Strona 1 z 2

where we still collide

: wt kwie 28, 2026 1:44 pm
autor: margo mercer
D w i e przecznice.
Dopiero wtedy zatrzymała samochód. Zjechała pod pusty chodnik, między dwa stare drzewa, silnik zgasł, ale dłonie wciąż trzymała na kierownicy, tak mocno, aż pobielały jej knykcie. Nie wysiadła od razu. Potrzebowała kilku sekund ciszy, w której nikt nie patrzyłby na nią i nie wymagał, by wyglądała na opanowaną.
Drzwi zatrzasnęły się głucho. Oparła się biodrem o chłodną maskę samochodu i odchyliła głowę ku niebu, zamykając oczy. Powietrze było ciężkie, pachniało rozgrzanym asfaltem i dniem, który ciągnął się zbyt długo. Wciągnęła je głęboko do płuc, raz i drugi próbując uspokoić serce, które od rana nie potrafiło odnaleźć właściwego rytmu.
Być może Rhys naprawdę uwierzył, że wróciła niewzruszona. Wierzył, że ten chłód, który przybrała, był naturalny, że nauczyła się żyć obok niego i nie drżeć. Nie wiedział ile kosztowało ją utrzymanie tej fasady. Każde spojrzenie, każde słowo wypowiedziane między nimi odbierało jej energię szybciej niż bezsenne noce.
Nie potrafiła go nienawidzić. P r ó b o w a ł a. Szukała w sobie gniewu, który powinien pojawić się naturalnie po wszystkim, co wydarzyło się między nimi. Powinna żywić do niego żal, odrzucenie, może nawet pogardę. Tymczasem złość nigdy nie była uczuciem, które potrafiła pielęgnować długo. Wypalała się szybko, zostawiając po sobie wyłącznie smutek i poczucie winy.
To ono było najgorsze.
Jego słowa wracały nieustannie, odbijając się od wnętrza jej głowy z uporem, którego nie umiała zatrzymać. Zostawiła go, wyjechała. To przez nią wyglądał tak, jak wyglądał. Przygarbiony, pusty, zamknięty jeszcze mocniej niż wcześniej. Próbowała tłumaczyć sobie, że to nie było takie proste, że nie uciekła dlatego, że przestała go kochać. Uciekła, bo nie umiała oddychać.
A mimo to w i e r z y ł a mu.
Brała te słowa do siebie, nosiła je na barkach, jak ciężar, którego nie potrafiła zrzucić. Żałowała. Nie samego wyjazdu, lecz tego, że pozwoliła mu wyjść z mieszkania; że nie zatrzymała go, nie stanęła mu na drodze, nie powiedziała jeszcze raz, wyraźniej, głośniej, że wybierze go z a w s z e. Może nie powtórzyła tego wystarczająco wiele razy?
Odepchnęła się od maski auta i wróciła za kierownicę.
W klinice spędziła niewiele czasu. Rozmowa była krótka, rzeczowa, niemal pozbawiona emocji. Podejrzana rzeczywiście rodziła niespełna miesiąc wcześniej. Zdrowe dziecko, brak komplikacji, kilka standardowych wizyt kontrolnych. Nic więcej. Personel nie znał szczegółów, nie pamiętał jej twarzy bardziej niż innych kobiet przewijających się przez oddział.
Powinna wrócić na komisariat, a zamiast tego ruszyła w stronę The Junction.
Nie analizowała tej decyzji. Pojawiła się sama, cicho, pod skórą, w tym samym miejscu, w którym wcześniej poczuła pierwsze drżenie zainteresowania sprawą. Instynkt prowadził ją przez kolejne skrzyżowania, aż zwolniła przy jednej z bocznych ulic.
Zobaczyła jego samochód od razu, zaparkowany kilka miejsc dalej, rozpoznawalny nawet z tej odległości. Przez chwilę siedziała nieruchomo, wpatrzona w szybę przed sobą, aż wysiadła powoli, zamknęła auto i ruszyła w stronę budynku. Schody prowadzące do wejścia były wąskie, betonowe, lekko popękane przy krawędziach. Pokonała je bez pośpiechu, wsuwając dłonie do kieszeni marynarki.
Na najwyższym stopniu drzwi otworzyły się gwałtownie, a ona nieomal wpadła prosto na niego. Ściana mięśni, ciepło jego ciała i znajomy zapach - wszystko uderzyło w nią zbyt szybko. Cofnęła się odruchowo o pół kroku, unosząc głowę. Przez moment nie przyszło do niej nic właściwego. Żadne cięte słowo, żadna ironia, nic, czym mogłaby zakryć nagły chaos. Dopiero po chwili skrzywiła się lekko. - Mówiłeś, że nie pojedziesz.
Nie przesunęła się ani trochę, stojąc dokładnie na jego drodze. - Była tutaj? - dodała ciszej, wybierając sprawę jako jedyne miejsce, po którym mogli j e s z c z e stąpać bezpiecznie.

Rhys Madden

where we still collide

: wt kwie 28, 2026 6:46 pm
autor: Rhys Madden
it's getting old but i want you to know
that it cuts straight through the bone

