrobić. Myśli kotłowały się w głowie, ale żadna nie była wystarczająco właściwa. Co więcej, obecność nieznajomego bardziej męczyła Lilian, niż dawała jakiekolwiek oparcie. Dlatego gdzieś z tyłu głowy pojawiła się uparta myśl, aby po prostu nie słuchać jego banialuków. W końcu prawił o baśni, ale nagle wyciągnął dłoń. Tak po prostu: śmiało i naturalnie, cierpliwie czekając na reakcję. Dalej skłonił się delikatnie, a Lilian na ten gest uniosła zdumiona brwi, czego zza maski nie mógł dostrzec.
Wahała się. Dolores czekała już w progu pensjonatu. Jednak przez krótką chwilę słowa mężczyzny zawisły gdzieś pomiędzy tym wszystkim, a Lilian sama poczuła pustkę w głowie. Niespodziewanie zniknął cały strach i wyrzuty sumienia, że ten jeden raz zechciała zrobić coś dla siebie.
Ostatni taniec… — mruknęła niepewnie bardziej do siebie, niż do zamaskowanego amanta.
To nierozsądne, przemknęło Lilian. Zbyt podejrzane, a jednak coś w tym momencie wydawało się równie właściwe. Tylko dla niej.
Ponownie westchnęła, ale tym razem nie z rezygnacji, lecz z pogodzenia się z osobliwym impulsem, który coraz mocniej popychał ku obcemu. I zanim zdążyła się rozmyślić, wyciągnęła rękę. Jej palce najpierw znowu zawahały się w powietrzu, ale zaraz pewniej zacisnęły się na ręce Maxa.
Nie myślała już o tym, co powinna. Pozwoliła, aby ta chwila po prostu się wydarzyła.

Max Korhonen

Maskarada

: śr kwie 29, 2026 2:12 pm
autor: Max Korhonen
Oboje potrzebowali tego samego — chwili samotności, która pozwoliłaby zaczerpnąć oddechu, choć pobudki, którymi się kierowali, były zgoła odmienne. Uwadze Maxa nie uszło zdenerwowanie nieznajomej, które mimochodem obudziło w nim zainteresowanie. Prawdopodobnie miała pecha, że trafiła właśnie na niego.
Nie musiał widzieć, jak mierzy go spojrzeniem — skryta za maską mogła robić to bezwstydnie. Jednak, nauczony doświadczeniem, poczuł to znajome napięcie w karku, gdy jej wzrok przesunął się po jego sylwetce — powoli, bez skrępowania, z wyraźną oceną. O ile gest ten nie pozostawał tajemnicą, tak myśli, które towarzyszyły wówczas brunetce, były nią owiane. Fakt, że podczas przyjęcia chciała spotkać swojego ulubionego pisarza, nie był niczym wyjątkowym, jednak samo to, że wśród masek pragnęła odkryć jego tożsamość, zakrawało o szaleństwo.

Poza świadomością Maxa pozostawał fakt, że rozmowa między nimi była dla niej czymś na kształt spełnionego marzenia, które w końcu mogła skreślić z listy. Nie miał też pojęcia, jak wiele kosztowało ją pojawienie się w tym miejscu. Mimo to podświadomie chciał w jakiś sposób wynagrodzić jej tamtą nieprzyjemną rozmowę, zanim będzie zmuszona opuścić imprezę. Niemniej uwadze mężczyzny nie umknęły drobne gesty; chwile zawahania, głębsze oddechy. Nie miał tylko pojęcia, iż świadczyły o nieprzychylności dla jego osoby. Niemniej uwadze mężczyzny nie umknęły drobne gesty — chwile zawahania, głębsze oddechy. Nie miał jedynie pojęcia, że świadczyły one o niechęci wobec jego osoby.
Matka nauczyła go dobrych manier, zadbała o to, by do kobiet odnosił się z należytym szacunkiem, a także nauczyła go tańczyć. Zdaniem pani Korhonen taniec był częścią savoir-vivre’u, którym jej syn powinien się odznaczać. Wyciągnięta dłoń mająca stanowić oparcie, lekkie skinienie będące wyrazem szacunku i oczekiwanie, które miał wrażenie ciągnie się w nieskończoność.
Wahanie ze strony brunetki było aż nazbyt widoczne, a nie mając pojęcia, czym było spowodowane — czy się go bała, czy może czuła niepewność w zetknięciu z nieznajomym — uśmiechnął się subtelnie zza maski, chcąc dodać jej nie tylko otuchy, ale i odwagi.
— Ostatni — zapewnił, na potwierdzenie swoich słów ponownie kiwając głową. Być może w całej tej scenie było więcej nierozsądku niż romantyzmu, ale czy ktokolwiek przejmował się podobnymi rozważaniami, kiedy muzyka zaczynała przejmować kontrolę nad chwilą?
Gdy poczuł chłód jej dłoni na swojej, zacisnął na niej palce pewniej, niż zamierzał. Przez ułamek sekundy jakby sprawdzał, czy nie zniknie lub nie ucieknie, niczym baśniowy Kopciuszek. Dopiero potem poprowadził ją w pierwszy krok, obracając płynnie, z naturalną pewnością ruchu. Pozwolił, by znalazła się bliżej, wówczas drugą dłoń położył na jej plecach prowadząc ją w rytm muzyki, która zdawała się zwalniać cały świat wokół nich. „Until I Found You” rozlewało się w przestrzeni miękkim, ciepłym brzmieniem, narzucając spokojne, intymne, niemal niepasujące do maskaradowego zgiełku tempo. Max prowadził pewnie, ale bez przesadnej dominacji, pozwalając by taniec ten nie był pokazem umiejętności, a czymś znacznie bardziej intymnymi. Czy to spotkanie można było rzeczywiście nazwać przypadkiem?

- To spotkanie spełniło twoje oczekiwania? - zapytał po dłuższej chwili ciszy, w której pozwolili, by to muzyka prowadziła ich kroki. Pytanie, wypowiedziane lekko zachrypniętym głosem, wybrzmiało między nimi, rozluźniając napięcie, które jeszcze przed chwilą budował taniec.


Lilian Davenport