Oczywiście, że zamierzał udać się na miejsce - wbrew temu, co jej powiedział.
Wiedział, że Margo nie zniknie, nie tym razem, gdy została doprowadzona siłą z powrotem do swojego biurka. Jedynym wyjściem dla ich obojga było zaskarbienie sobie przychylności komendanta, który uwolni ich od potrzeby przebywania w swoim towarzystwie. I choć myśl ta pozostawiała w jego ciele nieprzyjemne wrażenie, musiał się jej trzymać.
Musiał posuwać się dalej, nawet, jeśli nie podobał mu się kierunek. Nie było dla nich żadnego, innego rozwiązania.
Musiał coś r o b i ć, ponieważ wnętrze jego pustego samochodu dusiło, jakby nie było zdolne do pomieszczenia potrzebnego mu powietrza. Ponieważ gdy tylko zostawił ją za sobą w tamtym domu, wszystkie emocje znów wypływały na powierzchnię, wypalały jego gniew, pozostawiając po sobie wyłącznie rozpacz.
Nie było w nim tego miejsca, w którym obudziłoby się zainteresowanie sprawą. Ciekawość i ambicja były siłą napędową jego kariery - kiedyś, w przeszłości, gdy ta kariera nie była jeszcze skalana, a jego moralność nie stanowiła pola minowego, po którym on sam musiał nauczyć się poruszać. Teraz pchały go do przodu wyłącznie stare przyzwyczajenia, nawyki, całe doświadczenie, jakie zdobył w swojej pracy.
Od razu wiedział, że matka Estelle kłamie.
Tkwił w jej korytarzu i patrzył, jak trzęsie się, tłumacząc mu jaka tragedia się stała w tamtym domu. Zdawała się jednocześnie kompletnie nieświadoma jak i posiadająca zbyt wiele szczegółów, by mógł to być przypadek. Pozwalał jej paplać, krzątać się po mieszkaniu, unikać jego spojrzenia, podczas gdy on przyglądał się jej mieszkaniu. Mógłby drążyć, przycisnąć ją do metaforycznej ściany i zmusić do powiedzenia prawdy - ale gdy w całym równaniu pojawiło się dziecko, nie mógł wypalać ziemi do zera. Musiał stąpać ostrożniej.
A starsza kobieta była pewną pułapką, którą planował na Estelle zastawić.
W tym stanie skierował się do wyjścia - całkowitego pochłonięcia tym, co zamierzał zrobić jako następne, w tym przyjemnym pozbawieniu świadomości tego, co działo się wokół niego oraz w nim. Odruchowo pociągnął drzwi i natychmiast ruszył do wyjścia.
I zatrzymał się, gdy tylko dotarła do niego j e j obecność.
Wciągnął powietrze przez nos, zatrzymując się gwałtownie. Drzwi za jego plecami się zamknęły gdy mierzył kobietę spojrzeniem, z początku nie wiedząc, dlaczego w ogóle tu była - a potem uświadamiając jej, że zostawił to na jej barkach.
- Uważam, że tak, ale matka twierdzi, że nie - odparł lakonicznie, obierając sobie prawą stronę schodów i ruszając w dół, licząc na to, że szczera odpowiedź nakłoni kobietę do nietarasowania mu przejścia gdy ewidentnie nie chciał spędzać czasu w jej towarzystwie. - Można to wykorzystać.
Jego ramiona drgnęły, dłoń już sięgnęła po papierosa. Z okazjonalnego palacza stał się nałogowcem w przeciągu tego miesiąca i gdy schodził ze schodów, w jego ustach już pojawiła się fajka, którą odpalał zapalniczką.
- Nie dziś - podkreślił, na wypadek, gdyby chciała wykorzystać to teraz. Jego usta przybrałby złośliwego wyrazu. - Załatwiłem to. Możesz znikać, detektyw Mer...
- Rhys! - znajomy głos dobiegł do z daleka, urywając jej nazwisko w połowie. Drgnął, odwracając się ku źródle dźwięku bezwarunkowo. Wywoływał w nim sprzeczną reakcję, jednocześnie wznosząc gardę, która uginała się wcześniej od zmęczenia, jak i zasiewając odrobinę ciepła w jego klatce piersiowej.
Lauren nie zmieniła się przez lata. Drobna i niska, niemal ginąca w za dużym, znoszonym płaszczu o niedbale podwiniętych rękawach. Jej siwe włosy wymykały się spod miękkiego kapelusza, a twarz, poorana drobnymi zmarszczkami, rozjaśniał uśmiech - serdeczny, choć podszyty uporem. Unosiła rękę, machnięciem zwracając na siebie ich uwagę i nim zdążył zareagować, znalazła się tuż obok.
- Tak dawno cię nie widziałam - westchnęła, obejmując go w ten nieznoszący sprzeciwu sposób, do którego przywykł przez lata. Milczał, tkwiąc w tym uścisku, nie patrząc w stronę stojącej obok Margo, nie patrząc n i g d z i e poza swoją matką, której akurat teraz nie mogło tu być. - Wyglądasz okropnie - zmartwiła się, unosząc ręce do jego twarzy tak, jakby był małym chłopcem. Zmarszczył brwi, wyswabadzając się z tego dużo lżejszego uścisku, ale nie bez ofiar - papieros znalazł się już w jej dłoniach, a chwilę po tym wylądował na ziemi, zgnieciony butem. - Za dużo palisz - ostrzegła go i dopiero wtedy, skierowała swój wzrok w stronę kobiety.
Jej twarz była serdeczna, choć naznaczona śladami przeżytego życia. Uśmiechała się w sposób, w jaki potrafili cieszyć się z życia wyłącznie ludzie, którzy wiedzieli, że mogło wyglądać dużo gorzej - i z tym uśmiechem rzuciła się w stronę Mercer, oplatając ją swoimi ramionami.
- Ty musisz być Margo! To skandal, że dopiero teraz cię poznaję - rzuciła, puszczając ku niemu ostre spojrzenie. Gdy tylko wróciło w stronę Mercer, natychmiast złagodniało. - Wpadliście w odwiedziny?
Przełknął ślinę, wreszcie rozbijając ten trans, w który wpadł wraz z jej nadejściem. Coś w jego sercu kłuło, coś niezwiązanego z kobietą, z którą spędził cały dzień na kłóceniu się. Wiedział, że jego matka pragnęła go widzieć znacznie częściej, niż on pragnął zjawiać się w domu.
- Jesteśmy w pracy - odparł, zaciskając szczękę na samą myśl o tym, co Margo mogła w tej chwili zrobić. Jego matka nie powinna być światkiem tego wszystkiego. - Kiedy indziej.
Twarz kobiety zbladła gdy odwróciła ku niemu swoją głowę, dłonią wciąż trzymając się ramienia Mercer. Smutek przemknął po jej twarzy.
- Nie widziałam cię od miesiąca. O ile nie dłużej. Ciągle tylko pracujesz - odpowiedziała ciszej, z prośbą schowaną w głosie. - Prędzej umrę, niż doczekam się twojej wizyty.

margo mercer

where we still collide

: wt kwie 28, 2026 7:30 pm
autor: margo mercer
Odsunęła się bez słowa. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej nie przepuściłaby go tak łatwo; stanęłaby dokładnie tam, gdzie próbował przejść, przesunęła się w tę samą stronę, z uporem odbierając mu możliwość ucieczki. Gdyby zrobił krok w prawo, ona wykonałaby identyczny ruch; gdyby skręcił w lewo, znalazłaby się przed nim równie szybko. Ich relacja od początku opierała się na przeciąganiu liny, na tej potrzebie stawiania oporu nawet w błahych sprawach, wyłącznie po to, by nie oddać pola.
Teraz odpuściła.
Wciągnęła powietrze głęboko, odsuwając się na bok i pozwalając mu minąć ją na schodach. Powoli ruszyła za nim, utrzymując niewielki dystans. Miała odpowiedzieć, czuła słowa cisnące się na język, gotowe wyrwać się na zewnątrz - złośliwe, zmęczone, podszyte irytacją narastającą od momentu, w którym zobaczyła go rano. Zaledwie kilka godzin wystarczyło, by jego przytyki zaczęły odbierać jej cierpliwość szybciej niż bezsenne noce, niż tygodnie spędzone z własnymi myślami.
Jednak nie zdążyła. Najpierw usłyszała kobiecy głos, ciepły, donośny, niosący się przez ulicę z naturalną lekkością. Dopiero później spojrzała w tamtym kierunku. Nie rozpoznała jej od razu.
Stała z boku, wsuwając dłonie do kieszeni marynarki, zachowując ostrożną odległość, która pozwalała wycofać się bez niezręczności. Przyglądała się, jak kobieta zbliża się coraz szybciej, niemal z dziecięcą pewnością, że zostanie przyjęta dobrze.
I dopiero wtedy coś kliknęło.
Nie potrafiła wskazać jednego szczegółu. Może chodziło o oczy - o ten podobny kolor, albo o sposób patrzenia. Może o ton głosu, w którym pobrzmiewała ta sama nuta nieznosząca sprzeciwu. Być może o sposób w jaki uśmiech podnosił prawy kącik ust, albo o zmarszczki układające się wokół oczu w znajomy wzór.
Poczuła to po prostu.
Wrażenie, że patrzy na kogoś, kogo nigdy wcześniej nie spotkała, a mimo to znała od dawna.
Spojrzenie przeskoczyło od Rhysa do kobiety, a w jej wnętrzu pojawiło się dziwne połączenie napięcia i ulgi. Towarzyszyło temu coś jeszcze - cichy żal, że poznawała ją dopiero teraz; że przez cały ten czas wiedziała o nim tak n i e w i e l e. Że istniały przestrzenie jego życia, do których nigdy jej nie dopuścił.
Nie pozwoliła, by emocje pojawiły się na twarzy.
Uśmiechnęła się najpierw ostrożnie, z lekkim zaskoczeniem, a później szczerze, zupełnie naturalnie, gdy kobieta nagle objęła ją ramionami. Przez pierwszą sekundę zesztywniała, zaskoczona tą bezpośredniością, lecz niemal od razu odpowiedziała tym samym gestem.
Napięcie odpłynęło. Rysy jej twarzy złagodniały, spojrzenie ociepliło się, a chłód, który nosiła od rana, rozpuścił się pod wpływem tej prostoty. - Bardzo mi miło - odpowiedziała cicho, odsuwając się odrobinę. Nie musiała patrzeć na Rhysa, by wiedzieć, co malowało się na jego twarzy. Znała go wystarczająco dobrze.
I wiedziała też, że on m u s i a ł wiedzieć, że nie przepuści tej okazji.
- Przesadza - odezwała się lekko, przenosząc wzrok na Lauren. - Oczywiście, że mamy czas. Właśnie mówił mi, że wszystko załatwił i możemy już kończyć na dziś - wyciągnęła rękę i uderzyła go lekko w ramię, w geście niemal przesadnie naturalnym, zbyt swobodnym, by nie miał w sobie prowokacji. - Ja bardzo chętnie napiłabym się kawy.
Spojrzała na kobietę z autentycznym ciepłem. Nie było w tym gry. Żadnej ukrytej zemsty, n a p r a w d ę chciała zostać. Chciała posiedzieć obok, posłuchać, zobaczyć go w miejscu, którego nigdy wcześniej nie poznała. - Widzisz? - Lauren zwróciła się do syna z łagodnym triumfem. - Powinieneś częściej słuchać tej dziewczyny, Rhys - Margo uniosła spojrzenie ku niemu, pozwalając, by w kącikach ust zatańczyło coś pomiędzy rozbawieniem a zwycięstwem.
- Opowiadał o mnie? - zapytała niewinnie, nie odrywając od niego wzroku, gdy jego matka ruszyła w kierunku, jak podejrzewała, rodzinnego domu.

Rhys Madden

where we still collide

: wt kwie 28, 2026 9:37 pm
autor: Rhys Madden
Ze wszystkich osób, które mogli napotkać w tym miejscu, najbardziej obawiał się t e j. Gdyby spotkali kogoś z komisariatu, oszczędnym uśmiechem mogliby go zbyć jako znajomi po fachu. Nawet, gdyby sam, pieprzony Sergio Carbone zaparkował obok, Madden mógłby zostać s p o k o j n y - ponieważ Margo wiedziała, już wiedziała o tej części jego życia.
Ale nie spodziewał się swojej m a t k i.
Nie teraz, gdy atmosfera między nim, a Mercer, była w najlepszym wypadku agresywną neutralnością - w najgorszym, otwartą wrogością i nienawiścią. Tysiące scenariuszy przemykały mu przez głowę gdy Lauren uściskała kobietę, tych neutralnych, negatywnych i bardzo, bardzo złych.
A pod nimi, coś w jego wnętrzu zacisnęło się mocniej na widok uśmiechu, którym Margo obdarzyła starszą kobietę.
- Nie wiedziałem, że tak śpieszysz się do grobu - mruknął, wiedząc, że znalazł się na przegranej pozycji gdy tylko Mercer uścisnęła kobietę. Nie wiedział, po co to zrobiła - po co przywołała ten uśmiech na swoją twarz, po co była skłonna przyjść do jego matki na kawę. Nie chciała spędzać ani chwili w jego towarzystwie, powinna być jego wspólniczką w wymówieniu się z tej sytuacji.
A zamiast tego pozwoliła Lauren pociągnąć się w stronę domu.
- O tyle o ile - westchnęła, niemal kompletnie go ignorując gdy zaczęła dreptać w dobrze znanym mu kierunku, zawieszona ramienia Margo. - Dowiadywanie się czegokolwiek od tego chłopaka to droga przez mękę. Ale ja od początku wiedziałam.
Jego szczęka zacisnęła się jeszcze mocniej, zwinięte w pięści dłonie powędrowały do kieszeni - nie wiedział, czy było to na dźwięk słów kobiety, które były mocno nie na miejscu w tym momencie, czy też na widok znajomego ogrodzenia i podwórka.
Gula w jego gardle urosła na sile, podjeżdżając do samego gardła. Nienawidził tego miejsca. Nienawidził tej wyblakłej, niebieskiej farby na drewnianym płocie, nienawidził tej elewacji i jej starych dachówek tak, jak nienawidził dębowych drzwi wejściowych.
- Musisz kiedyś przyjść, pomóc kuzynowi z tym płotem. Trzeba to wymienić - machnęła dłonią, wyraźnie zakłopotana, przenosząc swoją uwagę na snującego się za nią mężczyznę, nim uśmiechnęła się przepraszająco do podtrzymującej ją Margo. - Staram się dbać o ogródek, zawsze starałam, ale to taka ciężka praca. Tu trzeba skosić, tu podlać, tam plewić. To już nie jest na moje lata...
- Dlatego powinnaś się przenieść - uciął słowa, które słyszał już wielokrotnie w swoim życiu. - Powiedziałem, że kupię ci mieszkanie. Będziesz bliżej i nie będziesz musiała się tym zajmować.
A on nie musiałby tu przyjeżdżać, do tego przeklętego, starego domu, w którym chowały się najgorsze koszmary.
Nie musiał na nią nawet patrzeć by wiedzieć, że machnęła ręką. Zawsze tak robiła.
- Starych drzew się nie przesadza - odpowiedziała, pół żartem, pół serio, zatrzymując się na ganku i drżącymi dłońmi szukając w obszernych kieszeniach płaszcza swoich kluczy. - Twoi rodzice są stąd? Musisz mi wszystko opowiedzieć - poprosiła, wreszcie wydobywając obszerny pęk.
Tkwił za nimi, wwiercając spojrzeniem dziurę w plecach Margo, jakby dzięki temu mogła się zorientować, że nie chciał tego kontynuować - a ona również nie musiała tego robić, jakby zapomniała.

margo mercer

where we still collide

: śr kwie 29, 2026 8:19 am
autor: margo mercer
Największy jego problem polegał na tym, że od zawsze wierzył własnym założeniom bardziej niż cudzym słowom. Budował w głowie wersje wydarzeń, układał reakcje innych ludzi, przypisywał im intencje, zanim zdążyli je wypowiedzieć. Tak było od początku - zamiast pytać, decydował za nią. Zakładał, że rozumie więcej, że widzi dalej, że potrafi przewidzieć konsekwencje lepiej niż ktokolwiek inny. Jakby nie miała prawa sama określić, co było dla niej dobre, czego pragnęła i gdzie przebiegały granice, których nie chciała przekraczać.
Największym błędem, w którym tkwił teraz było przekonanie, że nim g a r d z i ł a; że wróciła wyłącznie z obowiązku, że jego obecność wywoływała w niej wyłącznie niechęć. Nakręcał się tą myślą, budował wokół niej mur, za którym mógł schować własne emocje. Łatwiej było uwierzyć, że go nienawidziła, niż dopuścić do siebie możliwość, że prawda wyglądała zupełnie inaczej.
Szła obok Lauren spokojnie, bez skrępowania, pozwalając prowadzić się w stronę domu. Starsza kobieta emanowała naturalną serdecznością, taką, której nie dało się udawać. Cieszyła się ich obecnością szczerze, bez drugiego dna i ostrożności. Margo nie miała powodu, by się przed tym bronić. - Prawda? - rzuciła z lekkim rozbawieniem, unosząc brew i powtarzając słowo w słowo, to co powiedziała: - Droga przez mękę.
Przy furtce wyswobodziła się z objęcia Lauren, rozglądając się po ogrodzie. Nie oceniała go krytycznie. Widziała wysłużone rabaty, krzewy rosnące trochę zbyt swobodnie, stare donice ustawione pod ścianą. Było w tym miejscu coś miękkiego mimo upływu czasu. - Jest pięknie - powiedziała szczerze. - Ja nie odróżniam kwiatów od chwastów, więc dla mnie wygląda to na bardzo imponujący ogród - uśmiech starszej kobiety poszerzył się natychmiast.
Dom pachniał inaczej niż mieszkanie Rhysa. Nie chłodem, nie ciszą i nie papierosowym dymem, lecz czymś znajomym - kawą, detergentem i starym drewnem. Wnętrze nosiło ślady czasu. Meble miały przetarte krawędzie, materiał na fotelu był lekko wypłowiały, a parkiet skrzypiał przy mocniejszym kroku. Nic nie wyglądało nowocześnie, ale wszystko znajdowało się na swoim miejscu.
Stała chwilę w korytarzu, rozglądając się dyskretnie.
Nie wiedziała, czego się spodziewała.
Patrzyła na ten dom z dziwnym uczuciem, niemal tak, jakby próbowała zobaczyć go jego oczami. Nie znała historii zapisanych w tych ścianach. Nie wiedziała, co wydarzyło się tutaj przez lata. Widziała wyłącznie spokojną przestrzeń, ciepło i ślady codzienności. - Nie jestem pewna, czy starczy nam czasu na wszystkie historie - rzuciła lekko, zdejmując buty i zsuwając z ramion marynarkę.
Poszła za kobietą do kuchni, od razu czując różnicę między tym miejscem a komisariatem, w którym jeszcze kilka godzin wcześniej siedziała spięta przy biurku. Tutaj łatwiej było oddychać. - Moi rodzice mieszkają w Oakville. Spokojna okolica, same domy, dużo zieleni - odpowiedziała, zajmując miejsce przy stole. - Piękne miejsce - przyznała Lauren, zerkając znacząco na syna. - Powinieneś częściej zabierać ludzi w ładne miejsca - Margo niemal parsknęła pod nosem.
- Mój tata był policjantem, a mama wciąż pracuje jako psycholog - wyjaśniła spokojnie. - Chyba nie miałam większych szans, żeby skończyć inaczej - kobieta skinęła głową z zainteresowaniem, po czym odwróciła się do Rhysa. - Zaparz kawę. Nie stój w miejscu, patrząc na tę dziewczynę bez przerwy - Margo dopiero wtedy podniosła wzrok, zauważając, że stał trochę z boku, wyraźnie nieswój, napięty bardziej niż wcześniej. Nie pasował do tego miejsca, albo może raczej próbował sprawiać wrażenie, że do niego nie pasuje.
Lauren przysiadła obok niej przy stole, niemal od razu skracając dystans. - I jak wam się razem pracuje? - zapytała z niewinną ciekawością. - Rhys zawsze był trudny. Mam nadzieję, że chociaż trochę cię słucha - pytanie zawisło w powietrzu. Mercer przesunęła spojrzeniem po twarzy kobiety, później po sylwetce Maddena stojącego kilka kroków dalej.
Uśmiechnęła się powoli. - To zależy od dnia - odpowiedziała miękko. - Ja też bywam uparta - nigdy w życiu nie powiedziałaby nic, co w oczach jego matki mogłoby go zdyskredytować. N i g d y nie zdradziłaby żadnej z jego tajemnic.

Rhys Madden

where we still collide

: śr kwie 29, 2026 3:26 pm
autor: Rhys Madden
Z pewnością t o było drogą przez mękę.
Spoglądanie na dwójkę kobiet idących ramię w ramię w tej jednej ewentualności, na którą się nie przygotował. W każdej innej sytuacji mógłby z rozbawieniem komentować ich zgodność odnośnie jego trudnego charakteru, mógłby też cieszyć się z tego, że się dogadywały - dwie, najbliższe mu kobiety w całym jego życiu.
Ale jak mógłby to robić t e r a z?
Po tym, gdy spędzili cały dzień skacząc sobie do gardeł? Po tym, gdy zniknęła na miesiąc po tym, gdy ją złamał? Nie byli ze sobą - nie formalnie, nie po tym wszystkim, co się stało. I powinien uciąć to wszystko gdy tylko jego matka do niego podeszła, ale widząc uśmiech, w który rozciągały się jej usta nie miał serca tego zrobić. Przy niej, jak zawsze przy rodzicu, zmieniał się w jakąś wersję siebie, która nie funkcjonowała na co dzień. Tą, która jedną nogą wciąż była w przeszłości, w której jego matka utknęła wraz z domem.
Ciasny korytarz przytłaczał go, ściany napierały gdy tylko przeszedł przez próg. W jakimś odruchu, którego pozbył się w dorosłości, od razu zdjął swoją kurtkę, odkładając ją na wieszak, wraz z płaszczem należącym do jego matki. Pozwolił im ruszyć przodem, patrząc, jak Lauren prowadzi Margo do kuchni, do której, również, nie miał ochoty wchodzić.
Jego wzrok błądził po sylwetce Mercer, gdy umysł mimo wszystko zastanawiał się, czy tak wyglądałoby to, gdyby było między nimi dobrze. Czy byłoby inaczej, gdyby uśmiech na jej twarzy nie był wymuszony, nie był maską, którą założyła by nie zrobić starszej kobiecie przykrości? Bo to widział w jej wyrazie - maskę, zasłonę, choć przecież od samego początku byli ludźmi funkcjonującymi gdzieś pomiędzy niechęcią a miłością, choć w normalnych parach było wyłącznie miejsce na jedno lub drugie.
Westchnął, wkraczając do kuchni, w której nic się nie zmieniło. Te same meble w tych samych kolorach, ten sam krzyżyk zawieszony nad framugą drzwi, ten sam obraz wiejskich pól tkwiący nad długim, drewnianym stołem o postrzępionych brzegach i porysowanym blacie.
Jego wzrok prześlizgnął się po nim gdy usiadły. Trzy miejsca, ponieważ jedno z krzeseł padło ofiarą którejś awantury i nigdy nie dokupiono innego. Jego matka zawsze siadała na tym samym, Margo zaś zajęła to, które należało do niego w przeszłości.
U szczytu zostało tylko jedno miejsce. J e g o miejsce.
- Można być upartym, grunt to wiedzieć, kiedy trzeba odpuścić. Dla dobra wszystkich zaangażowanych - głos Lauren dotarł do niego jak przez gęste opary gdy tkwił przy kuchennym blacie, zalewając kawę. - Mleka? A może cukru? - spytała pośpiesznie, gdy położył ładną filiżankę przed Margo, tą, która była przeznaczona na specjalne okazje.
- Nie - odparł za nią, krótko, odruchowo, wiedząc, jaką kawę piła, choć przecież pragnął każdy fakt na jej temat wymazać ze swojej głowy.
A jednocześnie trzymał się ich kurczowo, bojąc, że mógłby czegokolwiek zapomnieć.
- No nie stój tak - żachnęła się kobieta, wskazując miejsce u szczytu stołu. - Usiądź.
Spojrzał na krzesło, które mu wskazywała, na pozór nieróżniące się od innych. Ale to było miejsce, na którym siadał jego ojciec i jakaś nieracjonalna cząstka jego umysłu brzydziła się myślą, że miałby tam usiąść.
- Postoję - odparł lakonicznie, opierając się tyłem o kuchenny blat. Uniósł kubek z kawą do ust, mimo tego, że była zbyt gorąca, a jej smak zbyt znajomy, patrząc, jak jego matka załamywała ręce.
- Jesteś taki uparty - prychnęła, strofując go krótko nim jej uwaga wróciła do tego, co było najbardziej istotne - siedzącej obok niej Margo. - Powiedz mi, jak się poznaliście? Pewnie w pracy? - zagadywała, tworząc serię pytań. - Rhys to taki pracoholik. Mam nadzieję, że nie spędzacie w niej zbyt dużo czasu? Nie możecie się przepracowywać. Wciąż jesteście tacy młodzi. A jak twój tata? Dalej pracuje? Czy już na emeryturze? - jedno za drugim, pytania wylatywały z jej ust gdy sięgała do cukierniczki by posłodzić swoją kawę. - Musi być dumny, że córka poszła w jego ślady, prawda?

margo mercer

where we still collide

: śr kwie 29, 2026 6:59 pm
autor: margo mercer
Spodziewała się, że będzie gorzej; że usiądzie przy tym stole spięta, ostrożna, pilnując każdego słowa i każdego ruchu. Zakładała, że obecność jego matki okaże się niezręczna, obciążona świadomością tego, co wydarzyło się między nimi. Myślała, że będzie musiała grać, uśmiechać się z uprzejmości, odpowiadać mechanicznie, odliczać minuty do chwili, w której będą mogli wyjść.
N i c takiego nie miało miejsca.
Lauren mówiła dużo, Rhys z pewnością nie odziedziczył za wiele po matce z naturalną lekkością, nie próbując niczego wymuszać. Nie zadawała pytań w sposób nachalny, nie oceniała, nie przyglądała się podejrzliwie. Po prostu była otwarta, serdeczna, ciepła w sposób, który rozbrajał szybciej niż ostrożność zdążyła się zbudować.
Margo słuchała jej z autentycznym zainteresowaniem. Uśmiechała się bez wysiłku, odpowiadała swobodnie, łapiąc się na tym, że nie musi pilnować tonu głosu ani układać zdań z przesadną ostrożnością. Najbardziej rozbrajały ją momenty, w których Lauren zwracała uwagę synowi - z tym charakterystycznym spokojem matek, które od dawna znają wszystkie wady swojego dziecka i przestały się nimi przejmować.
Patrzyła wtedy na Rhysa inaczej.
Nie jak na człowieka stojącego naprzeciw niej od rana, spiętego, chłodnego, kąśliwego.
Tylko na kogoś, kto przez ułamek sekundy przypominał chłopca zmuszonego wysłuchać reprymendy, choć uważał ją za kompletnie niesprawiedliwą. W sposobie w jaki zaciskał szczękę, odwracał wzrok albo odpowiadał półsłówkami, było coś z dawnej wersji jego samego - mniej niedostępnej, mniej zamkniętej.
Dźwięk filiżanki postawionej przed nią na stole wyrwał ją z obserwacji. Uniosła wzrok i zatrzymała go na kawie, którą podał jej bez pytania. Dokładnie takiej jaką zawsze piła.
Palce zacisnęły się lekko na porcelanie, a coś miękkiego poruszyło się pod mostkiem, nieproszone i bardzo nie na miejscu. To był drobiazg, nic znaczącego, zwykły odruch, a jednak uderzył mocniej niż większość wypowiedzianych tego dnia słów. Podniosła filiżankę do ust, ukrywając krótkie drgnięcie uśmiechu. - To pewnie moja wina - odezwała się po chwili, spoglądając na kobietę z półuśmiechem. - Od rana jest na mnie zły, bo zrobiłam mu na przekór, więc próbuje trzymać się ode mnie z daleka - wywróciła oczami lekko, nadając temu ton n i e w i n n e g o żartu, czegoś drobnego, niemal uroczego. Nie chciała, by kobieta dostrzegła więcej. Nie chciała, żeby spojrzała na syna z troską, która mogłaby zamienić się w niepokój.
Lauren westchnęła cicho. - Był uparty od dziecka - powiedziała z rozbawieniem. - Potrafił obrażać się godzinami. Raz nie odzywał się do mnie dwa dni, bo nie pozwoliłam mu spać z psem w łóżku - Margo roześmiała się cicho, a jej spojrzenie przesunęło się ku niemu tylko na moment nim zaskoczona ilością pytań, zaczęła na nie odpowiadać.
- Poznaliśmy się w pracy. Nie był szczególnie zachwycony tym, że zostaliśmy partnerami - kącik jej ust drgnął lekko, niemal niezauważalnie. Nie musiała nawet podnosić wzroku, by wiedzieć, że Rhys słyszał każde słowo. Nie uczestniczył w tej wymianie zdań, a jednak był obecny w niej nieustannie, przewijając się pomiędzy kolejnymi tematami, nawet jeśli sam starał się pozostawać z boku. - Rhys nigdy nie lubił zmian - skomentowała, mieszając kawę powolnym ruchem łyżeczki.
Margo odwróciła głowę minimalnie, zerkając ku niemu ledwie przez sekundę - Ani ludzi - dodała spokojnie, w złośliwym żarcie, z pewnością kogoś, kto znał go na tyle d o b r z e, by wypowiadać podobne rzeczy bez zawahania. Starsza kobieta zaśmiała się cicho. - Zwłaszcza ludzi.
To rozluźniło atmosferę jeszcze bardziej. - Mój tata jest na emeryturze - powiedziała po chwili, unosząc spojrzenie znad filiżanki. - Powiedzmy, że... tak, na pewno jest dumny - na moment zatrzymała się w pół zdania, pozwalając wybrzmieć temu kłamstwu w dobrej wierze. Po co miała rozpoczynać tę dyskusję? Lauren sprawiała wrażenie tak dobrej, że z pewnością przejęłaby się, gdyby Margo wspomniała o swoich trudnych relacjach z ojcem.
Aby zapobiec dalszym pytaniom, zadała własne. - Czy Rhys z a w s z e sprawiał tyle problemów? Jest prawdziwym utrapieniem - zapytała miękko, mimowolnie krzyżując wzrok z jego, nie zrywając tego kontaktu przez niemożliwie d ł u g ą chwilę.

Rhys Madden

where we still collide

: śr kwie 29, 2026 11:40 pm
autor: Rhys Madden
Był zbyt r o z p r o s z o n y by w tej chwili się z nią droczyć - nawet w ten delikatny, łagodny sposób, w który robiła to przy jego matce.
Nienawidził tego domu, nienawidził wszystkich wspomnień zapisanych w jego czterech ścianach. Przekraczając jego próg zawsze przekształcał się w kogoś innego, jakąś formę siebie zatrzymaną jedną nogą w przeszłości. Tą, która umykała przed spojrzeniem ojca wraz z jego ciężką pięścią. Obecność starego Maddena zawsze wypełniała to miejsce i nawet teraz, wiele lat po jego śmierci, czuł jej zatęchły odór docierający do niego ze znajomych kątów.
Patrzył na obraz wiejskiej utopii, domek położony na wzgórzu, pranie wywieszone na staromodnej suszarce. Ile dni i obowiązkowych rodzinnych obiadów spędził marząc o tym, by przenieść się do tego miejsca, odnaleźć je i uciec przed rzeczywistością?
I czy jego matka myślała to samo, patrząc na ten pejzaż, który wciąż trzymała w swojej kuchni?
- Musi być - żachnęła się Lauren, usuwając wątpliwość z odpowiedzi Margo. - Spójrz, na jaką zdolną i piękną kobietę wyrosłaś. I ile osiągnęłaś, w takim młodym wieku! Ja trzymam wszystkie dyplomy Rhysa. On na pewno robi to samo...
Napięcie wzmogło gdy dostrzegł, jak kobieta drgnęła - w ten sposób, który utożsamiał z czymś złym, który podnosił jego ciśnienie natychmiast, choć przecież w dzisiejszych czasach mógł być wyłącznie niewinny.
- Rhys był... Nie, zapomniałam! Przecież mam ciasto. - natychmiast odsunęła krzesło, nie akceptując żadnej intencji pomocy i ruszyła do jednej z szafek. - Tu, obok, wprowadziło się takie małżeństwo. Żona czasem przynosi mi to, co upiecze, jest przemiła. Chociaż, szczerze mówiąc, jej dzieci są rozwydrzone.
Blacha z ciastem wylądowała na blacie obok, Lauren sięgnęła do szuflady i wydobyła z niej nóż.
Nóż, na którego widok coś w jego sercu zamarło, zatrzymało się, powietrze utknęło w jego płucach w tym urwanym oddechu. Znał ten nóż. Znał jego zdobioną rączkę i znał jego ostrze, szerokie i noszące na sobie ślady czasu. Patrzył, jak jego matka przekłada ten nóż z jednej ręki do drugiej - jej lewa dłoń trzęsła się bardziej, niż powinna. Nie od zawsze, od pewnego incydentu, jak lubiła go nazywać.
Jej lewa dłoń naznaczona była szramą, podłużną, niepozorną blizną umieszczoną w samym środku jej dłoni.
- Dlaczego nadal masz ten nóż? - warknął, odruchowo, patrząc, jak za jego pomocą kroiła ciasto. Jakby był zwykłym narzędziem, jakby nie wiązał się z krzykiem, z ich obiadem, który został splamiony płynącym po blacie szkarłatem.
- Nóż jak nóż - odparła, odkładając kawałki na talerzyki jakby nigdy nic i on nie miał pojęcia, czy nie zapomniała, czy ignorowała to, czy też robiła to, co zwykle - przymykała oko na to, co niewygodne, ciesząc się zamiast tego tym, co miała.
Oderwał się od blatu, z tym napięciem, którego nie powinno być na jego twarzy, ale wypłynęła podświadomie. Chwycił przedmiot gdy tylko go odłożyła, pieprzone narzędzie z b r o d n i, które niegdyś wbito w środek jej dłoni w tym jednym incydencie, którego wyłącznie on był świadkiem. Jego matka drgnęła gdy to zrobił, gdy odwrócił się i bezceremonialnie wrzucił przedmiot do kosza na śmieci.
- Przecież to jest wciąż dobry nóż! - zaprotestowała, podchodząc o krok do kosza jakby planowała go wyciągnąć, ale on już zamykał szafkę, odgradzając ją od tego.
- Był stary - odrzucił ochryple, wciąż wściekle, choć starał się nad tym zapanować. Chwycił za talerzyki, wziął dwa kawałki ciasta i zabrał je do stołu. - Kupię ci nowy - wycedził, zatrzymując się, by wziąć wdech, by się o p a n o w a ć, nim zbliżył się do Margo, kładąc przed nim talerzyk. - Cały, pieprzony zestaw.
- Język! - rzuciła z dezaprobatą, w odwecie biorąc trzeci z talerzyków i kładąc go tam, gdzie zawsze siadał ich ojciec. - Usiądź z nami - dodała, tym tonem, który domagał się jakiejś ofiary złożonej w zamian za wyrzucenie wciąż dobrego noża.
Zacisnął zęby, spełniając jej życzenie. Odsunął krzesło może zbyt mocno, zbyt ostro, ale opadł na siedzenie, przed postawionym przez nią talerzykiem. Dotarło do niego, że jeszcze nigdy nie widział kuchni z tej perspektywy.
A później dostrzegł, że z tego miejsca widać było telewizor przez otwarte drzwi prowadzące do salonu.
- No, na czym my skończyłyśmy? - zaświergotała Lauren, jak gdyby nic chwytając jego filiżankę z kawą i stawiając w tym nowym miejscu, w którym wreszcie usiadł. - Rhys był... żywiołowym dzieckiem, gdy był mały. Mrukiem stał się z czasem - dodała, z rozbawieniem, jakby nie był to fakt wynikający z jego dzieciństwa, a cecha nabyta pozbawiona z nim związku. - Odkąd pamiętam chciał być policjantem. Na pewno słyszałaś tę historię.

margo mercer

where we still collide

: czw kwie 30, 2026 9:59 am
autor: margo mercer
Zmiana przyszła nagle, niemal niezauważalnie, a jednak wyczuwalnie na tyle mocno, że osiadła pod skórą szybciej, niż zdążyła zrozumieć, skąd właściwie się wzięła. Wystarczył jeden przedmiot - z w y c z a j n y nóż, stary, wysłużony, niczym nieróżniący się od dziesiątek podobnych leżących w kuchennych szufladach, by coś w Rhysie napięło się jeszcze bardziej.
Nie musiała patrzeć bezpośrednio na jego twarz, by to poczuć. Zmienił się sposób w jaki oddychał, w jaki stał, w jaki jego barki zesztywniały, a szczęka zacisnęła się odruchowo zanim jeszcze zdążył wypowiedzieć pierwsze słowo.
To zawsze działało właśnie tak. Nie potrzebowała pytać; nie potrzebowała wyjaśnień. Jego emocje przenikały do niej niemal instynktownie, nieproszone, ale znajome do bólu. Gdy wpadał w złość, ona czuła niepokój. Gdy milkł zbyt długo, w jej wnętrzu pojawiało się napięcie, którego nie potrafiła nazwać. Przez miesiące nauczyła się odczytywać go nie z tego, co mówił, lecz z drobnych zmian - z tonu głosu, z ruchu dłoni, z krótkiego drgnięcia mięśnia przy skroni.
Teraz też wiedziała.
Patrzyła na tę scenę w ciszy, przenosząc spojrzenie między nim a Lauren. Nie rozumiała kontekstu, nie znała historii związanej z tym przedmiotem, ale intuicja podpowiadała jej, że uczestniczyła w czymś, co nie należało do niej. Czymś prywatnym, zapisanym między nimi od dawna, zakorzenionym w przeszłości, do której nie miała dostępu.
Nie zadawała pytań tam, gdzie ktoś wyraźnie zamykał drzwi. Nie rozrywała cudzych ran tylko po to, by dowiedzieć się więcej. Do dziś istniały fragmenty jego życia, których nie znała, historie urwane w połowie, przemilczane, schowane pod jego charakterystycznym to nieważne. Nigdy nie wymuszała odpowiedzi. Teraz również nie zamierzała.
Milczała, czując się bardziej świadkiem niż uczestnikiem, kimś przypadkiem wpuszczonym do sceny, która powinna rozegrać się bez obecności obcych oczu.
Dopiero gdy podszedł bliżej i postawił przed nią talerzyk, uniosła wzrok. Był wystarczająco blisko, by mogła dostrzec napięcie wciąż tkwiące w jego twarzy. - Rhys - szepnęła cicho, tylko dla niego, zatrzymując na nim spojrzenie odrobinę dłużej. Chciała mu przekazać, że był zbyt surowy wobec kobiety, która cieszyła się jego obecnością bardziej, niż prawdopodobnie chciała pokazać.
- Dziękuję - dodała już głośniej, zwracając się w przestrzeń zanim znów odwróciła twarz ku Lauren, przywołując na usta łagodny uśmiech. Pod stołem poruszyła nogą, nieświadomie, odruchowo i wtedy poczuła jego kolano.
Dotyk był l e k k i. Prawie przypadkowy. Impuls przeszedł przez nią zaskakująco szybko, cienką linią rozchodząc się od miejsca kontaktu aż wyżej, gdzieś pod żebra. Nie cofnęła się od razu. Zatrzymała ruch, pozostając w tym krótkim zetknięciu o sekundę dłużej, niż powinna.
To było absurdalne, jak bardzo ciało pamiętało.
Jak łatwo wracało do jego bliskości nawet tak niewinnej, ukrytej pod stołem, niewidocznej dla nikogo poza nimi.
Zmusiła się, by wrócić uwagą do rozmowy. - Nie słyszałam tej historii - odpowiedziała zgodnie z prawdą, unosząc filiżankę do ust. - Opowiadałam mu, jak biegałam po domu z odznaką mojego ojca i udawałam policjantkę, ale on nigdy nie zrewanżował się niczym podobnym - kawa zdążyła ostygnąć, lecz smak nadal był znajomy. Ciasto zniknęło szybciej, niż planowała; zorientowała się dopiero po ostatnim kęsie. - Pyszne - oznajmiła szczerze, jeszcze z pełnymi ustami, co wywołało cichy śmiech Lauren.
- Chciałam powiedzieć, że wyciągnięcie z Rhysa czegokolwiek jest trudniejsze niż jakakolwiek ze spraw, które prowadziłam - wypowiedziała to lekko, niemal żartobliwie, choć pod tym zdaniem kryło się znacznie więcej, niż mogła przyznać na głos. Nie myślała o trudnych rozmowach, nie o kłótniach. Myślała o tych wieczorach, w których musiała wydobywać z niego historie powoli, pocałunek po pocałunku, dotyk po dotyku, cierpliwie rozbrajając jego milczenie.
Lauren spojrzała na nią z miękkością. - Wszystko ci opowiem, dziecko - powiedziała ciepło, rzucając synowi krótkie, znaczące spojrzenie.

Rhys Madden

where we still collide

: czw kwie 30, 2026 12:26 pm
autor: Rhys Madden
Ta część jego życia była pochowana w najgłębszych zakamarkach - tych, na które nigdy nie padało światło dnia. Ciche imię wypowiedziane jej głosem na moment wyrwało go z zamyślenia, z tego napięcia, w którym tkwił, jakby ta część, która jedną nogą tkwiła w przeszłości nagle zorientowała się w tym, że Margo tu b y ł a. Że była tego wszystkiego świadkiem, była tego częścią.
Że była jedyną osobą, którą dopuścił tak blisko. Nie z własnej woli, bardziej z mieszanki przymusu i znużenia, który jego matka skrzętnie wykorzystała. Ale gdy siedziała przy stole, przy którym nigdy nie potrafił czuć się swobodnie, coś w jego wnętrzu czerpało komfort z jej obecności. To samo, co drgnęło, gdy tylko poczuł na swoim kolanie jej nogę, gdzieś pod blatem.
Z jednej strony nie wiedział, jak się zachować, pierwszy raz znajdując się w sytuacji takiej jak ta.
Z drugiej zaś, w r a c a ł. Gdy wspomnienia wykrzywiały jego mimikę i ściągały jego brwi, wracał, do niej. Była jego uziemieniem i kotwicą, w tym miejscu, w którym desperacko tego potrzebował.
- Mieliśmy takiego policjanta, nazywał się Ray. - zrewanżowała się, po tym, gdy pomieszczenie wypełnił jej śmiech w reakcji na dziecięce wybryki Margo. - Czasem do nas wpadał, sprawdzić, czy wszystko dobrze. Któregoś dnia Rhys zwędził mu odznakę. Wyobrażasz to sobie?
Wpatrywał się w ciasto tkwiące wciąż przed nim na talerzu, z żołądkiem zbyt ściśniętym by mieć na nie jakąkolwiek ochotę. Lauren nigdy nie miała złych zamiarów. Nigdy nie wyszukiwała miejsc, które bolały po to, by nacisnąć je mocniej. Wręcz przeciwnie - jej umysł był tak elastyczny, że potrafił największą krzywdę obrócić w incydent, bądź chwilę sprzeczki.
Nigdy nie dzielił tej cechy.
- Powiedział, że teraz on jest policjantem. Żadne z nas nie mogło go złapać. Myślałam, że spalę się ze wstydu! - kontynuowała rozbawiona, dłubiąc widelcem w swoim cieście. - Na szczęście Ray był w porządku. Wiesz, jak to czasem bywa z policjantami...
Ray był w porządku. Wiedział, kiedy odwracać wzrok, gdy przychodził do ich mieszkania i dostrzegał twarz Lauren spuchniętą od łez. Wiedział, by wierzyć, gdy przekonywała go, że sama przypadkiem położyła dłoń na palniku. W porządku, tak nazywał go jego ojciec.
Był bezużyteczny, jednak historia jego matki miała w sobie ziarenko prawdy. To on był powodem, dla którego chciał zostać policjantem. By być kimś innym, niż Ray.
- Ray był gnidą bez kręgosłupa - odparł krótko, szorstko i, by nadać odrobinę słodyczy swoim słowom, sięgnął po widelec i zabrał się za jedzenie. Jego wzrok przeniósł się na Margo. - Która brała łapówki w cieście.
Jego matka machnęła ręką, nic nie robiąc sobie z jego ostrych słów. Właśnie dlatego ciche imię wypowiedziane przez Margo nie było potrzebne. Jego matka posiadała naturalną zdolność do ignorowania wszystkiego, co ostre, przyjmując do siebie wyłącznie miękkość tego świata - i dzielnie znosząc wszystko inne.
- Był strasznie niegrzecznym dzieckiem. Ciągle rozrabiał, ciągle pyskował i wpadał w kłopoty. - westchnęła, kręcąc głową i przenosząc swój wzrok na drugą kobietę. - Podejrzewam, że z dziewczynkami jest łatwiej. Wyglądasz na grzeczną - dodała, pół żartem, pół serio.
Parsknął śmiechem, odruchowo, nim zdążył nad sobą zapanować, gdzieś między jednym kęsem ciasta a drugim. Grzeczna to chyba ostatnie słowo, jakiego użyłby w jej kontekście.

margo mercer